Autor: admin

DWA RAZY BALETOWY SEN czyli „Sen Nocy Letniej”

DWA RAZY BALETOWY SEN czyli „Sen Nocy Letniej”

Rzadko się zdarza aby w jednym sezonie zobaczyć kilka różnych inscenizacji jednego baletu. Ten swoisty renesans przeżywa utwór zaczerpnięty z dramatu Williama Shakespeare Sen nocy letniej. Dwukrotnie w Polsce (w Krakowie i Gdańsku) obejrzałem próby zmierzenia się z komedią omyłek, magią lasu, miłością i zabawą. Efekt pracy choreografów jest różnorodny. Kto wygrywa, kto przegrywa? Oto kilka doświadczeń z wyprawy nie tyle w sen, ale raczej do Snu.

Ranking miejsc z jedzeniem na wynos! Jak przetrwać zarazę i nie schudnąć!

Ranking miejsc z jedzeniem na wynos! Jak przetrwać zarazę i nie schudnąć!

Już od ponad dwóch tygodni jesteśmy skazani na siedzenie w domu i wyczekiwania dobrych wiadomości dotyczących koronawirusa. Dzieje się w Polsce dużo – Prezydent RP założył tik-toka, Robert Lewandowski został zhejtowany za przekazanie „tylko” miliona euro na walkę z zagrożeniem, a sejm przyjął zmiany w kodeksie wyborczym w popularnym ostatnio trybie „Ja bez trybu”. W każdym razie świat jest obecnie zwariowany, wiele zmienia się z dnia na dzień. Jedno na pewno się w najbliższym czasie nie zmieni – wciąż kochamy jeść! Przygotowałem dla Was mój subiektywny ranking miejsc, z których warto zamówić pyszne jedzonko.

KOMIKSOWY SENTYMENT czyli „Kapitan Żbik i żółty saturator” – Teatr Syrena Warszawa

KOMIKSOWY SENTYMENT czyli „Kapitan Żbik i żółty saturator” – Teatr Syrena Warszawa

Jest coś magicznego w okresie PRL-u. Z jednej strony widzimy go w obrazach obecnej propagandy polityki historycznej jako czas siermiężny i skostniały, ale popkultura wykorzystuje jego wątki dla ukazania innej twarzy tamtego czasu: przymrużenia oka i szczególnego poczucia humoru. Uwielbiamy stare filmy komediowe, głównie te w reżyserii Stanisława Barei. Nieśmiertelny Miś, Co mi zrobisz jak mnie złapiesz, Nie ma róży bez ognia czy serial Alternatywy 4. Kultowe cytaty, sceny, dialogi przeszły do naszej codzienności. I chyba właśnie z tego sentymentu za latami siedemdziesiątymi XX wieku powstała najnowsza premiera w warszawskim Teatrze Syrena. I choć inspiracja została zaczerpnięta z serii komiksowej, której bohaterem był niezwyciężony Kapitan Jan Żbik, to w najnowszym musicalu odbija się, jak w kręcącej kuli podczas festiwali piosenki w Sopocie, cały świat złotych lat Edwarda Gierka. Niesamowicie jest przeżyć, powrócić do tamtych czasów, gdy za przewodnika ma się Wojciecha Kościelniaka. Niezrównanego mistrza teatru muzycznego. Wielkie brawa i podziękowania za chwile wspomnień, ale i lekcji o przeszłości dla młodego pokolenia. Są one okraszone świetnym poczuciem humoru, oryginalną muzyką i przebojami, które wpadają w ucho jak utwory tamtych dni: Ireny Jarockiej, Maryli Rodowicz czy Jerzego Połomskiego.

Scenografia autorstwa Anny Chadaj wprowadza nas w magię tamtego czasu. Dla wielu, przestrzeń sceniczną, okalają trudne do rozszyfrowania słowa Pewex czy Guma Arabska, ale są też te bliższe neony domów towarowych Wars, Sawa i Junior. Horyzont to przeciętne blokowisko, dom, w którym żyją mieszkańcy stolicy. Codzienne troski, kłótnie, samotność. Jak w Czterdziestolatku Jerzego Gruzy. Ta wielopiętrowa konstrukcja przywodzi na myśl przedstawienie Piotra Cieplaka sprzed lat wystawione w Teatrze Studio – Taka ballada. Wówczas właśnie w takiej wielopoziomowej przestrzeni domu mieszkalnego rozgrywały się mikrodramaty bohaterów współczesności. I właśnie owi mieszkańcy staną się ofiarami magicznego trunku, który zostaje wlany do dystrybutora w saturatorze. Dokonuje tego agent obcego wywiadu Manfred Steif. Przeznaczony dla funkcjonariuszy partyjnych trujący płyn odmienia rzeczywistość Warszawy. Kolejni ludzie padają ofiarą magicznego napoju, który wyzwala w nich niesłychane, skrywane emocje i uczucia. Świat się zmienia, wiruje, tańczy. Bo przecież to nadchodzi wolność, wszystko przez zmieszany sok z wodą gazowaną z domieszką zakazanego płynu z zachodu.

Do akcji przeciwko agentowi obcego wywiadu (Tomasz Więcek) rusza niestrudzony Kapitan Jan Żbik (Maciej Maciejewski) we współpracy z pewną siebie Porucznik Olą (Iga Rudnicka). Niestety mają pecha. Bowiem saturator, który obsługuje Kasia (Barbara Garstka), w którym ukryty jest tajemny napój, przemieszcza stolicę od Pałacu Kultury i Nauki przez Rotundę i ulicę Marszałkowską. Kolejni przechodnie zostają nieświadomie zainfekowani. A przez to tworzy się magia sceny musicalowej. Bowiem każda ofiara to tłumione miłości, uczucia i prawdziwe życie. A teraz, pod wpływem napoju rozpoczyna się impreza. Przeboje w wykonaniu taksówkarza, który wpada w oko Kasi, to majstersztyk wokalny i potencjalnie wielki przebój muzyczny. Również żywiołowa sekwencja chcącej bawić się dziewczyny, która organizuje party disco to będące oazą wolności i niezależności mini show. Scena nasuwa skojarzenia z nieustanną zabawą w M-4 z osiedla Za Żelazną Bramą z filmu Dzięcioł. Zresztą każda sekwencja solowa dopracowana jest w każdym calu, autonomiczna i oryginalna. Zasługa to porywającej choreografii Eweliny Adamskiej-Porczyk.

Na tym tle blado wypada tytułowy bohater. Wielokrotnie staje się zbędnym elementem, przerywnikiem aby widz nie zapomniał, że dzielny milicjant goni groźnego przestępcę. Owszem jest komiczny ze świetnymi podskokami i szusami w pogoni za gangsterem, ale nie dorównuje świetnym popisom wokalno-tanecznym kolejnych spragnionych klientów żółtego saturatora. Największe oklaski należą się aktorowi Teatru Muzycznego w Gdyni Tomaszowi Więckowi. Faktycznie to jego show sceniczne. Pełen przerysowanego poczucia humoru, całym sobą otacza przestrzeń widowiska. Aż się czeka kiedy wejdzie na scenę. Jest jak nieśmiertelny Jaś Fasola w przejaskrawionych mimicznych scenkach, które pozostają na długo w pamięci.

Cały wieczór to świetnie brzmiąca muzyka Mariusza Obijalskiego, którą wykonuje na żywo band pod kierunkiem, oczywiście w milicyjnej czapce, Tomasza Filipczaka. To świetne kompozycje do których same rwą się nogi aby wybijać rytm kolejnych przebojów wieczoru. Czekam na nagranie, aby towarzyszyły mi każdego wieczoru jako człowiekowi patrzącemu na PRL trochę w różowych okularach, ale na pewno widzącego jego wartość kulturową, którą wprowadziliśmy do naszej współczesności.

Ten wieczór w Syrenie to kolejny sukces Wojciecha Kościelniaka, który jak nikt inny umie przygotować widowisko muzyczne. Nie ogranicza się jego rola do wskazania gdzie kto ma odśpiewać kolejną piosenkę, ale świetnie inscenizuje kolejne sceny tworząc żywiołowe przedstawienie. Co ważniejsze to nowy, oryginalny utwór, który ukazuje, że pod warstwą śmiechu i ironii, kryje się prawda o wolności i jej poszukiwaniu przez nasz wszystkich w każdym czasie i miejscu.

Kapitan Żbik i żółty saturator, teksty piosenek i reżyseria: Wojciech Kościelniak, muzyka: Mariusz Obijalski, Teatr Syrena w Warszawie, premiera: luty 2020.

                                                                                                   [Benjamin Paschalski]

JEDEN KRZYCZY, DRUGI GADA TYLKO CZY PUBLICZNOŚĆ RADA?  czyli „Zemsta” w Teatrze Telewizji

JEDEN KRZYCZY, DRUGI GADA TYLKO CZY PUBLICZNOŚĆ RADA? czyli „Zemsta” w Teatrze Telewizji

Obecna sytuacja epidemiczna, dla teatromanów, wymusza poszukiwanie alternatywnych dróg kontaktu ze sztuką. Oferta internetowa jest coraz bogatsza. Prawie każda scena krajowa i zagraniczna zaprasza na swoje strony www aby przybliżyć własne propozycje czy też zorganizować retransmisje przedstawień. Naprawdę jest w czym wybierać. Naczelne miejsce w tym kalejdoskopie zajmuje olbrzymia kolekcja Teatru Telewizji TVP. To również jego nowe premiery, które emitowane są na falach kanału Pierwszego i Kultura. Nowością marca była klasyczna Zemsta Aleksandra Fredry w reżyserii Redbada Klynstry-Komarnickiego.

Gniew czyli Schwarzcharakterki – Teatr im. S. Żeromskiego w Kielcach

Gniew czyli Schwarzcharakterki – Teatr im. S. Żeromskiego w Kielcach

Bezsensowna spowiedź czterech bohaterek-singielek o tym co je irytuje i doprowadza do gniewu wewnętrznego i zewnętrznego. I naprawdę nie ma w tym wywodzie niczego nadzwyczajnego, a treść tych wyrzutów jest tak nijaka, że wychodząc z teatru zapomina się o czym był ten spektakl i która z dziewczyn o czym mówiła. Najlepszą rekompensatą jest puszczana projekcja z modlitwą do Świętej Rity, patronki od spraw trudnych i beznadziejnych, matek i kobiet we wszystkich stanach. Zawiera ona wcześniej artykułowane żale i niespełnienia. I ta litania jest również wielką prośbą o jak najszybsze zakończenie spektaklu.

KOREA PÓŁNOCNA czyli „Rodzina” – Teatr Dramatyczny w Płocku

KOREA PÓŁNOCNA czyli „Rodzina” – Teatr Dramatyczny w Płocku

Chyba każdy z nas słyszał o rzeczywistości komunistycznego państwa koreańskiego. Jedną z jego ikon jest Ri Chun Hi najważniejsza prezenterka programów informacyjnych tegoż kraju. Nazywana również „różową damą” każdorazowo, gdy mają miejsce kluczowe i przełomowe wydarzenia dla wspólnoty Północnej Korei, informuje o tym miliony mieszkańców. Jej styl i powaga, monumentalny głos i postura to sztandarowe cechy wiadomości dla społeczeństwa. Zaśpiew języka, ale i przeżycia, godne prostej aktorskiej szkoły, nie pozbawione łez i wzruszeń, weszły już na stałe do propagandowego kanonu importowanego z Korei. Podobno prezenterka już wielokrotnie miała przejść na emeryturę, ale widocznie okoliczności i rzeczywistość społeczna pozostawia ją na straży przekazywania wieści i prawdy. Czasy i przywódcy się zmieniają. Ona pozostaje. Ciekawe i inspirujące. Bowiem wiele analogii można wysnuć wobec doświadczenia teatralnego w Płocku. Styl sceniczny się zmienia, mody teatralne przemijają, a placówka Mazowsza tkwi w skostniałej stylistyce pseudonowoczesności prowadzona przez Marka Mokrowieckiego.

Teatr w Płocku to miejsce dysonansów. Z jednej strony nowoczesna scena, budynek prawie dopiero po generalnym remoncie, na widowni tłum spragnionych widzów sztuki. Reaguje publiczność żywiołowo, do oklasków rwie się na koniec spektaklu, wstaje z miejsc. Tylko pytanie czy to gest wyuczonego szacunku czy rzeczywisty hołd dla kunsztu widowiska? Tutaj pojawiają się znaki zapytania. I to poważne.

Jedną z ostatnich premier sceny jest Rodzina Antoniego Słonimskiego w reżyserii Rafała Sisickiego. Sztuka, która w roku 1933 święciła triumf na deskach, powróciła na nie dopiero w roku 1981 do warszawskiego Kwadratu w reżyserii Edwarda Dziewońskiego. Komedia, iskrzy się dowcipem i specyfiką ukazania więzów rodzinnych, gdzie sploty akcji ukazują, że hitlerowiec ma za ojca Żyda, a minister sowiecki – hrabiego. I tak dalej i tak dalej… Satyra na świat dwudziestolecia międzywojennego, realiów ówczesnego czasu stanowi świetny obraz nie tylko rodzinnych koligacji, ale i rzeczywistości materialnej, relacji politycznych w drobnej wspólnocie polskiej prowincji. Można z tego utworu zrobić majstersztyk, kipiący humorem i zadumą dla widowni, że jest to również metafora o nas samych w dniu dzisiejszym.

Jednak w Płocku dostajemy tani, popularny teatr z nachalną inscenizacją, która pozostawia niesmak w odbiorze. Reżyser w ogóle nie wierzy w publiczność. Dosadnie ukazuje, choć wbrew akcji scenicznej, że utwór można dopasować do każdego okresu. To obraża widza. Inscenizator przed każdym aktem wprowadził radiowe dżingle, które umiejscawiają akcję – w latach trzydziestych, w 1968 i współcześnie. Zamiar bezsensowny, aby nikt nie miał wątpliwości, że w każdym czasie możliwe są zdarzenia. A scena choreograficzna z flagami czerwonymi i czarnymi będącymi emblematami ideologii totalitarnych to szczyt perswazji i niestety fatalnego stylu ruchowego. Na wielkiej scenie, po środku gigantyczna kanapa, która rozjeżdża się i przybliża do widzów z każdą częścią utworu. W tle projekcja dworu. To tyle jeżeli chodzi o dekoracje. Jak na bogaty dwór to niewiele. Jest pusto i nijak. Reżyserowi zabrakło widocznie olbrzymiej przestrzeni scenicznej, gdyż część akcji wyprowadził na przejścia między rzędami. Jest to kuriozalne i niezrozumiałe. Ale już prowadzenie aktorów to osobny temat.

Sztuka aktorska przypomina dokładnie telewizyjne występy Ri Chun Hi. Pełne zadęcia pozy, przerysowania oraz nie do zniesienia wypowiadane frazy. Reżyser zadbał o każdego odbiorcę. Jak przystało na „prawdziwy” teatr wprowadził wątek erotyczny z prześwitującym kostiumem, pod którym skryty był delikatnie biust Lucysi (Magdalena Tomaszeewskiej). Część męska widowni ukontentowana i uradowana. Pozostałe role sztampowe i schematyczne. Wejście Bab to istny upiór teatralny. Barbara Misium i Magdalena Bogdan grają wiejskie kobiety jakby przed chwilą obejrzały kronikę z lat siedemdziesiątych z wzorcowego PRGu, a gumiaki, w których ciężko chodzić dopiero otrzymały od rekwizytora. Kuriozalnych scen jest więcej. Mistrzostwem nieporadności jest wejście Kaczulskiej (Dorota Cempura) z Tomaszem Lekcickim (Tomasz Pogonowski) z przejażdżki konnej. Tylko, że bohaterka jest w szpilkach jak z sali balowej, a nie odpowiednim obuciu. Jednak największym kuriozum są zatrzymania akcji, wyciemnienia i monologi pana domu – Lekcickiego. Bohaterowie zastygają w wystudiowanych pozach jak z obrazów malarskich, a w tym czasie w punktowym świetle rozpoczynają się solowe przemyślenia. I czujemy się jak przed ekranem telewizyjnym, gdzie prosto z pustyni Nevada mówi do nas Mariusz Max Kolonko. I już wtedy nie wiadomo czy to żart czy prawdziwy teatr. Bo nie ma co dalej pastwić się nad sztuką, która powstała chyba tylko dlatego, że trzeba było wprowadzić nowy tytuł do repertuaru, bez namysłu po co i dlaczego. A przecież wiele można powiedzieć utworem Słonimskiego o naszej, współczesnej Polsce, w której nie brakuje analogicznych problemów jak w dwudziestoleciu międzywojennym, choć już nie jesteśmy wielonarodowym społeczeństwem, ale antysemityzm i nacjonalizm nadal obecne są w naszym codziennym życiu. Siłą reżyserii nie jest nachalność, jak ma to miejsce w Płocku, ale metaforyczne ujęcie problemów i zaufanie do widza. Bo na tym polega sztuka, a nie artystyczna propaganda.

Zapewne nie powrócę do teatralnego Płocka w najbliższym czasie po doświadczeniach podczas Rodziny. Jednak zastanawiam się nad zespołem artystycznym. Aktorami, którzy uczestniczą i tkwią w tym marazmie teatralnym. Bowiem nadejdzie taki czas, że zetkną się z nową estetyką twórczą, odmiennym, współczesnym myśleniem artystycznym.  I oby to nie był  dla nich wstrząs na miarę zmian, które mogą spotkać Koreę Północną, gdy dojdzie do przemian i procesu transformacji oraz otwarcia granic. Do przemyślenia dla publiczności i dyrekcji nadwiślańskiej sceny.

Rodzina, Antoni Słonimski, reż. Rafał Sisicki, Teatr Dramatyczny im. J. Szaniawskiego w Płocku, premiera: październik 2019.

                                                                                             [Benjamin Paschalski]