Recent Posts

OGRANICZAĆ, CENZUROWAĆ, ZAKAZYWAĆ czyli „Oni” – Teatr Polski im. w Warszawie

OGRANICZAĆ, CENZUROWAĆ, ZAKAZYWAĆ czyli „Oni” – Teatr Polski im. w Warszawie

W Teatrze Polskim w Warszawie Piotr Ratajczak we współpracy z dramaturżką Joanną Kowalską przygotował premierę Onych. I owa inscenizacja perfekcyjnie koresponduje z naszą rzeczywistością. Wbrew powierzchownej opowieści, która dotyczy rewolucji mechanizacji reprezentowanej przez nowy tajny rząd dążący do unicestwienia wszystkiego co człowiecze i ludzkie, to podskórnie jest to historia o naszym dniu dzisiejszym. Kalikst Bałandaszek, utracjusz i artysta, posiadacz zacnej kolekcji malarskiej oraz jego partnerka Spika Tremendosa, aktorka i zaangażowana artystka, zostają poddani inwigilacji nowej, choć jeszcze ukrytej władzy.

Lunch w Warszawie – 5 miejsc na lunch w okolicy Uniwersytetu Warszawskiego!

Lunch w Warszawie – 5 miejsc na lunch w okolicy Uniwersytetu Warszawskiego!

Wykorzystując swój tygodniowy urlop na próbę ogarnięcia studiów i ich zaliczenie, nie wahałem się ani chwili i przeprowadziłem lunch test miejsc blisko kampusu centralnego. Nie miałem specjalnych wymogów, chodziło tylko o dość bliskie położenie i niebycie Norą, Indeksem oraz Harendą, bo każdy już tam był i to nie raz… .Wybór padł na Selavi, Po Prostu Zachęta, Informal Kitchen, Bella Napoli oraz długo poszukiwaną (ze względu na ogromną kolejkę w Aioli) Kuchnia Wino i Oliwa – Restauracja Oliwa. Jak myślicie, gdzie zjadłem najlepiej? Gdzie było szybko i bez stresu, a gdzie pojawiły się problemy? Przedstawiam mój subiektywny ranking przetestowanych lunchy:

Kuchnia regionalna z twistem czyli Restauracja Bez Gwiazdek

Kuchnia regionalna z twistem czyli Restauracja Bez Gwiazdek

Zachęcony kilkoma bardzo pochlebnymi recenzjami, a szczególnie filmem na kanale Macje Je postanowiłem rozpocząć swoją przygodę z menu degustacyjnym od Restauracji Bez Gwiazdek.  Maciej w swoim filmie określa to miejsce „najlepszą restauracją w Warszawie”, drugą opinią, którą się sugerowałem to zdanie równie cenionej Basi Stareckiej, która piszę o restauracji Roberta Trzópka tak „jeden z najzdolniejszych polskich szefów kuchni, dojrzał do otwarcia własnej restauracji. Bez inwestorów, białych obrusów, promocji, celebrytów i gwiazdek. Bez gwiazdek, choć z pewną dozą kokieterii.”.  Miejsce z takimi opiniami bardzo zachęciło i żal byłby nie spróbować. Okazję do przetestowania tego miejsca nadarzyła się tuż przed świętami, kiedy to ze znajomym postanowiliśmy skosztować świątecznego menu. Jak było? Czy nam smakowało  i z jakim kosztem się wiązało? Jak myślicie? Przekonajcie się sami!

Restauracja Bez Gwiazdek

Bez Gwiazdek to restauracja, która identyfikuje się jako miejsce z Polską, regionalną kuchnią w nowoczesnej odsłonie. Szefem kuchni jest tutaj Robert Trzópek, który pracował wcześniej  między innymi w Tamka43 oraz zdobywał swoje szlify w jednych z najlepszych restauracji w Europie – Nomie i El Bulli. Kuchnia na Wiślanej 8 ma by ideowa. Trzópka przeobraża  swoje doświadczenia chcąc pokazywać nieco inne oblicze siebie i swojej kuchni. Na Powiślu mamy otrzymać kuchnię regionalną z oryginalnym smakiem, jednak w nowoczesnej odsłonie. „Regionalnie inspiracje, sezonowy produkt i proste prezentacje” – taka ma być Restauracja „Bez Gwiazdek”. Czy taka właśnie jest?

Menu w Bez Gwiazdek

Menu świąteczne w Bez Gwiazdek składa się z 6 dań, które mają nawiązywać do różnych regionów naszego pięknego kraju. Kolacja rozpoczyna się od Amuse-bouche, czekadełkiem okazały się ziemniaki z szynką długodojrzewającą podane w bardzo ciekawy sposób (na dużych pieczonych ziemniakach). Początek okazała się zachęcający, postanowiliśmy również zamówić „chleb i masło”, które również zrobiły na nas bardzo pozytywne wrażenie, a trzy z czterech chlebów były naprawdę pyszne. Przejdźmy jednak do głównych bohaterów kolacji;

Śledź (kalarepa, jabłko, maślanka, chrzan), Łódzkie – śledź podany na sosie z maślanki, z dodatkiem przekładańca z kalarepy i jabłka. Na pierwszy rzut oka danie wydaje się ciekawe, zaskakujące i bardzo zachęcające. Dodatki w postaci kalarepy i antonówki komponują się idealnie, są lekko cierpkie i odrobinę słodkie a ich struktura miło chrupie pod zębami, przełamane bardzo mocnym chrzanem smakują świetnie. Śledź niestety lekko się rozwala, co może wskazywać na zbyt długie marynowanie, smak też pozostawia wiele do życzenia i nie wnosi wiele pozytywnego do dania. Sos z maślanki jest na tyle rzadki że niknie w całości, będąc jedynie ozdobą.

Barszcz (truskawki, olej majerankowy), Podkarpackie – o tym daniu chciałbym zapomnieć jak najszybciej! Była to najgorsza wersja barszczu jaki w życiu jadłem. „Zupa” podana z grubo pokrojonym w kostkę burakiem i bardzo, ale to bardzo mocnym zakwasem buraczanym, który przypominał w smaku koncentrat. Danie to nie należało do pozytywnych kulinarnych doznań… Było po prostu okropne! Sos z truskawek, który miał być wzbogać danie o słodycz znikł w zakwasie i został przez wszystkich zapomniany. Za takie danie należy się rózga!

Ryba na Kwaśno (sos maślany, czosnek niedźwiedzi), Lubuskie – flądra z maślanym kwaśnym sosem, czosnkiem niedźwiedzim i kawiorem z pstrąga. Danie dość oryginalne i smaczne, niestety trochę zbyt słone jak na mój gust. Bardzo ciekawym i niespodziewanym elementem dania było wykorzystanie kawioru z pstrąga, który strzelał w ustach nadając daniu wyrazu i nuty zaskoczenia. Ryba była bardzo soczysta i przyjemna w smaku.

Fujarki pastusze (grzyby), Podkarpackie – ciasto cygaretkowe wypełnione musem z grzybów oraz pianka grzybowa. To danie było zdecydowanie najlepszą propozycją Bez Gwiazdek. Fujarki to jedyna potrawa, która jest spójna z hasłem restauracji, czyli nowoczesną formą dań z zachowaniem oryginalnego smaku. Fujarki mnie zaskoczyły, a jednocześnie przeniosły do dzieciństwa, coś pięknego! Kruche ciasto z bardzo esencjonalnym, grzybowym musem, a do tego jeszcze bardziej fascynująca pianka, po której wypiciu robisz chwilę, zamykasz oczy i oddajesz się błogości smaku.

Kaczka (czereśnie, skorzonera), Lubelskie – po świetnych „fujarkach” czekaliśmy na równie dobrą i niespodziewaną kaczkę. Niestety nie było już tak miło jak przy okazji grzybowych doznań. Jeden kawałek kaczki w mojej porcji był mocno gumowaty, drugi jednak dużo lepszy. Dodatki w daniu bez zaskoczenia i większych smakowych wrażeń. Ta propozycja może się bronić, ale liczyliśmy na lepszą i zdecydowanie bardziej zajmującą potrawę. Wykorzystanie wężymorda nie wystarczy do tego by całe danie było inspirujące, człowiek chciałby poczuć coś świeżego nowego a w tym daniu zdecydowanie tego zabrakło.

Sernik (Czekolada, jeżyny, sable), Małopolska – sernik podany na sable, czyli francuskim ciasteczku waniliowym również nie należał do najlepszych momentów tego wieczora. Kruchość ciastka miała zostać przełamana aksamitną strukturą sernika i podbita jeżynami. Smaki niestety się ze sobą nie łączyły, a nasze zmysły skupiały się przede wszystkim na ciastku.

Wino w Bez Gwiazdek – to był zdecydowanie najmocniejszy punkt wieczoru, większość win idealnie komponowała się z daniami i były one świetnym dopełnieniem poszczególnych potraw. Na szczególną uwagę zasługuje tutaj obsługa. Opiekował się nami bardzo profesjonalny i szczegółowo opisujący wszystkie propozycję sommelier. Wielki plus!

Podsumowanie i wrażenia

Jednym słowem Bez Gwiazdek i bez szału! Pisząc szczerze to obaj po kolacji byliśmy naprawdę zawiedzeni. Liczyliśmy na pyszną, ciekawą i nowoczesną kuchnię w miejscu bez zadęcia i nadęcia. Chcieliśmy przeżyć kulinarną podróż do smaków regionalnych z oryginalną formą w tle. Wieczór był bardzo miły, jednak nie ze względu na jedzenie, a na towarzystwo i ciekawe rozmowy. Oczywiście nie mogę przekreślać wszystkich dań, bo np. fujarki były czymś naprawdę ekscytującym. Jednak całość kolacji muszę ocenić negatywnie. Bez Gwiazdek to naprawdę urocze i ciekawe miejsce, jednak tego wieczora zdecydowanie zabrakło najważniejszego – pysznego jedzenia, którego życzę Wam w zbliżającym się 2020 roku. Ciężko będzie mi tutaj wrócić i dać drugą szansę, mam jednak nadzieję, że kiedyś się przełamie, dostając dużo bardziej wartościowe dania niż podczas grudniowej wizyty.

Ceny:

Menu degustacyjne składające się z 6 dań to koszt 160 zł za osobę. Opcja z wine pairing to dodatkowe 150 zł za osobę. Zamawiając „chleb i masło” będziecie musieli przygotować się na dodatkowy wydatek w wysokości 15 zł. Całość kolacji dla dwóch osób wraz z winem, wodą i chlebem to koszt rzędu niemal 700 zł. Całe szczęście, że zostałem na tę kolację zaproszony :P. Dziękuje!

PS.

Świetną sprawę w Bez Gwiazdek, o której nie wspomniałem wcześniej, a na pewno warto to pokreślić, jest serwis dań i ich omówienie przez kucharzy restauracji. Każde danie jest podawana przez kucharza za nie odpowiedzialnego, który szczegółowo określa danie, co skraca dystans i jeszcze mocniej daje poczucie swobody.

Na koniec mam również prośbę do restauracji. Proszę aktualizujcie menu nieco wcześniej, rezerwując stolik chciałbym jednak wiedzieć jakie menu będzie w tym czasie. 

Gdzie zjeść tatara w Warszawie? 5 najlepszych miejsc na tatara!

Gdzie zjeść tatara w Warszawie? 5 najlepszych miejsc na tatara!

Tatar to moja ulubiona przystawka, danie fenomenalne, ale tylko jeśli dobrze przygotowane. Befsztyk tatarski to potrawa, do której trzeba „dorosnąć”. Ja dojrzewałem dość długo, nauczyłem się jeść tatar dopiero w wieku 20 lat. Od tamtego czasu nie mogę przestać, jestem fanatycznym miłośnikiem, szczególnie tego siekanego. Przygotowałem dla Was listę 5 moim zdaniem najlepszych miejsc na tę pyszności w Warszawie.

Najlepsza kawa w Warszawie! Gdzie pójść na kawę w stolicy?

Najlepsza kawa w Warszawie! Gdzie pójść na kawę w stolicy?

Jako wielki fan małej czarnej i kawiarnianego stylu życia, od zawsze marzyłem o posiadaniu miejsca, które będzie „moje”. Kawiarni, która będzie dla mnie czymś więcej niż miejscem spotkań. Długo takiego miejsca nie miałem, poszukiwania trwały i trwały. Całe szczęście już nie muszę szukać – znalazłem! Zastanawiacie się gdzie jest najlepsze miejsce na kawę w stolicy? Gdzie posmakujcie idealnego zestawienia gorczycy i mocy? To zdecydowanie Forum na Elektoralnej!

PRZEZ RAJ, CZYŚCIEC I PIEKŁO NA OBROTOWEJ SCENIE czyli „Boska komedia” Teatr Powszechny  w Warszawie

PRZEZ RAJ, CZYŚCIEC I PIEKŁO NA OBROTOWEJ SCENIE czyli „Boska komedia” Teatr Powszechny w Warszawie

Istnieją utwory literackie, które mają moc nie tylko tekstu ale i potencjał dla wizualnego zobrazowania treści. Nie ulega wątpliwości, że takowym jest Boska komedia Dantego Alighieri. Owa szczególna wędrówka poprzez raj, czyściec i piekło, którą odbywa alter ego autora, to synteza średniowiecznej filozofii i krytyka świata doczesnego: poszukiwania szczęścia w zbawieniu. Kilka lat temu w Awinionie wspaniały spektakl przygotował Romeo Castellucci, który poszczególne części utworu osadził w różnych przestrzeniach i lokalizacjach miasta. Polska tradycja odwołuje do widowiska Józefa Szajny, które pozostaje w legendzie teatralnej jako świetne, wizyjne i ponadczasowe. Oba wyżej wspomniane odwoływały się właśnie do obrazu, który zniewalał i oczarowywał. W przypadku włoskiego twórcy dodatkowym walorem stała się symboliczna uniwersalność i korespondowanie z rzeczywistością dnia codziennego. Oba spektakle stanowią już historię sceny.

Kolejnym twórcą, który zmierzył się z utworem Alighieri jest Krzysztof Garbaczewski, który w Teatrze Powszechnym w Warszawie przygotował własną wersję opowieści. Artysta, którego porównuję z doświadczeniem teatralnym Jerzego Grzegorzewskiego, równie często powraca do plastycznych rozwiązań, które miały miejsce we wcześniejszych jego spektaklach. Owe nawiązania mają szczególne znaczenie. Budują przestrzenie pamięci, nie są tylko prostymi refleksami przeszłości, ale miejscami jak z dawnego snu, nierealistyczne, ale urzekające. I w ostatnim czasie w ten sposób odbieram twórczość Garbaczewskiego, który zatapia się w rozwiązaniach technologicznych, które mają wzmacniać przekaz wizualny, ale niestety odbywa się to kosztem treści, która wypada blado i nijako.

Podczas zeszłorocznego Praskiego Quadriennale, które jest miejscem prezentacji scenografii z całego świata, Polskę reprezentował właśnie Krzysztof Garbaczewski. Była to prezentacja przygotowana w formacie rzeczywistości wirtualnej (VR). Każdy odwiedzający otrzymywał okulary i zasiadał na białej, kubikowej, prostokątnej konstrukcji, aby śledzić wykreowany świat poprzez technologię informatyczną. Można się spierać czy to jeszcze teatr czy już nie, ale na pewno ciekawe doświadczenie. Nie piszę tego bez powodu, gdyż właśnie owa konstrukcja stała się głównym elementem scenografii w Teatrze Powszechnym. Osadzona na obrotowej scenie dzieli przestrzeń na trzy oddzielne światy, które wzbogacone są projekcjami wirtualnymi kreowanymi na żywo przez aktorów. Scenografię autorstwa Aleksandry Wasilkowskiej dopełniają elementy abstrakcyjne – olbrzymie dłonie, palce. Świetne są również kostiumy przygotowane przez Sławomira Blaszewskiego. I to są najlepsze elementy widowiska. Faktycznie, jeżeli wyłączy się to co jest wypowiadane ze sceny, można chłonąć fantastyczną instalację teatralną, która buduje podróż człowieka w poszukiwaniu ukochanej Beatrycze dzielona sekwencjami raju, piekła i czyśćca.

W warstwie literackiej to przedstawienie, które trudno sklasyfikować, bowiem tekst jest poszarpany, nielogiczny, nijaki. Pierwszy monolog Sandry Korzeniak można zamknąć w stwierdzeniu: kilka słów o człowieku i jego kupie. Jest to przerażająca, nudna i nijaka sekwencja. Podobnie wypadają wykrzyczane przez Bartusia 419 teksty odwołujące się do rzeczywistości społecznej. To szczyty grafomanii, które łączy jedno: bełkot. Jako dramaturga Garbaczewski zaprosił do realizacji spektaklu rapera Kozę, tylko pytanie jaki był tego cel? Trudno doszukać się sensu i zrozumienia, bo nawet dopisane frazy są mdłe i puste, które wzbudzają śmiech i politowanie. Podziwiałem aktorów, szczególnie tych, którzy animowali świat VR, bowiem ich praca jest całkowicie na marne! Nie ma sensu tego typu zabieg, który całkowicie nie koresponduje z akcją sceniczną i staje się pustym gestem artystycznego wymysłu. Projekcja w pełni wypełniłaby zaplanowane pole ekranu nad sceną. Pozostałe role sceniczne, trudno sklasyfikować i wyróżnić, bowiem akcja jest powielona, wtórna, schematyczna i przewidywalna. Piekło jest piekłem, przewodnik przewodnikiem, a bohater ciągle wspina się na górę i dojść do szczytu nie może.

Każdy spektakl, który wnosi do życia artystycznego coś nowego i ożywczego należy docenić i zauważyć. Ze względu na stronę wizualną Boska komedia jest zapewne najciekawszym doświadczeniem w tym sezonie. Ale tylko tyle, pozostają ciekawe obrazy, a reszcie towarzyszy intelektualna pustka. To przedstawienie jak wielkanocna pisanka – pięknie opakowane, ale wnętrza brak. Smutne to doświadczenie bowiem teatr to nie tylko galeria. Kolejna pułapka przy Zamoyskiego, wieczór tylko dla koneserów wizualnego przeżycia estetycznego.

Boska komedia, na podstawie Dantego Alighieri, scenariusz i reżyseria: Krzysztof Garbaczewski, Teatr Powszechny im. Z. Hubnera w Warszawie, premiera: luty 2020.

TUK TUKIEM PRZEZ ŚWIAT czyli „Rasa” – Opera Ballet Vlaanderen

TUK TUKIEM PRZEZ ŚWIAT czyli „Rasa” – Opera Ballet Vlaanderen

Dla niewtajemniczonych tuk tuk to w Bangkoku najszybszy środek transportu. Mały, zwinny pojazd, który gdy przyspiesza wydaje specyficzny odgłos. Zero bezpieczeństwa i pasów, ale jest szybko i sprawnie – symbol aglomeracji, stolicy Tajlandii. Podobne środki lokomocji mają Indie. Tylko klasycznie były to riksze, dziś ich miejsce zajęły pojazdy o identycznej nazwie, ale napędzane silnikiem. Taki specyficzny automobil to kluczowy element scenografii baletu Rasa w choreografii Daniela Proietto w Ballet Vlaanderen. Ten młody tancerz argentyński, który osiągnął wiele laurów jako solista, otrzymał szansę realizacji pełnego spektaklu w jednej z najlepszych kompanii tanecznych Europy. I chyba czasem lepiej błyszczeć na scenie niż przechodzić do kręgu realizatorów, gdy ma się tak niewiele i nieudolnie coś do powiedzenia.

SAM NA WIELKIEJ SCENIE czyli „Ja jestem Hamlet” Teatr Nowy Poznań

SAM NA WIELKIEJ SCENIE czyli „Ja jestem Hamlet” Teatr Nowy Poznań

„Sam już na wielkiej, pustej scenie”. Tak jak Wyzwolenie wpisane jest w tkankę teatru, analogicznie Agata Duda-Gracz w poznańskim Ja jestem Hamlet osadza dramat w środowisku sceny, miejsca szczególnej wspólnoty. Na myśl, jej koncepcja, przywodzi również film Aktorzy prowincjonalni Agnieszki Holland, a także serial Artyści Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego. Wszystkie przytoczone porównania wskazują na pole akcji – teatr współczesny, dziś. Dla widzów miejsce magiczne, a aktorów i twórców codzienność: praca i ciężki znój. Agata Duda-Gracz kpi, opisuje, analizuje owe miejsce, pokazuje jego wnętrze. Współczesna scena staje się w jej interpretacji wydmuszką, polem dla hochsztaplerów i artystycznych oszustów.

IKONY TEATRU I CODZIENNOŚCI czyli „Ach, jak godnie żyli” – Teatr Powszechny Warszawa

IKONY TEATRU I CODZIENNOŚCI czyli „Ach, jak godnie żyli” – Teatr Powszechny Warszawa

W życiu codziennym mamy coraz mniej autorytetów. Upadek i degradacja życia publicznego (politycznego) wpływa na nas samych, gdyż brakuje nam wzorców postępowania i zachowania.Wyprzedaż wartości jest powszechna. Liczy się pieniądz i dobre życie. A co z tym co najważniejsze – godnością? Niekwestionowanym autorytetem dla pokoleń uczestniczących w życiu teatru studenckiego był poznański Teatr Ósmego Dnia. Scena szczególna również dla piszącego te słowa. Bowiem nie widziałem historycznych przedstawień, ale towarzyszę ludziom tego teatru i spektaklom sceny od końca lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Służyli mi pomocą, wspierali, a w ich działalności zawsze chodziło „o coś”. Imponowali mi postawą i aktywnością społeczną. Mimo upływu lat zawsze w słusznej sprawie, w obronie innych, słabszych – człowieczeństwa. I właśnie tejże formacji poświęcona jest najnowsza premiera Teatru Powszechnego w Warszawie w reżyserii Marcina Libera. I jest jeszcze jedna analogia. Z offu podczas prologu spektaklu padają znamienne słowa: „Nazywam się Marcin L. jestem dzieckiem Teatru Ósmego Dnia”. Pisząc pod kryptonimem mogę orzec identycznie o sobie: duchowo czuję się dzieckiem tejże grupy teatralnej.

Ach, jakże godnie żyli tytułem odwołuje się do spektaklu Ósemek z końca lat siedemdziesiątych XX wieku (Ach, jakże godnie żyliśmy) i jest z jednej strony w miarę linearną opowieścią o poznańskiej grupie od połowy lat sześćdziesiątych do faktycznie dnia dzisiejszego. Śledzimy, jak w historycznej naukowej pracy, losy wspólnoty: Lecha Raczaka, Ewy Wójciak, Marcina Kęszyckiego, Adama Borowskiego i Tadeusza Janiszewskiego. Przez zespół przewinęli się również inni współpracownicy, niestety przemilczani w scenariuszu. Dla widza może być to ciekawy obraz przeszłości teatru w reżimie niedemokratycznym, reglamentowanej wolności i ograniczeniach cenzury. Jednak dla znawców okaże się to odtwarzaniem znanej prawdy. Mimo to wygrywa forma opowieści, która jest imponująca. To nie tylko suche odtwarzane fakty, ale bardzo udanie zainscenizowane mikroscenki, które oddają klimat dawnych dni. Z drugiej strony spektakl to dyskurs z przeszłością i prawdą. Osobiście najbardziej wstrząsające okazują się polemiki z Jerzym Grotowskim. Guru teatru ukazany jest jako hochsztapler i konformista artystyczny. Cytaty z tekstu autorstwa Lecha Raczaka, opublikowanego w miesięczniku „Dialog”,  Para-ra-ra, nie pozostawiają złudzeń. Ósemki realizowały teatr całym życiem, sobą, postawą i zaangażowaniem, a Teatr Laboratorium zapatrzony w wyraz i przeżywanie artystyczne odrywał się od funkcji społecznej sceny i zaangażowania politycznego. Niezwykle wymowna jest jedna z ostatnich scen spektaklu, gdy aktorzy ubrani w barokowe stroje odtwarzają układ taneczny – konformistyczny gest obłudy. Niezgoda i sprzeciw budzą się w oglądających. Chcemy prawdy, chcemy sceny, chcemy wolności. Nie gorsetu i peruki, maski, pozy i mimiki.

Aktorsko spektakl jest wielkim doznaniem artystycznym zespołu na miarę Ósemek. Odtwarzanie kilkunastu postaci wychodzi bardzo udanie. Spojrzenia i niedopowiedzenia chyba są najcenniejsze, analogicznie tak jak w życiu. Finał. Naprzeciw siebie w skrajach sceny siedzą Anna Ilczuk (Ewa Wójciak) i Michał Czachor (Lech Raczak) zbliżają do siebie fotele, bliżej, bliżej, bliżej. Dotykają się dłońmi. Czy pojednanie jest możliwe? Czy zespolenie grupy ponownie kiedyś nastąpi? Światło gaśnie. Nie ma odpowiedzi. I jej już nie będzie. Lech Raczak odszedł na zawsze 17 stycznia 2020 roku.

Teatr i codzienność to wspólnota, a sztuka umiera gdy staje się tylko letnim komentarzem i rozrywką, a żyje wraz z pulsem swojego społeczeństwa.

Ach, jakże godnie żyli, reżyseria: Marcin Liber, Teatr Powszechny im. Z. Hubnera w Warszawie, premiera: listopad 2019.

Benjamin Paschalski

KOBIETY NA FITNESSIE czyli  „Diabły” w Teatrze Powszechnym

KOBIETY NA FITNESSIE czyli „Diabły” w Teatrze Powszechnym

? Tani, jak artystyczny warsztat szkolny, kabaret w kilku scenkach o doli i znoju kobiet w naszym kraju. Wchodząc do teatru już jesteśmy bombardowani cytatem z Tomasza z Akwinu: „Kobiety są błędem natury… z tym ich nadmiarem wilgoci i ich temperaturą ciała świadczą o cielesnym i duchowym upośledzeniu…”. Tylko jakby ktoś zapomniał, że akwinita żył w XIII wieku, a nie wczoraj i poglądy średniowieczne absolutnie nie współgrają z dzisiejszą rzeczywistością. I tak toczy się ten spektakl na siódemkę aktorów.