Najnowsze

Kucharz dobrze usposobiony – Wywiad z Bogdanem Gałązką (Cafe Stolica) o kuchni dawnej

Kucharz dobrze usposobiony – Wywiad z Bogdanem Gałązką (Cafe Stolica) o kuchni dawnej

W czasach, gdy „nowoczesna kuchnia” kojarzy się głównie z pęsetą, jadalną ziemią z pumpernikla, kelnerami, którzy opisują strukturę pianki z jarmużu, spotkanie z Bogdanem Gałązką jest jak łyk porządnej, staropolskiej wódki po tygodniu picia bezalkoholowego piwa. To nie jest po prostu kucharz. To człowiek, który 

Kulinarny taniec dusz i Serbia w Warszawie (Klub Serbski)

Kulinarny taniec dusz i Serbia w Warszawie (Klub Serbski)

Witajcie w krainie, gdzie skomplikowana historia przeplata się z pięknem przyrody. W miejscu, w którym ludzie otworzą przed Wami drzwi i poczęstują wszystkim, co mają, jednak kiedy naruszysz ich wartości, spodziewaj się czarnej polewki. Bałkany to świat bezkompromisowy. To miejsce, gdzie horyzonty pokładają się równie 

Wywiad z Piotrem „Vienio” Więcławskim – Urzeczywistnienie Myśli

Wywiad z Piotrem „Vienio” Więcławskim – Urzeczywistnienie Myśli

Piotr „Vienio” Więcławski to wybitna postać na polskim rynku muzycznym, znany przede wszystkim jako raper i wokalista. Posiada liczne talenty. Zajmuje się produkcją muzyczną, reżyserią oraz dziennikarstwem radiowym. Jego zainteresowania wykraczają również poza muzykę; jest uzdolnionym kucharzem i wpływową osobowością w świecie gastronomii, co potwierdza jego udział w finale programu Top Chef. “Vienio” jest również aktywnym propagatorem zdrowego stylu życia i ekologicznych wartości, angażując się w promowanie zbilansowanej diety i zrównoważonego podejścia do życia.

KulturalnyCham: Przede mną człowiek renesansu – raper, autor tekstów i książek, vloger, DJ, wokalista, reżyser, znalazłbym pewnie jeszcze kilka Twoich aktywności, ale nie o to chodzi. Kim tak naprawdę jest Piotrek, jak do tego podchodzisz i jak się z tyloma aktywnościami czujesz?

Piotr “Vienio” Więcławski: Czuję się przede wszystkim, po prostu Piotrkiem. Staram się urzeczywistniać poszczególne aktywności, które trafiają do mojej głowy. Chciałbym wyrażać siebie poprzez rzeczy, które kocham i lubię, poprzez realizację kolejnych moich pomysłów. Jestem każdą z tych wymienionych osób, czasem bardziej lub mniej. Moją głowę zajmują różne aktywności, czasem dominuje jedna, a często realizuję się w nich na zmianę, niekiedy stosuję “metodę na glizdę”, czyli po danym działaniu przychodzi czas na kolejne. W międzyczasie gotuję, bo gotowanie nie jest takim urzeczywistnieniem myśli, jak wiersz czy piosenka, jest elementem codzienności. Różne filozofie czy religie świata traktują ciało jako świątynię, ja chciałbym postępować podobnie. Chcę by do mojego organizmu trafiały jak najlepsze rzeczy, najfajniejsze, te które smakują mi najbardziej. Chcę by te produkty dawały mi energię do tych pozostałych aktywności, nakręcały do dalszego działania. Najmocniej jestem chyba raperem, ze względu na mój staż w Hip-hopie. Jeśli zmierzymy czas i dorobek to rzeczywiście najwięcej rzeczy zrobiłem w rapie. Myślę, że to mnie w jakimś zakresie definiuje.

K.Ch: W wywiadzie Audiochwile u Mai Strzelczyk, powiedziałeś, że dzięki Hiphopowi jesteś w stanie pozwolić sobie na te inne aktywności, że to on dał Ci takie możliwości. Potwierdzasz te słowa? Rap Ciebie zdefiniował jako człowieka kilka dobrych lat temu i pomógł być tym kim jesteś dziś?

V: Myślę, że w jakimś stopniu na pewno, rap dał mi naprawdę dużo. On mnie ukształtował, wychował i dał mi taką perspektywę, że możesz być kimkolwiek tylko zapragniesz. Cytując Nasty Nas “You Can Be What You Wanna Be”. Jeśli tylko chcesz możesz być Mariuszem Szczygłem, Michałem Urbaniakiem, możesz być takim jakim tylko zapragniesz. Tylko do Ciebie należy serwis tej piłki, i to Ty decydujesz o tym gdzie jesteś na boisku oraz jak to się zakończy.

K.Ch: Muszę zapytać Ciebie o zapał do działania. Jak to jest być tak aktywnym i zajmować się tyloma rzeczami? Jak to możliwe, że robisz tak dużo, ale wszystko na dobrym poziomie? Wiele dyscyplin, wiele środowisk, a niemal wszystko kończy się sukcesem, mniejszym większym, ale sukcesem.

V: Myślę, że jest to zasada liczby poświęconych godzin, niczego nie ma za darmo, na wszystko trzeba zapracować. Ja staram się określić sobie cel i doprowadzić do jego realizacji za wszelką cenę. Nie lubię dużo mówić, a mało robić. W moim podejściu zawsze traktuje sprawę od A do Z. Nauczyłem się stawiać kropki, kończąc rozpoczęte sprawy. Znałem wielu raperów, którzy byli świetni, ale nie potrafili wydać płyty. Wiem, że istnieje mnóstwo bardzo utalentowanych artystów, którzy nie potrafią zaprezentować swojej sztuki, pokazać jej szerszej widowni, zbudować wokół siebie zainteresowania. Wydaje mi się, że mam umiejętność kończenia rzeczy, doprowadzania ich do finału. Przekładając to na gotowanie, przecież nie wystarczy, że kupisz składniki i umieścisz je w lodówce. Trzeba je potem pociąć, ułożyć pięknie na talerzu i komuś zaprezentować, zaserwować. Żyję ze swoich pomysłów i ich realizacji 25 lat, wydaje mi się, że nauczyłem się jak przechodzić kolejne etapy. Chcę w moim życiu naturalnie przychodzić z nimi. Nie zostawiać za sobą otwartych rzeczy, do których będę musiał wracać.

K.Ch: Jesteś chyba jedynym raperem, który dotrzymuje terminów?

V: Wiesz, my byliśmy tacy zawsze, braliśmy sobie to na ambicję. Nie masz czasu w ciągu dnia? To pijesz kolejną kawę o dwudziestej i siedzisz do szóstej rano, a robota musi być zrobiona. Pół życia spędziłeś na imprezach, a nie możesz skupić się, żeby jedną piosenkę napisać? To są wybory, których każdy z nas dokonuje. Od początku musisz mieć w sobie swojego pracodawcę, managera. Musisz się lekko napędzać, popędzać swoje pomysły dalej. Ja nie mam człowieka, który dba o mój kalendarz, tylko wszystko muszę załatwić samodzielnie. Nauczyłem się takiego działania. Swoistego selfcontrollingu i dlatego sam zarządzam i gospodaruję swoim czasem

K.Ch: Rap i gotowanie na pierwszy rzut okna nie wydają się powiązane, nie widać korelacji. Jednak zagłębiając się w niego sprawa wygląda nieco inaczej. W muzyce łączysz wersy, składasz i szukasz słów. Podobnie jest w kuchni, bez połączenia składników, barw, aromatów nie wyjdzie nic pysznego. Widzisz te analogie, związki?

V: Absolutnie, wspominałem o tym w rozmowie z Wojtkiem Modzelewskim, kiedy wydawałem książkę – Brzuchomówcy, spytałem go o to samo. Czy nie sądzi, że komponowanie, to jest to samo co gotowanie. Podpisuje się pod tą tezą, poszedłbym dalej i szukał analogii w ogóle w artyzmie. Gotowanie i sztuka to niesamowicie połączone sfery. Podczas malowania obrazów łączymy kolory, które mogą symbolizować smaki, podczas tworzenie muzyki jest tam samo. Werbel, sampel, jakaś linia basu i mamy doskonały podkład. Tak jak w kuchni włoskiej – pomidory, czosnek, makaron, woda oliwa i ser parmezan, tworzy się rarytas z mega prostych składników.

Wywiad z Piotrem "Vienio" Więcławskim - Urzeczywistnienie Myśli

K.Ch: Dobre jedzenie świetnie łączy się też z dobrą muzyką.

V: Świat gastronomi jest naprawdę mocno powiązany ze światem muzyki. Weźmy pod uwagę słowne nawiązania gastronomiczne do muzyki mamy np. “soczysty bit” czy “tłustą stopę”, można też “rzucać mięsem”, czy komuś “przyfasolić” jest tego naprawdę sporo.

K.Ch: Czas na pierwsze trudne pytanie. Którą kuchnię byś wybrał: mamy czy babci? W jednym z wywiadów wspomniałeś, że nie zjadłbyś sałatki warzywnej poza domem. Dlaczego?

V: Ta sałatka jarzynowa w innych domach mnie w jakiś sposób obrzydza, te rozgotowane warzywa nie miały opcji się dobrze połączyć. Babcia wychowała moją mamę, więc te smaki, aromaty w jakimś zakresie się łączą. Jest to pewnego rodzaju łańcuch smaków. Większość moich kuchennych przygód za małolata to kuchnia mamy, więc jej dania są mi bliższe. Mieszkaliśmy na Ursynowie, w bloku z wielkie płyty i zawsze chciałem towarzyszyć w przygotowaniach. Pytałem ją “Mamo, a jak robi się rosół”, “Mamo a jak robi się to czy tamto”. A ona tłumaczyła mi jak te potrawy powstają, kiedy trzeba dodać poszczególne składniki, dlatego przesiąknąłem tymi aromatami.

K.Ch: To jakie jest Twoje ulubione danie z kuchni mamy i ulubione danie z kuchni babci?

V: Z kuchni babci to na pewno słynna zalewajka, która jest niesamowicie intensywną i lekko cierpką zupą. Uwielbiam kwaśne zupy, myślę, że też trochę dzięki temu wspomnieniu. W menu mamy gościły dosyć różne rzeczy, Mimo trudnych czasów, na stół trafiały potrawy mało w Polsce popularne np. spaghetti czy zupa cebulowa. Rodzice kumplowali się z ciotką Danką i wujkiem Władkiem, którzy mieszkali w Beneluksie. To dawało możliwość przywożenia do domu nowych przepisów i poznawania nowoczesnych smaków. Oczywiście w domu były też te oldschoolowe dania kuchni polskiej, które przechodziły z pokolenia na pokolenie.

https://www.instagram.com/p/CuhO_-0O7Rc/

K.Ch: W jednym z wywiadów mówiłeś o tym, że to ursynowskie blokowisko było takim czymś w rodzaju komuny. Dzieciaki przewijały się w każdym domu na tym osiedlu. Ta grupa, którą tworzyliście była zgraną paczką, które wiedziała o sobie bardzo dużo. Czy miałeś taki jeden dom, do którego chciałeś wracać na obiad poza swoim?

V: Na Ursynów w tamtym czasie wprowadziły się w jednym momencie młode rodziny, ze względu na to, że dzielnica dopiero powstawała. Było tam mnóstwo dzieci w moim wieku lub rok, dwa lata starszych czy młodszych. Jedno gigantyczne pokolenie, które połączył ten ursynowski dom.

K.Ch: Było na czym budować fundament jedności, jak to wyglądało?

V: Tak, to była komitywa. Na korepetycję zatrudniało się jedną panią od angielskiego, która uczyła 3 czy 4 dzieci z różnych rodzin. Pamiętam taki film Dzikie gęsi, który cały blok oglądał w dużym pokoju jednego z mieszkań. Dziadkowie i babcie na kanapach, po bokach na krzesłach nasi rodzice, a na dywanie dzieciaki – Alternatywy 4 na żywo. Tak samo było w przypadku tych obiadów, o które pytałeś. Zdarzało się, że nie było czasu zjeść. Innym razem ktoś potrzebował wsparcia, a to mama kogoś wyjechała, a to musiała zostać dłużej w pracy. Dobrze jadło się tak naprawdę wszędzie, bo wtedy też trochę inaczej się na to patrzyło. Pamiętam, że fajnie gotowali rodzice mojej sąsiadki Sylwii. Fajnie spędzało się też czas u mojej drugiej sąsiadki, która mieszkała na dole. Jej mama pracowała w zagranicznej firmie, co w tamtych czasach dawało sporo możliwości. Gabrysia miała kandyzowane wisienki, oliwki, kapary czy Coca-colę w puszce. Ta lodówka, w porównaniu do naszych to był po prostu Pewex. U nas królowały parówki na metry w gazecie, odrobina jakiegoś sera żuławskiego, cebula, marchewka i tam jakaś musztarda czy keczup.

K.Ch: Czy masz zapach albo smak, który pamiętasz z tamtych lat? Coś jak ratatuj z filmu o kucharzu, który był małym szczurem? 

V: Myślę, że to będą ogromne ilości tostów, takie stado grzanek, które mama robiła pasjami. Niedziela rano, grzanki i my oglądający 5-10-15, potem filmy z Davidem Attenborough. Tak spędzało się czas od 9:00 do trzynastej przed telewizorem i pędzlowaniu tych grzanek. Mama robiła je w niemal każdą niedzielę. Często były to trzy wielkie blachy, nie zawsze były z bułki, czasami z chleba, z przeciętą parówką i serem, a do tego keczup. Pamiętam ten smak jako fajnej, rodzinnej niedzieli. Do tego jeszcze oczywiście napój “Ptyś”, czyli nasz Polska “Fanta”. Byłem tak dumny z tego “Ptysia”, że chwaliłem się nim wujkowi, który wraz z dwoma synami przyjechał do nas kiedyś ze Szwecji. Zastanawiając się jak pokazać im, że w Polsce nie jest tylko tak szaro, wpadłem na pomysł by zabrać ich do pobliskiego sklepu na “Ptysia”, ponieważ wydawał mi czymś wyjątkowym, czymś czym warto się pochwalić. Kupiliśmy sobie po tym “Ptysiu”, a ich reakcja była bardzo zaskakująca, “To taka Fanta”.

K.Ch: Przejdźmy do momentu, w którym tak naprawdę zaczynasz gotować. Z tego co udało mi się ustalić, to jest to moment wyjazdu Twojej mamy do USA? To wtedy stałeś się szefem domowej kuchni? Nie byłeś przerażony? Rozumiem, że od najmłodszych lat byłeś w tej kuchni jednak było to chyba spore wyzwanie?

V: Mama wyjeżdżając zostawiła zeszycik, były tam wszystkie jej przepisy. Swoją drogą ten przepiśnik funkcjonuje w rodzinie do dziś, co roku jest pokazywany na świętach. Zostałem ja i ten zeszyt, zacząłem gotować. Najpierw przygotowywałem zupy, potem różne drugie dania. Gotowałem dla brata i ojca, nie mając zbyt dużego budżetu na zakupy, jednak zawsze udawało mi się wygospodarować kilka złotych dla siebie. Miałem z tego gotowania kilka zaskórniaków na gumę do żucia czy batona. Z czasem to kucharzenie z przepisów mamy trochę mi się znudziło. Powszedniał rosół czy ogórkowa. Ile razy można robić schabowego czy mielonego? Zacząłem stawiać na proste przepisy, które będą wypełniały moje obowiązki na dwa, trzy dni. Gulasz z szynki wieprzowej czy inne przepisy, które robiło się dość sprawnie, były łatwe do odgrzania i nieźle smakowały. Pamiętam, jak chciałem zrobić francuskie “Boeuf bourguignon”, przepis wymagający, ale największą trudnością było wino, musiałem więc wysłać ojca po zakup bułgarskiej Kadarki. Było ciekawie, smacznie i często z humorem. Odkrywałem kolejne dania, bardzo polubiłem kuchnię włoską i cały czas kombinowałem z tymi przepisami. Do dziś mam w głowie powrót mojej mamy, kiedy przygotowałem gigantycznego kurczaka w imbirze i pomarańczach. Danie, które w tamtych czasach totalnie nie funkcjonowało na polskich stołach. Przepis wziąłem z kultowej serii książek Państwa Łebkowskich, były to małe, wysokie i prostokątne książeczki gastronomiczne, które otworzyły polskim rodzinom okno na kuchnie świata. Takie były moje początki. Nie traktowałem swojego gotowania jako nadzwyczajnej umiejętności, było to dla mnie coś naturalnego.

K.Ch: Dziś kuchnia to Twoja codzienność, w tym się realizujesz, tak też zarabiasz. A jak to wyglądało kilka czy kilkanaście lat temu, kiedy żyłeś głównie rapem?

V: Sprawa jest banalna, po prostu gotowałem dla chłopaków z Molesty. Mając wyjazdy zagraniczne czy jakieś dłuższe trasy koncertowe, podczas których trudno było zjeść coś naprawdę dobrego, składaliśmy się na składniki. Jechałem do sklepu, kupowałem pomidory, trochę dobrego makaronu i odrobinę parmezanu, przygotowywałem na szybko jakąś pastę. W gotowaniu liczy się pasja, ten niewidzialny składnik, którego często brakuje w restauracjach, umiłowanie do tego co podajesz ludziom, a ja miałem to zawsze. Nieważne dla kogo i gdzie przygotowywałem jedzenie. Lubię jeść w restauracjach, w których czuć tę energię, gdzie mam przelotkę z szefem kuchni. W tym miejscu apeluję do wszystkich, by nie wstydzili się nawiązywać interakcji. Jeśli Wam smakuje podziękujcie, poproście do stolika i zamieńcie kilka miłych słów. Dzięki temu kucharze się nakręcą i będą gotować jeszcze lepiej.

K.Ch: To świetne nawiązuje do mojego kolejnego pytania. Wiem, że jesteś bywalcem knajp i kochasz odkrywać nowe miejsca na gastronomicznej mapie Warszawy. Jakie miejsce poleciłbyś naszym Czytelnikom i Czytelniczkom?

V: Zacznę od tego, że stałem się już chyba kimś takim w rodzaju jakiegoś przewodnika. Ludzie do mnie piszą czy dzwonią z prośbą o wskazanie najlepszych miejscówek. Odpowiadam “napisz w jakim kierunku płynie Twoja łódka”, jakiej kuchni chcesz spróbować? Czy chcesz zjeść coś koreańskiego, wietnamskiego czy może jakieś super włoskie jedzenie? Dodatkowo określ lokalizacyjnie, gdzie będziecie. Warszawa obecnie daje tak dużo możliwości, że bez pytań pomocniczych nie jestem w stanie wskazać konkretnego miejsca.

K.Ch: Ok, w takim razie doprecyzuję moje pytanie. Kuchnia azjatycka w Śródmieściu Warszawy. Sprawdzimy czy polecilibyśmy same miejsca.

V: Oczywiście kultowa miejscówka na Chmielnej, czyli Toàn Phở, tuż obok jest świetne Vege Kitchen. Na Szpitalnej, jest Little Hanoi – Asian Fusion. W ostatnim czasie świetny tour po wietnamskich miejscach w centrum zrobił “Mistrz” Robert Makłowicz, polecone tam miejsca są zdecydowanym topem azjatyckich miejsc w Warszawie. Oh my Pho, La Banh czy Tran Tran to fantastyczne miejsca, które warto odwiedzić i spróbować tam wspaniałych smaków Azji.

K.Ch: Czy masz ulubione danie, które mógłbyś jeść do końca życia? Danie kultowe, które nigdy Ci się nie znudzi?

V: Mam kilka takich dań, jednak każdego dnia masz ochotę na coś innego. Często chodzi za mną szczawiowa, innego dnia jest to aglio olio e peperoncino, które muszę zjeść, inaczej dzień będzie nieudany. Kolejnego dnia może to być wypasiona sałatka grecka, którą uwielbiam.

K.Ch: Dziękuje Ci za rozmowę, to była prawdziwa przyjemność. Zapraszamy do Twojej książki i na social media, szczególnie na TikToka, którego nie tak dawno założyłeś.

V: Dziękuje i również zapraszam

 

Foto: Instagram Vienio 

TAM GDZIE TRADYCJA SPOTYKA SIĘ Z ZABAWĄ! OKTОBERFEST!

TAM GDZIE TRADYCJA SPOTYKA SIĘ Z ZABAWĄ! OKTОBERFEST!

Co roku, Monachium staje się światową stolicą piwa. Oktobersfest to nie tylko piwna ekstrawagancja, ale kulturalny maraton, który przyciąga miliony osób z każdego zakątka globu, szukających pysznego złocistego napoju, ale też niezapomnianej atmosfery, tradycji i zabawy. Dziś zagłębiamy się w ten barwny festiwal, odkrywając, jak 

Kim jest to Miasto? Kto jest kim?

Kim jest to Miasto? Kto jest kim?

Parafrazując Hłaskę, w tym mieście można być tylko pijakiem lub bohaterem. Normalni ludzie nie mają tu nic do roboty. Ja czasem jestem pijakiem, innym razem staram się być bohaterem. Efekty pewnie jak u każdego mocno nieoszacowane i niewiążące. Najczęściej bohaterem chce stawać się oczywiście po 

Festiwal Szekspirowski 2024. Jaki teatr bez przemocy?

Festiwal Szekspirowski 2024. Jaki teatr bez przemocy?

Istniejący od 1993 roku (pod obecną nazwą od 1997) gdański Festiwal Szekspirowski dzięki różnorodności prezentowanych na nim spektakli jest doskonałą okazją do zastanowienia się, czy i w jaki sposób aktualne pozostają dzieła najsławniejszego dramatopisarza w historii. Zgodnie z deklaracjami samych organizatorów coroczne wydarzenie ma stanowić „rodzaj showcase’u, w którym Szekspir jest pretekstem do opowieści o współczesnym świecie”. Kryterium to jest niewątpliwie brane pod uwagę w trakcie przyznawania nagrody głównej, Złotego Yoricka, za najlepszą szekspirowską inscenizację. Do jakich zatem motywów z twórczości Szekspira mogą odwołać się polscy twórcy teatralni ponad 400 lat po jego śmierci? Jednym z nich są niewątpliwie bezwzględne mechanizmy władzy – historie Hamleta, Makbeta czy Leara są zawsze aktualne tam, gdzie walcząc o nią lub ją sprawując ludzie tracą wszelkie skrupuły i sięgają po brutalne metody. Ponadto, jako autor cytatu „cały świat to scena”, a przede wszystkim prekursor dramatycznego zabiegu„teatru w teatrze” (polegającego na wplataniu do fabuły postaci aktorów grających własne przedstawienie), Szekspir idealnie nadaje się do artystycznej autorefleksji. Nieuchronnie przychodzi zatem na myśl obecna dyskusja o polskim teatrze, w której wątki władzy i związanej z nią przemocy wyjątkowo często przeplatają się z rozważaniami na temat kondycji artysty.

Właśnie ten trop podjęli Katarzyna Minkowska w Burzy. Regulamin wyspy (premiera: 26 kwietnia 2024, Teatr Opole) oraz Jan Klata w Śnie nocy letniej (premiera: 15 września 2023, Teatr Nowy w Poznaniu). W następujących po sobie (celowo?) pokazach zostały przedstawione przeciwstawne głosy w debacie na temat funkcjonowania polskiego teatru. Jak poważny jest problem przemocy w teatrze? Czy da się tworzyć teatr bez jej użycia? Czy taki teatr może mieć artystyczną wartość? Minkowska próbuje odpowiedzieć na te pytania na poważnie, lecz z humorem, Klata lekceważąco z mocno wysilonym dowcipem.

W powszechnej interpretacji szekspirowski Prospero to artysta, alter ego samego autora, traktującego postacie na wyspie jak marionetki w swoim teatrze. W przepisanej przez Jana Czaplińskiego Burzy to współczesny reżyser teatralny, stary MISTRZ naruszający intymne granice aktorów, awanturujący się o najmniejsze szczegóły, chamski dla swoich następców, wymagający wiecznych poświęceń od swojego asystenta-Ariela. W brawurowo odgrywanej przez Bartosza Woźnego roli widzimy przede wszystkim Krystiana Lupę (żeby nie było wątpliwości jego córka/aktorka-Miranda dzieli się z nami swoim monologiem wewnętrznym), ale w jego historii możemy też odnaleźć np. ślady afery Passiniego.

Spektakl Minkowskiej jest wyraźnie podzielony na cztery sprawnie przeplatające się wątki: prowadzącego próbyProspera, snujących nieśmiałe marzenia aktorów – Mirandę i Ferdynanda, zakładających własny teatr Trinkulo, Stefano i Kalibana oraz zamkniętych w szklanym akwarium polityków/biznesmenów-rozbitków. Motywem przewodnim trzech z nich są napędzające się wzajemnie władza i przemoc. Symptomatyczne w jaki sposób kolektyw Trinkulo, Stefano i Kalibana z początkowej utopii szybko przeradza się w bezwzględne power play. Jedynie wątek Mirandy i Ferdynanda daje naiwną nadzieję na równouprawnienie w relacjach międzyludzkich.

Opolska Burza stanowi przede wszystkim próbę negocjowania postprzemocowego teatru:co trzeba zrobić, aby odejść od mistrzowskiego modelu, unikając zarazem pułapki reprodukowania przemocy w nowych konfiguracjach? Wyjściem z sytuacji na pewno nie jest pisanie tytułowego regulaminu. Tworzenienowych przepisów przez Stefano czy polityków-rozbitków służy jedynie usankcjonowaniu ich władzy. Z drugiej strony to brak regulaminu, a dokładnie niepisane zasady władzy rodzicielskiej i reżyserskiej tworzą szarą strefę dla nadużyć Prospera. Do jego postaci często odczuwamy zresztą współczucie, a nawet zrozumienie. Spektakl nie jest zatem zero-jedynkowym rozliczeniem z dziaderstwem, zamiast tego otrzymujemy zniuansowane w swojej wymowie dzieło.

Poza perspektywą szybkiego powrotu starych struktur władzy pod postacią nowych regulaminów, także wyraźnie zaznaczono potencjalny chaos lub nudę jakie mogłyby wynikać z braku silnej reżyserskiej ręki. Odpowiedzią na wątpliwości dotyczące artystycznej jakości spektakli fair trade – zakładając wierność twórców wobec prezentowanych na scenie wartości– jest sam w sobie oglądany przez nas spektakl Burzy. Jest to teatr, w którym każdy element stanowi odrębny głos składający się na spójny, wciągający widza świat przedstawiony. Adaptacja nie kanibalizuje oryginalnego tekstu, lecz rozwija już obecne w nim motywy; skomplikowana technicznie scenografia pomaga uporządkować wielowątkową fabułę; choreografia z udziałem profesjonalnych tancerzy nadaje dodatkowy wymiar życiu na wyspie i emocjom bohaterów. W skrócie: spektakl ma te same zalety co wymieniany często w teatralnych plebiscytach Mój rok relaksu i odpoczynku tej samej reżyserki w stołecznym Dramatycznym.

Teatr z Opola zasłużenie otrzymał nagrodę główną Złotego Yoricka oraz Nagrodę Dziennikarzy. Nagrody publiczności nie przyznawano, jednak sądząc po reakcjach widowni, również i ją by zdobył. Okazuje się, że o problemie instytucjonalnej przemocy, wbrew zarzutom obrońców starego ładu (patrz poniżej), da się opowiedzieć bez banałów i histerii.

Również Jan Klata postanowił wykorzystać Szekspira jako okazję do wypowiedzi na temat przemocy i emancypacji w polskim teatrze; otwierająca Sen nocy letniej scena przygotowań nierozgarniętych amatorów do wystawienia własnej sztuki została zamieniona w parodię zachodzących w nim zmian. Pojawiający się na proscenium pod własnymi nazwiskami aktorzy namawiają widzów, aby wzięli udział w losowaniu na reżysera spektaklu (bo skoro nie wolno już kierować zespołem bez użycia przemocy, to reżyserem może być każdy…), następnie prowadzą absurdalne rozmowy w stylu byle-nikogo-nie-urazić (bo przecież za wyrażenie własnego zdania grozi natychmiastowy cancelling…).

Problem w tym, że bezkonfliktowa nowomowa („słyszę cię”, „dziękuję, że mi to powiedziałeś” itd.) została już wcześniej, znacznie inteligentniej wyśmiana we wspomnianym Moim roku relaksu i odpoczynku Minkowskiej czy Melodramacie Anny Smolar. Te same reżyserki, tak samo jak Ewelina Marciniak czy Agnieszka Jakimiak, są zresztą przykładem, że teatr inkluzywny nie musi być teatrem chaosu i nudy. Reżyser Snu… na pewno zdaje sobie z tego sprawę, więc wybiera najłatwiejszy cel – Monikę Strzępkę z jej dyrektorskiego okresu. Scenę polsatowskiego kabaretu kończą okrzyki viva la vulva!

Po podniesieniu kurtyny jest tylko gorzej. Tezeusz i Egeusz zaglądają młodym w gołe d…, Hermia zostaje zgwałcona i obsikana przez ukochanego Lizandra, Spodkowi zamiast głowy osła zostaje doprawione gigantyczne dildo. Taki dobór środków nie musi być czymś złym, zdarza się, że wręcz stanowi o sile oddziaływania bardzo dobrych spektakli. W tym przypadku jednak Klata nie próbuje napiętnować przemocy jak zrobił to kilka lat temu w Trojankach, nie wciąga nas umiejętnie w wielopiętrową prowokację à la Oliver Frljić ani nie wprawia nas w pełen wstydu śmiech jak Markus Öhrn. Nie jest to nawet tarantinowska – bezsensowna, lecz uwodząca obrazem i rytmem – przemoc.

Niestety, w zestawieniu z tym jak Klata próbuje naśmiewać się z teatru inkluzywnego, ma się nieodparte wrażenie, że aktorzy i ich postacie są upokarzane wyłącznie jako demonstracja reżyserskiej władzy i pokazanie środkowego palca emancypacyjnym zapędom młodszego pokolenia. Najgorsze jednak, że te usilne nawiązania do bieżącej dyskusji odbywają się kosztem rytmu, zwięzłości, inteligentnego łączenia elementów kultury niskiej i wysokiej – wszystkiego co wyróżniało teatr Jana Klaty. Z jego dawnych zalet została intrygująca warstwa wizualna i prowadzenie aktorów, którzy mimo wszystko przekonująco wcielają się w szekspirowskie postacie (szczególne brawa dla poświęcenia Antoniny Choroszy i Marty Herman). Elementy te nie są jednak w stanie ukryć, a wręcz uwypuklają brak, głębszej idei reżysera, bo za taką nie sposób uznać dziecinną, niewłaściwie adresowaną uszczypliwość. Sytuacja przypomina Do Damaszku z 2013 roku – wówczas jeszcze wyjątek w karierze reżysera – gdzie mimo oszałamiającej scenografii i Marcina Czarnika w roli głównej (nie mówiąc o skandalu przerwania jednego z pokazów przez zorganizowaną grupę widzów) panowała nuda.

Na ile jednak to wszystko jest serio? Czy nie jest to jedynie prowokacja, gest wrodzonej przekory? Może chodziło tylko o wykazanie (jak często u samego Szekspira), że każda władza – państwowa czy ojcowska – zawsze będzie przemocowa; albo jak u Lyncha (do którego filmów spektakl w kilku miejscach się odwołuje), że biorące początek w seksualnym popędzie zło nigdy nie opuści międzyludzkich relacji? Life is life i żadne reguły współistnienia czy językowe zabiegi tego nie zmienią. Jednakże to sam Klata podbija stawkę decydując o niespotykanym w jego twórczości występowaniu aktorów pod swoimi nazwiskami oraz nawiązując do własnej sytuacji jako reżysera. Cały spektakl obliczony jest na upupienie drugiej strony dyskusji, jednak – co wydawać by się mogło niemożliwe w przypadku reżysera H., Sprawy Dantona, Wesela hrabiego Orgaza, Trylogii, Wroga ludu czy Wesela – przegrywa w pojedynku na teatralną jakość. Przy okazji Klata obraża inteligencję widzów próbując wmówić im, że teatr inkluzywny to tylko nieporadne amatorskie etiudy lub wynurzenia o aurze Moniki Strzępki. Jeśli po tym spektaklu znajdzie się na czyjejś czarnej liście to z zupełnie innego powodu niż chciał, gdy postanowił dobrowolnie wcielić się w rolę dziadersa. Po prostu szkoda czasu na taki teatr.

Michał Gosławski


Foto: Dawid Linkowski

W STRONĘ KLASYKI – PLANY BALETOWE 2024/25

W STRONĘ KLASYKI – PLANY BALETOWE 2024/25

Już za chwile wakacje! W teatrach operowych i baletowych na całym świecie, początek wiosny, to moment prezentacji planów repertuarowych kolejnego sezonu, tym razem 2024/25. Ów czas zbiega się z Międzynarodowym Dniem Tańca, który corocznie obchodzimy 29 kwietnia. To dobry moment aby zaprezentować dziesięć przedstawień baletowych, 

Piszę Anons do dzielni – Tapas po polsku

Piszę Anons do dzielni – Tapas po polsku

Anons to krótkie ogłoszenie. Czy to słowo kojarzy Wam się z gastronomią? Jeśli nie, to poznajcie Anons do Dzielni, czyli kameralne miejsce na Mokotowie, gdzie zjecie niezłą polską kuchnię z twistem. Maciej Nowak w jednym z ostatnich felietonów w Gazecie Wyborczej napisał o tej knajpce 

POLSKA WIEŚ WALCZĄCA Z TAJEMNICĄ – RECENZJA FILMU „TYLE CO NIC”

POLSKA WIEŚ WALCZĄCA Z TAJEMNICĄ – RECENZJA FILMU „TYLE CO NIC”

Prowincja, małe wsie i miejscowości to niejako inny świat, tak rożny od miejskiej sieci budynków, natłoku dźwięków, dudnienia kroków, szumu i gwizdu komunikacji miejskiej, potoków pędzących samochodów. Nie raz zastanawiałem się, czy życie na wsi ma jeszcze przyszłość we współczesnym świecie. Jako człowiek z miasta mam – przyznam szczerze – niewielkie pojęcie o życiu na prowincji. Przeglądałem się tej codzienności tylko przez chwilę, jakiś czas temu. To rzeczywistość, która toczy się w innym rytmie, wymaga ogromnej pracy i samodyscypliny. Natury nie oszukasz. Wypiera je jednak obietnica szybkiego dorobku w mieście, gdzie kusi kolorowe, tylko z pozoru beztroskie życie, inne tempo i dostęp do wielu atrakcji, o które na wsi nieco trudniej. Coraz mniej ludzi decyduje się pozostać i uprawiać ziemię, żyć z hodowli zwierząt. Nie jestem jednak pewien czy ten świat dobiega swego kresu. Bo czy „tyle co nic” pozostanie z ziemi dzisiejszej rzeczywistości i ziemi rolników? Wydaje się, że jest to wciąż istotne pytanie. Ale miejski gąszcz poza niezwykłym urokiem, niesie ze sobą też wiele pułapek. Trzeba być uważnym.

Tyle co nic jest moim zdaniem jednym z najciekawszych, ale i niebanalnych debiutów w polskim kinie w ostatnich latach, nie dlatego, że ma coś niesamowitego i niesie jakieś wyjątkowe treści. W niezwykle zwyczajny, nienachalny, ale niebanalny sposób porusza problem niewielkiej społeczności, jej uwikłania, a jednocześnie losów współczesnego człowieka, żyjącego z roli, a przede wszystkim jego codzienności. Nie jest jednak melodramatycznym i cukierkowym obrazem polskiej wsi. To nie tylko zasługa bardzo aktualnego scenariusza, niezwykle wartkich, czasem niezwykle zabawnych dialogów (autorstwa jednocześnie reżysera tego obrazu) Grzegorza Dębowskiego, który można byłoby zekranizować w każdej części naszego kraju. Nie znajdziemy tu sztucznego na siłę upiększania życia na wsi. Bo takiej nie znajdziemy w rzeczywistości. Przekonujące obrazy dostarczają zdjęcia Aleksandra Pozdnyakova, a realistyczna scenografia: Mai Pawlikowskiej. Dynamikę film zyskuje dzięki montażowi Anny Garncarczyk.

Wyjątkowość produkcji to w dużej mierze zasługa głównego bohatera – Jarka (w tej roli świetny i bezkonkurencyjny Artur Paczesny), który jest rolnikiem, żyjącym ze swoją rodziną: żoną (również wyjątkowa Agnieszka Kwietniewska) i trójką wspaniałych dzieci, ma skromny, schludny, spokojny dom oraz dobrze prosperujące gospodarstwo. W zasadzie nie jest to typowy bohater polskiej kinematografii. Na podwórzu usłanym kałużami i błotem, stoi traktor oraz inne nowoczesne maszyny rolnicze. To człowiek pobożny, ale i krytyczny. Pomaga osamotnionej przez sąsiadów, doświadczonej przez los rodzinie kolegi, kiedy spłonie im dom. Organizuje codzienną pomoc, wytrwale namawia również innych do wsparcia poszkodowanych. Bowiem siła tkwi w społeczności i wzajemnej solidarności. Ponadto przyjmuje żonę (Monika Kwiatkowska) wraz z dziećmi kolegi (który nagle gdzieś znika bez wieści) pod swój dach, dodaje otuchy i gości jak tylko może najlepiej. Organizuje od hoc sprzeciw okolicznych rolników w obronie ich interesów, kiedy przez nich wybrany poseł – Lesław Kołodziej (Artur Steranko) – nie dotrzymuje swoich obietnic i zdradza swoje przyrzeczenia, podejmując inne – niż zapowiadał swoim wyborcom – decyzje w parlamencie. Bez wahania staje na czele wzburzonej społeczności i przewodzi protestowi. W tym momencie trafia na czołówki ogólnopolskich serwisów informacyjnych, wzbudzając już nie tylko lokalne zainteresowanie. I w tym momencie niespodziewanie zaczyna się również kryminalna historia, w którą uwikłany zostaje siłą rzeczy właśnie Jarek. Zaczyna na własną rękę dochodzić prawdy, w czym jednak nie pomagają mu okoliczni sąsiedzi, a wydawałoby się jego bliscy znajomi. I tak dostajemy zgrabnie skrojoną dramatyczną opowieść kryminalną.

Ten film jest swoistym polskim westernem, w którym obserwujemy i przeżywamy perypetie farmerów żyjących w jednym z państw środkowoeuropejskich. Oczywiście istotna dla opowieści jest specyfika polska, gdzie wciąż w niewielkiej społeczności silna jest pozycja plebana i posła. Tu bowiem wciąż funkcjonuje nierozerwalny sojusz władzy i kościoła, który pochłania i podporządkowuje słabszych i co bardziej strachliwych, niemających odwagi czy siły, by przeciwstawić się temu duetowi. Nie sposób nie docenić i nie podkreślić gry znanego głównie z ról drugoplanowych Artura Paczesnego. W jego oczach ponadczasowe wartości, prawda, szczerość mają swoje znaczenie i ciężar. Jego kreacja rolnika jest tak rzeczywista, że trudno na dobrą sprawę stwierdzić kto jest tu kim – czy aktor rolnikiem, czy rolnik staje się u niego aktorem. To jest film niezwykle prawdziwy. Realistyczne sceny zabawy z dziećmi na prowizorycznym boisku, scenkę z warsztatu samochodowego, przygotowanie sali weselnej w remizie strażackiej obserwujemy jakby przypadkiem. Widz ma nieodparte wrażenie, że gdzieś z boku przygląda się pewnej prawdziwej historii. 

Dzięki temu stawiane przez film pytania niosą ze sobą liczne refleksje. Jednak Tyle co nic jest nie tylko opowieścią o jakimś człowieku, ale raczej o tym, czym jest dziś człowieczeństwo. Jak można rozczarować się innymi ludźmi, nawet tymi, którym się pomogło i dlaczego, mimo wszystko, warto być wciąż człowiekiem dla drugiego. Tutaj jednak reżyser przedstawia i analizuje na zimno przebieg wypadków, unikając emocjonalnego szantażu i prostych, publicystycznych ocen i twierdzeń. Pozostawia widzowi przestrzeń do własnej refleksji, nie dając prostych rozstrzygnięć na pojawiające się siłą rzeczy wątpliwości.

Tyle co nic było jednym ze zwycięzców 48. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, który obsypano wieloma laurami. Przyznano mu bowiem nagrody za najlepszy scenariusz, debiut reżyserski, nagrodę za najlepszą pierwszoplanową rolę męską – dla Artura Paczesnego, natomiast dla Agnieszki Kwietniewskiej nagrodę za najlepszą drugoplanową rolę (obie nagrody – absolutnie zasłużenie). A ponadto obraz Dębowskiego otrzymał nagrodę Złotego Pazura.

Tyle co nic (2023), Polska, reż. Grzegorz Dębowski

[Marcel z Kraśnika]


Foto: Materiały prasowe

Najlepsza Zupa Pho w Warszawie – Gdzie zjeść Pho w Warszawie?

Najlepsza Zupa Pho w Warszawie – Gdzie zjeść Pho w Warszawie?

Zupa Pho to moja miłość. Uśmierza ból, daje energię, leczy schorzenia. Przez ostatnie 10 lat przelałem przez siebie pewnie setki litrów tego aromatycznego eliksiru. Skosztowałem wielu wyśmienitych porcji, ale większa ich część była raczej przeciętna. Serwowana w miejscach tylko stylizowanych na wietnamskie, gdzie autentyczność ustępuje 

ŚCISŁY NADZÓR – „ROMEO I JULIA” – NEW ADVENTURES W LONDYNIE

ŚCISŁY NADZÓR – „ROMEO I JULIA” – NEW ADVENTURES W LONDYNIE

Istnieją miejsca magiczne, w których dla miłośnika baletu prawie każdy wieczór staje się doznaniem artystycznym. W Europie mamy kilka takowych siedlisk, gdzie różnorodny, zmienny program, gościnne występy zespołów tańca, kształtują świetną ofertę dla publiczności. Takowy koncept obrała scena między innymi w Luksemburgu, ale niezaprzeczalnym domem tańca na naszym kontynencie pozostaje Londyn i Sadlers Wells. Miejsce o niebagatelnej historii i kilkukrotnej rekonstrukcji przestrzeni, które doprowadziły do kształtu obecnego. Posiada niesamowity klimat, nie tyle wnętrza, co buduje je odwiedzająca publiczność. Z jednej strony wytrawnych bywalców, koneserów i znawców, a także mieszczańska klasa średnia dążąca do przeżycia niezapomnianego wieczoru ze sztuką ruchu. Można powiedzieć, że program kształtowany miejsca stolicy Wielkiej Brytanii jest na zasadzie „każdy znajdzie coś dla siebie”.

„[…] Gott weiss, ich will kein Engel sein” – RECENZJA KONCERTU RAMMSTEIN

„[…] Gott weiss, ich will kein Engel sein” – RECENZJA KONCERTU RAMMSTEIN

W niedzielę 30 lipca słynna niemiecka grupa industrial metalowa RAMMSTEIN kolejny raz przyjechała do Polski. Tym razem dwa koncerty odbyły się w Chorzowie (30-31.07), na Stadionie Śląskim. Od 2019 roku trwa z przerwami trasa koncertowa Rammstein, grana na największych stadionach. W lipcu 2022 roku zespół wystąpił w Warszawie na Stadionie Narodowym. Tym razem deszcz nie padał. Jest to kluczowa informacja, gdyż ma on znaczący wpływ na jakość odbioru widowiska prezentowanego przez niemieckich muzyków. W tak zwanym międzyczasie wydali kolejną, już 8 studyjną płytę Zeit (2022), a ta została dobrze przyjęta zarówno na rynku muzycznym, jak i koncertach.

Ostatnie 12 miesięcy wiele zmieniło wokół zespołu, przede wszystkim na gruncie obyczajowym. Pojawiły się zarzuty wobec lidera Tilla Lindemanna, że stworzył patologiczny system werbowania dziewczyn do „rzędu zero”, które miały uczestniczyć w jego fantazjach seksualnych po koncertach, podczas których miało dochodzić do zachowań przemocowych i odurzania narkotykami. Po pierwsze, jednak, nic nie jest w tej kwestii przesądzone, po drugie zaś, koncert odbył się zgodnie z pierwotnym planem, bez żadnych kontrowersji związanych z domniemanym zachowaniem wokalisty Rammstein.

Zanim o samym koncercie, to warto zestawić ze sobą dwie flagowe polskie areny. Logistyka dojazdu na plus dla Warszawy. Chorzów to upychanie aut po okalających osiedlach i jeden zapełniony parking w okolicach stadionu, na którym o 16.00 nie ma miejsc. Ale nie o to w koncertowaniu chodzi. Od lat opisywana przez wielu już legendarna akustyka Stadionu Narodowego, gdzie dźwięk lata jak zajączek puszczany lusterkiem i odbijający się losowo w tym betonowym koszu wiklinowym, jest prawdziwym survivalem dla melomanów. Pod tym względem Stadion Śląski nakrywa górniczym „czako” swojego młodszego stołecznego kuzyna. Tu po prostu wszystko słychać, zarówno wokale jak i instrumenty. Dodatkowo ogrom sceny jaka podróżuje z zespołem skłoniła organizatorów do ustawienia jej wzdłuż murawy, a nie w poprzek, co okazało się bardzo dobrą decyzją. Pojawiający się zarzut o zbyt małych ekranach na bokach sceny jest o tyle chybiony, że na scenę Rammstein trzeba patrzeć jako na całość, bo z perspektywy jednego obserwowanego punktu, obraz będzie przekłamany.

Muzycznie? Bardzo dobrze. Biorąc pod uwagę konwencję. Rammstein to nie są wybitni instrumentaliści. Bob Dylan miał powiedzieć, że albo grasz solówki, albo muzykę. Berlińczycy grają swoją muzykę, a Till ciągle ma ten chrobot wokalu. Muzycy dbają jak zawsze o odpowiedni wizerunek sceniczny, lekko postapokaliptyczny, nawiązujący do filmowych obrazów z serii Sci-Fi. Role są zapewne starannie zaplanowane, choć wszystko jest na tyle wiarygodne, że publiczność niezmiennie zachwyca się tym rodzajem spektaklu. Zespół jest także w pewnym sensie fenomenem personalnym, bo muzycy z Berlina tworzą i koncertują od początku istnienia zespołu (1994) w niezmienionym składzie. W przyszłym roku będzie to już 30 lat. Jest to o tyle niezwykłe, że w zasadzie trudno mówić tu o dostosowywaniu się do współczesnych wyzwań stawianych przez branżę i fanów. Zmieniają się gusta muzyczne, legendarne zespoły hardrockowe są już często tylko cieniem dawnej wielkości, bazując nierzadko na sentymencie fanów. Rammstein zdaje się ciągle tworzyć coś spójnego narracyjnie, a przy tym nie stara się budować przypisów do swojego złotego okresu. W Chorzowie bawiły się co najmniej ich trzy pokolenia, często na podobnym stopniu intensywności. Dodając do tego dość hermetyczny gatunek muzyczny i ograniczony w odbiorze język niemiecki śpiewanych tekstów, musi to robić stosowne wrażenie na każdym z uczestników. Umiejscowienie sceny wzdłuż osi stadionu dało odczucie ogromnej przestrzeni, a wypełnione po brzegi trybuny na tak dużej powierzchni wyglądały imponująco, zwłaszcza w ciemnościach oświetlane latarkami telefonów. Ustawione słupy kolumn, znad których wystrzeliwał ogień i olbrzymia scena ze ścianami świateł, stworzonych na potrzeby wciąż powtarzanej pirotechniki, dawały łącznie poczucie obecności raczej na planie filmowym, a nie na rockowym koncercie.  

Był hałas, czasem wrzask, huk instrumentów i nie tylko. Był też set dj-ski i intro nawiązujące do innej legendy niemieckiej muzyki krautrockowej – Kraftwerk. Setlista koncertu zawierała wszystkie najważniejsze odnośniki do dyskografii grupy, w tym najnowszej Zeit, Angst oraz finałowy Adieu, na pewno już w pełni zaakceptowane przez fanów grupy. Było Du hast, Rammstein, Deutschland, Sehnsucht. Pojawiło się Sonne z nieprawdopodobnym pokazem ognia i fajerwerków. Był Engel, kolejny raz wykonany tylko przy akompaniamencie duetu dwóch filigranowych pianistek z Abelard, choć tym razem może mniej emocjonalnie i w mniejszym porozumieniu z publiką, niż miało to miejsce przed rokiem w Warszawie, ale i tym razem pojawił się specyficzny crowd surfing.

Show? Każdy powinien zobaczyć koncertowy Rammstein co najmniej raz w życiu. To jest absolutny tytan sceniczny. Wszystko się zgadza, nie przeszkadza nawet gorące powietrze po kolejnych wybuchach ognia. Kłęby ognia i dymu to znak rozpoznawczy koncertów muzyków z Berlina. I jak w tytule wszyscy widzieli i słyszeli, że nie mamy tu do czynienia z aniołami. Zapewne estetyka industrial metalu jest szczególnie podatna na tego rodzaju oprawę wizualną, połączoną z nieprawdopodobnie głośnymi wybuchami. Można nawet zaryzykować, że bez tego straciłaby znaczną część swej ekspresji, a przez to i wartości. Nie będę spoilerował konkretnych zagrań grupy, bo przecież każdy może tego jeszcze doświadczyć. Z całą pewnością można napisać, że stosunek ceny do jakości w przypadku występów Rammstein jest na korzyść jakości. To wszystko uzupełnia publiczność, według jednej z uczestniczek koncertu: „głęboko osadzona” w konwencji zaproponowanej przez grupę. Stylistyka czerni połączoną z ekspresją w trakcie kolejnych utworów. To wszystko złożyło się na świetną zabawę, co ostatecznie jest najważniejszym końcowym celem koncertowych doznań.

Rammstein, Europe Stadium Tour 2023, Chorzów 30-31.07.2023.

EL Kyōju


Foto: Reynaud Julien/APS-Medias/ABACA /East News

MALARZ TAŃCA – „VORTEX” – RUSSELL MALIPHANT DANCE COMPANY

MALARZ TAŃCA – „VORTEX” – RUSSELL MALIPHANT DANCE COMPANY

Gdy zastanawiam się, co łączy malarstwo ze sztuką tańca, to pierwsze skojarzenia wędrują do czasów Baletów Siergieja Diagilewa. Ten szczególny epizod unifikował wiele dziedzin artystycznych. Nowatorska muzyka, takaż sama choreografia i oczywiście element dopełniający – dekoracje i kostiumy. Rosyjski impresario, dbając o każdy szczegół, nie zapominał o efekcie wizualnym, powierzając oprawę największym ówczesnego świata. Do kolejnych, nowych produkcji szkice przygotowywali: Leon Bakst, Nikołaj Roerich, Aleksander Benois czy Pablo Picasso. Wielkie dokonania w tym zakresie mamy również w Polsce, gdy wyróżniający się artyści sztuk wizualnych kreowali dla baletu. Warto przypomnieć premierę tegoż sezonu Polskiego Baletu Narodowego, gdzie do Giselle ponownie ożywiono dawne szkice i malarskie pejzaże Andrzeja Majewskiego.

MĘŻCZYŹNI EWY POBRATYŃSKIEJ – „DZIEJE GRZECHU” – BALET OPERY NA ZAMKU W SZCZECINIE

MĘŻCZYŹNI EWY POBRATYŃSKIEJ – „DZIEJE GRZECHU” – BALET OPERY NA ZAMKU W SZCZECINIE

Istnieją powieści, opowiadania, dramaty, o których istnieniu w ogóle nie wiemy. Bowiem ich literacki żywot wyprzedziły ekranizacje filmowe. Tak chyba jest z Ziemią obiecaną Władysława Reymonta zekranizowaną przez Andrzeja Wajdę. Któż wyobraża sobie dzisiejszy świat bez trójki przyjaciół widzianych aktorami – Danielem Olbrychskim, Wojciechem Pszoniakiem oraz Andrzejem Sewerynem. „Ty nie masz nic, ja nie mam nic. To wspólnie zbudujemy fabrykę”. Pobrzmiewają słowa młodych idealistów z miasta Łodzi. Analogicznie jest z Dziejami grzechu. Gdzieś w bibliotecznej półce, pokryta kurzem jest pozycja Stefana Żeromskiego. Ale pod powiekami pozostaje żywa, choć z 1975 roku i to czwarta próba przeniesienia na ekran, realizacja filmowa Waleriana Borowczyka. Zjawiskowa obsada z Grażyną Długołęcką, Jerzym Zelnikiem, Olgierdem Łukaszewiczem, Markiem Walczewskim oraz Romanem Wilhelmim na czele, w tej dusznej, lepkiej atmosferze przeszytej ukrytą miłością, perwersją, ekstrawagancją i brudem, ukazywała szaleństwo miłości i przemocy.

NASI-WASI-WASI-NASI – „MÓJ SZTANDAR ZASIKAŁ KOTEK. KRONIKI Z DONBASU” – TR WARSZAWA

NASI-WASI-WASI-NASI – „MÓJ SZTANDAR ZASIKAŁ KOTEK. KRONIKI Z DONBASU” – TR WARSZAWA

Konflikt, akt terroru, wojna to tematy, które podchwytują wszelkie dziedziny sztuki. To, co nas otacza zajmuje istotne miejsce w twórczości wielu artystów. Gdy Pablo Picasso malował Guernicę, obraz w odcieniach czerni i bieli przedstawiający cierpienia wywołane przemocą i gwałtem, nie miał świadomości, że stworzył jeden z najbardziej poruszających dzieł malarskich w historii. Kolejne tragiczne zdarzenia naszego świata poruszają umysły artystów. Atak na World Trade Center, londyńskie metro, teatr na Dubrowce, Biesłan, konflikt w byłej Jugosławii, skutkują kolejnymi pracami, dziełami, przedstawieniami. Bo w bólu i tragedii jest siła, którą należy pokazać i przedstawić. Sztuka nie winna wypełniać roli programu informacyjnego, ale może o wiele więcej. Bowiem metaforycznie ukazuje owe mikrorzeczywistości, światy i kosmosy, gdzie nie dotrze kamera z suchym przekazem dla masowego odbiorcy. Poeta, pisarz, dramaturg, malarz i kompozytor mogą dostrzec inaczej, uważniej, jaskrawiej. Ostatnie lata, choć tego nie zauważamy, skupiając się tylko na wydarzeniach ostatniego roku, to trwały konflikt w Ukrainie. Wpierw wewnętrzny, gdzie „Pomarańczowa Rewolucja” stała się synonimem walki o godność i kształtowanie społeczeństwa obywatelskiego. A następnie, wbrew prawu międzynarodowemu, na części wschodniej terytorium naszego sąsiada, utworzono sztuczne twory republik prorosyjskich. Krym to kolejny przystanek zaborczej polityki Rosji. Jak salami, przy cichym i milczącym geście świata, zanikały kolejne krainy, pola, lasy i łąki znane z kart i opisów Tarasa Szewczenki. Dopiero realna agresja zajrzała do naszych serc i umysłów, gdy rozpoczął się exodus ukraińskiego narodu. Jednak w owych ostatnich kilkunastu latach w Ukrainie wiele się zmieniło. Jednym z ciekawszych elementów są nowe formy artystycznej ekspresji. Jak grzyby po deszczu tworzyły się galerie, niezależne formacje, uliczne projekty, awangardowe zdarzenia. Ten aspekt wymaga poważnej analizy, ale świadczy o pobudzeniu pokolenia, które w publicznym dyskursie sztuki widzi szansę wyrażania swojego stosunku do własnego państwa. W świecie dramatu taką postacią zapewne jest Lena Laguszonkowa, której trzy krótkie dramaty wystawił TR Warszawa. I trzeba przyznać, że to udane przedsięwzięcie. Znów dręczyły mnie obawy, gdy zasiadałem na widowni sceny przy Marszałkowskiej, czy przypadkiem nie otrzymamy patriotyczno-wzniosłej narracji o wojnie i martyrologii. Absolutnie nie! Styl autorki zbliża ją do Doroty Masłowskiej, gdzie powaga miesza się z groteską i humorem. A największą wartością jest to, że całość napisana jest z pozycji uczestniczki zdarzeń, której krótkie życie przesiąknięte jest właśnie walką i wojną.

Przedstawienie to faktycznie cztery epizody z życia głównej bohaterki Leny. Zaczyna się od realistycznego obrazka – miasteczka-wsi, gdzie wszystko jest takie same – czyli żadne. Donbas, granica wschodnia Ukrainy, kawałek dalej już Rosja. Resentymenty, niepewności, poszukiwania świadomości. Stanica Ługańska nie ma nic atrakcyjnego, a schematyzm życia jest przygnębiający. Codzienna egzystencja domowa z rodzicami i dziadkami, gdzie skrywane tajemnice pracy, weterana wojny, tożsamości i pochodzenia żydowskiego, współgrają z nudą szkoły i pierwszych erotycznych wzruszeń. Te akurat są nie pomyśli rodziny. Wnuków to nie będzie! Część druga, to studia w Ługańsku, a miało być prawdziwe życie – Moskwa. Tu epizod z „Pomarańczową Rewolucją” i przypadek jak to z autsajderki Lena stała się liderką protestu. Część trzecia, już bez głównej bohaterki, która spełnia marzenia w Kijowie, rozgrywa się w zdegradowanym i non stop ostrzeliwanym mieście, gdy przeciw sobie stają mieszkańcy jednego bloku, jednej ulicy, jednego miasta. Epilog to powrót na zgliszcza, gdzie już nie ma nikogo. Pozostała tylko matka, która nie opuści tej ziemi, chociaż już nic i nikt nie pozostał. Wyjechali, umarli, zginęli. Finałem jest wstrząsający list rodzicielki bohaterki, napisany dzięki słownikowi, w języku angielskim. Adres do świata, który miał być wygłoszony, gdy Lena będzie odbierała nagrodę w Cannes. Ma moc niemego krzyku, bólu i cierpienia pewnego narodu. Opowieść Laguszonkowej jest historią o marzeniach. Próbie wydostania się z pewnego świata, który nie wiadomo jak przetrwał. Jego schematyczna egzystencja pisana tymi samymi ludźmi, tym samym serialem telewizyjnym, kinem, ulicą, rozmową przy trzepaku, ale i konfliktem oraz wojną – boli, uderza i dotyka. Jednak pod powierzchowną tkanką obyczajową kryje się coś więcej. Ukazanie prawdziwego, początkowo niezauważalnego konfliktu społecznego. Faktycznie dwóch światów, dwóch wizji, dwóch narracji tej samej opowieści na jednej ziemi.

Początkowy klimat komediowy i humor rozbija część trzecia. Nie ma już śmiechu, ale są łzy. Bratobójcza walka jest rzeczywistością. Na przeciw siebie stają dwaj bracia. Odwiedzają oddzielnie matkę – jeden nazywa drugiego faszystą, a drugi pierwszego separatystą. Walczą przeciwko sobie, a jeszcze nie tak dawno stali na ulicy widząc świetlaną przyszłość. To spektakl o umieraniu i odchodzeniu. Bowiem poszczególnych bohaterów w finale już nie ma. Przeżywamy ich małe radości w prologu, a w końcówce przy zakrapianym stole to tylko duchy i fantomy dawnego życia. W tym całym korowodzie postaci warto wspomnieć o babci (Maria Maj) – lokalnej szeptusze, która staje się żywą komentatorką rzeczywistości. A także nauczycielce Zinaidzie (Magdalena Kuta), żarliwej patriotce, kształcącej pokolenia wychowanków i walczącej o legalizację Marihuany. Każda z postaci to tak naprawdę zamknięta opowieść życia w tej wspólnocie. Łącznikiem jest Lena (Anita Szepelska) dążąca do realizacji siebie, wyrwania się ze schematyzmu małego miasteczka, ale tak naprawdę dojrzewająca prawdą o tym miejscu na ziemi. Siłą utworu jest właśnie owa wnikliwa obserwacja, umiejętność podpatrzenia przywar i charakterów. Tu nie ma stereotypowych postaci. Każda z nich to indywiduum jak w komediach Gogola.

Inscenizacja Aleksandry Popławskiej jest dobrze pomyślana. To nie montaż poszczególnych scenek, ale wartościowy koncept teatralny. To rodzaj wspólnotowej, solidarnej inicjatywy, przeżycia, współistnienia. Trochę jak jarmarczny, wielopokoleniowy pokaz. Łączy w sobie świetną ścieżkę dźwiękową, która nadaje rytm i klimat ukraińskiej prowincji, a także ciekawą przestrzeń scenograficzną (Tomasz Mreńca), która jednocześnie staje się mieszkaniem w bloku, schronem czy miejskim placem. Nieodzownym elementem jest graffiti pokrywające boczną część sceny. Owa degradacja widoczna jest na każdym kroku i w każdym miejscu. Jednak najważniejsi są aktorzy, którzy świetnie dialogując, przeżywając, konstruują własne mikrodramaty. To zamknięte epizody, indywidualne, są jasno sformatowane i precyzyjnie poprowadzone. Popławska uchroniła widzów od pompatyczności, umiejętnie rozbiła balon współczucia na rzecz krwistej opowieści świata pisanego konfliktem i wojną. Ale czy jest w tym wszystkim nadzieja? Wydaje się, że tak. Młodość i wspomnienie, które należy pielęgnować.

Ukraina to piękny kraj. Dziś to powszechne słowo. Jednak warto rozmawiać o niej uczciwie i prawdziwie. Czynni to Laguszonkowa w swoich historiach, a Popławska w zrealizowanym przedstawieniu. Dużo zadumy i refleksji. Bowiem warto tworzyć teatr, który nie jest kalką publicystyki, ale żywą opowieścią o ludziach z własnymi przeżyciami i doświadczeniami.

Mój sztandar zasikał kotek. Kroniki z Donbasu, Lena Laguszonkowa, reżyseria Aleksandra Popławska, TR Warszawa, premiera: kwiecień 2023.

[Benjamin Paschalski]


Foto.: Wojciech Sobolewski

CARMEN Z BYKIEM POMYLONA – „CARMEN” – BALET OPER W GRAZU

CARMEN Z BYKIEM POMYLONA – „CARMEN” – BALET OPER W GRAZU

Nie cierpię ulepszania dobrego, poprawiania sprawdzonego. I nie chodzi tylko o sztukę, ale o codzienność. To co nas otacza. Jednak nie będzie to lament człowieka nad zmianami w tkance miejskiej. Ale o tym jak to pewna choreografka wymyśliła, że będzie lepsza i stworzy w poczuciu własnej oryginalności i pewności siebie, arcydzieło. A wyszedł ostatecznie tragiczny bubel. Graz to kolejne miasto na liście artystycznych podróży. Ośrodek, który w 2003 roku był Europejską Stolicą Kultury. Na każdym kroku można zauważyć swoisty miks przeszłości i teraźniejszości. Z jednej strony Landhaushof czy Uhrturm, a tuż obok na rzece Mur projekt amerykańskiego architekta Vito Acconciego – Murinsel, szczególna sztuczna wyspa będąca łącznikiem dwóch brzegów. Kolejny nowoczesny obiekt autorstwa Petera Cooka oraz Colina Fourniera to Kunsthaus, przypominający obiekt kosmiczny połączony ze sprzętem wojskowym.

W GÓRACH MOŻNA ODNALEŹĆ SIEBIE I SENS ŻYCIA – RECENZJA FILMU „OSIEM GÓR”

W GÓRACH MOŻNA ODNALEŹĆ SIEBIE I SENS ŻYCIA – RECENZJA FILMU „OSIEM GÓR”

W górach jest coś mistycznego, majestatycznego, magnetyczna siła przyciągania. W czasie wędrówek po szczytach i dolinach ludzie lepiej się poznają, zbliżają i odnajdują nie tylko tego kogoś obok, ale i samych siebie. To wyjątkowa przestrzeń by zacieśniać relacje. Lubiłem wędrówki po górach z moim Tatą. 

Polskie czy Włoskie??? Bianca Mozzarella

Polskie czy Włoskie??? Bianca Mozzarella

Zastanawialiście się kiedyś, jak tworzy się ser? W jaki sposób przygotowuje się tę pyszną, mleczną i rozpływającą się mozzarellę? Odpowiedź na to pytanie możecie znaleźć w warszawskiej „Bianca Mozzarella”. Koncept stworzony przez Kaję Przygońską i Francesco Micalettiego to raj dla smakoszy serów i jeden z najlepszych warszawskich adresów na tego rodzaju smakołyki. Robiąc research na temat tego duetu natknąłem się na wywiad z 2020 roku, gdzie w cyklu WarsawGirl w Warsawholic.pl Kaja wspomina o planach założenia własnej knajpy. Marzenia się spełniają, Kaja i Francesco dzielą się swoją miłością do jedzenia na Natolińskiej 3 – czas ich odwiedzić!

Jaka jest więc Bianca Mozzarella? Jest prosta, ale w tym pozytywnym znaczeniu. Mało w niej skomplikowanych połączeń i niepotrzebnych ozdobników. Zarówno w wystroju, jak i menu lokal tuż przy Placu Zbawiciela nie ma zbędnych dekoracji. Wygrywają jakość i wykonanie.

W Biance zjecie najwyższej klasy produkty, które tworzą niesamowite połączenia smaków i aromatów. Na kilka chwil możecie zanurzyć się w mlecznej krainie rozkoszy, przenieść się na moment do apulijskiej wsi z widokiem na wielkie, pachnące ogrody. Będąc w Biance właśnie tak się poczułem. Zachwycałem się każdym kawałkiem świetnej, świeżej i mlecznej burraty. Chciałbym niemal walczyć o kolejny kawałek focacci z chrupiącymi ziemniakami i stracciatellą.

Polskie czy Włoskie??? Bianca Mozzarella

Wizyta na Natolińskiej to obowiązek! Mało jest miejsc tak autentycznych, które nie są niepotrzebnie udziwnione. Przepisem na sukces jest polsko-włoskie połączenie. Włoska receptura i tłuste polskie mleko tworzą magiczną całość, a atmosfera przytulnego i ciepłego miejsca idealnie współgra z podawanymi pysznościami.

Do „Bianca Mozzarella” możecie wpaść na aperitivo, burraty w różnych wydaniach, foccacie z ciekawymi dodatkami oraz „menu sezonowe”, które zmienia się na bazie dostępnych produktów. Na Natolińskiej zjecie również desery, napijecie się smacznego wina i kupicie sery na wynos.

Jeśli po wizycie w Biance chcielibyście jeszcze mocniej rozpłynąć się w mlecznym serze to sposobnością będzie „Mozzarella live show”, czyli swego rodzaju warsztaty z robienia mozzarelli, które proponuje to wspaniałe miejsce.

Nieudana podróż do Neapolu – Franco Warsaw

Nieudana podróż do Neapolu – Franco Warsaw

Warszawa od pewnego czasu jest rajem dla fanów pizzy w stylu neapolitańskim. Już kilka lat temu powstało w stolicy kilka bardzo dobrych miejsc. Moda na napoletanę wciąż trwa, co zachęca restauratorów do otwierania kolejnych lokali z tym przysmakiem – czasem lepszych, a czasem niepotrzebnych na 

PRZEŚWIETLONE STRZĘPY RZECZYWISTOŚCI – RECENZJA FILMU „AFTERSUN”

PRZEŚWIETLONE STRZĘPY RZECZYWISTOŚCI – RECENZJA FILMU „AFTERSUN”

W poszukiwaniu słońca znów wybrałem się do Warszawy, która ostatnio ponownie przywitała mnie „szklaną pogodą” raczej niż zbawiennym po miesiącach zimy ciepłem i słońcem. Cóż przedwiośnie… By ustrzec się przed nieuchronnie zbliżającą się burzą, wbiegłem potężnie zmarznięty do kina i kupiłem bilet na pierwszy z 

Gdzie zjeść w Poznaniu w 2023 roku? Wino, Tapasy i Kawa

Gdzie zjeść w Poznaniu w 2023 roku? Wino, Tapasy i Kawa

Słynny raper Rychu „Peja” rapował kilka lat temu o poznańskich Jeżycach tak: „Tutaj jest jak w raju tylko trochę podupadłym. Ludzie się kochają i ja również kochać chciałbym. Wszyscy wegetują na kwitkach z opieki, na pijackich rentach, na sprzedaży trefnych rzeczy”. Ten „Jeżycki Świat” wygląda obecnie nieco inaczej. Pewnie nadal nie jest to dla wielu lokalsów wymarzone miejsce do życia, jednak ta dzielnica Poznania jest teraz również oazą modnych, ciekawych i przede wszystkim pysznych miejsc. To głównie na tym rejonie grodu Przemysława będzie skupiony ten tekst. Polecę Wam kilka naprawdę wartych odwiedzenia miejsc, w których odkryjecie autentyczność i niebanalny sznyt. Zapraszam do podróży po gastronomicznym światku Poznania.

Gdzie na kawę w Poznaniu w 2023 roku?

           Mówish Mash Specialty Coffee – Świetną atmosferę miejsca zapewnia przytulne, industrialne wnętrze oraz fenomenalna obsługa. Zaraz po wejściu zostaliśmy przywitani uśmiechem i merytorycznym opisaniem z jakich ziaren możemy napić się dziś kawy. Na Zwierzynieckiej 41 zjecie również fantastyczny sernik w stylu nowojorskim. Delikatny i kremowy, poruszy niejedno serce. Spory wybór alternatywnych metod parzenia i ziaren oraz duża wiedza baristy to połączenie dające naprawdę smaczną kawę. W Mówish Mash zjecie też ciekawe śniadania. Jest świeżo, miło i interesująco!

Gdzie zjeść w Poznaniu w 2023 roku? Wino, Tapasy i Kawa

            ALEkosmos – Jeśli chcecie poczuć miejską atmosferę ciągłego ruchu i napić się smacznej kawy to traficie idealnie. Od samego wejścia wiadomo, że chce się tu zostać na kolejną kawę, wino czy ciasto. Klimatu miejscu nadaje wystrój i ciekawy bar. Na Jackowskiego 43 znajdziecie naprawdę dobrą kawę w różnych wariantach oraz miłe słodkości. Polecamy również koktajle czy szprycery, które równie dobrze pasują do aury tego miejsca. 

Gdzie zjeść w Poznaniu w 2023 roku? Wino, Tapasy i Kawa

Gdzie na śniadanie w Poznaniu w 2023 roku?

            Święty – Najlepsze miejsce jakie odwiedziliśmy w Poznaniu. Święty robi wrażenie jeszcze przed wejściem – gdzie wita nas piękny neon. Industrialny wystrój z pięknym witrażem, naprawdę ciekawa karta śniadań i pyszna kawa. Czy coś może się nie udać? Na Kraszewskiego zjecie wielkie tosty na żytnim chlebie, burgery śniadaniowe, bajgle, śniadaniowe tace, śniadania na żeliwnych patelniach oraz śniadania w wersji słodkiej. My zdecydowaliśmy się na tost z łososiem Gravlax, wytrwanym serkiem, awokado, jajkiem poche i sosem holenderskim oraz Brioche z jajkiem poche, łososiem, marynowanym burakiem i szpinakiem. Obie pozycje okazały się świeże, pełne i bardzo, ale to bardzo smaczne. Warto dodać, że porcje w Świętym są olbrzymie, można się w nich zatracić. Klimatyczne wnętrze wypełnia fantastyczna obsługa, która dotrzymuje kroku wyśmienitym pozycjom z menu. W Świętym napijecie się również świetnych drinków. Stąd nie chce się wychodzić! 

Gdzie zjeść w Poznaniu w 2023 roku? Wino, Tapasy i Kawa

Gdzie zjeść w Poznaniu w 2023 roku? Wino, Tapasy i Kawa

Gdzie zjeść w Poznaniu w 2023 roku? Wino, Tapasy i Kawa

            Trzecia Kawa – Do tej kawiarni w czasie naszego pobytu próbowaliśmy dostać się trzy razy. Udało się ostatniego dnia – dotarliśmy na przesympatyczne śniadanie ze smaczną kawą. W tym miejscu wszystko gra. Trzecia Kawa to naprawdę świetne miejsce na leniwe śniadanie czy spotkanie ze znajomymi. Menu śniadaniowe składa się z klasycznych pozycji (jajecznica czy tosty francuskie) oraz bułek w kilku ciekawych wersjach. My wybraliśmy bułkę maślaną z szarpaną wieprzowiną oraz bułkę z łososiem. Obie pozycje były pyszne, bardzo sycące i pozytywnie zakończyły naszą przygodę z poznańskim światkiem gastronomicznym.  

Gdzie zjeść w Poznaniu w 2023 roku? Wino, Tapasy i Kawa

Gdzie zjeść w Poznaniu w 2023 roku? Wino, Tapasy i Kawa

Gdzie na kolację w Poznaniu w 2023 roku?

            Yetztu Poznań Ramen Noodles – Pierwszym gastronomicznym adresem, który odwiedziliśmy w Poznaniu było małe, klimatyczne miejsce z ramenem. To fantastyczne danie może być bardzo różne, nie ma jednego prawdziwego smaku i jednego rodzaju tego dania. Ramen to doskonały zastrzyk energii i mocy w nawet najbardziej paskudny dzień. W drodze do Yetztu napotkała nas śnieżyca i kilka dodatkowych niemiłych przygód. Bardzo liczyliśmy, że jedzenie nam to wynagrodzi. Tak też było, rameny przy Krysiewicza to naprawdę niezła wycieczka do dalekiej Japonii. W menu mamy do wyboru klasyczne wywary: shio i shoyu (lżejszy i bardziej klarowny). Poza klasykami możecie zjeść rameny Yetztu special (gęstsze i bardziej zdecydowane w smaku) oraz Tonkotsu, czyli mleczny, aromatyczny i gęsty wywar. Polecamy Wam ramen w wersji „Kamo” – kaczka, jajko, warzywa. Jest pysznie gęsty, wypełniający, a fantastyczna kaczka dopełnia całości. 

Gdzie zjeść w Poznaniu w 2023 roku? Wino, Tapasy i Kawa

Gdzie zjeść w Poznaniu w 2023 roku? Wino, Tapasy i Kawa

            El Calmar – Zawsze szukam miejsc autentycznych, prawdziwych, w których choć na chwilę można przenieść się do innego kraju czy regionu. W „Calmarze” się zatracicie – gdyby nie padający za oknem śnieg mógłbym pomyśleć, że jestem na jednej z urokliwych madryckich uliczek. Miejsce wypełnia aura uśmiechu, obsługa chce przychylić Ci nieba, a współtowarzysze tej hiszpańskiej „wyprawy” traktują Cię jak swojego. Gwar, tłum, uśmiech, pyszne jedzenie i szeroki wybór win. To miejsce to po prostu przeżycie i jedno z ciekawszych miejsc na gastronomicznej mapie Poznania. Miejsce ma jeden minus, jest to zapach. Jeśli macie po wizycie w El Calmar dalsze plany, gdzie nie warto pachnieć smażonym owocami morza to warto będzie się przebrać. Ten minus nie przesłania mi plusów tego miejsca, chcę wracać!

Gdzie zjeść w Poznaniu w 2023 roku? Wino, Tapasy i Kawa

          Romans Bistro – Południe Francji, dwójka nieznajomych trzymając kieliszek wina patrzy sobie głęboko w oczy. Oni już widzą, rodzi się romans. Na twarzy kobiety dostrzegasz nadzieję, nadzieję na romantyczną kolację z tym fantastycznym „obcym”. Te pozornie niezwiązane z tematem zdania idealnie kontrastują z Romansem. To bistro to wiara w pyszne jedzenie, które stanowi zagadkę.  Za nową poznańską restauracją stoi Jan Czartoryski, który ma za sobą pracę w nagrodzonej gwiazdką Michelin restauracji Clou w Kopenhadze. Pod logiem projektowanym przez Michała Lobę zjemy pysznie, świeżo i ciekawie. W karcie, która często ulega zmianom znajdziemy klasyki, takie jak Vol au vent czy zupa cebulowa. Odkrywanie południa Francji przy Zwierzynieckiej 12 to miłe przeżycie w bardzo klimatycznej atmosferze i ogromnym cieple, które daje zespół Romans Bistro. My jedliśmy świetny polik wołowy oraz Vol au vent. Przeżywajcie razem z nimi, warto!

Gdzie zjeść w Poznaniu w 2023 roku? Wino, Tapasy i Kawa

Gdzie zjeść w Poznaniu w 2023 roku? Wino, Tapasy i Kawa

Gdzie na wino w Poznaniu w 2023 roku?

            Winnowiercy – Miłość do jedzenia i wina czuć tu od samego wejścia. Pełna sala ludzi, którzy radośnie biesiadują przy kieliszku wina i ciekawych uciechach stołu. Czekamy kilka minut na stolik i zaczynamy przygodę. Na Mickiewicza 34 czeka selekcja około 200 etykiet naturalnych win od małych europejskich producentów. Spróbowaliśmy kilku z nich, co skłoniło do zabrania ze sobą kolejnych trzech butelek wina do Warszawy. Za menu „Winnowierców” odpowiada Krzysztof Łapawa tworząc zmienne, lokalne dania oparte na polskich składnikach z małymi akcentami kuchni świata. Jakości w tym miejscu możecie być pewni. Jako tatarożerca polecam Wam z całego serca tatar z boczniaków z fantastycznym chlebem na zakwasie. Do tego kieliszek fantastycznie dobranego wina i wieczór jest idealny. 

            Sezon/Tasting Room – Jeśli planujcie zaopatrzyć się w butelkę pysznego wina na wieczór to Plac Adama Asnyka 1 brzmi idealnie. To sklep z winem dla poszukiwaczy doznań. Znajdziecie tam wina z całego świata, w różnych stylach i cenach. Dużą część oferty stanowią wina od małych producentów, w tym wina polskie. Tuż obok znajdziecie urocze miejsce o nazwie Sezon, gdzie przyjmą Was z miłością, ciepłem i zaoferują wina właśnie z Tasting Room. Dodatkowo krótka i ciekawa karta zapowiada bardzo miłe doznania jedzeniowe.

Gdzie zjeść w Poznaniu w 2023 roku? Wino, Tapasy i Kawa

Gdzie nie dotarliśmy a zapowiada się pysznie i nieszablonowo?

 

Na liście miejsc do zwiedzenia zostało nam sporo pozycji, niestety czas nie jest z gumy i nie udało nam się wpaść do wielu fantastycznie zapowiadających się lokacji. Najbardziej żałuję braku odwiedzin w Modrej Kuchni, gdzie serwują kuchnię Wielkopolską z nowoczesnym twistem. Dodatkowo bardzo dużo dobrego słyszeliśmy o Sanszajn, które wydaje się ciekawym „miejskim” adresem. Poniżej prezentujemy Wam pełną listę miejsc, których nie udało nam się odwiedzić.

    • Sanszajn

    • Modra Kuchnia

    • Miasto

    • Stragan

    • Fromażeria

    • Kahawa

    • Lastryko Cafe

    • My

    • Minimal

    • Dżungla Cafe

    • Vandal

    • Winkiel Winiarnia

    • Bluszcz

    • Yssycz

    • Happa to Mame

NIEMIECKA REPUBLIKA TAŃCA

NIEMIECKA REPUBLIKA TAŃCA

Mało jest państw na świecie z tak olbrzymim potencjałem instytucjonalnym jak ma to miejsce w Republice Federalnej Niemiec. Mimo wielu prób, metod i technik, trudno obliczyć, ile jest obecnie grup tanecznych u naszego zachodniego sąsiada, funkcjonujących w przedsiębiorstwach teatralnych albo jako niezależne podmioty artystyczne. Stuttgart