Klasztorne Pogaduchy – Recenzja spektaklu „Matka Joanna od Aniołów” – Teatr Nowy – Warszawa

Klasztorne Pogaduchy – Recenzja spektaklu „Matka Joanna od Aniołów” – Teatr Nowy – Warszawa

Muszę przyznać – jestem fanem teatru Jana Klaty. Nie mogę zapomnieć dwóch jego genialnych spektakli, które zawsze pozostaną w mojej pamięci – H na podstawie Hamleta przygotowane w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku, a wykonywane w tamtejszej Stoczni oraz Sprawa Dantona Stanisławy Przybyszewskiej zrealizowana w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Z innymi przedstawieniami tegoż reżysera bywało różnie. Raz lepiej, raz gorzej. Ale zawsze niezapomnianie. Podziwiałem komunikatywność, przekaz spektaklu, niesłychaną umiejętność dialogu z publicznością, dobór muzyki i ruch sceniczny. I tematykę. Zawsze o czymś, dla kogoś – dla nas. Ostatnie próby Klaty jednak powodowały wiele pytań – tak było z Weselem Wyspiańskiego na pożegnanie dyrekcji w Starym Teatrze w Krakowie i Wielkim Fryderykiem Adolfa Nowaczyńskiego w Teatrze Polskim w Poznaniu. Ten ostatni spektakl, mimo wielu walorów, szczególnie genialnej roli Michała Kalety jako biskupa Ignacego Krasickiego, który ukradł show Janowi Peszkowi w roli króla Fryderyka II, okazał się przegadanym i nieaktualnym eposem scenicznym.

Najnowsza premiera w Nowym Teatrze w Warszawie wiązała się z wielkimi nadziejami na kolejne ważne widowisko Jana Klaty. Na warsztat bowiem wziął on Matkę Joannę od Aniołów na podstawie Jarosława Iwaszkiewicza. To jedna z trzech produkcji warszawskich (kolejne  w Powszechnym i Narodowym) na kanwie tegoż utworu. Zainteresowanie opowiadaniem nie jest przypadkowe. Rola i miejsce kościoła w naszym kraju, kryzys wiary, poszukiwanie Boga to tematy nad wyraz aktualne i warte poddania artystycznej analizie. Niestety spektakl Jana Klaty nie spełnia oczekiwań odbiorcy. Jest nudną podróżą w zakamarki i wnętrze kościoła. Może i zaglądamy pod sutannę, ale niestety mało z tego wynika, bowiem spektakl nie mówi wprost o dzisiejszych problemach tejże instytucji społecznej.

Nie tylko książka Iwaszkiewicza, ale głównie film Jerzego Kawalerowicza z roku 1961, będący jednym ze sztandarowych przykładów nurtu psychologicznego polskiej szkoły filmowej, z Ernestyną Winnicką w roli Matki Joanny i Mieczysławem Voitem jako księdzem Józefem Surynem, stanowi punk odniesienia i porównań. Niestety trudno ich uniknąć, gdy ma się do czynienia z genialnym pierwowzorem. Wersja ekranowa była oniryczna, pełna tajemniczości i niejednoznaczności. Naznaczona sensacyjną opowieścią o urszulankach z klasztoru w Ludyniu, które za sprawą mocy nieczystych zostały owładnięte siłą szatana. Ksiądz Suryn ma za zadanie dokonać egzorcyzmów i wyplenić ducha nieczystego z ciała przeoryszy Joanny. Klata pozostaje wierny opowieści zaczerpniętej z opowiadania, buduje wątek relacji zakonnicy z księdzem, jednak przeplata go postaciami innych duchownych, ukazując głęboki kryzys kościoła. Mimo potencjalnie atrakcyjnej treści, forma zaprezentowana jest nieznośna i monotonna, a nawet wtórna wobec innych spektakli inscenizatora.

Spektakl rozegrany w scenografii Justyny Łagowskiej i kostiumach Mirka Kaczmarka, które prezentują przestrzeń czerwonych kotar z pośrodku umieszczonymi białymi schodami, abyśmy nie mieli wątpliwości, że jesteśmy w Polsce, rozpada się na poszczególne monodramy postaci. Brakuje zwięzłej opowieści, o co właściwie chodzi, co twórca chce nam powiedzieć. I mamy monolog taki od niechcenia Księdza Bryna (Zygmunt Malanowicz), scenkę Reb Isze (Jacek Poniedziałek) itd., itp. To wygląda jak pokaz nieporadności reżyserskiej dla skonstruowania spójnej opowieści z postaciami z psychologicznej krwi i kości.

To co jest najbardziej trafne pozostaje między słowami, między wierszami, niedopowiedziane, na marginesie głównej opowieści. A świadczą o tym słowa Młodego Papieża (Maciej Stuhr), który krocząc po schodach powtarza: „zapomnieliśmy, zapomnieliśmy…” o tych wykluczonych, pominiętych, skrzywdzonych. W innej scenie Kardynał Callarus (Wojciech Kalarus) niemal identycznie jak Ksiądz w krakowskim Weselu, z gitarą w ręku, śpiewa quasi oazową piosenkę, aby chwilę później wyzbywać się dóbr materialnych, które szybko zbiera i chowa dla siebie. Te refleksy, sygnały pokazują rzeczywistość kościoła katolickiego jako instytucji. Tego co dzieje się w nim samym. Miejscu, w którym najbardziej brakuje tego co najważniejsze – Boga. Jedyną, która nie musi go szukać, ale wierzy w niego żarliwie jest Sistra Małgorzata a Cruce (Ewa Dałkowska). Cicha, usunięta na bok, modląca się w skupieniu, kontemplująca. Dopełnieniem jest monolog, już po oklaskach, który nazwałbym usprawiedliwieniem kościoła. W moim odczuciu całkowicie zbędny i niepotrzebny. Gdyż stawia kropkę nad i, nad tym co winno pozostać dla interpretacji widza.

Główną oś spektaklu, oprócz wspomnianego przesłania, wypełnia przestrzeń samego klasztoru oraz relacje Joanny z Surynem. Księdza gra zjawiskowy Bartosz Bielenia. Znany z ostatniego filmu Jana Komasy Boże Ciało, dla mnie zawsze pozostanie demonicznym bohaterem z obrazu Disco Polo, gdzie jego niebieskie oczy hipnotyzowały widzów. W przedstawieniu niby silny duchem, ale jednak słaby ciałem. Pali skręty, fascynuje go sado-maso i bondage, gdyż to ma być sposób na wyplenienie zła z ciała zakonnicy. Jego partnerką jest Małgorzata Gorol, która niknie, blednie, jest na drugim planie. Nie zauważam w niej opętania, szaleństwa, siły, mocy nieczystej. Nie ufam jej postaci, że rzeczywiście poddała się diabłu. Kryzys jej świętej egzystencji przechodzi bez echa. Klata buduje role zakonnic w sposób efekciarski, niestety nie efektowny. Są niczym girlsy z taniej rewii, bądź taniego lokalu z dziewczynami. Prężą się, wysilają na sznurach od dzwonów niczym na rurach w klubie peep-show w płytkiej choreografii Maćko Prusaka. Główny wątek posiada tylko jedną rzeczywiście piękną i wartą zapamiętania scenę. Bielenia zaczyna mówić Ojcze nasz…, prosi o wsparcie widownię, aby dodać mu ducha i siły wiary. Scena przeradza się w zjawiskowy taniec, bliskość, uczucie, podświadomą miłość, która zgubi Suryna a wyzwoli Joannę. Ta scena mogłaby trwać, być, bo jest przepiękną próbą wyzwolenia wiary.

Niestety ten fragment pozostaje odosobniony. Inne sceny są przegadane i toczą się od monologu do monologu. Pogaduchy. I tak bieży ten spektakl przez dwie godziny. Ma być o sprawach ważnych i bolesnych, ale one nikną i giną w gąszczu głównej historii, która też traktowana jest jako tło dla spraw istotnych. Wyszło przedstawienie nijakie, w którym ma być atrakcyjnie i wtórnie. Czasem lepiej wziąć książkę lub obejrzeć film sprzed lat bo chyba więcej mówi o podskórnym życiu kościoła niż próby współczesne.

Matka Joanna od Aniołów, na podstawie Jarosława Iwaszkiewicza, reż. Jan Klata, Nowy Teatr w Warszawie, premiera: listopad 2019.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *