WIELKIE NIC I SENATOR SHOW czyli recenzja spektaklu „Dziady” – Teatr Polski Warszawa

WIELKIE NIC I SENATOR SHOW czyli recenzja spektaklu „Dziady” – Teatr Polski Warszawa

Każde wystawienie Dziadów Adama Mickiewicza osnute jest aurą oczekiwania na teatralne spełnienie. Co nowego można pokazać na scenie posiłkując się narodową dramą? W swoim życiu widziałem wiele inscenizacji wieszcza: od telewizyjnej rejestracji w reżyserii Konrada Swinarskiego ze Starego Teatru w Krakowie poprzez Krystyny Skuszanki w Teatrze Narodowym w roku 1987 do trzech najbardziej komentowanych w ostatnich latach: Radosława Rychcika w Teatrze Nowym w Poznaniu, Pawła Passiniego w Opolskim Teatrze Lalki i Aktora im. A. Smolki i oczywiście pierwsze wykonanie całego utworu, bez skrótów, przygotowane w Teatrze Polskim we Wrocławiu przez Michała Zadarę. Każda z nich stawała się frapującą podróżą teatralną, bowiem inscenizatorzy wykorzystując własny, oryginalny język sceniczny dokonywali odkrywania, bądź wnikliwego odczytania, na nowo utworu.

Z zaciekawieniem przyjąłem zapowiedź warszawskiego Teatru Polskiego, który do trzeciej powojennej realizacji na tej scenie, zaprosił Janusza Wiśniewskiego. To twórca uznany i znany, którzy poprzez stałą współpracę z kompozytorem Jerzym Satanowskim i choreografem Emilem Wesołowskim wypracował własny język sceniczny. Polemiczny. Dla jednych odkrywczy i nowatorski będący mieszaną teatru plastycznego, formy i ruchu. Z drugiej strony to dla części odbiorców, nie tyle co nawiązujący, ale wręcz kopiujący styl Tadeusza Kantora. Analogicznie jak mag krakowski Wiśniewski puszcza w wir sceniczny machinę przewijających się postaci, które jak refleksy przesuwają się przed widzami pozostawiając ślady, rysy charakterów, pewnych historii. I podobny styl zaproponował w inscenizacji Dziadów. I niestety poniósł porażkę. Dotkliwą i bolesną. Bowiem z utworu wieszcza uczyniono dwugodzinny bryk, który niczym lekcje polskiego w dawnych latach w telewizji, ma stać się materiałem pomocniczym do nauczania lektury. Jednak dla młodego odbiorcy jest to propozycja nieznośna, a co gorsza tak pokiereszowana, że niezrozumiała. Z utworu upłynęła w nieznane cała metafizyka. Pozostał banał z kilkudziesięcioma figurami przechodzącymi po scenie.

Przedstawienie zaczyna się bardzo obiecująco. Wręcz odkrywczo. W poszerzonej przestrzeni sceny o kilka rzędów parteru, w czarnych dekoracjach, gdzie ich elementem stają się liczne ołtarze, relikwiarze oraz figury świętych spotyka się towarzystwo salonu warszawskiego i wileńskiego na obrzędzie dziadów. Guślarz (Jan Janga Tomaszewski)  poczyna celebrę, oczywiście skróconą, ale ma ona swój niepowtarzalny rytm i sens. Wykorzystanie pirotechniki wzmacnia ową scenę, która zaskakuje prostotą i wymową poprzez uczestników zjawiska. Obserwują oni bowiem ludyczne świętowanie jako coś niespotykanego, odmiennego i nieprzystającego do ich warstwy. Jako ostatnie widmo pojawia się Gustaw, który jest łącznikiem do kolejnych fragmentów utworu. I niestety po piętnastu minutach nadziei i udanej sceny następuje totalna klapa. Kolejne fragmenty są już nieznośną deklamacją, która nie przynosi nic, kompletnie nic. Następują fragmenty IV części spotkanie Pustelnika (Gustawa) z Księdzem i wycinki III części. Ale nie mają one zacięcia pasjonującej historii. Scena więzienna wygląda jak spotkanie chłopców przy ognisku, którzy zasiedli na trawie do śpiewania pieśni harcerskich. Ich słowa są puste. Wielka Improwizacja przechodzi bez echa. Jakub Kordas jako Gustaw-Konrad jest aktorsko blady. Nie ma charyzmy wielkiego bohatera, którą prezentowali w tej roli Gustaw Holoubek, Jerzy Trela czy Bartosz Porczyk. Kolejne fragmenty, w Salonie Warszawskim czy wejście Pani Rollison, są pozbawione wymowy i sensu o czym mają właściwie być. Bez znajomości utworu Mickiewicza można  mieć poczucie zagubienia i chaosu. Nadzieja ożywa w scenie ostatniej – balu. Tu Wiśniewski powraca do swojej rozpoznawalnej kreski – machiny przesuwających się postaci jak w synchronizowanym tańcu. Jednak i tu półsłowa mają charakter pustej deklamacji, a nie rzeczywistego dramatu.

W gąszczu i lawinie przegadanego chaosu scenicznego jest jedna rola, na którą warto zwrócić uwagę. To Senator w wykonaniu Krzysztofa Kwiatkowskiego. Dużo młodszy niż zazwyczaj rozpiera energią i aktorskim kunsztem. Jest pazerny i zachłanny. Silny i potężny. Otacza scenę całym sobą. To jedyna rola, która została pomyślana, a nie tylko puszczona w machinę słowa i ruchu.

Spektakl oglądałem na popołudniówce. Na widowni głównie licealiści. Na pamiętne Dziady w Narodowym w sezonie 1967/68 ograniczono sprzedaż biletów właśnie dla młodzieży szkolnej, aby niepożądane treści, w ocenie władz, nie dotarły do młodego odbiorcy. W dniu dzisiejszym nie ma się czego obawiać. Widownia siedziała znudzona, drzemiąca i zapatrzona we własne telefony, w których widać jest ciekawiej niż w dramacie romantyka. Tekst, który powinien wstrząsać i dotykać właśnie młodych, gdyż III część jest poświęcona rówieśnikom, a estetycznie posiada wielkie pokłady oraz możliwości, dziś nuży i nie zagrzewa do walki „z Bogiem i choćby mimo Boga”.

Dziady, Adam Mickiewicz, reż. Janusz Wiśniewski, Teatr Polski im. A. Szyfmana w Warszawie, premiera: listopad 2019.

                                                                                                                                                            [Benjamin Paschalski]



4 thoughts on “WIELKIE NIC I SENATOR SHOW czyli recenzja spektaklu „Dziady” – Teatr Polski Warszawa”

  • ponosisz porażkę! Konrada Swinarskiego NIE WIDZIAŁEŚ w TV, bo przedstawienia w Starym nigdy nie skończył – zginął w katastrofie lotniczej. Reszta Twoich niedouczonych wynurzeń na tym samym, ignorancją przepełnionym, poziomie. Ale matura pomaga

    • Witaj Jacku,

      ignorantem można nazwać osobę piszącą takie komentarze, porażkę (jak spektakl) poniosłeś Ty! Premiera w Starym miała miejsce w roku 1973, a rejestracja TV była 10 lat po premierze i 8 lat po tragicznej śmierci Swinarskiego. Odsyłam do klasy maturalnej.

      • ale nie odsyłaj do swego wodolejstwa i braku kompetencji. Na premierze „Dziadów” w kwietniu ’73 byłem osobiście – realizacja telewizyjna lata po śmierci reżysera jest tylko fantazją reż. telewizyjnego (L. Adamikia?) a nie rejestracją dzieła, którego wtedy nie było. To abecadło. Ale, przepraszam, w swoim komentarzu pomyliłem się sądząc, że piszesz „Hamlet”, który nigdy nie powstał; i to wynika z kontekstu komentarza, nieprawdaż?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *