MELUZYNY BRAK – RECENZJA FILMU „AKADEMIA PANA KLEKSA”

MELUZYNY BRAK – RECENZJA FILMU „AKADEMIA PANA KLEKSA”

Rozczarowanie to, podobnie jak smutek, mało przyjemne uczucie. Przychodzi w najmniej spodziewanym momencie. Wówczas, kiedy oczekujemy radości, zaskoczenia, gdy kipi w nas wulkan nadziei. I wtedy nagle pojawia się ten przykry stan, kiedy czegoś zabrakło, a miało być. Takie doświadczenie jest chyba gorsze od samego smutku … bo ma konsekwencje. Wraz z nim tracimy wiarę w dobre zakończenia.

Rozczarowanie poczułem po wyjściu z kina, po obejrzeniu najnowszej ekranizacji Akademii Pana Kleksa Jana Brzechwy w reżyserii Macieja Kawulskiego. Niestety. Spodziewałem się ożywczego pokazania na nowo kultowej dziecięcej bajki, która przeniosła mnie kiedyś w meandry niekończącej się wyobraźni. I podkreślę, że nie oczekiwałem ani nadzwyczajnych efektów specjalnych, ani nowej interpretacji, ale pomysłu na opowieść i choćby składnej, spójnej historii. A tu… bolesny zawód…

Jestem przedstawicielem pokolenia, które pamięta, co więcej wyrosło na rzec można kultowej ekranizacji tego dzieła z 1983 r. Tamten obraz – z dzisiejszej perspektywy mocno toporny i trącący myszką – miał w sobie urok, wrażliwość, lekkość opowieści oraz wspaniałą oprawę muzyczną, z niezapomnianą Meluzyną w wykonaniu Małgorzaty Ostrowskiej i pomysłowe rozwiązania scenograficzne (jak na tamte czasy). Jak się okazało, do tej wyjątkowej ścieżki muzycznej adaptacji z lat 80. XX w. nowy film nawiązuje dość często, choć dodaje doń również – i to jeden z nielicznych pozytywnych elementów – coś od siebie, pewną świeżość i nowe aranżacje. Choć nie sądzę, by stały się one takimi przebojami.

Najnowsza adaptacja książki Brzechwy jest dla mnie w wielu miejscach niezrozumiała. Czujnie twórcy tego obrazu i autorzy scenariusza – Krzysztof Gureczny i Agnieszka Kruk podkreślają, że dzieło powstało na motywach, a nie jest jego wiernym odwzorowaniem.

Poza muzycznymi, w filmie pojawia się kilka nawiązań do pierwszej ekranizacji z pewnymi, istotnymi zmianami. Oto najważniejsze z nich. Przede wszystkim w filmie śledzimy losy nie Adasia, lecz Ady Niezgódki (Antonina Litwiniak). Wydawałoby się zwykłej dziewczynki, z własną historią i swoim dziecięcym światem. I nie ma w tym nic złego, że Ada nie jest Adasiem. Tylko dlaczego akurat musi mieszkać w Nowym Jorku? Ada żyje tam z mamą (Agnieszka Grochowska), która nie może się otrząsnąć z tragedii i wciąż poszukuje swojego zaginionego w niewyjaśnionych okolicznościach podczas podróży do Amazonii męża – ojca Ady.

Pewnego dnia nadchodzi czas, by Ada udała się do Akademii tajemniczego profesora Ambrożego Kleksa (w tej roli Tomasz Kot), dyrektora tej niezwykłej placówki edukacyjnej. To on wraz z tajemniczym ptakiem Mateuszem (Sebastian Stankiewicz), uwięzionym w pół-drogi między ludzką a ptasią postacią, dowodzą magicznym przybytkiem. W tym wydarzeniu towarzyszy Jej mama. To ten moment, choć moim zdaniem – biorąc pod uwagę wiek bohaterki i dzisiejsze tempo życia – już trochę spóźniony – by dziewczynka poznała świat bajek, rozwinęła swoją kreatywność oraz (i tak już bogatą) wyobraźnię. Pobyt w tym miejscu pozwoli młodej bohaterce, dzięki inspiracji oraz naukom szalonego nauczyciela, a zarazem przewodnika po świecie magii i wyobraźni, rozwikłać rodzinną tajemnicę. Zanim to jednak nastąpi trzeba się będzie zmierzyć z czyhającymi nawet w świecie baśni wyzwaniami oraz niebezpieczeństwami.

Akademia mieści się we wnętrzach starego, tajemniczego zamku. Wokół tego niezwykłego miejsca krążą bajeczne stwory, kolorowe zwierzaki, szczudlarze, a to wszystko zatopione jest w baśniowym otoczeniu pięknych ogrodów. Do szkoły docierają dzieci z różnych stron świata. I choć mówią różnymi językami, to jeden łyk z zaczarowanej ogrodowej fontanny pozwala wszystkim, bez względu na kolor skóry i pochodzenie zrozumieć się wzajemnie bez żadnych problemów. Wszystkie z nich łączą szczególne moce, którymi mogą się pochwalić. To jest swoiste multikulturowe towarzystwo na miarę najbardziej zróżnicowanej wymiany erasmusowej i w pełni zglobalizowanego świata. Ale nic z tego nie wynika, poza tą piękną różnorodnością. Nijak ta urocza grupa dzieci nie przekłada się na historię Ady czy choćby się z nią łączy, poza tym, że stanowi dla niej ciekawe tło. Dziewczynka zaprzyjaźnia się z małomównym, introwertycznym chłopcem o imieniu Albert (Konrad Repiński), z którym przemierza bajkowe światy i przeżywa przygody. Albert to chyba najbardziej tajemnicza, ale też niesamowita postać w filmie. Podziwiać można jego wytrzymałość na mróz, kiedy w piżamie podąża przez mróz i śnieg. Ten niezwykły kompan w pewnym momencie ginie, a następnie nagle pojawia się w niezwykły, niezrozumiały dla widza sposób, dodatkowo w najbardziej zaskakującym momencie opowieści, ujawniając swoją niewyjaśnioną naturę. Ta postać nie została choćby zarysowana w klarowny sposób. Nic nie wiemy o chłopcu, poza tym, że jest cichy i raczej bardzo skryty. Wątek ten nie składa się w logiczną całość i nie jest ani trochę czytelny dla mnie, a co dopiero dla młodego odbiorcy.

Od samego początku jednak gdzieś w oddali wisi nad Akademią ogromne zagrożenie. Czyha ono na istnienie i życie wszystkich jej mieszkańców. Jego źródłem są szykujące się do napaści wilkusy (jest to krwiożercza, podobna do wilkołaków mieszanka wilków i ludzi z własną strukturą władzy oraz siłami zbrojnymi) wraz ze swoim księciem i jego bezwzględną ciotką (Danuta Stenka). Niebezpieczeństwo, które ze sobą niosą wynika z chęci pomszczenia śmierci ich króla, który zginął przy udziale jednego z członków barwnej wspólnoty Profesora Kleksa. Od początku ani charakteryzacja, ani kostiumy, ani nawet obcy, wilkusi język mnie nie przekonały. Maluchy siedzące wokół mnie na widowni po pierwszym przerażeniu, chyba również nie bardzo poddały się ich „urokowi”.

Przyznać trzeba, że choć Profesor Ambroży – czyli Tomasz Kot dwoi się i troi, to jego postać wydaje się bezsilna i schodzi na dalszy plan. W historii tej zdecydowanie dominuje młoda Ada. I można się spierać czy dobrze, czy mniej doskonale gra Panna Litwiniak, jak to wśród aktorów dziecięcych bywa, to jednak on – Pan Kleks powinien nadawać ton całej opowieści. Czy zapomnieli o tym autorzy scenariusza, czy też chcieli przenieść akcent właśnie na Adę?

Nie jestem przekonany czy ta nowa wersja opowieści bajki mistrza Jana przemówi swoją zmienioną – moim zdaniem koślawo – zarówno treścią, jak i formą do najmłodszych. Nie widzę też ewentualnej próby podjęcia dialogu ze starszą metrykalnie publicznością, która wciąż pamięta kultową ekranizację z lat 80. XX w. z Piotrem Fronczewskim w brawurowej roli Pana Kleksa. No może poza jednym nawiązaniem – odświeżeniem znanych piosenek czy też osadzeniem Fronczewskiego w roli niezwykłego sąsiada i jednocześnie Doktora Paj-Chi-Wo.

Mnie jednak niestety nowa adaptacja Akademii Pana Kleksa nie przekonała.

Akademia Pana Kleksa (2023), Polska, reż. Maciej Kawulski

[Marcel z Kraśnika]


Foto: Materiały Prasowe



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *