SEN DYREKTORA – „ DZIADY CZĘŚĆ I, II, IV” – TEATR IM. STEFANA JARACZA W ŁODZI

SEN DYREKTORA – „ DZIADY CZĘŚĆ I, II, IV” – TEATR IM. STEFANA JARACZA W ŁODZI

Każdorazowe wystawienie tegoż utworu winno być w szeroko komentowane, analizowane i dyskutowanie. Tym razem cisza. Mowa o Dziadach Adama Mickiewicza, wystawionych w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi. Reżyserował Adam Sroka, który kolejny raz, między innymi po Tarnowie i Opolu, sięgnął po arcydramat. Co prawda na razie to zmierzenie się z częścią I, II i IV, ale zapowiedzi mówią o kolejnym sezonie i części III. I tu pojawiają się pewne analogie, skojarzenia i spostrzeżenia. Ostatnie lata to legendarne już wystawienia: Rychcika, Kleczewskiej czy ikoniczne, bez skreśleń, Michała Zadary. W nim jedną z ról odtwarzał obecny dyrektor łódzkiej sceny – Michał Chorosiński. I po obejrzeniu dzisiejszego przedstawienia, mam nieodparte wrażenie, że Pan Dyrektor, niczym Senator z części trzeciej miał sen. I może to nie jest coś na miarę mowy Martina Luthera Kinga z sierpnia 1963 roku, które rozpoczynało się od znamiennego „I Have a Dream”, to jednak marzenie miało stać się realnością. Chorosińskiemu wyśniło się powtórzenie sukcesu z Teatru Polskiego we Wrocławiu. Wykorzystując podobny koncept podziału wieczorów, ułożenia tekstu, pragnął dorównać pracy Zadary. Wszak miał, należy chyba wywnioskować, pozytywne doświadczenia ze wspólnej pracy, aby wprowadzić do repertuaru poemat Wieszcza, niby w całości, ale nie do końca. W tym sezonie Dziady kowieńsko-wileńskie, potem drezdeńskie. Dyptyk. Szacunek dla Mistrza. Jednak jest bardzo dużo zastrzeżeń i pytań. Dziady, tak to się utarło w tradycji teatralnej, wystawia się, gdy jest odpowiedni, sprawdzony zespół artystyczny. Bowiem Dziady to wspólnota – w treści, na scenie i na widowni. Mają wówczas sens prezentacji, gdy świadomość nie tylko opowieści, ale również realizatorów i wykonawców jest niesłychanie duża. Owe współdziałanie musi być pełne, a nie przypadkowe. Dramat to nie farsa. Trudno mówić o wspólnotowości w dzisiejszym łódzkim Jaraczu. Teatr, po kontredansach z wyborem dyrektora, jest raczej w kryzysie, a nie w świetnej formie. To już buduje niepewność dla słuszności wyboru tytułu. Po drugie, dyrektor mając swój sen, powinien pomyśleć nad nowym odczytaniem utworu, a nie powracać do schematu, który był już wystawiany w innych miejscach. Tworzy się odcinanie kuponów, zdarte klisze i chybione pomysły. To, co miało jakość w latach dziewięćdziesiątych XX wieku, niekoniecznie jest atrakcyjne w dniu dzisiejszym. I kolejne. Michał Chorosiński przez krótki czas prowadził fundacyjny Teatr Klasyki Polskiej. Docierając do różnych miejsc, z prostym, ale szlachetnym, w dobrym wykonaniu, słowem naszej tradycji, realizował pewien koncept teatru podróżnego. Ale, będąc szefem dużego, szacownego teatru, winien porzucić dawny zamysł na rzecz programu godnego kilku scen i łódzkiej, wyrobionej publiczności. Dziady nadal pozostają w kręgu kameralnej narracji, nie dorastają, mimo wielkich aspiracji, do rangi widowiska, które rywalizować będzie z ostatnimi największymi, polemicznymi wystawieniami scenicznymi. Sen Dyrektora chyba był zbyt prosty, aby przekuć go w napawającą optymizmem rzeczywistość.

Adam Sroka wybiera prostą drogę opowieści. Wieczór zawiera fragmenty, a raczej wyimki z części pierwszej, drugiej oraz czwartej. Konstrukcja to opowieść o młodości. Z Widowiska na pierwszy plan wysuwa się fraza Dziewicy – „My niewinni młodzi czarodzieje”. I właśnie całość to historia o tragedii miłości, młodości, jej wzlotach i upadkach. Dramacie uczuć i niespełnieniu. W części drugiej, kluczowym jest spotkanie Pasterki z nieżywym wybrankiem, a w czwartej – w opowieści Gustawa – tragedia miłości do Maryli. Reżyser zestawia dwa światy – młodości i dojrzałości. Widać to niesłychanie dobrze w drodze na obrzęd czy też w scenach w trakcie tegoż. Także spotkanie Gustawa z Księdzem ma wymiar sporu pokoleniowego, różnych podejść do życia i świata wokół. Jasna koncepcja i tak postawiony problem zabija magię Mickiewicza. Inscenizator przesuwa sensy. Najważniejsza staje się część czwarta, a obrzęd przemija niesłychanie szybko, by nie powiedzieć wstydliwie. Przecież właśnie celebra święta wezwania zmarłych jest kluczem dla zrozumienia tradycji wielkiego poety. Guślarz u Dejmka był lirnikiem, dziadem wywiedzionym ze świata historii i przeszłości. Tu jest połączeniem flecisty z cymbalistą. W pełnym świetle rozegrane sceny, które wymagają skupienia, wyciszenia i zadumy, jak spotkanie nad grobem w dzień zaduszny, pobrzmiewają krucho i niewyraziście. Przechodzą bez echa. Owa gromada, która zbiera się na owe tajemne spotkanie, jest niezwykle ograniczona, łącznie to kilka osób, które jednocześnie są wywołującymi zmarłych, a także nimi. I zaburza się logika. Bowiem ostatnie Widmo przychodzi z innego świata. I pytanie dlaczego tak się dzieje, skoro inne postaci, są alter ego uczestników wydarzenia? Dziwnie wypada wiersz Upiór, który nie wiadomo czemu służy, no może skoro „serce ustało” jest wprowadzeniem do domu Księdza z części czwartej, który odwiedza Pustelnik (Gustaw) jako postać z zaświatów. I właśnie ów fragment jest najważniejszą częścią spektaklu. Owa rozmowa, dialog o zabitym uczuciu ma wartość dojmującą. Jednak znów reżyser popełnia błędy i nie odrobił wszystkich lekcji. Nie sugeruje, nawet w kostiumie, z jakim księdzem mamy do czynienia, skoro posiada dwie córki! Gustaw, skoro jest pustelnikiem i przychodzi gaworzyć o miłości to dlaczego ma wojskowy płaszcz, obucie i spodnie sugerujące walkę, a nie uczucie? Również pompatyczność słowa jest zatrważająca i nie służy zrozumieniu opowieści, ale przeciętnemu wypowiadaniu fraz z zadęciem orkiestry wojskowej, a nie cichego miłosnego lamentu. Snuje się ta narracja do finału, gdzie młodość przegrywa walkę o to, co najcenniejsze – uczucie.

Całość przedstawienia rozegrana jest w charakterystycznej dla Sroki przestrzeni autorstwa Magdaleny Kut. To zastawki oraz obiekty ruchome – coś na kształt wozów i mini rowerów. Atrybuty przypisane do podróży i młodości, współgrają z zamysłem opowieści. Kostiumy wywiedzione z ery disco lat osiemdziesiątych XX wieku, są kuriozalne i nieatrakcyjne. Nie podkreślają postaci, ale je unifikują. Jednak najwięcej zastrzeżeń można mieć do wykonania. Guślarz (Radosław Osypiuk), zepchnięty na drugi plan do swojego instrumentarium, jest statycznym bohaterem, bez charyzmy i zacięcia. Wykonuje swoje czynności bez jakiegokolwiek zaangażowania. Jako duch nigdy bym nie słuchał jego wezwania, bo było puste i nijakie. Najdziwniejsza postać to Dorota Kiełkowicz, która po kolejnych wywołanych duchach ukazuje dłoń z krzyżem, a także tak powtarza wspólne frazy, że ma się wrażenie jakby nie umiała roli. Jej wykonanie wiersza Upiór, raczej kilku wyimków, jest pozbawione rytmu i sensu. Zresztą Sroka w ogóle nie dba o jakość słowa Mickiewicza, a to już prawie gwałt na wierszu poety. Sceny młodych wypadają jak weselne wypady, które nie wiadomo czemu służą i jaki mają cel. Garść dobrego dialogu, teatru słowa otrzymujemy we fragmentach części czwartej. Robert Latusek jako Ksiądz, wewnętrznie wyciszony, przemyślany przywołuje na myśl wielką i wspaniałą rolę Wiesława Cichego z Wrocławia. Dużo podobieństw, pomysłów zachowań. Jednak Ksawery Szlenkier, który został zaangażowany gościnnie do roli Gustawa, nie jest adekwatnym do roli kochanka. Jego słowo jest krzykliwe, jednowymiarowe. Za dużo zadęcia, za mało pokory i zrozumienia.

Dyrektor miał sen. Piękny sen. I pozostanie w sferze marzeń. Nie ma sukcesu, jest ponowny bryk. Dziady nie zostały na nowo odkryte, a jedynie są kontynuacją wcześniejszych pomysłów reżysera. Wieczór nie ukazał wielkich możliwości aktorskich łódzkiej sceny. Gorzej, trochę w tym niemocy. Życzę postępu i otrzęsienia, bowiem dziś bliżej do Ciężkich czasów Bałuckiego, niż do arcydramatu naszego narodowego Wieszcza.

Dziady część I, II, IV, Adam Mickiewicz, reżyseria Adam Sroka, Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi, premiera: marzec 2023.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Krzysztof Bieliński



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *