A CHRZEŚCIJANIN TAŃCZY, TAŃCZY, TAŃCZY, czyli „Czerwone nosy” – Teatr Nowy w Poznaniu

A CHRZEŚCIJANIN TAŃCZY, TAŃCZY, TAŃCZY, czyli „Czerwone nosy” – Teatr Nowy w Poznaniu

Należę do nielicznych, a może jest więcej teatromanów, którym przyszło widzieć spektakl Czerwone nosy Petera Barnesa w jego pierwszej wersji wystawionej w Polsce. Premiera odbyła się w roku 1993 w Teatrze Nowym w Poznaniu, reżyserował Eugeniusz Korin. W roku 1994 zaproszono przedstawienie na XXIII Warszawskie Spotkania Teatralne. W sali Teatru Dramatycznego oczekiwałem na wielkie widowisko. Tak anonsowano spektakl, treść recenzji nie pozostawiała złudzeń. Choć minęło lat dwadzieścia siedem to jednak moje odczucia nie korespondowały z ówczesnym zachwytem. Przedstawienie wydawało się niesłychanie rozwleczone, przegadane i mało komunikatywne. Lata minęły. Ta sama scena powraca do tegoż utworu. Zastanawiałem się czy będzie inaczej niż przed ćwierćwieczem? I się nie zawiodłem. Dzisiejsza rzeczywistość polityczna, ale również czas pandemii daje szansę odczytania utworu na nowo. I należy powiedzieć był to strzał w dziesiątkę. To odkrycie Czerwonych nosów dla dnia dzisiejszego. Widać w nim wszelkie jaskrawe barwy i głęboki sens utworu, w zestawieniu z tym co za oknem. Staje się to niezwykle klarowne i wyraziste wobec świata początków lat dziewięćdziesiątych, gdy wszyscy zapominali o reżimie niedemokratycznym i chcieli żyć zmianami oraz przemianami. Dziś gdy przyszło nam żyć w rzeczywistości protestu, nieokiełznania polityki i wielu znaków zapytania wobec kościoła katolickiego, można chłonąć spektakl jako zjawisko niesłychane. Co więcej jako bolesną przestrogę co za chwile może wydarzyć się ze sztuką, która aktywizuje się w dobrej wierze i słusznej sprawie.

Inscenizacji podjął się Jan Klata, który do dyspozycji miał cały zespół Teatru Nowego w Poznaniu. I jest to kolejne wielkie przedstawienie, po wspaniałych osiągnięciach w tym miejscu Agaty Dudy-Gracz, które pokazuje właśnie zespołowość. Niewiele jest takowych miejsc w naszym kraju, gdzie można pisać o tak zgranej kompanii artystycznej. Klata wykorzystał ten potencjał i zwyciężył. Stworzył widowisko totalne, świetnie zmontowane i przygotowane w warstwie myślowej. Mimo czasu trwania, przeszło czterech godzin, to jest to niesłychana podróż niby w krainę średniowiecza, ale wpisaną w nasz świat współczesny. Oryginał umieszcza akcję w czasach mrocznych wieków średnich okresu papieża Klemensa VI. Świat nawiedza dżuma. Dziesiątkuje społeczeństwa. Ludzie poszukują drogi ku zbawieniu i wydarciu się opresji. Świat przemierzają biczownicy, czarne kruki, a także nowy klasztor – Czerwone nosy. Grupa odmieńców, wyrzutków pod wodzą Flota (Łukasz Szmidt), która dzięki błogosławieństwu kościoła, ma przynosić ulgę w cierpieniu i chorobie. Gdy zaraza mija ci, którzy byli z ludem stają się zbędni. Kościół zwycięża, zaostrza kurs. Fikcja wykonywania roli czasu zagrożenia, staje się rzeczywistością w świecie bez obaw i lęku, eliminując wszelką konkurencję.

Jan Klata uniwersalizuje utwór. Początkuje spektakl sceną niczym ze współczesnych szpitali czasu naszej epidemii. Lekarz w kombinezonie i maseczce znanym z obrazków pomocy zainfekowanym Covid 19, rozpoczyna specyficzny seans pobudzenia i przebudzenia. Flote rozpoczyna podróż, w której zbiera towarzyszy, aby wesprzeć świat sztuką teatralną. Błogosławieństwo kościoła staje się ścieżką do aktywności. Ubrani w dresy rozpoczynają podróż, a lud w pełni czerpie słowo. Nie jest to sztuka wysoka, ale właśnie błazenada, prześmiewczość i dosadność jak najbliżej przeciętnego odbiorcy. To niczym z jednej strony disco polo, ale chyba bliżej do kate polo, zapomnianej formy pieśni katolickiej. Wspólnota Czerwonych nosów jest domem, schronieniem dla sztuki prostej i nieskomplikowanej, ale również czymś ważnym dla zatroskanych i zafrasowanych, cierpiących w czasie zarazy.

Przedstawienie jest swoistą przestrogą. Ukazuje niebezpieczeństwa mariażu sztuki z władzą. Czy to kościelną czy świecką. Partykularne i instrumentalne wykorzystanie zawsze kończy się źle dla tych, którzy wierzą we własną misję i przeznaczenie. Nadchodzi moment zużycia materiału i zagrożenia dla tych, którzy łożą, ale przecież i wymagają. Klata ukazuje również relacje pomiędzy kościołem i władzą państwową, współdziałaniu, które kończy się tragicznie dla swobód ekspresji własnych poglądów i myśli. Monizm ideowy staje się realnym zagrożeniem i niebezpieczeństwem.

Warto jeszcze raz podkreślić, że przedstawienia nie byłoby bez świetnego zespołu wielkopolskiej sceny. Na czoło wybija się wspomniany Łukasz Szmidt. Niesamowity w pantomimicznej roli Sonneriera jest Janusz Andrzejewski, a także jako Papież Klemens VI Ildefons Stachowiak. Nie byłoby tego spektaklu również bez symbolicznej scenografii Justyny Łagowskiej, która ogranicza się do otoczenia sceny matowymi plastykowymi żaluzjami, które tworzą zamkniętą przestrzeń chorego, odizolowanego świata. I jak zawsze u Klaty genialna muzyka, tym razem Jakuba Lemiszewskiego i choreografia Maćko Prusaka. To wszystko tworzy wspaniałe widowisko teatralne.

Poznańskie przedstawienie to wielkie dokonanie polskiej sceny. Ważny głos o swobodzie twórczej i niebezpieczeństwach zawłaszczania pola w kulturze przez władzę polityczną. To jak sygnalizator. Nie ma już zielonego światła, żółte niebezpiecznie szybko zmienia się w czerwone. Aby za chwilę nie było znaku stop i zakaz wjazdu.

Czerwone nosy, Peter Barnes, reżyseria: Jan Klata, Teatr Nowy im. Tadeusza Łomnickiego w Poznaniu, premiera: luty 2021.

                                                                                                                                                            [Benjamin Paschalski]



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *