Recent Posts

KOBIETY WIDZĄ ŚWIAT czyli Panny z Wilka w reżyserii Agnieszka Glińskiej, Stary Teatr w Krakowie

KOBIETY WIDZĄ ŚWIAT czyli Panny z Wilka w reżyserii Agnieszka Glińskiej, Stary Teatr w Krakowie

Danuta Rinn przed laty śpiewała wielki przebój – „Gdzie ci mężczyźni…”. Owe słowa powtarzane są wielokrotnie w poszukiwaniu archetypu męskiego. Wzorca, ideału, idola. Kogoś kto kocha płci męskiej, albo tylko kogoś kto zwróci uwagę na inną osobę – słowem czy gestem. Panny z Wilka, opowiadanie…

SZYBCIEJ, JESZCZE SZYBCIEJ Wielki Gatsby w choreografii Leo Mujica – Teatr Narodowy, Opera i Balet w Ljubljanie

SZYBCIEJ, JESZCZE SZYBCIEJ Wielki Gatsby w choreografii Leo Mujica – Teatr Narodowy, Opera i Balet w Ljubljanie

Ameryka, Ameryka! Wzdychamy niejednokrotnie za czarem tegoż kontynentu. Stany Zjednoczone jawią się jako magiczna kraina dobrobytu, dobrostanu i spełnionego szczęścia. Miejsca gdzie wyidealizowana kariera od pucybuta do milionera jest rzeczywiście możliwa. Szczególną estymą darzymy lata dwudzieste i trzydzieste. Tym razem zmierzyli się z materią literacką twórcy baletowi. Próby choreograficznej podjął się Leo Mujic – serbski artysta tańca, który przygotował inscenizację dla zespołu baletowego Słoweńskiego Teatru Narodowego w Ljubljanie. To próba niejednorodna, na wpół udana. A wszystko za sprawą, że chce się szybciej, jeszcze szybciej, a czasem należy zwolnić, wyciszyć, aby wybrzmiały emocje i uczucia bohaterów.

Kuchnia regionalna z twistem czyli Restauracja Bez Gwiazdek

Kuchnia regionalna z twistem czyli Restauracja Bez Gwiazdek

Zachęcony kilkoma bardzo pochlebnymi recenzjami, a szczególnie filmem na kanale Macje Je postanowiłem rozpocząć swoją przygodę z menu degustacyjnym od Restauracji Bez Gwiazdek.  Maciej w swoim filmie określa to miejsce „najlepszą restauracją w Warszawie”, drugą opinią, którą się sugerowałem to zdanie równie cenionej Basi Stareckiej, która piszę o restauracji Roberta Trzópka tak „jeden z najzdolniejszych polskich szefów kuchni, dojrzał do otwarcia własnej restauracji. Bez inwestorów, białych obrusów, promocji, celebrytów i gwiazdek. Bez gwiazdek, choć z pewną dozą kokieterii.”.  Miejsce z takimi opiniami bardzo zachęciło i żal byłby nie spróbować. Okazję do przetestowania tego miejsca nadarzyła się tuż przed świętami, kiedy to ze znajomym postanowiliśmy skosztować świątecznego menu. Jak było? Czy nam smakowało  i z jakim kosztem się wiązało? Jak myślicie? Przekonajcie się sami!

Restauracja Bez Gwiazdek

Bez Gwiazdek to restauracja, która identyfikuje się jako miejsce z Polską, regionalną kuchnią w nowoczesnej odsłonie. Szefem kuchni jest tutaj Robert Trzópek, który pracował wcześniej  między innymi w Tamka43 oraz zdobywał swoje szlify w jednych z najlepszych restauracji w Europie – Nomie i El Bulli. Kuchnia na Wiślanej 8 ma by ideowa. Trzópka przeobraża  swoje doświadczenia chcąc pokazywać nieco inne oblicze siebie i swojej kuchni. Na Powiślu mamy otrzymać kuchnię regionalną z oryginalnym smakiem, jednak w nowoczesnej odsłonie. „Regionalnie inspiracje, sezonowy produkt i proste prezentacje” – taka ma być Restauracja „Bez Gwiazdek”. Czy taka właśnie jest?

Menu w Bez Gwiazdek

Menu świąteczne w Bez Gwiazdek składa się z 6 dań, które mają nawiązywać do różnych regionów naszego pięknego kraju. Kolacja rozpoczyna się od Amuse-bouche, czekadełkiem okazały się ziemniaki z szynką długodojrzewającą podane w bardzo ciekawy sposób (na dużych pieczonych ziemniakach). Początek okazała się zachęcający, postanowiliśmy również zamówić „chleb i masło”, które również zrobiły na nas bardzo pozytywne wrażenie, a trzy z czterech chlebów były naprawdę pyszne. Przejdźmy jednak do głównych bohaterów kolacji;

Śledź (kalarepa, jabłko, maślanka, chrzan), Łódzkie – śledź podany na sosie z maślanki, z dodatkiem przekładańca z kalarepy i jabłka. Na pierwszy rzut oka danie wydaje się ciekawe, zaskakujące i bardzo zachęcające. Dodatki w postaci kalarepy i antonówki komponują się idealnie, są lekko cierpkie i odrobinę słodkie a ich struktura miło chrupie pod zębami, przełamane bardzo mocnym chrzanem smakują świetnie. Śledź niestety lekko się rozwala, co może wskazywać na zbyt długie marynowanie, smak też pozostawia wiele do życzenia i nie wnosi wiele pozytywnego do dania. Sos z maślanki jest na tyle rzadki że niknie w całości, będąc jedynie ozdobą.

Barszcz (truskawki, olej majerankowy), Podkarpackie – o tym daniu chciałbym zapomnieć jak najszybciej! Była to najgorsza wersja barszczu jaki w życiu jadłem. „Zupa” podana z grubo pokrojonym w kostkę burakiem i bardzo, ale to bardzo mocnym zakwasem buraczanym, który przypominał w smaku koncentrat. Danie to nie należało do pozytywnych kulinarnych doznań… Było po prostu okropne! Sos z truskawek, który miał być wzbogać danie o słodycz znikł w zakwasie i został przez wszystkich zapomniany. Za takie danie należy się rózga!

Ryba na Kwaśno (sos maślany, czosnek niedźwiedzi), Lubuskie – flądra z maślanym kwaśnym sosem, czosnkiem niedźwiedzim i kawiorem z pstrąga. Danie dość oryginalne i smaczne, niestety trochę zbyt słone jak na mój gust. Bardzo ciekawym i niespodziewanym elementem dania było wykorzystanie kawioru z pstrąga, który strzelał w ustach nadając daniu wyrazu i nuty zaskoczenia. Ryba była bardzo soczysta i przyjemna w smaku.

Fujarki pastusze (grzyby), Podkarpackie – ciasto cygaretkowe wypełnione musem z grzybów oraz pianka grzybowa. To danie było zdecydowanie najlepszą propozycją Bez Gwiazdek. Fujarki to jedyna potrawa, która jest spójna z hasłem restauracji, czyli nowoczesną formą dań z zachowaniem oryginalnego smaku. Fujarki mnie zaskoczyły, a jednocześnie przeniosły do dzieciństwa, coś pięknego! Kruche ciasto z bardzo esencjonalnym, grzybowym musem, a do tego jeszcze bardziej fascynująca pianka, po której wypiciu robisz chwilę, zamykasz oczy i oddajesz się błogości smaku.

Kaczka (czereśnie, skorzonera), Lubelskie – po świetnych „fujarkach” czekaliśmy na równie dobrą i niespodziewaną kaczkę. Niestety nie było już tak miło jak przy okazji grzybowych doznań. Jeden kawałek kaczki w mojej porcji był mocno gumowaty, drugi jednak dużo lepszy. Dodatki w daniu bez zaskoczenia i większych smakowych wrażeń. Ta propozycja może się bronić, ale liczyliśmy na lepszą i zdecydowanie bardziej zajmującą potrawę. Wykorzystanie wężymorda nie wystarczy do tego by całe danie było inspirujące, człowiek chciałby poczuć coś świeżego nowego a w tym daniu zdecydowanie tego zabrakło.

Sernik (Czekolada, jeżyny, sable), Małopolska – sernik podany na sable, czyli francuskim ciasteczku waniliowym również nie należał do najlepszych momentów tego wieczora. Kruchość ciastka miała zostać przełamana aksamitną strukturą sernika i podbita jeżynami. Smaki niestety się ze sobą nie łączyły, a nasze zmysły skupiały się przede wszystkim na ciastku.

Wino w Bez Gwiazdek – to był zdecydowanie najmocniejszy punkt wieczoru, większość win idealnie komponowała się z daniami i były one świetnym dopełnieniem poszczególnych potraw. Na szczególną uwagę zasługuje tutaj obsługa. Opiekował się nami bardzo profesjonalny i szczegółowo opisujący wszystkie propozycję sommelier. Wielki plus!

Podsumowanie i wrażenia

Jednym słowem Bez Gwiazdek i bez szału! Pisząc szczerze to obaj po kolacji byliśmy naprawdę zawiedzeni. Liczyliśmy na pyszną, ciekawą i nowoczesną kuchnię w miejscu bez zadęcia i nadęcia. Chcieliśmy przeżyć kulinarną podróż do smaków regionalnych z oryginalną formą w tle. Wieczór był bardzo miły, jednak nie ze względu na jedzenie, a na towarzystwo i ciekawe rozmowy. Oczywiście nie mogę przekreślać wszystkich dań, bo np. fujarki były czymś naprawdę ekscytującym. Jednak całość kolacji muszę ocenić negatywnie. Bez Gwiazdek to naprawdę urocze i ciekawe miejsce, jednak tego wieczora zdecydowanie zabrakło najważniejszego – pysznego jedzenia, którego życzę Wam w zbliżającym się 2020 roku. Ciężko będzie mi tutaj wrócić i dać drugą szansę, mam jednak nadzieję, że kiedyś się przełamie, dostając dużo bardziej wartościowe dania niż podczas grudniowej wizyty.

Ceny:

Menu degustacyjne składające się z 6 dań to koszt 160 zł za osobę. Opcja z wine pairing to dodatkowe 150 zł za osobę. Zamawiając „chleb i masło” będziecie musieli przygotować się na dodatkowy wydatek w wysokości 15 zł. Całość kolacji dla dwóch osób wraz z winem, wodą i chlebem to koszt rzędu niemal 700 zł. Całe szczęście, że zostałem na tę kolację zaproszony :P. Dziękuje!

PS.

Świetną sprawę w Bez Gwiazdek, o której nie wspomniałem wcześniej, a na pewno warto to pokreślić, jest serwis dań i ich omówienie przez kucharzy restauracji. Każde danie jest podawana przez kucharza za nie odpowiedzialnego, który szczegółowo określa danie, co skraca dystans i jeszcze mocniej daje poczucie swobody.

Na koniec mam również prośbę do restauracji. Proszę aktualizujcie menu nieco wcześniej, rezerwując stolik chciałbym jednak wiedzieć jakie menu będzie w tym czasie. 

Gdzie zjeść najlepszą azjatycką kuchnię w Warszawie? Restauracja UKIM – Najlepsza kuchnia azjatycka w Warszawie?

Gdzie zjeść najlepszą azjatycką kuchnię w Warszawie? Restauracja UKIM – Najlepsza kuchnia azjatycka w Warszawie?

Restauracja UKIM to ciekawe miejsce na gastronomicznej mapie Mirowa, minutę od Hali Mirowskiej, na ulicy Chłodnej mieści się właśnie restauracja „U mamy Kim”. Nazwa to gra słów, którą można odczytać jako „U Kim”, jednak głównym elementem nazwy jest „U”, które po wietnamsku oznacza „Mamę”. To właśnie mama jest głównym elementem kuchni w UKIM. Informacja na karcie sugeruje, że za wszystkie przepisy odpowiedzialna jest właśnie ona.

ŚWIAT JAK WYSPA – Recenzja spektaklu Capri – Teatr Powszechny

ŚWIAT JAK WYSPA – Recenzja spektaklu Capri – Teatr Powszechny

Najnowszy spektakl Krystiana Lupy jest kolejną próbą odpowiedzi na pytanie czym jest mała wspólnota, a w niej jednostka, grupa uwięzionych w pułapce nadciągającej katastrofy. Tak było w Mieście snu, Factory 2 czy Procesie. Za każdym razem mag polskiej sceny próbował dokonać artystycznej analizy kim są artyści, intelektualiści, inteligenci we współczesnym świecie. Z tej bitwy reżyser wychodził raz na tarczy, a raz z tarczą. Tym razem, w naszej otaczającej rzeczywistości społeczno-politycznej, diagnoza mogła być jeszcze bardziej bolesna. Jednak, mimo wielkich nadziei, wydaje się ona letnia, niestety przewidywalna.

Gdzie zjeść tatara w Warszawie? 5 najlepszych miejsc na tatara!

Gdzie zjeść tatara w Warszawie? 5 najlepszych miejsc na tatara!

Gdzie zjeść tatara w Warszawie? 6 najlepszych miejsc na tatara!

Tatar to moja ulubiona przystawka, danie fenomenalne, ale tylko jeśli dobrze przygotowane. Befsztyk tatarski to potrawa, do której trzeba „dorosnąć”. Ja dojrzewałem dość długo, nauczyłem się jeść tatar dopiero w wieku 20 lat. Od tamtego czasu nie mogę przestać, jestem fanatycznym miłośnikiem, szczególnie tego siekanego. Przygotowałem dla Was listę, 5 moim zdaniem najlepszych miejsc na tę pyszności w Warszawie.

Najpierw trochę teorii. Tatar to potrawa przyrządzana z mielonego lub drobno siekanego mięsa, najczęściej wołowego i dodatków, klasycznie: oleju, soli i pieprzu oraz żółtek jaj, cebuli, grzybów marynowanych i ogórków konserwowych. Mięso przeznaczone na befsztyk tatarski powinno pochodzić z polędwicy lub ligawy. Ciekawostką jest pochodzenie nazwy tej potrawy. Legenda mówi, że określenie to pochodzi od mongolskiego plemienia z czasów Czingis Chana, zwyczajowo nazywanego Tatarami. Tatarscy jeźdźcy pod siodłem wozili płaty surowego mięsa końskiego lub wołowego, które najczęściej przygotowywali nad ogniskiem, jednak czasem jedli mięso bez obróbki termicznej, ze względu na brak możliwości przygotowania paleniska.

To gdzie zjeść tego tatara w Warszawie? Zapraszam na subiektywny ranking miejsc godnych polecenia na tatara w Warszawie:

Gruby Josek

To miejsce jest mi obecnie chyba najbliższe, z bardzo przyziemnego i prostego względu, jest najbliżej mojego mieszkania. W Grubym Josku zjemy tatara ciekawego, niekonwencjonalnego i pysznego. Josek proponuje wersję tego dania wraz z majonezem grzybowym. To ciekawa alternatywa dla klasycznego podania tatara, na początku może budzić obawy, jednak po kilku kęsach o tym zapominamy. Na Elektoralnej warto zwrócić uwagę również na pieczywo, które dostajemy do tatra – świeże i chrupiące. Więcej na temat wizyty w Grubym Josku znajdziecie tutaj.

  • Adres – Elektoralna 24
  • Cena – 29 zł

Banjaluka

W Banjaluce nie byłem już jakiś czas, jednak dobrze pamiętam tego extra tatar. Na Szkolnej zjecie tę przystawkę w dość klasycznej formie, a aama atmosfera miejsca nastraja do pysznej uczty. Ciekawostką jest dodanie do tatara musztardy z ajwarem, która nadaje daniu lekko pikantnego posmaku. Pyszne mięsko!

  • Adres – Szkolna 2/4
  • Cena – 36.90 zł

Zdjęcie pochodzi z Instagrama restauracji

Restauracja Ceska

Świeże smaczne mięso, a do niego klasyczne dodatki i on – ketchup, który nadaje daniu fajnego słodkawego smaku. Dopełnieniem dania jest pieczywo, pyszne grzanki z białego pieczywa, do których dostajemy czosnek. Należy natrzeć grzanki czosnkiem, po prostu bomba, która ze słodkawym posmakiem tatara jest idealne. Do przystawki warto zamówić piwo, najlepiej „Teraz Česka” to dwa rodzaje piwa w jednym kuflu z charakterystycznym podziałem w połowie. Przy piciu dochodzi do wymieszania najlepszych smaków obu piw, przyjemnej goryczki jasnego Pilsnera z karmelową nutą ciemnego Kozla.

  • Adres – Chmielna 35
  • Cena – 42 zł

Kamanada Lwowska

Kamanada po białorusku oznacza drużynę, proponuje wyjście do tej restauracji właśnie w drużynie.  Miejsce polecam głównie dlatego, że jest to jedna z nielicznych knajp w Warszawie gdzie zjecie tatara z koniny. Oczywiście restauracja daje opcję wyboru – konina lub wołowina. Co do samego tatara z koniny to bardzo ciekawa opcja, odrobinę słodsza niż tatar wołowy, myślę, że warto spróbować.  

  • Adres – Foksal 10
  • Cena – 36 zł w obu wariantach
 

Targowy/Ed Red

Niewiele osób wie, że w Hali Mirowskiej mieszczą się dwa ciekawe lokale. Jeden jest dość popularny – Ed Red, drugi jeszcze nieznany, istnieje już rok, ale nie rzuca się w oczy i tworzy z Ed Redem piękną wspólną przestrzeń. Na górze Paweł, na dole Gaweł, tak można podsumować te dwa miejsca, Nad Halą Mirowską mieści się Ed Red, miejsce w sam raz dla kochających mięso, steki i tatara. Na dole, czyli przy głównym wejściu do Hali mieście się Bar Targowy – miejsce luźne, bardziej na piwo czy drinka niż na coś do jedzenia, jednak tatar jest tutaj wspaniały i kosztuje śmieszenie mało (19 zł). Wiem, że te dwa miejsca to jeden właściciel i dość dobra kooperacja. Wydaje mi się, nie, jestem niemal pewny, że mięso na tatara w obu miejscach jest to samo, a sam tatar różni się jedynie formą podania, no i otoczką miejsca. Oba miejsca są zdecydowanie godne polecenia. Jeśli masz ochotę na trochę luzu, drinka i tatara to idź do targowego. Jeśli chcesz pójść na kolację i kielszek wina wybierz Ed Red.

  • Adres – Plac Mirowski 1
  • Cena – Targowy 19 zł/ Ed Red – 35 zł

To na pewno nie jest ranking, każde z tych miejsc serwuje pysznego tatara, ale są to miejsca bardzo różne. Myślę, że w Warszawie jest jeszcze wiele ciekawych miejsc na tatara, będę szukał i dawał znać. Jeśli macie jakieś miejsca na tatara w Warszawie, które polecacie dajcie znać w komentarzach.

Ja ciebie kocham a ty mnie – Recenzja musicalu AIDA

Ja ciebie kocham a ty mnie – Recenzja musicalu AIDA

Ostatnia premiera Romy to musical spółki Elton John i Tim Rice – Aida. Reżyserii podjął się dyrektor sceny Wojciech Kępczyński. I niestety to kolejny raz odcinanie kuponów od poprzednich realizacji. Widać to głównie w scenografii opartej na ruchomych platformach i graficznych projekcjach. To było i w Mamma Mia oraz w Pilotach. W przypadkach musicali, takich jak najnowsza produkcja, należy posiłkować się wzorcami oryginalnych inscenizacji i może lepiej było zaprosić sprawdzony zespół zagranicznych realizatorów?

Najlepsza kawa w Warszawie! Gdzie pójść na kawę w stolicy?

Najlepsza kawa w Warszawie! Gdzie pójść na kawę w stolicy?

Jako wielki fan małej czarnej i kawiarnianego stylu życia, od zawsze marzyłem o posiadaniu miejsca, które będzie „moje”. Kawiarni, która będzie dla mnie czymś więcej niż miejscem spotkań. Długo takiego miejsca nie miałem, poszukiwania trwały i trwały. Całe szczęście już nie muszę szukać – znalazłem! Zastanawiacie się gdzie jest najlepsze miejsce na kawę w stolicy? Gdzie posmakujcie idealnego zestawienia gorczycy i mocy? To zdecydowanie Forum na Elektoralnej!

NIC NIE BOLI TAK JAK ŻYCIE – Recenzja „Śmierć komiwojażera” – Teatr Wybrzeże w Gdańsku

NIC NIE BOLI TAK JAK ŻYCIE – Recenzja „Śmierć komiwojażera” – Teatr Wybrzeże w Gdańsku

Gdy wielu młodych reżyserów poszukuje eksperymentu i oryginalności Radek Stępień w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku przygotował spektakl, który posiłkuje się najprostszymi narzędziami scenicznymi. Dobrze odczytany i zinterpretowany tekst, świetne aktorstwo oraz prosta scenografia. To wszystko złożyło się na sukces Śmierci komiwojażera Arthura Millera.

Dramat, którego premiera odbyła się w roku 1949, opowiadający o ostatnim dniu życia Williama Lomana obwoźnego handlarza, tracącego dorobek życia i godność, w różnych okresach historycznych przybierał różnorodnych znaczeń i metafor. Można go odczytywać jako  krytykę kapitalizmu, gdzie wyzysk i brak szacunku dla człowieka, stawały się nadrzędne wobec posiadania pieniądza i ekonomicznego sukcesu. W gdańskiej inscenizacji na pierwszym planie nie ma wielkich historii, metafor i problemów społecznych. Jest coś prostego, by nie powiedzieć banalnego – życie. Toczy się ono między kuchnią i salonem. Włączonym telewizorem i zapalonym papierosem. Rodzina, która ulega rozpadowi, nigdy nie zbuduje się na nowo. Niewyjaśnione historie i aspiracje, trudne więzi i relacje pomiędzy rodzicami i dwójką dorosłych synów stanowią oś dramatu. Nie tyle sam upadek społeczny głównego bohatera, ale właśnie to co dzieje się w domu, niszczenie wewnętrznej komunikacji stanowi sedno przedstawienia. Reżyser wydobywa z tekstu prawdę codzienności, która jest morderczym ładunkiem dla owego czworokąta.

Cały spektakl oparty jest na słowie. Proste zabiegi inscenizacyjne uzupełniają to co pada w dialogu. Dom Lomanów ubożeje – znikają kolejne elementy dekoracji. Ostatnie sceny rozegrane są na pustej scenie. Zniszczone więzi to również degradacja azylu, który przeradza się pustkę, nicość. W owej ascetycznej przestrzeni śledzimy losy komiwojażera, gdzie retrospektywa miesza się z dniem bieżącym. Aspiracje i zniszczone uczucia, kolejne koszty i niespełnione marzenia – życie. Tyle i aż tyle. Wewnętrzny brak porozumienia przytłacza i intryguje. Niewyjaśnione i tłamszone problemy pomiędzy ojcem a synem Biffem wychodzą na światło dzienne. Zaogniają się. Pożoga. Zatracanie. Śmierć.

Nie byłoby tego przedstawienia gdyby nie Mirosław Baka w roli tytułowej. Praktycznie obecny non stop na scenie, wyciszony i niesłychanie wewnętrzny, analizujący kilkadziesiąt lat życia, mierzy się z własną przeszłością, a co gorsza teraźniejszością. Ból wyrysowany na twarzy nie jest maską, ale rzeczywistą porażką. Przegraną człowieka – pracownika i ojca. Świetnie mu partnerują Anna Kociarz, Piotr Biedroń i Piotr Chys. Wstrząsająca scena u właściciela firmy Howarda Wagnera, w tej roli Michał Miodek, jest przesiąknięta cynicznym upodleniem człowieczeństwa. Choć w niej wiele się nie wydarza, to jednak dzieje się tyle co niweczy stabilność, a w widzu wyzwala opór i pytanie: Czy tak można postępować?

Sukcesem przedstawienia jest właśnie prostota. Wizyjność i puste lukrowane obrazy zostały zastąpione przez krwistą wymianę racji bohaterów, którzy walczą o byt egzystencji. Radek Stępień wyrasta na najciekawszego reżysera młodego pokolenia, gdyż poszukuje własnego języka teatralnego, którego wyznacznikami stają się: scena, tekst i aktor. Tak niewiele, a jednak tak dużo.

Śmierć komiwojażera, Arthur Miller, reżyseria: Radek Stępień, Teatr Wybrzeże w Gdańsku, premiera: marzec: 2019. Prezentacje w Warszawie w ramach Polska w Imce – Niecodzienny Festiwal Teatralny: listopad 2019.   

DREWNIANE BALETY

DREWNIANE BALETY

Bardzo dziwią wybory artystyczne Teatru Wielkiego w doborze gościnnych polskich zespołów podczas owego przeglądu baletowego. Pokazuje to pustkę i pustynię sceny tanecznej. A przecież mamy wiele ciekawych premier na naszych scenach. I na to liczę – atrakcyjnych gości za rok. Drewniany Książę, Cudowny Mandaryn, muz. Bela Bartok, choreografia: Elżbieta Pańtak i Grzegorz Pańtak, Kielecki Teatr Tańca, premiera: listopad 2018. Pokazy w Teatrze Wielkim-Operze Narodowej w ramach Dni Sztuki Tańca.

FLAMENCO ELEKTRA czyli Elektra w Ballet Nacional de Espana

FLAMENCO ELEKTRA czyli Elektra w Ballet Nacional de Espana

Czasem trudno sobie wyobrazić, że klasyczna opowieść zaczerpnięta z dramatu antycznego, mogłaby zostać wystawiona w formie baletowej sięgającej do stylistyki polskich tańców ludowych. Czy byłoby możliwe, że Achilles przystrojony w pasiak łowicki wywija i skacze tak jak w tradycji mazowieckiej wsi? Nie do pomyślenia i chyba nie do zrealizowania. Jednak istnieją europejskie kultury, które zaszczepiają tradycję i przeszłość we współczesność, eksperymentując ze wzorcami dawnego tańca. Takim krajem jest bez wątpienia Hiszpania, gdzie flamenco wyrastające z obyczajowości andaluzyjskich Romów stało się kulturowym znakiem rozpoznawczym regionu.

SAMOTNY WOBEC ŚWIATA

SAMOTNY WOBEC ŚWIATA

Utwory literackie zawsze stanowiły inspiracje dla twórców baletowych. Powieść Ericha Marii Remarque’a, z roku 1936, Trzej towarzysze stała się kanwą dla najnowszej produkcji Łotewskiego Baletu Narodowego w Rydze. To bardzo dobry, znany i zasłużony zespół tańca klasycznego prowadzony przez Aivarsa Leimonisa. W tym przypadku zaprosił on, do przygotowania produkcji, artystę rosyjskiego Sergieja Zemlyanskiego. Choreograf bliżej nie jest zapewne rozpoznawalny dla znawców baletu, ale na pewno powinni kojarzyć jego styl fani teatru dramatycznego. Współpracował on bowiem z moskiewską grupą SoundDrama Studio Władimira Pankowa, która kilkukrotnie gościła ze swoimi spektaklami i koncertami w naszym kraju, m.in. we Wrocławiu i Olsztynie. Przedstawienia rosyjskiej formacji, przesycone ruchem i muzyką, zawsze wywoływały entuzjazm polskiej publiczności. I podobnie jest w Rydze, gdzie owacjami na stojąco zakończył się spektakl. Mimo przychylnego oddźwięku widzów pozostawia on pewien niedosyt i niespełnienie. Jest to konsekwencja stylu choreograficznego Zemlyanskiego, który określa on sam mianem plastycznej dramy. To co sprawdza się w teatrze dramatycznym, nie koniecznie można odnosić do pełnospektaklowego baletu.
Trzech towarzyszy należy określić mianem dramatu tańczonego. Twórca w wielu momentach porzuca taniec na rzecz pantomimy, gestów, spojrzeń i mimiki. Jest to ważne dla wyrażania emocji, stanu wewnętrznego. Jednak w nadmiarze staje się monotonne i powoduje deficyt ruchu wobec scen „chodzonych” i statycznych. Tego typu sekwencji jest sporo, co powoduje znużenie i zniecierpliwienie w oczekiwaniu na taniec. A gdy już on nadchodzi to trzeba przyznać jest oryginalny, ciekawy i niekiedy zjawiskowy. Najlepiej wypadają sceny grupowe: początkowy sen Roberta o wojnie, w szpitalu z przesuwającym się postaciami pielęgniarek i lekarzy oraz fantastyczny fragment w barze. Najciekawsze układy są z rekwizytami: butelką, zaproszeniem na bal czy też oponami. Tu widać rękę poszukującego twórcy, który jest świadomy swojej pracy i dąży do artystycznego spełnienia. Gorzej wypadają sceny intymne, a przecież na nich osadzona jest powieść Remarque’a.
Jego utwór był świadectwem epoki. Rodzącego się nazizmu, będącego tłem dla przyjaźni trzech przyjaciół – weteranów I wojny światowej. Bieda, praca, radość z posiadanego samochodu o imieniu „Karol”, wspólne troski i tragiczna miłość Roberta do Patrycji, stanowią oś baletowej historii. Jest ona naszkicowana bardzo dobrze. Widz nie ma poczucia zgubienia i niezrozumienia zdarzeń. To wynik świetnej pracy dramaturżki Rasy Bugaviciute-Pece z choreografem. Inscenizacja nie jest nachalna. Gdy obserwujemy nadciągający totalitaryzm, w scenie morderstwa Gotfryda, to widać to w zrytmizowanej sekwencji tłumu a, w scenografii w symbolicznej trójkolorowej (czerwono-biało-czarnej) płachcie opadającej na bohatera. Niekiedy widowiska epatują nadmierną dosłownością, ale w ryskiej produkcji mamy do czynienia z symboliką i intymnością, co wpływa na korzyść przedstawienia.
Niezwykle ważnym elementem spektaklu pozostaje muzyka specjalnie skomponowana na jego potrzeby przez Pawła Akimkina. Jej brzmienie jest różnorodne. Od jazzujących fragmentów w lokalu, gdzie króluje alkohol i dobra zabawa do wstrząsających i głębokich fraz kompozycji w scenie morderstwa czy śmierci Patrycji.
Trzej towarzysze nie są tylko obrazkiem przeszłości. Inscenizacja przesycona jest uniwersalnym przesłaniem, które odwołuje się do dnia dzisiejszego. Ideologie totalitarne, ból, cierpienie, przyjaźń i samotność doskwierają nam wszystkim, stają się naszą bolączką współczesności. W tym eposie Zemlyansky pozostawia najwięcej miejsca na bliskość dalekich, ale bliskich towarzyszy i rodzącej się miłości Roberta i Patrycji. Mimo wskazanych mankamentów choreograficznych, w budowaniu relacji pomiędzy zakochanymi, warto podkreślić i zauważyć kreacje Kristopasa Jaunzeirkasa i Julity Brauere. Świadczą one o dojrzałości całego zespołu, na czele którego brylują ich talenty.
Wieczór w Rydze to doświadczenie ciekawe i nowatorskie. Widać poszukiwania artystyczne zespołu baletowego, gdzie drobne potknięcia i niekiedy monotonia pauz od tańca nie burzą interesującego widowiska o przeszłości ale i naszej teraźniejszości.

Trzej towarzysze, muz. Paweł Akimkin, chor. Sergei Zemlyansky, Łotewski Balet Narodowy w Rydze, premiera: listopad 2019.
[Benjamin Paschalski]