Wywiad z Piotrem „Vienio” Więcławskim – Urzeczywistnienie Myśli

Piotr „Vienio” Więcławski to wybitna postać na polskim rynku muzycznym, znany przede wszystkim jako raper i wokalista. Posiada liczne talenty. Zajmuje się produkcją muzyczną, reżyserią oraz dziennikarstwem radiowym. Jego zainteresowania wykraczają również poza muzykę; jest uzdolnionym kucharzem i wpływową osobowością w świecie gastronomii, co potwierdza jego udział w finale programu Top Chef. “Vienio” jest również aktywnym propagatorem zdrowego stylu życia i ekologicznych wartości, angażując się w promowanie zbilansowanej diety i zrównoważonego podejścia do życia.
KulturalnyCham: Przede mną człowiek renesansu – raper, autor tekstów i książek, vloger, DJ, wokalista, reżyser, znalazłbym pewnie jeszcze kilka Twoich aktywności, ale nie o to chodzi. Kim tak naprawdę jest Piotrek, jak do tego podchodzisz i jak się z tyloma aktywnościami czujesz?
Piotr “Vienio” Więcławski: Czuję się przede wszystkim, po prostu Piotrkiem. Staram się urzeczywistniać poszczególne aktywności, które trafiają do mojej głowy. Chciałbym wyrażać siebie poprzez rzeczy, które kocham i lubię, poprzez realizację kolejnych moich pomysłów. Jestem każdą z tych wymienionych osób, czasem bardziej lub mniej. Moją głowę zajmują różne aktywności, czasem dominuje jedna, a często realizuję się w nich na zmianę, niekiedy stosuję “metodę na glizdę”, czyli po danym działaniu przychodzi czas na kolejne. W międzyczasie gotuję, bo gotowanie nie jest takim urzeczywistnieniem myśli, jak wiersz czy piosenka, jest elementem codzienności. Różne filozofie czy religie świata traktują ciało jako świątynię, ja chciałbym postępować podobnie. Chcę by do mojego organizmu trafiały jak najlepsze rzeczy, najfajniejsze, te które smakują mi najbardziej. Chcę by te produkty dawały mi energię do tych pozostałych aktywności, nakręcały do dalszego działania. Najmocniej jestem chyba raperem, ze względu na mój staż w Hip-hopie. Jeśli zmierzymy czas i dorobek to rzeczywiście najwięcej rzeczy zrobiłem w rapie. Myślę, że to mnie w jakimś zakresie definiuje.
K.Ch: W wywiadzie Audiochwile u Mai Strzelczyk, powiedziałeś, że dzięki Hiphopowi jesteś w stanie pozwolić sobie na te inne aktywności, że to on dał Ci takie możliwości. Potwierdzasz te słowa? Rap Ciebie zdefiniował jako człowieka kilka dobrych lat temu i pomógł być tym kim jesteś dziś?
V: Myślę, że w jakimś stopniu na pewno, rap dał mi naprawdę dużo. On mnie ukształtował, wychował i dał mi taką perspektywę, że możesz być kimkolwiek tylko zapragniesz. Cytując Nasty Nas “You Can Be What You Wanna Be”. Jeśli tylko chcesz możesz być Mariuszem Szczygłem, Michałem Urbaniakiem, możesz być takim jakim tylko zapragniesz. Tylko do Ciebie należy serwis tej piłki, i to Ty decydujesz o tym gdzie jesteś na boisku oraz jak to się zakończy.
K.Ch: Muszę zapytać Ciebie o zapał do działania. Jak to jest być tak aktywnym i zajmować się tyloma rzeczami? Jak to możliwe, że robisz tak dużo, ale wszystko na dobrym poziomie? Wiele dyscyplin, wiele środowisk, a niemal wszystko kończy się sukcesem, mniejszym większym, ale sukcesem.
V: Myślę, że jest to zasada liczby poświęconych godzin, niczego nie ma za darmo, na wszystko trzeba zapracować. Ja staram się określić sobie cel i doprowadzić do jego realizacji za wszelką cenę. Nie lubię dużo mówić, a mało robić. W moim podejściu zawsze traktuje sprawę od A do Z. Nauczyłem się stawiać kropki, kończąc rozpoczęte sprawy. Znałem wielu raperów, którzy byli świetni, ale nie potrafili wydać płyty. Wiem, że istnieje mnóstwo bardzo utalentowanych artystów, którzy nie potrafią zaprezentować swojej sztuki, pokazać jej szerszej widowni, zbudować wokół siebie zainteresowania. Wydaje mi się, że mam umiejętność kończenia rzeczy, doprowadzania ich do finału. Przekładając to na gotowanie, przecież nie wystarczy, że kupisz składniki i umieścisz je w lodówce. Trzeba je potem pociąć, ułożyć pięknie na talerzu i komuś zaprezentować, zaserwować. Żyję ze swoich pomysłów i ich realizacji 25 lat, wydaje mi się, że nauczyłem się jak przechodzić kolejne etapy. Chcę w moim życiu naturalnie przychodzić z nimi. Nie zostawiać za sobą otwartych rzeczy, do których będę musiał wracać.
K.Ch: Jesteś chyba jedynym raperem, który dotrzymuje terminów?
V: Wiesz, my byliśmy tacy zawsze, braliśmy sobie to na ambicję. Nie masz czasu w ciągu dnia? To pijesz kolejną kawę o dwudziestej i siedzisz do szóstej rano, a robota musi być zrobiona. Pół życia spędziłeś na imprezach, a nie możesz skupić się, żeby jedną piosenkę napisać? To są wybory, których każdy z nas dokonuje. Od początku musisz mieć w sobie swojego pracodawcę, managera. Musisz się lekko napędzać, popędzać swoje pomysły dalej. Ja nie mam człowieka, który dba o mój kalendarz, tylko wszystko muszę załatwić samodzielnie. Nauczyłem się takiego działania. Swoistego selfcontrollingu i dlatego sam zarządzam i gospodaruję swoim czasem
K.Ch: Rap i gotowanie na pierwszy rzut okna nie wydają się powiązane, nie widać korelacji. Jednak zagłębiając się w niego sprawa wygląda nieco inaczej. W muzyce łączysz wersy, składasz i szukasz słów. Podobnie jest w kuchni, bez połączenia składników, barw, aromatów nie wyjdzie nic pysznego. Widzisz te analogie, związki?
V: Absolutnie, wspominałem o tym w rozmowie z Wojtkiem Modzelewskim, kiedy wydawałem książkę – Brzuchomówcy, spytałem go o to samo. Czy nie sądzi, że komponowanie, to jest to samo co gotowanie. Podpisuje się pod tą tezą, poszedłbym dalej i szukał analogii w ogóle w artyzmie. Gotowanie i sztuka to niesamowicie połączone sfery. Podczas malowania obrazów łączymy kolory, które mogą symbolizować smaki, podczas tworzenie muzyki jest tam samo. Werbel, sampel, jakaś linia basu i mamy doskonały podkład. Tak jak w kuchni włoskiej – pomidory, czosnek, makaron, woda oliwa i ser parmezan, tworzy się rarytas z mega prostych składników.

K.Ch: Dobre jedzenie świetnie łączy się też z dobrą muzyką.
V: Świat gastronomi jest naprawdę mocno powiązany ze światem muzyki. Weźmy pod uwagę słowne nawiązania gastronomiczne do muzyki mamy np. “soczysty bit” czy “tłustą stopę”, można też “rzucać mięsem”, czy komuś “przyfasolić” jest tego naprawdę sporo.
K.Ch: Czas na pierwsze trudne pytanie. Którą kuchnię byś wybrał: mamy czy babci? W jednym z wywiadów wspomniałeś, że nie zjadłbyś sałatki warzywnej poza domem. Dlaczego?
V: Ta sałatka jarzynowa w innych domach mnie w jakiś sposób obrzydza, te rozgotowane warzywa nie miały opcji się dobrze połączyć. Babcia wychowała moją mamę, więc te smaki, aromaty w jakimś zakresie się łączą. Jest to pewnego rodzaju łańcuch smaków. Większość moich kuchennych przygód za małolata to kuchnia mamy, więc jej dania są mi bliższe. Mieszkaliśmy na Ursynowie, w bloku z wielkie płyty i zawsze chciałem towarzyszyć w przygotowaniach. Pytałem ją “Mamo, a jak robi się rosół”, “Mamo a jak robi się to czy tamto”. A ona tłumaczyła mi jak te potrawy powstają, kiedy trzeba dodać poszczególne składniki, dlatego przesiąknąłem tymi aromatami.
K.Ch: To jakie jest Twoje ulubione danie z kuchni mamy i ulubione danie z kuchni babci?
V: Z kuchni babci to na pewno słynna zalewajka, która jest niesamowicie intensywną i lekko cierpką zupą. Uwielbiam kwaśne zupy, myślę, że też trochę dzięki temu wspomnieniu. W menu mamy gościły dosyć różne rzeczy, Mimo trudnych czasów, na stół trafiały potrawy mało w Polsce popularne np. spaghetti czy zupa cebulowa. Rodzice kumplowali się z ciotką Danką i wujkiem Władkiem, którzy mieszkali w Beneluksie. To dawało możliwość przywożenia do domu nowych przepisów i poznawania nowoczesnych smaków. Oczywiście w domu były też te oldschoolowe dania kuchni polskiej, które przechodziły z pokolenia na pokolenie.
https://www.instagram.com/p/CuhO_-0O7Rc/
K.Ch: W jednym z wywiadów mówiłeś o tym, że to ursynowskie blokowisko było takim czymś w rodzaju komuny. Dzieciaki przewijały się w każdym domu na tym osiedlu. Ta grupa, którą tworzyliście była zgraną paczką, które wiedziała o sobie bardzo dużo. Czy miałeś taki jeden dom, do którego chciałeś wracać na obiad poza swoim?
V: Na Ursynów w tamtym czasie wprowadziły się w jednym momencie młode rodziny, ze względu na to, że dzielnica dopiero powstawała. Było tam mnóstwo dzieci w moim wieku lub rok, dwa lata starszych czy młodszych. Jedno gigantyczne pokolenie, które połączył ten ursynowski dom.
K.Ch: Było na czym budować fundament jedności, jak to wyglądało?
V: Tak, to była komitywa. Na korepetycję zatrudniało się jedną panią od angielskiego, która uczyła 3 czy 4 dzieci z różnych rodzin. Pamiętam taki film Dzikie gęsi, który cały blok oglądał w dużym pokoju jednego z mieszkań. Dziadkowie i babcie na kanapach, po bokach na krzesłach nasi rodzice, a na dywanie dzieciaki – Alternatywy 4 na żywo. Tak samo było w przypadku tych obiadów, o które pytałeś. Zdarzało się, że nie było czasu zjeść. Innym razem ktoś potrzebował wsparcia, a to mama kogoś wyjechała, a to musiała zostać dłużej w pracy. Dobrze jadło się tak naprawdę wszędzie, bo wtedy też trochę inaczej się na to patrzyło. Pamiętam, że fajnie gotowali rodzice mojej sąsiadki Sylwii. Fajnie spędzało się też czas u mojej drugiej sąsiadki, która mieszkała na dole. Jej mama pracowała w zagranicznej firmie, co w tamtych czasach dawało sporo możliwości. Gabrysia miała kandyzowane wisienki, oliwki, kapary czy Coca-colę w puszce. Ta lodówka, w porównaniu do naszych to był po prostu Pewex. U nas królowały parówki na metry w gazecie, odrobina jakiegoś sera żuławskiego, cebula, marchewka i tam jakaś musztarda czy keczup.
K.Ch: Czy masz zapach albo smak, który pamiętasz z tamtych lat? Coś jak ratatuj z filmu o kucharzu, który był małym szczurem?
V: Myślę, że to będą ogromne ilości tostów, takie stado grzanek, które mama robiła pasjami. Niedziela rano, grzanki i my oglądający 5-10-15, potem filmy z Davidem Attenborough. Tak spędzało się czas od 9:00 do trzynastej przed telewizorem i pędzlowaniu tych grzanek. Mama robiła je w niemal każdą niedzielę. Często były to trzy wielkie blachy, nie zawsze były z bułki, czasami z chleba, z przeciętą parówką i serem, a do tego keczup. Pamiętam ten smak jako fajnej, rodzinnej niedzieli. Do tego jeszcze oczywiście napój “Ptyś”, czyli nasz Polska “Fanta”. Byłem tak dumny z tego “Ptysia”, że chwaliłem się nim wujkowi, który wraz z dwoma synami przyjechał do nas kiedyś ze Szwecji. Zastanawiając się jak pokazać im, że w Polsce nie jest tylko tak szaro, wpadłem na pomysł by zabrać ich do pobliskiego sklepu na “Ptysia”, ponieważ wydawał mi czymś wyjątkowym, czymś czym warto się pochwalić. Kupiliśmy sobie po tym “Ptysiu”, a ich reakcja była bardzo zaskakująca, “To taka Fanta”.
K.Ch: Przejdźmy do momentu, w którym tak naprawdę zaczynasz gotować. Z tego co udało mi się ustalić, to jest to moment wyjazdu Twojej mamy do USA? To wtedy stałeś się szefem domowej kuchni? Nie byłeś przerażony? Rozumiem, że od najmłodszych lat byłeś w tej kuchni jednak było to chyba spore wyzwanie?
V: Mama wyjeżdżając zostawiła zeszycik, były tam wszystkie jej przepisy. Swoją drogą ten przepiśnik funkcjonuje w rodzinie do dziś, co roku jest pokazywany na świętach. Zostałem ja i ten zeszyt, zacząłem gotować. Najpierw przygotowywałem zupy, potem różne drugie dania. Gotowałem dla brata i ojca, nie mając zbyt dużego budżetu na zakupy, jednak zawsze udawało mi się wygospodarować kilka złotych dla siebie. Miałem z tego gotowania kilka zaskórniaków na gumę do żucia czy batona. Z czasem to kucharzenie z przepisów mamy trochę mi się znudziło. Powszedniał rosół czy ogórkowa. Ile razy można robić schabowego czy mielonego? Zacząłem stawiać na proste przepisy, które będą wypełniały moje obowiązki na dwa, trzy dni. Gulasz z szynki wieprzowej czy inne przepisy, które robiło się dość sprawnie, były łatwe do odgrzania i nieźle smakowały. Pamiętam, jak chciałem zrobić francuskie “Boeuf bourguignon”, przepis wymagający, ale największą trudnością było wino, musiałem więc wysłać ojca po zakup bułgarskiej Kadarki. Było ciekawie, smacznie i często z humorem. Odkrywałem kolejne dania, bardzo polubiłem kuchnię włoską i cały czas kombinowałem z tymi przepisami. Do dziś mam w głowie powrót mojej mamy, kiedy przygotowałem gigantycznego kurczaka w imbirze i pomarańczach. Danie, które w tamtych czasach totalnie nie funkcjonowało na polskich stołach. Przepis wziąłem z kultowej serii książek Państwa Łebkowskich, były to małe, wysokie i prostokątne książeczki gastronomiczne, które otworzyły polskim rodzinom okno na kuchnie świata. Takie były moje początki. Nie traktowałem swojego gotowania jako nadzwyczajnej umiejętności, było to dla mnie coś naturalnego.
K.Ch: Dziś kuchnia to Twoja codzienność, w tym się realizujesz, tak też zarabiasz. A jak to wyglądało kilka czy kilkanaście lat temu, kiedy żyłeś głównie rapem?
V: Sprawa jest banalna, po prostu gotowałem dla chłopaków z Molesty. Mając wyjazdy zagraniczne czy jakieś dłuższe trasy koncertowe, podczas których trudno było zjeść coś naprawdę dobrego, składaliśmy się na składniki. Jechałem do sklepu, kupowałem pomidory, trochę dobrego makaronu i odrobinę parmezanu, przygotowywałem na szybko jakąś pastę. W gotowaniu liczy się pasja, ten niewidzialny składnik, którego często brakuje w restauracjach, umiłowanie do tego co podajesz ludziom, a ja miałem to zawsze. Nieważne dla kogo i gdzie przygotowywałem jedzenie. Lubię jeść w restauracjach, w których czuć tę energię, gdzie mam przelotkę z szefem kuchni. W tym miejscu apeluję do wszystkich, by nie wstydzili się nawiązywać interakcji. Jeśli Wam smakuje podziękujcie, poproście do stolika i zamieńcie kilka miłych słów. Dzięki temu kucharze się nakręcą i będą gotować jeszcze lepiej.
K.Ch: To świetne nawiązuje do mojego kolejnego pytania. Wiem, że jesteś bywalcem knajp i kochasz odkrywać nowe miejsca na gastronomicznej mapie Warszawy. Jakie miejsce poleciłbyś naszym Czytelnikom i Czytelniczkom?
V: Zacznę od tego, że stałem się już chyba kimś takim w rodzaju jakiegoś przewodnika. Ludzie do mnie piszą czy dzwonią z prośbą o wskazanie najlepszych miejscówek. Odpowiadam “napisz w jakim kierunku płynie Twoja łódka”, jakiej kuchni chcesz spróbować? Czy chcesz zjeść coś koreańskiego, wietnamskiego czy może jakieś super włoskie jedzenie? Dodatkowo określ lokalizacyjnie, gdzie będziecie. Warszawa obecnie daje tak dużo możliwości, że bez pytań pomocniczych nie jestem w stanie wskazać konkretnego miejsca.
K.Ch: Ok, w takim razie doprecyzuję moje pytanie. Kuchnia azjatycka w Śródmieściu Warszawy. Sprawdzimy czy polecilibyśmy same miejsca.
V: Oczywiście kultowa miejscówka na Chmielnej, czyli Toàn Phở, tuż obok jest świetne Vege Kitchen. Na Szpitalnej, jest Little Hanoi – Asian Fusion. W ostatnim czasie świetny tour po wietnamskich miejscach w centrum zrobił “Mistrz” Robert Makłowicz, polecone tam miejsca są zdecydowanym topem azjatyckich miejsc w Warszawie. Oh my Pho, La Banh czy Tran Tran to fantastyczne miejsca, które warto odwiedzić i spróbować tam wspaniałych smaków Azji.
K.Ch: Czy masz ulubione danie, które mógłbyś jeść do końca życia? Danie kultowe, które nigdy Ci się nie znudzi?
V: Mam kilka takich dań, jednak każdego dnia masz ochotę na coś innego. Często chodzi za mną szczawiowa, innego dnia jest to aglio olio e peperoncino, które muszę zjeść, inaczej dzień będzie nieudany. Kolejnego dnia może to być wypasiona sałatka grecka, którą uwielbiam.
K.Ch: Dziękuje Ci za rozmowę, to była prawdziwa przyjemność. Zapraszamy do Twojej książki i na social media, szczególnie na TikToka, którego nie tak dawno założyłeś.
V: Dziękuje i również zapraszam
Foto: Instagram Vienio