Autor: admin

OGRANICZAĆ, CENZUROWAĆ, ZAKAZYWAĆ czyli „Oni” – Teatr Polski im. w Warszawie

OGRANICZAĆ, CENZUROWAĆ, ZAKAZYWAĆ czyli „Oni” – Teatr Polski im. w Warszawie

W Teatrze Polskim w Warszawie Piotr Ratajczak we współpracy z dramaturżką Joanną Kowalską przygotował premierę Onych. I owa inscenizacja perfekcyjnie koresponduje z naszą rzeczywistością. Wbrew powierzchownej opowieści, która dotyczy rewolucji mechanizacji reprezentowanej przez nowy tajny rząd dążący do unicestwienia wszystkiego co człowiecze i ludzkie, to podskórnie jest to historia o naszym dniu dzisiejszym. Kalikst Bałandaszek, utracjusz i artysta, posiadacz zacnej kolekcji malarskiej oraz jego partnerka Spika Tremendosa, aktorka i zaangażowana artystka, zostają poddani inwigilacji nowej, choć jeszcze ukrytej władzy.

PRZEZ RAJ, CZYŚCIEC I PIEKŁO NA OBROTOWEJ SCENIE czyli „Boska komedia” Teatr Powszechny  w Warszawie

PRZEZ RAJ, CZYŚCIEC I PIEKŁO NA OBROTOWEJ SCENIE czyli „Boska komedia” Teatr Powszechny w Warszawie

W warstwie literackiej to przedstawienie, które trudno sklasyfikować, bowiem tekst jest poszarpany, nielogiczny, nijaki. Pierwszy monolog Sandry Korzeniak można zamknąć w stwierdzeniu: kilka słów o człowieku i jego kupie. Jest to przerażająca, nudna i nijaka sekwencja. Podobnie wypadają wykrzyczane przez Bartusia 419 teksty odwołujące się do rzeczywistości społecznej. To szczyty grafomanii, które łączy jedno: bełkot. Jako dramaturga Garbaczewski zaprosił do realizacji spektaklu rapera Kozę, tylko pytanie jaki był tego cel? Trudno doszukać się sensu i zrozumienia, bo nawet dopisane frazy są mdłe i puste, które wzbudzają śmiech i politowanie.

TUK TUKIEM PRZEZ ŚWIAT czyli „Rasa” – Opera Ballet Vlaanderen

TUK TUKIEM PRZEZ ŚWIAT czyli „Rasa” – Opera Ballet Vlaanderen

Dla niewtajemniczonych tuk tuk to w Bangkoku najszybszy środek transportu. Mały, zwinny pojazd, który gdy przyspiesza wydaje specyficzny odgłos. Zero bezpieczeństwa i pasów, ale jest szybko i sprawnie – symbol aglomeracji, stolicy Tajlandii. Podobne środki lokomocji mają Indie. Tylko klasycznie były to riksze, dziś ich miejsce zajęły pojazdy o identycznej nazwie, ale napędzane silnikiem. Taki specyficzny automobil to kluczowy element scenografii baletu Rasa w choreografii Daniela Proietto w Ballet Vlaanderen. Ten młody tancerz argentyński, który osiągnął wiele laurów jako solista, otrzymał szansę realizacji pełnego spektaklu w jednej z najlepszych kompanii tanecznych Europy. I chyba czasem lepiej błyszczeć na scenie niż przechodzić do kręgu realizatorów, gdy ma się tak niewiele i nieudolnie coś do powiedzenia.

Za kanwę baletu we Flandrii posłużyła, znana również na polskich scenach, taneczna opowieść Bajadera. W Teatrze Wielkim w Warszawie wystawiała ją w formie wielkiego, klasycznego widowiska Natalia Makarowa. Realizatorzy, wykorzystując wątki znane z tejże inscenizacji, pozostawiając imiona bohaterów, uwspółcześniając opowieść, chyba w celu dostępności dla dzisiejszego widza, zbudowali wielki, różnorodny spektakl. Niestety, powstał straszliwy bohomaz, który co najgorsze posiada pseudo intelektualną podbudowę pisaną hinduizmem i kulturą Indii. „Rasa” to nie określenie na rasę, które również byłoby ciekawym tropem interpretacyjnym poprzez różnorodne kolory skóry bohaterów, ale w bezpośrednim tłumaczeniu „smak” i oznacza niewysłowiony stan spełnienia podczas doświadczania sztuki. To również konglomerat prób, różnorodności i poszukiwań twórczych. W odbiorze widz dostaje niestrawną próbę, całkowity misz masz artystyczny. Straszne i chybione.

Zgodnie z literą opowieści Proietto lokuje akcję w Indiach. Początek to miasto po którym przechadza się zasępiony, ale i wspierający biednych Solor. Spotyka Fakira, który oferuje mu podróż w przeszłość, przyszłość i teraźniejszość. Podjeżdża tuk tuk, a jakże z kierowcą stylizowanym na wielkiego siwego mędrca z brodą i rozpoczyna się wielka jazda. Dosłownie i przenośni. Powrót do lat młodzieńczych, gdy Indie stanowiły perłę w koronie Imperium Brytyjskiego. Jest i królowa Wiktoria, jako symbol dominacji. Solor, który w oryginale jest wojownikiem, tu natomiast uczniem w ekskluzywnej szkole, gdzie uczęszcza również Gamzetti. Jednak młody chłopak zauroczony jest Nickym (w oryginale Niki – bajadera, tancerka) biednym rówieśnikiem, pozbawionym edukacji. Ponieważ czasy się mieszają, w wieku dorosłym trafia on do lokalu, gdzie usługi seksualne to najwyższa forma rozrywki. Zmienia strój staje się „dziewczyną do towarzystwa”. Ostatecznie zostaje wykorzystany przez królową Wiktorię, która eksperymentuje zabawy farmakologiczne doprowadzając go do śmierci. Metafora jasna – okupacja brytyjska zniszczyła kulturę i ludzi. Solor i Gamzetti niby sobie przeznaczeni, ale już od siebie oddaleni. Część druga to podróż do królestwa cieni, w którym spotykają się dawni zauroczeni chłopcy, co też dokonuje się za sprawą Fakira i kierowcy tuk tuka. Część ostatnia to świat lokalu, w którym występował, rezydował Nick. To prawdziwa ostała kultura. Pokaz jej zjawiskowości i oryginalności. Solor zostaje sam, z przesłaniem nadziei i szczęścia. Ehhh. Za dużo filozofowania i teoretyzowania. Za mało sztuki.

Sama fabuła jest już tak zagmatwana i niejasna, że zastanawia kto w ogóle dał zielone światło dla takowej nieprzemyślanej prezentacji. Dodatkowo Proietto wprowadza do tańca, zgodnie z założeniami „rasy” inne formy sztuki, m.in. śpiew i to wykonywany przez tancerzy (oprócz kierowcy tuk tuka, w tej roli profesjonalny śpiewak Guido Belcanto) co staje się nieznośne. Na dodatek sceny pełne są dialogów, pustych, strasznych i co najgorsze statycznych. W ten sposób rodzi się nie widowisko baletowe, ale raczej coś na kształt teatru z tańcem. Tegoż ostatniego faktycznie jest niewiele. To co zasługuje na wyróżnienie to na pewno fragmenty części drugiej z pomysłowym wykorzystaniem projekcji jako cieni i cały akt trzeci. Mimo bezsensownego wykorzystania tafli wody, jako elementu uatrakcyjniającego formę ruchową, to taniec jest ciekawy, siłowy, z elementami tradycyjnej ekspresji hinduskiej. To pokazy na kształt znany z Dziadka do orzechów, gdzie mamy podróż przez regiony świata. Spektakl przypomina wystawiony przed laty, jeszcze przez zespół baletowy Teatru Wielkiego w Warszawie, Pana Twardowskiego Ludomira Różyckiego w choreografii Gustawa Klauznera. Widz czekał w napięciu kiedy zaczną tańczyć, bo chodzą i chodzą. W Rasie jest jeszcze gorzej bo śpiewają i mówią. Niezrozumiałym pozostaje dlaczego choreograf nie zaufał własnemu myśleniu tanecznemu, nie dał szansy opowiedzieć historii właśnie tańcem. W ten sposób zniszczył potencjał i wiarę w tę sztukę.

Pozytywnym efektem podróży do Antwerpii był występ w partii Solora kubańskiego tancerza, pierwszego solisty Bayerische Staatsballett, Osiela Gouneo. Świetny technicznie, z genialną koordynacją, fantastycznymi piruetami i skokami mógłby być królem wieczoru, gdyby dano mu szansę do zaprezentowania pełni swojego kunsztu. Niestety, tak jak zauważono, scen baletowych jest jak na lekarstwo i dlatego pozostaje duży niedosyt i z tegoż występu. Dla premiery Rasa została skomponowana specjalnie muzyka przez Mikaela Karlssona. To autonomiczna część spektaklu. Różnorodna, wykorzystująca motywy wschodnie, szczególnie instrumenty perkusyjne świetnie brzmiące w akcie trzecim, pełna nastrojowych i dynamicznych sekwencji. Jest to najciekawszy element, bowiem gdy zawodzi to co dzieje się na scenie można spojrzeć w kanał orkiestrowy i wsłuchiwać się w Casco Phil pod batutą Benjamina Haemhoutsa.

Zespołem baletowym Flandrii kieruje fantastyczny choreograf Sidi Larbi Cherkaoui. I jego dobór współpracowników budzi duże kontrowersje. W zeszłym sezonie w Gent (opera i balet występują w dwóch miastach z tym samym repertuarem) oglądałem Bach Studies w choreografii Benjamina Millepieda I wychodziłem ze spektaklu z tymi samymi zastrzeżeniami co w Antwerpii. Za dużo, za wiele i zbyt różnorodnie chcą opowiedzieć młodzi twórcy własną wizję artystyczną. Wielokrotnie właściwa selekcja i konsekwencja twórcza lepiej wpływają na odbiór widowni. A może potwierdza się maksyma, że nie zawsze fantastyczny artysta, jest również dobrym szefem?

Antwerpia to piękne miasto. Każdy, kto kocha sztukę powinien je odwiedzić. Chociaż tyle. To rekompensata nieudanego wieczoru z baletem. Zawód i rozczarowanie.

Rasa, chor. Daniel Proietto, muz. Mikael Karlsson, Opera Ballet Vlaanderen, pokazy w Stadsschowburg Antwerpen, premiera: styczeń 2020

SAM NA WIELKIEJ SCENIE czyli „Ja jestem Hamlet” Teatr Nowy Poznań

SAM NA WIELKIEJ SCENIE czyli „Ja jestem Hamlet” Teatr Nowy Poznań

„Sam już na wielkiej, pustej scenie”. Tak jak Wyzwolenie wpisane jest w tkankę teatru, analogicznie Agata Duda-Gracz w poznańskim Ja jestem Hamlet osadza dramat w środowisku sceny, miejsca szczególnej wspólnoty. Na myśl, jej koncepcja, przywodzi również film Aktorzy prowincjonalni Agnieszki Holland, a także serial Artyści Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego. Wszystkie przytoczone porównania wskazują na pole akcji – teatr współczesny, dziś. Dla widzów miejsce magiczne, a aktorów i twórców codzienność: praca i ciężki znój. Agata Duda-Gracz kpi, opisuje, analizuje owe miejsce, pokazuje jego wnętrze. Współczesna scena staje się w jej interpretacji wydmuszką, polem dla hochsztaplerów i artystycznych oszustów.

IKONY TEATRU I CODZIENNOŚCI czyli „Ach, jak godnie żyli” – Teatr Powszechny Warszawa

IKONY TEATRU I CODZIENNOŚCI czyli „Ach, jak godnie żyli” – Teatr Powszechny Warszawa

Niekwestionowanym autorytetem dla pokoleń uczestniczących w życiu teatru studenckiego był poznański Teatr Ósmego Dnia. I właśnie tejże formacji poświęcona jest najnowsza premiera Teatru Powszechnego w Warszawie w reżyserii Marcina Libera. I jest jeszcze jedna analogia. Z offu podczas prologu spektaklu padają znamienne słowa: „Nazywam się Marcin L. jestem dzieckiem Teatru Ósmego Dnia”. Pisząc pod kryptonimem mogę orzec identycznie o sobie: duchowo czuję się dzieckiem tejże grupy teatralnej.

KOBIETY NA FITNESSIE czyli  „Diabły” w Teatrze Powszechnym

KOBIETY NA FITNESSIE czyli „Diabły” w Teatrze Powszechnym

Nie ma nic gorszego w teatrze gdy miejsce artystycznej prezentacji zajmuje tani dydaktyzm. Taki, który stara się ubierać w wielkie słowa sprawy ważne i istotne społecznie, a tak właściwie służy tylko jednemu, aby było atrakcyjnie i do przodu. Jest moda, jest trend, to my też tak chcemy. Teatr Powszechny w Warszawie to jedna z najważniejszych scen w kraju. Miejsce, które mianuje się jako „Teatr, który się wtrąca” czerpiąc ze spuścizny patrona Zygmunta Hubnera. Jednak wtrącanie to nie spektakle pod publiczkę. To raczej poważny dialog, rozmowa, coś ważnego dla obu stron: sceny i widowni, a właściwie w takim miejscu: wspólnoty. Wieloletni dyrektor tegoż teatru Zygmunt Hubner pozostawał wierny owej maksymie czy to w okresie Solidarności, po wprowadzeniu stanu wojennego czy drodze do zmian w 1989 roku. Dla aktualności i korespondowaniu ze współczesnością mówił wyraźne tak, ale dla zabijania sztuki tanią aluzyjnością – nie. Dał temu wyraz również w swoich felietonach. Polecam. Dzisiejsza scena przy ul. Zamoyskiego w Warszawie prowadzona przez Pawła Łysaka zaczyna błądzić i niestety poczynają to być manowce artystyczne i intelektualno-emocjonalna pustka. Po świetnej Klątwie Oliviera Frljica, która stała się pretekstem do nagonki na scenę szczególnie przez tych co spektaklu nie widzieli, Teatr począł „odcinać kupony” od owego spektaklu. Tak było z Mefisto w reżyserii Agnieszki Błońskiej niby świadomie odnoszącym się do przedstawienia Chorwata. Jednak była to chybiona próba dorównania utworowi na kanwie Wyspiańskiego. Słabe i mdłe. Nijakie. Najgorsze, że diagnozy ze spektaklu wydają się całkowicie chybione, gdyż mają walor schematu publicystycznego a nie rzeczywistej analizy społecznej.

Dyrekcja sceny kolejny raz zaprosiła Agnieszkę Błońską do realizacji spektaklu. Tym razem na warsztat, razem z dramaturżką Joanną Wichowską, wzięły motywy z opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza Matka Joanna od Aniołów. Mimo takowych deklaracji ciężko doszukać się tejże treści w spektaklu. Owszem jest jedna scena dedykowana Iwaszkiewiczowi, ale nic, kompletnie nic nie ma z magii owego utworu. A co otrzymuje widz? Tani, jak artystyczny warsztat szkolny,  kabaret w kilku scenkach o doli i znoju kobiet w naszym kraju. Wchodząc do teatru już jesteśmy bombardowani cytatem z Tomasza z Akwinu: „Kobiety są błędem natury… z tym ich nadmiarem wilgoci i ich temperaturą ciała świadczą o cielesnym i duchowym upośledzeniu…”. Tylko jakby ktoś zapomniał, że akwinita żył w XIII wieku, a nie wczoraj i poglądy średniowieczne absolutnie nie współgrają z dzisiejszą rzeczywistością. I tak toczy się ten spektakl na siódemkę aktorów. I czego w nim nie ma: pióra, nagość w każdej odmianie, tanie tańce, zabawy wibratorem i oczywiście lekcja anatomii na temat łechtaczki, a na koniec sztuka zaspakajania się. No po prostu boki zrywać!

Myślę, że teatr powinien zaoferować pokazy kuratorium oświaty w Białymstoku lub Rzeszowie. Wówczas byłby ciekawszy odbiór społeczny. W chwili obecnej spektakl w Powszechnym jest dla konkretnego, stałego widza, który przychodzi po określone treści i się z nimi identyfikuje i na końcu klaszcze. Tylko, że w przypadku Diabłów nie ma się nic do powiedzenia.  Robienie spektaklu w ten sposób, o problemach kobiet i z kobietami, jeszcze bardziej je upodmiotawia. Stają się one jak nagie marionetki, które nie szukają rozwiązań dla bieżących spraw codzienności, ale wykrzykują złość i nienawiść do świata. Przedstawienie przypomina spotkanie na fitnessie grupki koleżanek i tak sobie pogadają o seksie, o problemach i jak nam jest źle, jak nas nie szanują itp., itd. Strasznie to wszystko naciągane i nijakie. Czułem się bardzo nieswojo siedząc na widowni. Szczególnie gdy jesteś dodatkowo nagabywany przez aktorów do współdziałania. Nie znoszę interakcji w teatrze, to chyba niemoc reżyserska powoduje aby na siłę wciągnąć odbiorcę w akcję spektaklu.

Sama warstwa literacka pozostawia też wiele do życzenia. Publicystyka zlewa się z medialną narracją. A już zabawa dwoma wibratorami i komentarze podczas tejże to kwintesencja dramaturgicznej niemocy. Owszem jest zabawa, ale po co i dlaczego? Na to pytanie trudno odpowiedzieć. Przedostatnia scena dedykowana abp Markowi Jędraszewskiemu będąca tańcem z opaskami i flagą tęczową jest nieuczciwa. Wybrzmiewa z niej, że kobiety są za pełną równością we wszystkich dziedzinach życia, a mężczyźni to homofoby. A przecież nie da się zamknąć wszystkiego w takim schemacie, bo wówczas samemu się segreguje i pozycjonuje. Żle, bardzo źle!

I tutaj chyba jest pełen sens Diabłów. Powstał spektakl skrajnie hermetyczny, dla kobiet i o kobietach. Trudno budować dialog, w podzielonym społeczeństwie, jak samemu stawia się mury i rozgraniczenia na świat kobiecy i męski. A przecież istotą współczesności jest równość i poszanowanie, a nie kolejny raz wykazywanie kto pokrzywdzony, a kto wróg. Wbrew pozorom spektakl Błońskiej dzieli, a nie łączy. Manifesty są dobre na ulicy na krótki krzyk i agitację, a teatr stać na większą analizę i diagnozę społeczną.

Diabły, scenariusz: Joanna Wichowska, reż. Agnieszka Błońska, Teatr Powszechny im. Z. Hubnera w Warszawie, premiera: grudzień 2019.

Benjamin Paschalski