Miesiąc: Grudzień 2019

SAMOTNY WOBEC ŚWIATA

SAMOTNY WOBEC ŚWIATA

Utwory literackie zawsze stanowiły inspiracje dla twórców baletowych. Powieść Ericha Marii Remarque’a, z roku 1936, Trzej towarzysze stała się kanwą dla najnowszej produkcji Łotewskiego Baletu Narodowego w Rydze. To bardzo dobry, znany i zasłużony zespół tańca klasycznego prowadzony przez Aivarsa Leimonisa. W tym przypadku zaprosił on, do przygotowania produkcji, artystę rosyjskiego Sergieja Zemlyanskiego. Choreograf bliżej nie jest zapewne rozpoznawalny dla znawców baletu, ale na pewno powinni kojarzyć jego styl fani teatru dramatycznego. Współpracował on bowiem z moskiewską grupą SoundDrama Studio Władimira Pankowa, która kilkukrotnie gościła ze swoimi spektaklami i koncertami w naszym kraju, m.in. we Wrocławiu i Olsztynie. Przedstawienia rosyjskiej formacji, przesycone ruchem i muzyką, zawsze wywoływały entuzjazm polskiej publiczności. I podobnie jest w Rydze, gdzie owacjami na stojąco zakończył się spektakl. Mimo przychylnego oddźwięku widzów pozostawia on pewien niedosyt i niespełnienie. Jest to konsekwencja stylu choreograficznego Zemlyanskiego, który określa on sam mianem plastycznej dramy. To co sprawdza się w teatrze dramatycznym, nie koniecznie można odnosić do pełnospektaklowego baletu.

Kuchnia regionalna z twistem czyli Restauracja Bez Gwiazdek

Kuchnia regionalna z twistem czyli Restauracja Bez Gwiazdek

Zachęcony kilkoma bardzo pochlebnymi recenzjami, a szczególnie filmem na kanale Macje Je postanowiłem rozpocząć swoją przygodę z menu degustacyjnym od Restauracji Bez Gwiazdek. Maciej w swoim filmie określa to miejsce „najlepszą restauracją w Warszawie”, drugą opinią, którą się sugerowałem to zdanie równie cenionej Basi Stareckiej, która piszę o restauracji Roberta Trzópka tak „jeden z najzdolniejszych polskich szefów kuchni, dojrzał do otwarcia własnej restauracji. Bez inwestorów, białych obrusów, promocji, celebrytów i gwiazdek. Bez gwiazdek, choć z pewną dozą kokieterii.”. Miejsce z takimi opiniami bardzo zachęciło i żal byłby nie spróbować. Okazję do przetestowania tego miejsca nadarzyła się tuż przed świętami, kiedy to ze znajomym postanowiliśmy skosztować świątecznego menu. Jak było? Czy nam smakowało i z jakim kosztem się wiązało? Jak myślicie? Przekonajcie się sami!

PORADNIA SEKSULOGICZNO-DEPRESYJNA Z POLITYKĄ W TLE – Recenzja spektaklu „Serotonina”

PORADNIA SEKSULOGICZNO-DEPRESYJNA Z POLITYKĄ W TLE – Recenzja spektaklu „Serotonina”

Michel Houellebecq dla swoich rówieśników, i trochę młodszych czytelników z różnych kręgów Europy, jest idolem. Pochłaniamy jego książki, identyfikujemy się z bohaterami. Bolączki postaci stają się wyzwaniami nas samych. W 2008 roku w redakcji „Gazety Wyborczej” miało miejsce spotkanie z autorem, na które przybyły tłumy fanów francuskiego pisarza. Jego powieściami zainteresował się również polski teatr. Chyba jako pierwszy Wiktor Rubin wprowadził na scenę Cząstki elementarne w Teatrze Polskim we Wrocławiu, a nie tak dawno Ewelina Marciniak w Wybrzeżu interpretowała Mapę i terytorium. Owe próby przynosiły spory niedosyt. Wersja sceniczna nie osiągała pułapu słowa książki. Fantazja autora przewyższała możliwości teatralnej machiny. Kolejny raz prozę Francuza na scenę spróbował przenieść warszawski Teatr Studio powierzając realizację Pawłowi Miśkiewiczowi. Serotonina okazuje się nieznośnym przykładem przegadanego spektaklu, w którym inscenizacji nie uświadczysz, a słowo nie jest w stanie zrekompensować pełnowartościowego wyniku artystycznego mimo doborowego składu aktorskiego.

Powiększona przestrzeń sceniczna zaprojektowana przez Barbarę Hanicką przywodzi na myśl instalację Aleksandry Wasilkowskiej wykorzystaną w Życiu seksualnym dzikich i Burzy. W Studio dwie ruchome wielkie płaszczyzny przypominają mózg z jego fałdami, ale również świat pokiereszowany i na nowo zespolony taśmą. Scenę pokrywają rzędy drewnianych krzeseł jak w szkolnej sali lub gabinecie lekarskim. I rzeczywiście ów obraz odpowiada inwencji inscenizacyjnej. Bowiem główny bohater Florent-Claude, zarówno postać jak i narrator (w podwójnej roli Marcin Czarnik i Roman Gancarczyk) odwiedza postaci z przeszłości jak i z bliskiej teraźniejszości. Ponad czterdziestoletni mieszkaniec Paryża przeżywający wewnętrzny kryzys i poważną depresję snuje opowieść o życiu – głównie kobietach i porażkach miłosnych. Słowo penis i wagina, robienie loda jest odmieniane na tysiąc razy, chyba częściej niż w Monologach waginy Eve Ensler. W tej opowieści pojawiają się kobiety młodsze i starsze, doświadczone i amatorki. Wszystkie związki opatrzone upadkiem i brakiem możliwości egzystencji. Snujące się dialogi stają się nieznośne, gdyż za każdym razem dotyczą jednego i tego samego – niepowodzenia. Bohater staje się zakładnikiem przeszłości, tego co minęło, nie będąc w stanie konstruować przyszłości. Wizyty u psychiatry i zwiększanie dawki Captorixu stają się remedium na niepowodzenia i możliwość dalszego trwania. Sceny u lekarza (w tej roli Robert Wasiewicz) pełne ironii i dowcipu to trafne obserwacje stanu depresji oraz załamania człowieka. Dokonując szerokiej metafory choroba Florent-Claude i jego dotychczasowe konsumpcyjne życie mogą być niezłą metaforą współczesności. Świata, gdzie dawka leku jest nas w stanie utrzymać w dalszym trwaniu, bowiem zatraciliśmy się w błądzeniu i pogoni za wyimaginowanym szczęściem.

Spektakl ze statycznej opowieści zmienia się we frapującą i pełną odwołań do współczesności historię za sprawą odwiedzin głównego bohatera u przyjaciela z lat studiów Aymerica (Krzysztof Zarzecki). Przez drobną chwilę poznajemy polityczny oddech Francji, który w obrazie telewizyjnym wyraża się w protestach niezadowolonych – ruchu „żółtych kamizelek”. To jedyny, w całym spektaklu pełen emocji, a nie tylko opowieści o nich, fragment. Jest w nim ból i tragizm. Splot niepowodzeń życiowych, ambicji i utraty wiary w samego siebie, gdzie samobójstwo staje się wybawieniem. Tu Miśkiewicz pokazuje swoje mistrzostwo, oddech polityki i odwołanie się do problemów świata, tak jak miało to miejsce w jego Podopiecznych na podstawie Elfriede Jelinek. Jednak to tylko wyjątek, mgnienie, ślad. Bowiem pozostałe sceny nie mają takiej siły, są jak wizyta u psychiatry – proszę wziąć krzesełko, usiąść, porozmawiamy. I snuje się ten potok słów faktyczne bez reżyserii, z różnymi zarysowanymi charakterami postaci, na tle których wyróżnia się Camille (Dominika Biernat), a z przeciwnej strony nie do zniesienia Japonka Yuzu (Sonia Roszczuk). Kalejdoskop kobiecych postaci, wspomnień bohatera i rozmów o seksualnych podbojach jest jak wieczór ze Zbigniewem Lwem-Starowiczem. Tylko aby to przeżyć, nie trzeba iść do teatru, a można umówić się na wizytę do specjalistycznej poradni.

Ten spektakl udowadnia, że Houellebecqa warto czytać, jest w nim siła i potęga opowieści o bolączkach nas samych, ale w teatrze nie odnalazł dla niego nikt jeszcze adekwatnego klucza inscenizacyjnego. W przypadku Serotoniny poleganie tylko na tekście zabiło teatr – miejsce magii i fantazji, a nie wspólnego czytania książek.

Serotonina, Michel Houellebecq, reżyseria: Paweł Miśkiewicz, Studio. Teatrgaleria w Warszawie, premiera: grudzień 2019.

[Benjamin Paschalski]

SALON PAMIĘCI czyli recenzja spektaklu „Berek” -Teatr Żydowski w Warszawie

SALON PAMIĘCI czyli recenzja spektaklu „Berek” -Teatr Żydowski w Warszawie

Te dziewięćdziesiąt minut to niezwykle udana próba podróży w przeszłość. Początek, gdy grupa aktorów, pobielona, w strojach jak ze spektakli Tadeusza Kantora, z przewodniczką starszego pokolenia (Wanda Siemaszko) zwiedza wystawę, jest inauguracją podróży w dawny czas. Od malarskiego obrazu śmierci Joselewicza przechodzimy płynnie do portretu poety-żołnierza Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Jego żydowskie korzenie skrywamy i ukrywamy w naszym publicznym dyskursie, a tym prostym teatralnym gestem widzimy jak losy dwóch wspólnot żyjących, pod jednym wspólnym niebem, splatały się i uzupełniały.

Hallo, Tu RADIO – Recenzja „Wróg się rodzi” – Teatr im. W. Horzycy w Toruniu

Hallo, Tu RADIO – Recenzja „Wróg się rodzi” – Teatr im. W. Horzycy w Toruniu

Recenzja spektaklu „Wróg się rodzi” – Marcin Kącki, reż. Agata Groszyńska w Teatr im. W. Horzycy w Toruniu. Jadąc do Teatru Horzycy byłem pełen obaw. Czy nie powstanie spektakl powierzchowny, który strywializuje problematykę owego niespotykanego zjawiska społecznego. Nie zawiodłem się. Widz oczarowany jest tekstem od pierwszych chwil. Jego autorem jest Marcin Kącki – dziennikarz prasowy, reportażysta, na podstawie którego książki powstał równie ważny spektakl w Białymstoku – Biała siła, czarna pamięć. Wykorzystując techniki dziennikarskie naszkicował scenariusz, który zbliża spektakl to teatru faktu, dokumentu. Bowiem autorzy odchodzą od czystej faktografii dotyczącej tylko Radia Maryja. Zestawiają ów epos z doświadczeniem i funkcjonowaniem rwandyjskiej rozgłośni RTLM (Radio i Telewizja Tysiąca Wzgórz). Ona w latach 1993-94 stała się tubą propagandową ludności Hutu nawołującą do mordowania współmieszkańców kraju – Tutsi.

WIELKIE NIC I SENATOR SHOW czyli recenzja spektaklu „Dziady” – Teatr Polski Warszawa

WIELKIE NIC I SENATOR SHOW czyli recenzja spektaklu „Dziady” – Teatr Polski Warszawa

Każde wystawienie Dziadów Adama Mickiewicza osnute jest aurą oczekiwania na teatralne spełnienie. Co nowego można pokazać na scenie posiłkując się narodową dramą? W swoim życiu widziałem wiele inscenizacji wieszcza: od telewizyjnej rejestracji w reżyserii Konrada Swinarskiego ze Starego Teatru w Krakowie poprzez Krystyny Skuszanki w Teatrze Narodowym w roku 1987 do trzech najbardziej komentowanych w ostatnich latach: Radosława Rychcika w Teatrze Nowym w Poznaniu, Pawła Passiniego w Opolskim Teatrze Lalki i Aktora im. A. Smolki i oczywiście pierwsze wykonanie całego utworu, bez skrótów, przygotowane w Teatrze Polskim we Wrocławiu przez Michała Zadarę. Każda z nich stawała się frapującą podróżą teatralną, bowiem inscenizatorzy wykorzystując własny, oryginalny język sceniczny dokonywali odkrywania, bądź wnikliwego odczytania, na nowo utworu.

Z zaciekawieniem przyjąłem zapowiedź warszawskiego Teatru Polskiego, który do trzeciej powojennej realizacji na tej scenie, zaprosił Janusza Wiśniewskiego. To twórca uznany i znany, którzy poprzez stałą współpracę z kompozytorem Jerzym Satanowskim i choreografem Emilem Wesołowskim wypracował własny język sceniczny. Polemiczny. Dla jednych odkrywczy i nowatorski będący mieszaną teatru plastycznego, formy i ruchu. Z drugiej strony to dla części odbiorców, nie tyle co nawiązujący, ale wręcz kopiujący styl Tadeusza Kantora. Analogicznie jak mag krakowski Wiśniewski puszcza w wir sceniczny machinę przewijających się postaci, które jak refleksy przesuwają się przed widzami pozostawiając ślady, rysy charakterów, pewnych historii. I podobny styl zaproponował w inscenizacji Dziadów. I niestety poniósł porażkę. Dotkliwą i bolesną. Bowiem z utworu wieszcza uczyniono dwugodzinny bryk, który niczym lekcje polskiego w dawnych latach w telewizji, ma stać się materiałem pomocniczym do nauczania lektury. Jednak dla młodego odbiorcy jest to propozycja nieznośna, a co gorsza tak pokiereszowana, że niezrozumiała. Z utworu upłynęła w nieznane cała metafizyka. Pozostał banał z kilkudziesięcioma figurami przechodzącymi po scenie.

Przedstawienie zaczyna się bardzo obiecująco. Wręcz odkrywczo. W poszerzonej przestrzeni sceny o kilka rzędów parteru, w czarnych dekoracjach, gdzie ich elementem stają się liczne ołtarze, relikwiarze oraz figury świętych spotyka się towarzystwo salonu warszawskiego i wileńskiego na obrzędzie dziadów. Guślarz (Jan Janga Tomaszewski)  poczyna celebrę, oczywiście skróconą, ale ma ona swój niepowtarzalny rytm i sens. Wykorzystanie pirotechniki wzmacnia ową scenę, która zaskakuje prostotą i wymową poprzez uczestników zjawiska. Obserwują oni bowiem ludyczne świętowanie jako coś niespotykanego, odmiennego i nieprzystającego do ich warstwy. Jako ostatnie widmo pojawia się Gustaw, który jest łącznikiem do kolejnych fragmentów utworu. I niestety po piętnastu minutach nadziei i udanej sceny następuje totalna klapa. Kolejne fragmenty są już nieznośną deklamacją, która nie przynosi nic, kompletnie nic. Następują fragmenty IV części spotkanie Pustelnika (Gustawa) z Księdzem i wycinki III części. Ale nie mają one zacięcia pasjonującej historii. Scena więzienna wygląda jak spotkanie chłopców przy ognisku, którzy zasiedli na trawie do śpiewania pieśni harcerskich. Ich słowa są puste. Wielka Improwizacja przechodzi bez echa. Jakub Kordas jako Gustaw-Konrad jest aktorsko blady. Nie ma charyzmy wielkiego bohatera, którą prezentowali w tej roli Gustaw Holoubek, Jerzy Trela czy Bartosz Porczyk. Kolejne fragmenty, w Salonie Warszawskim czy wejście Pani Rollison, są pozbawione wymowy i sensu o czym mają właściwie być. Bez znajomości utworu Mickiewicza można  mieć poczucie zagubienia i chaosu. Nadzieja ożywa w scenie ostatniej – balu. Tu Wiśniewski powraca do swojej rozpoznawalnej kreski – machiny przesuwających się postaci jak w synchronizowanym tańcu. Jednak i tu półsłowa mają charakter pustej deklamacji, a nie rzeczywistego dramatu.

W gąszczu i lawinie przegadanego chaosu scenicznego jest jedna rola, na którą warto zwrócić uwagę. To Senator w wykonaniu Krzysztofa Kwiatkowskiego. Dużo młodszy niż zazwyczaj rozpiera energią i aktorskim kunsztem. Jest pazerny i zachłanny. Silny i potężny. Otacza scenę całym sobą. To jedyna rola, która została pomyślana, a nie tylko puszczona w machinę słowa i ruchu.

Spektakl oglądałem na popołudniówce. Na widowni głównie licealiści. Na pamiętne Dziady w Narodowym w sezonie 1967/68 ograniczono sprzedaż biletów właśnie dla młodzieży szkolnej, aby niepożądane treści, w ocenie władz, nie dotarły do młodego odbiorcy. W dniu dzisiejszym nie ma się czego obawiać. Widownia siedziała znudzona, drzemiąca i zapatrzona we własne telefony, w których widać jest ciekawiej niż w dramacie romantyka. Tekst, który powinien wstrząsać i dotykać właśnie młodych, gdyż III część jest poświęcona rówieśnikom, a estetycznie posiada wielkie pokłady oraz możliwości, dziś nuży i nie zagrzewa do walki „z Bogiem i choćby mimo Boga”.

Dziady, Adam Mickiewicz, reż. Janusz Wiśniewski, Teatr Polski im. A. Szyfmana w Warszawie, premiera: listopad 2019.

                                                                                                                                                            [Benjamin Paschalski]