Najnowsze

Wywiad z Piotrem „Vienio” Więcławskim – Urzeczywistnienie Myśli

Wywiad z Piotrem „Vienio” Więcławskim – Urzeczywistnienie Myśli

Piotr „Vienio” Więcławski to wybitna postać na polskim rynku muzycznym, znany przede wszystkim jako raper i wokalista. Posiada liczne talenty. Zajmuje się produkcją muzyczną, reżyserią oraz dziennikarstwem radiowym. Jego zainteresowania wykraczają również poza muzykę; jest uzdolnionym kucharzem i wpływową osobowością w świecie gastronomii, co potwierdza 

TAM GDZIE TRADYCJA SPOTYKA SIĘ Z ZABAWĄ! OKTОBERFEST!

TAM GDZIE TRADYCJA SPOTYKA SIĘ Z ZABAWĄ! OKTОBERFEST!

Co roku, Monachium staje się światową stolicą piwa. Oktobersfest to nie tylko piwna ekstrawagancja, ale kulturalny maraton, który przyciąga miliony osób z każdego zakątka globu, szukających pysznego złocistego napoju, ale też niezapomnianej atmosfery, tradycji i zabawy. Dziś zagłębiamy się w ten barwny festiwal, odkrywając, jak 

Kim jest to Miasto? Kto jest kim?

Kim jest to Miasto? Kto jest kim?

Parafrazując Hłaskę, w tym mieście można być tylko pijakiem lub bohaterem. Normalni ludzie nie mają tu nic do roboty. Ja czasem jestem pijakiem, innym razem staram się być bohaterem. Efekty pewnie jak u każdego mocno nieoszacowane i niewiążące. Najczęściej bohaterem chce stawać się oczywiście po pijaku. Patrząc na moich współtowarzyszy życia nie mogę oprzeć się myśli, że wszyscy tak jak w utworze Taco są „ciągle w pogoni za tą straszną liczbą, czyli sześć zer”.

Opowieść niech zacznie się w piękny, warszawski piątek. Wychodząc z domu staram się nie myśleć o problemach, chcę być dziś optymistyczny i wśród tych pięknych pań i pysznych dań, świecić blaskiem. To najsmutniejszy konstrukt mojej głowy, będę wspomnianym „bohaterem” zabawiając wielu, sam tkwiąc w smutku. Pełne są takich jak ja restauracje, bary i speluny w naszej cudownej stolicy. Kontynuując podróż wstępuję do jednego z popularnych barów obok tęczy, której przecież już nie ma… Wypijam podwójna wódkę na lodzie, by choć trochę zapomnieć.

Kim jest Warszawa? Zastanawiam się patrząc na zachodzące słońce. Pięknie obrazuje to Osiecka, która pisała o stolicy jako o starej żonie, które się nie kocha, w sumie też nie lubi, ale wraca się do niej, choć tyle kochanek w świecie. To chyba idealnie ilustruje jak dziwne jest to miejsce. Dla mnie jako „słoika”, który mieszka tu ledwie 10 lat jest to już dom, do którego wracam z upragnieniem, by potem z jeszcze większą chęcią wyjechać. Gdziekolwiek.

Oglądając kilka tygodni temu serial „Warszawianka” byłem pod wrażeniem uplastycznienia tego miasta i jego mieszkańców. Duet Żulczyk x Borcuch zrobili naprawdę świetną robotę. Pokazali tryby miasta, jego szybkość, gwarność i elitarność, a jednocześnie przeciętność i dostępność. Warszawa to oszust, nie o dwóch, a nieskończonej ilości twarzy. Wiem to najlepiej, mam dwadzieścia kilka lat i przyjechałem tu jakoś 18 letni dzieciak, który nie wiedział nic o świecie, ludziach i życiu. Jako naiwny nastolatek liczący, że ugra wiele… Nie chciałem kłamać, nie chciałem grać tak jak wielu, dlatego kariery brak. Stoję przed Wami nagi w mojej myśli, pewnie i tak nie dostrzeżecie tego co w niej ważne. Syreni gród to przecież miasto niezrozumienia i sztucznego uśmiechu.

Idę dalej, zmierzam do pałacu, gdzie pokusa stoi naprzeciwko i silnie namawia na kolejną kolejkę. Po drodze zahaczam niewinnie pewien wine bar, czy tam zawrę z kimś zgodę? Witają z otwartymi ramionami, klasycznie jak to w miejscu z winem…, kieliszkiem wódki, który zapijam łykiem Verdejo. To miejsce urokliwe, tajemnicze i pełne wigoru, dlatego czas już iść. Pijacki spacer prowadzi do wyboru między teatrami. Wybieram ten po lewej, zamawiam piwo i myślę o tym kim ja właściwie jestem i kto dla mnie jest kim… Jestem zagubiony, jak wielu w tym mieście. Zgubić się tu łatwo, odnaleźć trudniej. Szukajmy dalej…

Festiwal Szekspirowski 2024. Jaki teatr bez przemocy?

Festiwal Szekspirowski 2024. Jaki teatr bez przemocy?

Istniejący od 1993 roku (pod obecną nazwą od 1997) gdański Festiwal Szekspirowski dzięki różnorodności prezentowanych na nim spektakli jest doskonałą okazją do zastanowienia się, czy i w jaki sposób aktualne pozostają dzieła najsławniejszego dramatopisarza w historii. Zgodnie z deklaracjami samych organizatorów coroczne wydarzenie ma stanowić 

W STRONĘ KLASYKI – PLANY BALETOWE 2024/25

W STRONĘ KLASYKI – PLANY BALETOWE 2024/25

Już za chwile wakacje! W teatrach operowych i baletowych na całym świecie, początek wiosny, to moment prezentacji planów repertuarowych kolejnego sezonu, tym razem 2024/25. Ów czas zbiega się z Międzynarodowym Dniem Tańca, który corocznie obchodzimy 29 kwietnia. To dobry moment aby zaprezentować dziesięć przedstawień baletowych, 

Piszę Anons do dzielni – Tapas po polsku

Piszę Anons do dzielni – Tapas po polsku

Anons to krótkie ogłoszenie. Czy to słowo kojarzy Wam się z gastronomią? Jeśli nie, to poznajcie Anons do Dzielni, czyli kameralne miejsce na Mokotowie, gdzie zjecie niezłą polską kuchnię z twistem. Maciej Nowak w jednym z ostatnich felietonów w Gazecie Wyborczej napisał o tej knajpce „żaden poważny krytyk kulinarny (to znaczy o wiarygodnej, profesjonalnej posturze) wraz ze mną już się tu nie zmieści” i faktycznie miejsce jest malusie. Dosłownie 5 stolików w dość bliskiej od siebie odległości. Tworzy to naprawdę rodzinny klimat, choć pewnie czasem bywa problematyczne.

Czuć tu domowy, miły i opiekuńczy klimat. W menu królują polskie potrawy, w nowoczesnym wydaniu, a idea food sharingu jest tu hasłem przewodnim. Gospodarze namawiają do dzielenia się jedzeniem i „reklamują się” sharing concept po polsku. W karcie jest kilka dań w formie prawie jak tapas, tylko że w krajowym wydaniu. Menu jest krótkie, podzielona na talerzyki oraz talerze, które mają nam wskazywać wielkość porcji i sposób podania.

Piszę Anons do dzielni – Tapas po polsku

Jeśli szukacie przytulnego bistro z bezpretensjonalnym klimatem to Anons będzie trafnym wyborem. Świetne miejsce na zamówienie kilku dań i dzielenie się nimi z grupą znajomych czy drugą połówką. A jak smakuje to krótkie ogłoszenie?

W Anonsie jest smacznie, czuć tu aromat domu z delikatnym lecz ciekawym twistem. Królują tu schabowy z mizerią i Polskie arancini, czyli kaszanka w panko. Te dwa dania zdecydowanie wygrały na naszym stole. Na Madalińskiego zjecie też śledzia, tatara czy poliki wołowe. Warty polecenia jest też Tost, który jest idealnym połączeniem mocnych smaków pora i sera bursztyn z delikatną śmietanką i brukselką.Piszę Anons do dzielni – Tapas po polsku

Parę dań wymaga dopracowania, ale jest to zdecydowanie dobry kierunek! Największe zastrzeżenia budzą pampuchy z karkówką. W tym polskim bao brakowało przede wszystkim przełamania smaku czymś świeżym (kolendrą? świeżym ogórkiem?). Dodatkowo dość grube plastry cebuli nie były zbyt miłym doświadczeniem, a wystarczyłoby skroić ją drobniej i po kłopocie.

Piszę Anons do dzielni – Tapas po polsku

Klimat, wystrój i obsługa zasługują na komplementy. Jest przytulnie i tylko z pozoru ciasno. Piękne, industrialne ściany przyozdabiają obrazy znanych i mniej znanych artystów, a obsługa dba o nasz wieczór, choć ma ręce pełne roboty. Anons do dzielni to miejsce godne polecenia, idealne na spotkanie z małą grupą znajomych czy randkę. Na Madalińskiego znajdziecie też kilka świetnych winiarskich pozycji, co dopełnia całą ofertę.

Piszę Anons do dzielni – Tapas po polsku

Wieczór był naprawdę udany, jedzenie smaczne, a obsługa miło skracała dystans. Mimo, że recenzja jest pozytywna i bardzo zachęcam do odwiedzenia lokalu na Madalińskiego 7, mam dwie niewielkie, aczkolwiek istotne uwagi. Pierwsza kwestia to mycie naczyń – zdaję sobie sprawę, że lokal jest mały i miejsca brak, jednak mycie talerzy za barem przy pełnej sali jest dla gości dosyć niekomfortowym elementem wizyty (głośne stukanie, pukanie, woda). Jeśli istnieje opcja, by przenieść zmywak, koniecznie to zróbcie. Druga sprawa to toaleta – proszę, zdejmijcie te pajęczyny.

POLSKA WIEŚ WALCZĄCA Z TAJEMNICĄ – RECENZJA FILMU „TYLE CO NIC”

POLSKA WIEŚ WALCZĄCA Z TAJEMNICĄ – RECENZJA FILMU „TYLE CO NIC”

Prowincja, małe wsie i miejscowości to niejako inny świat, tak rożny od miejskiej sieci budynków, natłoku dźwięków, dudnienia kroków, szumu i gwizdu komunikacji miejskiej, potoków pędzących samochodów. Nie raz zastanawiałem się, czy życie na wsi ma jeszcze przyszłość we współczesnym świecie. Jako człowiek z miasta mam – przyznam szczerze – niewielkie pojęcie o życiu na prowincji. Przeglądałem się tej codzienności tylko przez chwilę, jakiś czas temu. To rzeczywistość, która toczy się w innym rytmie, wymaga ogromnej pracy i samodyscypliny. Natury nie oszukasz.

Najlepsza Zupa Pho w Warszawie – Gdzie zjeść Pho w Warszawie?

Najlepsza Zupa Pho w Warszawie – Gdzie zjeść Pho w Warszawie?

Zupa Pho to moja miłość. Uśmierza ból, daje energię, leczy schorzenia. Przez ostatnie 10 lat przelałem przez siebie pewnie setki litrów tego aromatycznego eliksiru. Skosztowałem wielu wyśmienitych porcji, ale większa ich część była raczej przeciętna. Serwowana w miejscach tylko stylizowanych na wietnamskie, gdzie autentyczność ustępuje 

ŚCISŁY NADZÓR – „ROMEO I JULIA” – NEW ADVENTURES W LONDYNIE

ŚCISŁY NADZÓR – „ROMEO I JULIA” – NEW ADVENTURES W LONDYNIE

Istnieją miejsca magiczne, w których dla miłośnika baletu prawie każdy wieczór staje się doznaniem artystycznym. W Europie mamy kilka takowych siedlisk, gdzie różnorodny, zmienny program, gościnne występy zespołów tańca, kształtują świetną ofertę dla publiczności. Takowy koncept obrała scena między innymi w Luksemburgu, ale niezaprzeczalnym domem tańca na naszym kontynencie pozostaje Londyn i Sadlers Wells. Miejsce o niebagatelnej historii i kilkukrotnej rekonstrukcji przestrzeni, które doprowadziły do kształtu obecnego. Posiada niesamowity klimat, nie tyle wnętrza, co buduje je odwiedzająca publiczność. Z jednej strony wytrawnych bywalców, koneserów i znawców, a także mieszczańska klasa średnia dążąca do przeżycia niezapomnianego wieczoru ze sztuką ruchu. Można powiedzieć, że program kształtowany miejsca stolicy Wielkiej Brytanii jest na zasadzie „każdy znajdzie coś dla siebie”. W już rozpoczętym sezonie z jednej strony Carlos Acosta i jego Carmen, New York City Ballet, a także Tanztheater Wuppertal Pina Bausch. Z drugiej strony mistrz humoru, lekkości, swoisty mag baletu Matthew Bourne. To postać niesamowita, wręcz ikona brytyjskiej sceny. Każdy zna, choćby z filmu Billy Elliot jego Jezioro łabędzie, które łamiąc konwencję i stereotypy ukazywało miłość gejowską, gdyż w roli ptaków występowali mężczyźni, a w jednym z nich zakochiwał się książę. Bourne jest mistrzem własnych interpretacji klasyki tańca, przetwarzania jej w oryginalny sposób, gdzie ruch może nie jest zbyt oryginalny i przewidywalny, ale narracje zrywają ze stereotypowym ujęciem. Tak było w Śpiącej królewnie rozegranej w formie gotyckiego horroru wzorowanego na ekspresjonizmie niemieckim czy też w Car-Men na podstawie opery Georgesa Bizeta, ale znów rolę ponętnej Cyganki zajmował mechanik samochodowy. Te zmiany, przeformułowania mają swoją wielką siłę. Przybliżają utwór do naszych czasów, zrywają z pompatycznością, czasem niezrozumiałą dla szerokiego odbiorcy konwencją. Już w grudniu i styczniu będzie można zobaczyć Edwarda Nożycorękiego. Wzorowana na filmie opowieść to sielanka, która posiada magię przyjaźni i akceptacji odmienności. To właśnie krąg zainteresowania choreografa. Dążenie do ukazywania ułomności, skrywanych uczuć. Owa tajemnica seksualności w Jeziorze łabędzim, które premierę miało w 1995 roku, stanowiła zerwanie ze społecznym tabu. Dziś nikogo nie szokują związki tej samej płci, ale wówczas był to przełom dla brytyjskiej sceny. Bourne uwielbia szokować, wzbudzać zastanowienie wśród publiczności, a także pobudzać do myślenia. Obecność zespołu artysty – New Adventures w Sadlers Wells jest programem obowiązkowym każdego sezonu. Dwukrotnie – zimą i latem – prezentuje w cyklu niemal dwumiesięcznym, dwa odmienne widowiska. W sierpniu tegoż roku na deskach zawitali z Romeo i Julia. Ale znów w nieoczywistej formie, pełnej bólu, seksualności i niespełnienia.

Matthew Bourne, wykorzystując co prawda w odmiennej aranżacji i układzie kompozycję Siergieja Prokofiewa, zmienia całkowicie przestrzeń gry. Polem akcji staje się współczesność i instytut dla „trudnej młodzieży” w Weronie. Tu trafiają młodociani „odmieńcy”, którzy dla rodziców żądnych konformistycznego poklasku, stają się ciężarem i utrapieniem. Jednym z tych, który odnajduje tu miejsce jest Romeo, syn polityka, który nie może pozwolić sobie na blamaż posiadania nadwrażliwego syna. Jednak ów przybytek, będący powierzchownie białą, wydestylowaną przestrzenią, pełen jest podskórnej patologii. To jak obrazek, z sensacyjnych pierwszych stron tabloidów, w których można wyczytać przeraźliwe historie z miejsc odizolowania i zamknięcia. Strażnikiem jest Tybalt, który nie tylko nadzoruje porządek, ale raczej poszukuje wrażeń erotycznych. Jego ofiarą staje się Julia, która za wszelką cenę stara się uniknąć seksualnego zbliżenia, ale w owej klaustrofobicznej, przeszytej złem instytucji trudno się oprzeć opresji silnego mężczyzny. Pojawienie się Romeo zmienia jej świat, na horyzoncie objawia się młodzieniec pełen ciepła i uroku. Kolejne dni w tym specyficznym miejscu upływają na powtarzalnych czynnościach, myciu, lekach i sztucznych tańcach inspirowanych przez Bernadette Laurence. To jedyna pozytywna postać, ze świata zewnętrznego, która przynosi odrobinę koloru, w przestrzeń podejrzanej bieli. Właśnie owe tańce ukazują relacje i uczucia. Benvolio jest w związku z Merkucjo i właśnie za ową relację Tybalt dokona zbrodni, bowiem jego homofobia nie jest w stanie zaakceptować gejowskiej miłości. Owe zdarzenie wywołuje złość i zemstę. Grupowy lincz na znienawidzonym strażniku. Jednak o zbrodnię zostaje oskarżony Romeo, który mimo wydalenia z miejsca powraca, za sprawą pokaźnego czeku od ojca na rzecz ośrodka. Jednak już nie ma spełnienia. Miłość choć trwa, to jednak zatraca się rzeczywistość. Nóż dosięga chłopaka, a następnie Julia popełnia samobójstwo. Złożeni na ołtarzu miłości, bo chcieli żyć pełnią uczucia, mimo zamknięcia i odizolowania, nie są tylko klasyczną ikoną nieśmiertelnej miłości z Werony, ale żywym obrazem gwałcenia uczuć w czasach naszej rzeczywistości.

Choreograf jest niezwykle przewrotny w swoim układzie. Wykorzystując taniec współczesny nie zrywa z ikonicznymi fragmentami utworu Prokofiewa. Jest oczywiście scena balu – fragment otwierający wieczór i scena balkonowa, która w zamkniętej przestrzeni ośrodka wypada niezwykle efektownie, bowiem scenograf Lez Brotherston zabudował horyzont sceny niezwykle funkcjonalnym dwupoziomowym kubikiem. Tworzy się niewidoczny labirynt przejść, tajemnic, cieni, drugiego świata odizolowanej powierzchni. Już kilkukrotnie podkreślana biel, która winna być przyjazna i bezpieczna dla oka, staje się nieznośna i odrzucająca jako opresyjny kolor odizolowanego świata. Bourne oddaje pole zespołowi, to on jest głównym bohaterem wieczoru. Ów układ nie jest może wyżynami choreograficznej pracy, ale spójnym i jasnym przykładem dobrej współpracy z tancerzami. Główna para Monique Jonas i Rory Macleod świetnie odnajdują się w swoich rolach, ale niestety powtarzalne duety zaczynają nużyć i widz zastanawia się czy może nie czas już umierać? To największy mankament, który w innych pracach Brytyjczyka nie występował. Ale jest to wielki problem baletu do muzyki Prokofiewa, że ostatni akt zabija monotonia i powtarzalność, niestety ten grzech również popełnił Bourne. Mimo to ukazał odmienny świat, w który wpisał nowoczesną formę, klarowną dla współczesnego odbiorcy. Wychodząc z teatru myśli wędrują do telewizyjnych programów interwencyjnych, a także prasowych notatek o nieadekwatnych miejscach odosobnienia i samotności.

Wieczór w Londynie był jak terapia. Ukazanie świata, który jest blisko nas, ale faktycznie nie chcemy go zauważać. To również pole miłości, różnorodnej, pięknej, ale dla niektórych nadal zakazanej. Każdy ma prawo kochać, zdobywać, oczarowywać. Czas ochłonąć, szczególnie wokół naszego nadwiślańskiego świata, bo każdy ma prawo trzymać za rękę kogo chce, tańczyć z kim chce. Po prostu kochać.

Romeo i Julia, Sergiej Prokofiew, choreografia Matthew Bourne, New Adventures, pokazy w Sadlers Wells w Londynie, sierpień 2023:

[Benjamin Paschalski]


Foto: Johan Persson

„[…] Gott weiss, ich will kein Engel sein” – RECENZJA KONCERTU RAMMSTEIN

„[…] Gott weiss, ich will kein Engel sein” – RECENZJA KONCERTU RAMMSTEIN

W niedzielę 30 lipca słynna niemiecka grupa industrial metalowa RAMMSTEIN kolejny raz przyjechała do Polski. Tym razem dwa koncerty odbyły się w Chorzowie (30-31.07), na Stadionie Śląskim. Od 2019 roku trwa z przerwami trasa koncertowa Rammstein, grana na największych stadionach. W lipcu 2022 roku zespół wystąpił w Warszawie na Stadionie Narodowym. Tym razem deszcz nie padał. Jest to kluczowa informacja, gdyż ma on znaczący wpływ na jakość odbioru widowiska prezentowanego przez niemieckich muzyków. W tak zwanym międzyczasie wydali kolejną, już 8 studyjną płytę Zeit (2022), a ta została dobrze przyjęta zarówno na rynku muzycznym, jak i koncertach.

MALARZ TAŃCA – „VORTEX” – RUSSELL MALIPHANT DANCE COMPANY

MALARZ TAŃCA – „VORTEX” – RUSSELL MALIPHANT DANCE COMPANY

Gdy zastanawiam się, co łączy malarstwo ze sztuką tańca, to pierwsze skojarzenia wędrują do czasów Baletów Siergieja Diagilewa. Ten szczególny epizod unifikował wiele dziedzin artystycznych. Nowatorska muzyka, takaż sama choreografia i oczywiście element dopełniający – dekoracje i kostiumy. Rosyjski impresario, dbając o każdy szczegół, nie zapominał o efekcie wizualnym, powierzając oprawę największym ówczesnego świata. Do kolejnych, nowych produkcji szkice przygotowywali: Leon Bakst, Nikołaj Roerich, Aleksander Benois czy Pablo Picasso. Wielkie dokonania w tym zakresie mamy również w Polsce, gdy wyróżniający się artyści sztuk wizualnych kreowali dla baletu. Warto przypomnieć premierę tegoż sezonu Polskiego Baletu Narodowego, gdzie do Giselle ponownie ożywiono dawne szkice i malarskie pejzaże Andrzeja Majewskiego.

MĘŻCZYŹNI EWY POBRATYŃSKIEJ – „DZIEJE GRZECHU” – BALET OPERY NA ZAMKU W SZCZECINIE

MĘŻCZYŹNI EWY POBRATYŃSKIEJ – „DZIEJE GRZECHU” – BALET OPERY NA ZAMKU W SZCZECINIE

Istnieją powieści, opowiadania, dramaty, o których istnieniu w ogóle nie wiemy. Bowiem ich literacki żywot wyprzedziły ekranizacje filmowe. Tak chyba jest z Ziemią obiecaną Władysława Reymonta zekranizowaną przez Andrzeja Wajdę. Któż wyobraża sobie dzisiejszy świat bez trójki przyjaciół widzianych aktorami – Danielem Olbrychskim, Wojciechem Pszoniakiem oraz Andrzejem Sewerynem. „Ty nie masz nic, ja nie mam nic. To wspólnie zbudujemy fabrykę”. Pobrzmiewają słowa młodych idealistów z miasta Łodzi. Analogicznie jest z Dziejami grzechu. Gdzieś w bibliotecznej półce, pokryta kurzem jest pozycja Stefana Żeromskiego. Ale pod powiekami pozostaje żywa, choć z 1975 roku i to czwarta próba przeniesienia na ekran, realizacja filmowa Waleriana Borowczyka. Zjawiskowa obsada z Grażyną Długołęcką, Jerzym Zelnikiem, Olgierdem Łukaszewiczem, Markiem Walczewskim oraz Romanem Wilhelmim na czele, w tej dusznej, lepkiej atmosferze przeszytej ukrytą miłością, perwersją, ekstrawagancją i brudem, ukazywała szaleństwo miłości i przemocy. Wielowątkowość, emocjonalność i żarliwość uczuć towarzyszy od pierwszego kadru filmu. I zawsze rodzi się spostrzeżenie. Jeżeli ktoś ponownie zamierza zmierzyć się, w świecie sztuki, z Dziejami grzechu, to nie rywalizuje z narracją książkową, ale właśnie z dokonaniem Borowczyka. Teatr wielokrotnie powracał do utworu. Ostatnio chyba w Kielcach. Świat polskiego baletu doczekał się również swojej wersji. Premiera miała miejsce w 2014 roku, a choreografię przygotował Karol Urbański, ówczesny kierownik baletu Opery na Zamku w Szczecinie. Dziś ta scena powróciła do owego wykonania. I był to szczególny sprawdzian. Nowy szef zespołu Grzegorz Brożek, nie miał szansy przygotowania premiery w tym sezonie. Dlatego należy uznać, że powrót do owej pracy to test dla zespołu. Prawie całkowicie zmienionego, dla którego przygotowanie baletu było nowym wyzwaniem. I można powiedzieć, z nadzieją na kolejne wydarzenia, że próba wypadła nadzwyczaj pozytywnie. Jak dla grupy liczącej zaledwie dwadzieścia osób i pojawiającej się na deskach sceny, w dedykowanych przedstawieniach tanecznych, średnio dwa razy w miesiącu, to trzeba uznać realizację za dobre osiągnięcie.

Opowieść Karola Urbańskiego to retrospektywa Łukasza Niepołomskiego, wspomnienie utraconej miłości, życia, szczęścia, drugiej połówki. Jednak choreograf kształtuje narracje poprzez doświadczenie dziewczyny, dorastającej kobiety. Fascynacja mężczyzną staje się odejściem od dotychczasowego pozornego szczęścia. Losy młodej panny to spotkania z kolejnymi mężczyznami, które doprowadzają do upadku i tragedii. Ewa Pobratyńska po niemożliwej relacji z Niepołomskim trafia w objęcia Hrabiego Szczerbica. Śledzona przez Antoniego Pachronia zaczyna z nim współpracować oraz z tajemniczym Hrabią Płazą-Spławskim. Na jej drodze jest również ksiądz, Adolf Horst, student oraz kochający ojciec. Ten wielowątkowy kontredans postaci męskich wiruje wokół Ewy ukazując możliwe charaktery ludzkie. Wskazuje również na zagubienie dziewczyny w zmaskulinizowanym świecie. Objęcia tylko dwukrotnie są czułe, pozostałe to relacje wykorzystania i przemocy, bólu i cierpienia. Młoda dziewczyna nie umie wyzwolić się z owego podporządkowania i męskiej dominacji. Urbański, budując taneczną historię, zgodnie z treścią powieści, nie unika dramaturgicznych błędów. Postaci jest zbyt wiele, a niektóre pojawiają się na chwilę, mgnienie, sekundę. Akcja jest tak skonstruowana, że bohaterowie pojawiają się i znikają. Nie ma możliwości rozpoznania charakteru relacji, więzi oraz emocji. Choreograf bardziej myśli o przeprowadzeniu wywodu, spójnego z librettem, niż ukazania tanecznych uczuć i pragnień. To duży błąd. Bowiem relacja z kochającym Szczerbicem jest jak muśnięcie i do końca nie jest jasnym co go zwabiło, aby zginąć z rąk opryszków. Tak jak w scenie ze studentem – w której podobno był romans. Ale ciężko o nim powiedzieć słowo, gdyż faktycznie postać jedynie zaznacza swoją obecność. Ów pęd sytuacji powoduje, że ciężko zrozumieć gdzie jesteśmy. Ponoć raz nawet w Monte Carlo, ale co z tego jak wokół to samo polskie towarzystwo. Wystarczyło proste zniuansowanie, a widz wyszedłby bardziej świadomy przebiegu zdarzeń. Drugi poważny grzech, skoro już tytuł posiada to słowo, dotyczy tego, że mało jest, w wersji baletowej, owego erotycznego i seksualnego klimatu, które wyciekało z ekranu w filmie Borowczyka. To zaledwie drobne muśnięcia, iskierki, ale nie żarliwość i ponętność. Ewa jest czarującą kobietą, kończy na ulicy jako prostytutka, to dlaczego tak jest skoro nie widać owej fizycznej zależności? To pytanie pobrzmiewa przez cały wieczór.

Przedstawienie rozegrane jest w symbolicznej scenografii autorstwa Wacława Ostrowskiego. To sześć lustrzanych zastawek oraz owal, który jest rodzinnym stołem, ołtarzem, łóżkiem i karcianym polem gry. Dopełnienie to delikatne wizualizacje Krystiana Drywy. Owe elementy dekoracyjne nie przeszkadzają temu, co jest najważniejsze w balecie – wykonaniu tanecznemu. I jeżeli można mieć zastrzeżenia do warstwy dramaturgicznej, to w płaszczyźnie przygotowania układu Urbański poradził sobie bardzo dobrze. Choć nie jest to wielce skomplikowana struktura, to należy wyróżnić neoklasyczną technikę ukazującą świetne ruchy, podnoszenia, a skoki to najwyższa lokata. W tym katalogu postaci warto zwrócić uwagę na trójkę wykonawców. Pierwsza to Ewa Pobratyńska w interpretacji Kseni Naumets. Ta pochodząca z Ukrainy tancerka jest świetna technicznie i emocjonalnie. Podziwiam jej precyzję oraz jakość tańca. Również płaszczyzna namiętności jest bez zastrzeżeń. Artystka wie kim jest, co tańczy i dlaczego znalazła się na scenie. Łukasz Niepołomski w wykonaniu Pawła Wdówki to jak wykonanie z najlepszego show tańców towarzyskich. Jego ruchy są świetnie dopracowane. Smukła sylwetka dodaje mu dostojności. I na koniec chyba osobowość szczecińskiego spektaklu: Patryk Kowalski jako Antoni Pachroń. Jego skoki i technika, szczególnie gest wykonywany biodrami, pozostaną na długo w pamięci. Zresztą należy podkreślić, że choreograf zindywidualizował określonym ruchem każdą postać. Dzięki temu w prosty sposób wydobył na pierwszy plan jej cechę wyróżniającą. Tło wypada również okazale. Szczególne wyróżnienie dla tancerek wcielających się w grupowe sekwencje kobiece.

Oddzielną rolę w spektaklu odgrywa muzyka. Kompozycje Mieczysława Karłowicza rzadko goszczą na estradach koncertowych, a jako podkład do baletów to już ewenement, szczególnie gdy jest on wykonywany na żywo. Choreograf wykorzystał cały kalejdoskop z dorobku mistrza. Mamy dwie pieśni, poematy symfoniczne i fragment z Symfonii Odrodzenie. Praca orkiestry jest znakomita. Przygotowana przez Jerzego Wołosiuka wznosi się niczym na wyżyny Tatrzańskie skąd dolatuje dźwięk ducha polskości i wspaniałej nuty. Powracające fale oraz Rapsodia litewska są świetnie zinterpretowane i stanowią idealny podkład dla tanecznej wizji artystycznej. Owe zjednoczenie jest niesłychanie wyraziste i można odnieść wrażenie, że Karłowicz współgra z Żeromskim jak odwieczna pieśń połączona z tańcem.

W Szczecinie, w zbyt szybkiej opowieści o miłości i zranionym uczuciu, poznaliśmy możliwości zespołu baletowego Opery na Zamku. To dobre nadzieje. Czas pokaże, jaka to będzie przyszłość. Ale doświadczenie dawnej premiery Karola Urbańskiego wskazuje, że warto eksperymentować i poszukiwać. Bowiem opowieści o utraconym sercu nie są zaklęte tylko w muzyce Czajkowskiego i jego Jeziorze łabędzim, ale także w nowych pomysłach oraz oryginalnych prezentacjach. Oby nad Odrą czekało nas wkrótce wiele wzruszeń tanecznych na miarę relacji z mężczyznami Ewy Pobratyńskiej.

Dzieje grzechu, Mieczysław Karłowicz, choreografia Karol Urbański, balet Opery na Zamku w Szczecinie, premiera: październik 2014, pokaz: maj 2023.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Piotr Gamdzyk

NASI-WASI-WASI-NASI – „MÓJ SZTANDAR ZASIKAŁ KOTEK. KRONIKI Z DONBASU” – TR WARSZAWA

NASI-WASI-WASI-NASI – „MÓJ SZTANDAR ZASIKAŁ KOTEK. KRONIKI Z DONBASU” – TR WARSZAWA

Konflikt, akt terroru, wojna to tematy, które podchwytują wszelkie dziedziny sztuki. To, co nas otacza zajmuje istotne miejsce w twórczości wielu artystów. Gdy Pablo Picasso malował Guernicę, obraz w odcieniach czerni i bieli przedstawiający cierpienia wywołane przemocą i gwałtem, nie miał świadomości, że stworzył jeden z najbardziej poruszających dzieł malarskich w historii. Kolejne tragiczne zdarzenia naszego świata poruszają umysły artystów. Atak na World Trade Center, londyńskie metro, teatr na Dubrowce, Biesłan, konflikt w byłej Jugosławii, skutkują kolejnymi pracami, dziełami, przedstawieniami. Bo w bólu i tragedii jest siła, którą należy pokazać i przedstawić. Sztuka nie winna wypełniać roli programu informacyjnego, ale może o wiele więcej.

CARMEN Z BYKIEM POMYLONA – „CARMEN” – BALET OPER W GRAZU

CARMEN Z BYKIEM POMYLONA – „CARMEN” – BALET OPER W GRAZU

Nie cierpię ulepszania dobrego, poprawiania sprawdzonego. I nie chodzi tylko o sztukę, ale o codzienność. To co nas otacza. Jednak nie będzie to lament człowieka nad zmianami w tkance miejskiej. Ale o tym jak to pewna choreografka wymyśliła, że będzie lepsza i stworzy w poczuciu własnej oryginalności i pewności siebie, arcydzieło. A wyszedł ostatecznie tragiczny bubel. Graz to kolejne miasto na liście artystycznych podróży. Ośrodek, który w 2003 roku był Europejską Stolicą Kultury. Na każdym kroku można zauważyć swoisty miks przeszłości i teraźniejszości. Z jednej strony Landhaushof czy Uhrturm, a tuż obok na rzece Mur projekt amerykańskiego architekta Vito Acconciego – Murinsel, szczególna sztuczna wyspa będąca łącznikiem dwóch brzegów. Kolejny nowoczesny obiekt autorstwa Petera Cooka oraz Colina Fourniera to Kunsthaus, przypominający obiekt kosmiczny połączony ze sprzętem wojskowym.

W GÓRACH MOŻNA ODNALEŹĆ SIEBIE I SENS ŻYCIA – RECENZJA FILMU „OSIEM GÓR”

W GÓRACH MOŻNA ODNALEŹĆ SIEBIE I SENS ŻYCIA – RECENZJA FILMU „OSIEM GÓR”

W górach jest coś mistycznego, majestatycznego, magnetyczna siła przyciągania. W czasie wędrówek po szczytach i dolinach ludzie lepiej się poznają, zbliżają i odnajdują nie tylko tego kogoś obok, ale i samych siebie. To wyjątkowa przestrzeń by zacieśniać relacje. Lubiłem wędrówki po górach z moim Tatą. Wiele mnie nauczył, wiele rzeczy pokazał… W tym wyjątkowym, limitowanym czasie był tylko dla mnie. Odkrywałem go za każdym razem na nowo. Bowiem tam wysoko, w górach stawał się kimś jeszcze innym niż znałem Go na co dzień. Podziwiałem i kochałem coraz bardziej, jeśli w ogóle było to możliwe. Pamiętam, że któregoś razu na szczycie, kiedy wspólnie pałaszowaliśmy kanapki i popijaliśmy herbatą z bidonu, zmęczeni po wielogodzinnej wspinaczce, Tata powiedział, bym zabrał Go na taką wyprawę za kolejne 10, może 15 lat. Mieliśmy jeszcze kiedyś tam się razem wybrać … chyba już jednak do tego nie dojdzie… niestety. Jest już za późno, za mało sił…

Najnowszy filmowa opowieść duetu reżyserskiego i życiowego Felixa Van Groeningena oraz Charlotte Vandermeersch to epicka ekranizacja znanej powieści Paulo Cognettiego. Twórcy wcześniejszego obrazu pt. Mój piękny syn i tym razem nie zawiedli. To jednocześnie wspaniały tandem scenarzystów, którzy kreślą malowniczą, niebanalną historię o tym, co w życiu chyba najważniejsze, o poszukiwaniu i odkrywaniu siebie. Absolutna w tym zasługa również Rubena Impensa, autora zdjęć, nagrodzonego za nie dwukrotnie w 2022 r. na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Valladolid oraz Złotą Kamerą na Międzynarodowym Festiwalu Operatorów Filmowym Manaki Brothers. To zadumane i wzruszające kino drogi w poszukiwaniu własnej ścieżki. I choć to niespieszne kino, to dwu-i-półgodzinny seans wcale się nie dłuży, a u niektórych nawet mogą pojawić się na policzkach łzy wzruszenia.

Ktoregoś dnia trzydziestokilkuletni Pietro Guasti (Luca Marinelli) porzuca zatłoczone miasto i rusza w podróż w nieodkryte jeszcze przez siebie włoskie Alpy, a następnie dalej w świat, aby odnaleźć siebie. Czuje bowiem, że utknął w codzienności wielkomiejskiego życia. Nie może znaleźć sobie miejsca, nie do końca może zdefiniować czego mu brakuje, ale wie, że musi coś zmienić. Może wcale nie jest mu pisane szczęście tu i teraz, lecz gdzieś daleko stąd. Kiedy wraca myślami, do momentów, kiedy naprawdę był w życiu szczęśliwy okazuje się, że było to w Alpach, w które w dzieciństwie jeździł na wakacje. Dlatego też decyduje się by uciec z dużego miasta i wyjechać do małej wioski w górach, którą tak dobrze pamięta z przeszłości.

Dwaj główni bohaterowie Pietro oraz Bruno (w tej roli Alessandro Borghi), jeden z miejscowych, rodowity mieszkaniec niewielkiej, górskiej wioski, poznają się w lecie, jako młodzi chłopcy, gdzie pierwszy z nich przyjeżdża wraz z rodzicami, by spędzić urlop z dala od chaosu i zgiełku codziennej aglomeracji. Z czasem znajomość chłopców przeradza się w przyjaźń, którą utwierdzają wspólnie spędzane każdego lata chwile. W towarzystwie niezwykłych, majestatycznych alpejskich krajobrazów, pośród urzekającej natury kształtuje się dziecięca przyjaźń. Aż w końcu ta więź na jakiś czas znika z pola widzenia, pozostawiona jak w szufladzie nieużywane okulary. W życiu każdego z nich pojawiają się nowe zmienne, nowi ludzie, nowe okoliczności, szanse, w końcu praca. Pietro wyjeżdża na studia do Turynu, Bruno pozostaje w swojej wiosce, w której podejmuje pracę w budownictwie i przy produkcji serów. Chciałoby się rzec, nic nie trwa wiecznie. Czy na pewno? Nie do końca.

Osiem gór to wielowymiarowy obraz. Nie jest to jednak historia związku i miłości dwóch mężczyzn, jak w Tajemnicy Brokeback Mountain (2005). To opowieść o męskiej przyjaźni, której początki kiełkują w dzieciństwie. Swego czasu głęboko wrośniętych korzeniach więzów wspólnych przeżyć nie jest w stanie skruszyć bezwzględny upływ czasu. Kiedyś chłopcy, po kilkunastu latach już młodzi mężczyźni ponownie spotykają się, kiedy w góry wraca Pietro. Początkowo nie mają sobie wiele do powiedzenia, cisza między nimi aż dźwięczy w uszach. Wydaje się, że zbyt gruba warstwa kurzu osiadła na ich przyjaźni. Wystarczy jednak silny podmuch świeżego, alpejskiego wiatru, by odnowiła się dawna, niezwykła więź. Co więcej, wzmocni się ona z czasem wzajemnym szacunkiem i poznawaniem się na nowo, docenianiem swoich cech charakteru. Bruno przekonuje Pietra do wspólnej pracy przy odbudowie chaty, wysoko w górach, która swoje lata świetności ma już dawno za sobą. Bruno, który jak się okazuje, miał więcej okazji by lepiej niż sam Pietro poznać i pokochać jego ojca, wiedział, że to było jego marzenie. Usytuowany na stoku, w malowniczych, ale zimą niedostępnych okolicznościach przyrody, kameralny, kamienny dom, który zgodnie zbudują z czasem stanie się schronieniem dla obu mężczyzn. Wspólny trud i znój codziennej, ciężkiej pracy scementują ostatecznie przyjaźń dwójki bohaterów.

W ekranizacji odnajdziemy jeszcze jeden wymiar, którego absolutnie pominąć nie sposób. Wydaje się, że ci, którzy często doświadczają porażek i szukają długo, czasem bez sukcesu sensu życia, to ludzie słabi i nijacy, bez celu i siły, których zaraz powali byle podmuch kolejnego niepowodzenia. Po przeciwnej zaś stronie stoją ci zaprawieni i doświadczeni życiem, mocno stąpający na ziemi, których byle niepowodzenie nie złamie. Ale czy nie jest tak, że ten co z porażką mierzy się całe swoje życie nabiera doświadczenia w radzeniu sobie z nimi i ostatecznie znajduje na nią sposób, by w końcu wyswobodzić się z błędnego koła. A ten, co choć miał życie ciężkie, krok po kroku osiągając kolejne wyznaczone cele, żadnej wielkiej katastrofy tak na dobre nie przeżył jest w gruncie rzeczy bardziej delikatny i kruchy, kiedy taka w końcu go dopadnie. W tym ostatnim przypadku, jak się okazuje jedno potknięcie, jedna przegrana może być ostatnią, z którą wydawałoby się siłacz i człowiek doświadczony powinien sobie poradzić. W tym, jak radzą i nie radzą sobie z życiem bohaterowie Ośmiu gór, każdy odnajdzie trochę dla siebie.

Muzyka, która towarzyszy historii jest niezwykła. Poza wspaniały melodyjnymi ilustracjami autorstwa m.in. Daniela Norgrena, pojawia się niepokojące, tętniące uderzanie, które zapowiadać będzie zwrot akcji i dramatyczny zwrot historii. Należy tym samym docenić wspaniałą pracę autorów dźwięku Alessandro Felettiego, Alessandro Palmeriniego oraz Marco Falloniego

Warto wybrać się do kina by obejrzeć ten piękny film – nie o banalnym poszukiwaniu własnej ścieżki i sensu życia, podróży w góry, wspomnieniach i zapierających dech górskich widokach. O nie! Jest tu coś więcej, to również opowieść o utraconym czasie, bezpowrotnie zaniedbanym kontakcie z ojcem (w tej roli Filippo Timi), którego nie zdążyło się poznać, a może trochę nie chciało, nie zauważało, że warto. To historia odkrywania prawdziwego rodzica, którego się nie doceniło, kiedy był, a którego zbyt wcześnie zabrakło i odnajdywania jego ścieżek, prawdziwych uczuć, ale już samotnie, dojrzale, na własnych warunkach i we własnym tempie. Pietro odkryje, że choć nie dostrzegał tego, to ten szorstki, czasami niedostępny, odległy rodzic bardzo go kochał. Zainicjowana przez ojca głęboka miłość do gór, ciekawości świata, wędrówki, podróży w poszukiwaniu nowych dróg pozwoli, ale i zdopinguje by powędrować w  nieznane, gdzie nowi ludzi, ale pamięć o przeszłości, rodzinie, starej dobrej przyjaźni pozwolą znaleźć klucz do szczęścia – do swojej drogi. W każdym bowiem czasie można odnaleźć siebie. Ten czas musi tylko nadejść, a my musimy być do tego gotowi.

Film będzie można obejrzeć w polskich kinach od 2 czerwca 2023 r. Premiera światowa odbyła się 12 stycznia 2022 r.

OSIEM GÓR (Le otto montagne) 2022, Włochy/Belgia/Francja, reż. Felix Van Groeningen/Charlotte Vandermeersch


[Marcel z Kraśnika]


Foto: Materiały prasowe

Polskie czy Włoskie??? Bianca Mozzarella

Polskie czy Włoskie??? Bianca Mozzarella

Zastanawialiście się kiedyś, jak tworzy się ser? W jaki sposób przygotowuje się tę pyszną, mleczną i rozpływającą się mozzarellę? Odpowiedź na to pytanie możecie znaleźć w warszawskiej „Bianca Mozzarella”. Koncept stworzony przez Kaję Przygońską i Francesco Micalettiego to raj dla smakoszy serów i jeden z 

Nieudana podróż do Neapolu – Franco Warsaw

Nieudana podróż do Neapolu – Franco Warsaw

Warszawa od pewnego czasu jest rajem dla fanów pizzy w stylu neapolitańskim. Już kilka lat temu powstało w stolicy kilka bardzo dobrych miejsc. Moda na napoletanę wciąż trwa, co zachęca restauratorów do otwierania kolejnych lokali z tym przysmakiem – czasem lepszych, a czasem niepotrzebnych na 

PRZEŚWIETLONE STRZĘPY RZECZYWISTOŚCI – RECENZJA FILMU „AFTERSUN”

PRZEŚWIETLONE STRZĘPY RZECZYWISTOŚCI – RECENZJA FILMU „AFTERSUN”

W poszukiwaniu słońca znów wybrałem się do Warszawy, która ostatnio ponownie przywitała mnie „szklaną pogodą” raczej niż zbawiennym po miesiącach zimy ciepłem i słońcem. Cóż przedwiośnie… By ustrzec się przed nieuchronnie zbliżającą się burzą, wbiegłem potężnie zmarznięty do kina i kupiłem bilet na pierwszy z brzegu, dostępny seans. Film Aftersun rozpoczynał się najszybciej, dlatego też skupił moją uwagę (i znalazł się na mojej liście obejrzanych) dość przypadkowo.

To film intymny, w skali micro. Przenosi nas w czasy końca lat 90. XX w. W zasadzie otrzymujemy zbiór ujęć, jakby zlepione ze sobą nagrania z kamery wideo, którą posługują się główni bohaterowie, dokumentując swoje chwile. Głównym wątkiem historii jest relacja córki z ojcem. Młody ojciec Calum (Paul Mescal) i jego córka Sophie (Francesca Corio) wyjeżdżają razem do tureckiego kurortu. Jest to ich wspólny wakacyjny czas – czas razem. Na co dzień ich kontakt nie jest tak intensywny i częsty. Calum nie jest już z matką swojej córki, choć – jak zauważa dziewczynka – każdą rozmowę z byłą partnerką kończy, mówiąc „kocham cię”. Podczas wakacji ojciec i córka stają się sobie bliżsi niż kiedykolwiek. Relacja dorastającej córki z jej – wciąż młodym, bo trzydziestokilkuletnim – ojcem jest bardzo ciepła i czuła. Główna akcja filmu dzieje się w kurorcie z atrakcjami „all inclusive”, zdominowanym przez brytyjskich wczasowiczów, głośnych, wciąż na rauszu, zupełnie innych niż główni bohaterowie. Ci stanowią zgrany tandem rodzinny, choć to rodzina niepełna. Wspólnie śmieją się z pilotki, parodiując jej manierę, zgodnie wybierają napoje, świetnie się bawią, grając w bilard, dowcipkują, a czasami rozumieją się bez słów. Czułość ojca wobec dziecka widać w drobnych gestach, w dłoniach położonych jedna na drugiej, w chwili, kiedy smaruje skórę córki, by ochronić ją przed palącym słońcem. Czułość córki – kiedy namawia współpodróżnych uczestników jednej z wycieczek po starożytnych zabytkach Turcji, by zaśpiewali jej tacie wszyscy razem „Sto lat” na jej znak, bo w tym dniu są jego urodziny, czy innym razem, kiedy rozkoszują się kąpielą błotną. Oczywiście trzydziestokilkuletni ojciec nie raz wprawia w zakłopotanie ok. 10-letnią Sophie. Oboje jednak wykorzystują małą, podróżną kamerę, by uchwycić wspólne chwile, by uchwycić na dłużej ulotne chwile, które mają znaczenie tylko dla nich. Nagrywają komentarze do tego, co tu i teraz, co właśnie zajmuje ich uwagę. Calum odtwarza sobie te nagrania, gdy zostaje sam na sam ze sobą samym w pokoju, odsłuchuje, co nagrała kilka chwil wcześniej jego córka. To zbliża ich jeszcze bardziej do siebie. Jakież wspaniałe oko ma operator Gregory Oke, który w niesamowity sposób „podgląda” to wszystko dla nas i uwiecznia tych dwoje, nie burząc ich naturalnej, delikatnej sieci porozumienia.

Reżyserka filmu, Charlotte Wells pozwala nam zajrzeć do świata Caluma i Sophie jakby przez dziurkę od klucza. Nie otrzymujemy na tacy historii tych dwojga, z katalogu ujęć, obrazów, urywków rozmów, fragmentów reakcji, które oglądamy przez pryzmat córki i jej rozumienia świata możemy się jedynie domyślić, jakie jest ich życie i przeszłość.

Główni aktorzy Paul Mescal (w roli Caluma, ojca) i Francesca Corio (Sophie, córka) grają niezwykle naturalnie, właściwie jakby nie grali, jakby rzeczywiście byli odpowiednio prawdziwym ojcem i córką. W swoich zachowaniach są niezwykle swobodni i bezsprzecznie naturalni. Paul Mescal z pochodzenia Irlandczyk, świetnie wcielił się w rolę Szkota, który wyemigrował daleko ze swojego kraju, w poszukiwaniu swojego miejsca, pracy, lepszego życia, słońca. Aktor za tę kreację otrzymał w 2022 r. nominację Europejskiej Akademii Filmowej w kategorii „Najlepszy europejski aktor roku”, a tym roku nominację do Oskara i nagrody BAFTA w kategorii „Najlepszy aktor pierwszoplanowy”.

To film o odnajdywaniu, o próbie i zarazem niemożności zrozumienia wszystkiego, bo jest na wszystko jeszcze za wcześnie, ale też o tej wyjątkowej, niezwykłej, tajemniczej relacji rodzica i dziecka – ojca i córki. Choć oboje są niezwykle ze sobą zżyci, to jednak dzielą ich lata – to dwoje różnych ludzi, to dwie perspektywy. Colum skrywa przed córką swoje cienie, dręczące go demony. Do Shopie docierają niepokojące sygnały od ojca. Jednak ona jeszcze swoich spostrzeżeń, niektórych uczuć sobie nie uświadamia, pewnych rzeczy nie rozumie. Widzi i dostrzega tylko część rzeczywistości, a my razem z nią. Reszty może (możemy) się tylko domyślać. Zrozumie ją dopiero, kiedy już dorośnie. W tej chwili dla niej jest jeszcze za wcześnie. Interesuje ją to, co wokół: rówieśnicy, ich problemy, młodzieńcze historie podsłuchane w damskiej toalecie, udział w szaleństwach w basenie. W filmie mamy do czynienia z przytłumionym dźwiękiem, rozmytym światłem, prześwietloną codziennością kurortu i wczasowego relaksu. W tym świecie głosy są niejako wygłuszone. Poprzez zestawienie ze sobą obrazów, jak zgrabnie dobrane stop klatki, jakby przerywane stroboskopowym światłem zdjęcia – widz między relacją z wakacji w Turcji, otrzymuje przebłyski ze współczesności, kiedy Sophie jest już dorosła. W obecnym życiu mieszka z partnerką, z którą razem wychowują malutkie dziecko. I zaraz po tym krótkim pobycie w teraźniejszości wracamy znów do lat 90. XX w., gdzie mała Sophie nie wie, dlaczego ojciec ma rękę w gipsie, kiedy wyruszają w podróż, nie wie skąd pojawiły się siniki na jego nodze, nie wie też dlaczego w pewnym momencie stanowczo zrezygnuje z udziału w występie karaoke, które przecież jest ich niepisaną, wczasową tradycją rodzinną. Co jakiś czas padają wzmianki ojca o jego perypetiach życiowych, finansowych niedoborach. Calum wstydzi się za standard hotelu, w pokoju śpi na dostawce, bo nie przygotowano dla nich drugiego łóżka. Sophie nie wiem skąd wynika ta wyczuwalna melancholia ojca, ale czuje ją mocno – ten stan staje się z upływem czasu bardzo wyraźny.

Jednym z takich strzępów historii, takich fragmentów, okruchów, które są przesiane przez sito kamery, jest ujęcie, kiedy Sophie wstaje w obecnym życiu, w latach 20 XXI w., do płaczącego nad ranem dziecka, pozwalając spać dalej swojej partnerce i widzimy, jak stawia stopy na dywanie, który tak bardzo chciał kupić w Turcji jej tata, a tak długo nad tym zakupem się zastanawiał. Koszt dywanu bowiem mocno przekraczał budżet Columa, ale jak się okazuje – ojciec Sophie zdobył się jednak, mimo wszystko na ten wydatek. Teraz ten dywan towarzyszy Sophie w jej codzienności… nie wiemy czy gdzieś w niej jest jeszcze jej ojciec. Ten film to taka opowieść w opowieści, złożony z wrażeń i obrazów, niż klasycznie opowiedzianych losów bohaterów.

My już wiemy, że Colum mierzy się prawdopodobnie z depresją czy załamaniem nerwowym. Ratuje się medytacją, jogą, stabilizacją oddechu, wyciszeniem… czasem jednak i to nie działa. Cienie i demony dają o sobie znać, przejmując nad nim kontrolę, blokując jego pogodne nastawienie do świata. Oznakami swoistego wycofania jest jego stanowcza odmowa zaśpiewania wraz córką wybranej przez nią piosenki w czasie wieczoru karaoke. Niedługo potem, w pewnej chwili Calum znika gdzieś, w transie, upojeniu kieruje się późnym wieczorem w stronę brzegu morza, ale … potem wraca do pokoju i zasypia nie w pełni świadomy, w łóżku córki. Sophie w tym czasie została z rówieśnikami, późnym wieczorem wraca do pokoju. Nie mogąc dostać się do pokoju samotnie zasypia w hotelowym lobby, w oczekiwaniu na obsługę, która po długim czasie wpuszcza ją do pokoju. To moment swoistego przesilenia w filmie. Ale  jego zakończenie przywraca dobre myśli – jakże pogodna jest scena obojga na lotnisku. Mimo, że to pożegnanie niosące rozłąkę – ta dwójka sprawia, że się uśmiechasz. Po raz kolejny udowodniono nam niezwykłość tej więzi.

Charlotte Wells szkocka reżyserka, urodzona w 1987 r. prezentuje nam swój pierwszy i już wyjątkowy, pełnometrażowy film. Autorka takich obrazów jak Tuesday czy Blue Christmas, dzięki Aftersun staje się znana szerokiej publiczności. Laureatka czterech nagród w 2022 r., jak również nagrody Gildii reżyserów amerykańskich oraz nagrody BAFTA w 2023 roku za właśnie Aftersun w kategorii „Wybitny debiut brytyjskiego pisarza, reżysera lub producenta”, przenosi nas do czasów lat 90. XX w., gdzie towarzyszą nam wśród wielu takie przeboje jak: „Makarena” Los Del Rio czy „Tubthumping” zespołu Chambawamba. Aftersun jest powrotem do jej własnego życia. To jest jej historia, to jej nostalgiczne wspomnienia z podróży z ojcem, dlatego też opowiada ją z taką wrażliwością, delikatnością i zmrużonymi oczami, przypominając sobie to, co najważniejsze – uczucia. W jednym z wywiadów przyznała, że przeglądając kiedyś zdjęcia z wakacji ze swoim tatą uświadomiła sobie, że wyglądał jak jej starszy brat, był taki młody. Jej relacja z ojcem stanowi kanwę filmu.

Wells przyznała w wywiadzie dla „The Guardian”, że przy pracy nad filmem gonił ją czas, chciała zdążyć z tym filmem do Cannes („pędziliśmy by zdążyć do mety”) i nie bardzo zaprzątało jej myśli wówczas to, jak odbierze jej film jury festiwalu. Najważniejsza była dla niej czytelność filmu czy sekwencje ujęć będą zrozumiałe dla widzów. Wydaje się, że jest to prawdziwa i szczera dziewczyna. A film jest zrozumiały, jest tam przestrzeń do refleksji i do indywidualnych dopowiedzeń. I to jest moim zdaniem wielka zasługa reżyserki. Jestem ogromnie ciekaw, jak rozwinie się jej kariera, co więcej, bardzo jej w tym kibicuję.

Jakież było moje zaskoczenie, kiedy wychodząc z kina w jednej chwili uświadomiłem sobie, że ot tak można natknąć się na niezwykły skarb. Ten film to taka miła niespodzianka, niespodziewanie znaleziona moneta na trotuarze. Zdecydowanie jednak film ten powinno się oglądać w kinach studyjnych. Cóż – tym razem znów trafiłem do wielkiej sali, jak to w wielkim mieście. Mimo to, nie żałuję.

AFTERSUN, 2022, Wielka Brytania-USA, reż. Charlotte Wells

[Marcel z Kraśnika]

Kulinarna podróż na Bałkany – odkryj smaki Klubu Serbskiego

Kulinarna podróż na Bałkany – odkryj smaki Klubu Serbskiego

W końcu udało mi się dotrzeć do Klubu Serbskiego – restauracji ukrytej tuż przy samej Ambasadzie Serbii. Aleja Róż skrywa wiele tajemnic, a jedną z nich jest ten lokal. Ukryty na tyłach serbskiej ambasady, strzeżony i nieoznakowany. Od dawna chciałem wybrać się tam na obiad, 

Gdzie zjeść w Poznaniu w 2023 roku? Wino, Tapasy i Kawa

Gdzie zjeść w Poznaniu w 2023 roku? Wino, Tapasy i Kawa

Słynny raper Rychu „Peja” rapował kilka lat temu o poznańskich Jeżycach tak: „Tutaj jest jak w raju tylko trochę podupadłym. Ludzie się kochają i ja również kochać chciałbym. Wszyscy wegetują na kwitkach z opieki, na pijackich rentach, na sprzedaży trefnych rzeczy”. Ten „Jeżycki Świat” wygląda obecnie nieco inaczej. Pewnie nadal nie jest to dla wielu lokalsów wymarzone miejsce do życia, jednak ta dzielnica Poznania jest teraz również oazą modnych, ciekawych i przede wszystkim pysznych miejsc. To głównie na tym rejonie grodu Przemysława będzie skupiony ten tekst. Polecę Wam kilka naprawdę wartych odwiedzenia miejsc, w których odkryjecie autentyczność i niebanalny sznyt. Zapraszam do podróży po gastronomicznym światku Poznania.

NIEMIECKA REPUBLIKA TAŃCA

NIEMIECKA REPUBLIKA TAŃCA

Mało jest państw na świecie z tak olbrzymim potencjałem instytucjonalnym jak ma to miejsce w Republice Federalnej Niemiec. Mimo wielu prób, metod i technik, trudno obliczyć, ile jest obecnie grup tanecznych u naszego zachodniego sąsiada, funkcjonujących w przedsiębiorstwach teatralnych albo jako niezależne podmioty artystyczne.

Stuttgart

Jednym z najciekawszych miast, które nazywam królestwem tańca Europy, jest Stuttgart. Tu funkcjonuje Das Stuttgarter Ballet ikoniczne miejsce, którego pozycję artystyczną utrwaliła era Johna Cranko zapoczątkowana w 1961 roku. To właśnie z tego zespołu wywodzi się chyba największa liczba obecnych szefów zespołów baletowych na świecie. Funkcjonująca szkoła kształci kolejne pokolenia znamienitych tancerzy, którzy odnoszą wielkie sukcesy na scenach świata. Tradycja Cranko jest niezmiennie żywa. Jego prace powracają do repertuaru, a klasyka zachwyca. To, co wyróżnia język choreografa od rosyjskiej i radzieckiej szkoły układu baletowego, to specyficzny luz i oryginalność. Na scenie Romeo i Julia do muzyki Siergieja Prokofiewa. Libretto niezmienne z innymi wykonaniami i układami, ale wyróżnikiem pozostanie odejście od nadęcia i pompatyczności. Opowieść Cranko nie jest obca widzowi, jest niesłychanie żywiołowa, spontaniczna, zjawiskowa. Owa choreografia jest zbliżona do pracy Kennetha MacMillana. Świat renesansowej Werony świetnie oddają oryginalne kostiumy, a przede wszystkim scenografia Jurgena Rose. Walorem pracy jest sprawna dramaturgia, dowcip i dynamiczność. Trio Romeo, Benvolio i Merkucjo w zjawiskowym tańcu tuż przed balem u Capulettich jest niedoścignionym wzorem wykonania z feerią skoków. Nie inaczej jest na rynku w karnawałowym korowodzie, a także w świetnie skomponowanych scenach szermierczych. Owe plusy można wymieniać w nieskończoność, ale zawsze pozostanie akt trzeci, który każdorazowo ciężko uznać za udany, gdyż przeszyty jest pantomimą z jedną grupową sceną taneczną. Świat Romeo jest ciekawszy, bardziej różnorodny, gdyż choreograf jasno staje po jego stronie. Dzięki temu układ nacechowany jest męskimi popisami. Niezwykle efektownymi i urzekającymi.

Niekwestionowanym królem sceny jest Matteo Miccini jako Merkucjo, a także David Moore w roli tytułowej. Julia jest lekko w tle partnera, ale wykonanie Rocio Aleman należy uznać na poprawne. Całość kompanii stuttgarckiej zachwyca jako zgrany, pierwszorzędny zespół baletowy, godny kontynuowania dzieła Johna Cranko.

W tym szczególnym mieście, dla sztuki tańca, odnalazł swoje miejsce i drugi zespół. Piętnaście lat temu powstał Gauthier Dance Company związany z Theaterhaus. Jego twórca Eric Gauthier, były solista Baletu Stuttgarckiego zbudował nieduży, fantastyczny zespół. Wykorzystując przestrzeń teatralną i będąc wpisanym w strukturę, jest faktycznie jego sercem. To nie tylko miejsce pokazów, ale grupa Erica Gauthiera to już instytucja, firma, marka. Nie sposób wyliczyć liczby inicjatyw społecznych, w które zaangażowani są członkowie zespołu. Ze sztuką wychodzą na zewnątrz do domów starości, szpitali czy ośrodków wychowawczych. Warto zwrócić uwagę na ostatni projekt, którego patronem jest wielki, wybitny piłkarz Jurgen Klinsmann. Jego charyzma stała się twarzą propagowania sztuki tańca w stuttgarckich szkołach. Eric Gauthier, ze swoim nowo powstałym zespołem juniorskim, liczącym zaledwie cztery osoby, pielgrzymuje po placówkach oświatowych promując różne formy tańca – od klasyki do współczesności. Widzi w tym świetną ideę współuczestniczenia w kulturze, aby z formuły elitarnej stała się inkluzywną rozrywką, dostępną i zrozumiałą dla wszystkich. Jego intencją jest, aby analogicznie jak football, rozpowszechnić tę formę sztuki i rozbudzić pasję. Jak można grać w piłkę, tak można tańczyć. Wzruszające są obrazy, gdy tłumy dzieci i młodzieży wspólnie poruszają się w rytm muzyki. Nie ma znudzenia jest chęć zabawy i uczestnictwa. Eric Gauthier to niesamowicie pozytywna osoba. A świadectwem jest jego aktywność medialna i propagowanie instytucji tanecznych w programie telewizyjnym. Zaraża swoją pasją, którą jest taniec i własny zespół. Zaczynał owe piętnaście lat temu nieśmiało. Mając zaledwie kilku tancerzy. Dziś to liczba szesnastu składu podstawowego oraz czwórka juniorska.

Ale tu nie liczba się liczy, ale zapraszani choreografowie i jakość wykonania. W Stuttgarcie, w Theaterhaus, gościła współczesna czołówka. Można wymieniać nazwiska bez końca, ale już afisz jubileuszowego pokazu wygląda imponująco. 15 Years Alive to złożony z siedmiu elementów wieczór baletowy. Należy podkreślić, że programy składane, to znak rozpoznawczy formacji. Całość, z żywym komentarzem Erica Gauthiera, jest ukazaniem tradycji zespołu. Te krótkie epizody ukazują niesamowitą technikę i umiejętności grupy. Wśród choreografów Mauro Bigonzetti, Alejandro Cerrudo, Itzik Galili, Dunja Jocic, Ohad Naharin, Hofesh Shechter i Eric Gauthier. Nostalgia i sprawy poważne mieszają się z humorem i uśmiechem. Fragment Shechtera, rezydenta kompanii, to świetny film taneczny o wymownym tytule – Return, będący opowieścią o wskrzeszeniu w prosektorium, które dokonuje się poprzez mistycznego ducha tańca, poezję, szczególny powiew snu. Świetna praca zespołowa. Część prac to popisy solistyczne – komediowe ABC będące alfabetem tańca, duety, tria, aż do grupowego Minus 16 Ohada Naharina.Ta dedykowana zespołowi praca, będąca pochwałą wspólnotowości, jest świetnym zabiegiem oczarowania widzów. Gdy rozbrzmiewa utwór Dance with me, na scenę zostają porwani widzowie. Naharin, a za nim Gauthier, świadomi są tego i mówią o tym wprost, iż to waśnie publiczność jest najważniejsza. Dla niej kurtyna otwiera magiczny świat tańca każdego wieczora. W zespole mamy polski akcent. To była tancerka Polskiego Baletu Narodowego – Izabela Szylińska. Powiedzieć, że jest jasną gwiazdą formacji, to za mało. Świetnie odnalazła się w tej zaczarowanej krainie poszukiwań tańca współczesnego.

Bremerhaven

To największe miasto leżące w Niemczech nad Morzem Północnym. Przepięknie ulokowane, z niezwykłą promenadą nadmorską i deptakiem miejskim. Życie toczy się leniwie i sennie. Odżywa ono na pewno porą letnią, gdy gromady letników odwiedzają ów ciekawy region. W centrum miasta znajduje się okazały budynek teatru, który jak inne instytucje Niemiec kumuluje wszelkie dziedziny sztuk scenicznych. Również swoje miejsce odnalazł tu taniec, a jego zespołem kieruje Alfonso Palencia. Ten hiszpański choreograf, sprawował już funkcję lidera w innych miastach naszego zachodniego sąsiada.

Doskonale rozumie specyfikę i oczekiwania publiczności. Premiery w sezonie są zazwyczaj dwie. Każdy wieczór repertuarowy poprzedza wprowadzenie do pokazu. To buduje więź z publicznością oraz świadomość uczestnictwa. Kompania taneczna jest niewielka – na scenie zobaczyłem jedenastu tancerzy. Dlatego dobór repertuaru musi być adekwatny do możliwości wykonawców. I co ciekawe Palencia robi to z rozwagą. Przygotowany spektakl Ballet Latino łączy w sobie sentymentalną i żywiołową muzykę kręgu Hiszpanii oraz Ameryki Południowej z pełnymi humoru, ale i nostalgii opowieściami Południa ze świetną pracą nad układami. Trzy części przygotowali Annabelle Lopez Ochoa, Gustavo Ramirez Sansano oraz lider zespołu. Ochoa to jedno z najbardziej gorących nazwisk współczesnego baletu. Tworzy na całym wiecie. Jej wyróżnikiem stał się powrót do korzeni i własnej tożsamości. W jej żyłach płynie krew kolumbijska i belgijska. Unifikuje te dwa światy, w wielu pracach narracyjnych, przywołując historie Ameryki Łacińskiej. Szczególnie ważna była Frida – rzecz o artystce Fridzie Kahlo, meksykańskiej malarce, zrealizowana w amsterdamskim Het Nationale Ballet. W Bremerhaven zaprezentowała miniaturę Sombrerisimo, opowieść o istocie kapelusza. Rekwizycje, wyróżniki stylu życia, codzienności. W żywiołowej, zwieńczoną kolorową feerią opowieści przewija się żarliwość ekstatycznego tańca. Układ jest nieoczywisty i spontaniczny. Część druga należy do Gustavo Ramireza Sansano,

iszpana z ciekawą kartą artystyczną. Jego El Beso (Pocałunki) to niezwykle śmieszna, humorystyczna opowieść, którą można zamknąć w podsumowaniu – jak wybrzydzasz z miłością i całusami, to zostajesz sam. Spotkanie kończy Las Marias Palenci. W historii podzielonej na dwa światy – kobiecy, wywiedziony z twórczości Federico Garcii Lorci oraz męski – pełen żywiołowości i otwartości, najważniejszą rolę odgrywa ukazanie owych kontrastów płci. Kobiety tańczące flamenco są jak mężczyźni w arenie ujarzmiający byki. Ukazanie światów męskiego i kobiecego to jak spojrzenie na obraz obyczajowości kręgu hiszpańskojęzycznego. Grupa, choć liczbowo mała, posiada swoje taneczne odkrycia. To Stefano Neri i Ting-Yu Tsai. Ale należy zauważyć, że owe kilkanaście osób to wyrównany zespół, przed którym postawiono wysoką poprzeczkę. W sezonie 2023/24 formacja przygotuje prace Cayetano Soto oraz Alfonso Palencia. Oby było równie ciekawie i nieoczywiste.

Więcej przeczytasz w naszym Magazynie Kulturalny Cham w odcinku o Niemczech

Benjamin Paschalski

MELUZYNY BRAK – RECENZJA FILMU „AKADEMIA PANA KLEKSA”

MELUZYNY BRAK – RECENZJA FILMU „AKADEMIA PANA KLEKSA”

Rozczarowanie to, podobnie jak smutek, mało przyjemne uczucie. Przychodzi w najmniej spodziewanym momencie. Wówczas, kiedy oczekujemy radości, zaskoczenia, gdy kipi w nas wulkan nadziei. I wtedy nagle pojawia się ten przykry stan, kiedy czegoś zabrakło, a miało być. Takie doświadczenie jest chyba gorsze od samego smutku … bo ma konsekwencje. Wraz z nim tracimy wiarę w dobre zakończenia.

BANDA – „PUPO” – KOMOCO

BANDA – „PUPO” – KOMOCO

Każdy kolejny sezon artystyczny przynosi nowe odkrycia, ale i oczekiwania czegoś nieoczywistego w życiu teatromana. Wielką nadzieją, dla europejskiego świata tańca, stała się najnowsza produkcja włoskiej formacji Komoco. Początkowo był to duet sióstr Nappi – Sofii, tancerki, choreografki i performerki oraz Alice – skrzypaczki i kompozytorki. Dziś to jedna z najciekawszych kompanii, które poszukują w tańcu oryginalnej formy wypowiedzi. Sama nazwa nawiązuje do połączenia słów ukazujących promienie słońca przebijające się przez liście drzew, tworzące taniec światła oraz współdziałanie grupy zaangażowanych osób. Tym samym już w tej konstrukcji buduje się coś ożywczego i spontanicznego.