ŚWIAT WEDŁUG KSIĘŻYCOWYCH – „LIZYSTRATA, CZYLI STRAJK KOBIET” – TEATR MIEJSKI IM. WITOLDA GOMBROWICZA W GDYNI

ŚWIAT WEDŁUG KSIĘŻYCOWYCH – „LIZYSTRATA, CZYLI STRAJK KOBIET” – TEATR MIEJSKI IM. WITOLDA GOMBROWICZA W GDYNI

Wielokrotnie zastanawiam się jak długo w teatrze będzie robiło się z widzów idiotów, gdy twórcy myślą – im będzie mniej zrozumiale, tym lepiej dla nas. Bo spektakl wielokrotnie tworzy się nie dla odbiorców, ale dla grona skupionego wokół reżysera/reżyserki, gdy tylko oni rozumieją idee oraz sensy przekazu. Dokładnie te myśli towarzyszyły mi podczas ostatniej premiery w Teatrze Miejskim im. Witolda Gombrowicza w Gdyni. I sobie myślałem, gdy coraz bardziej bolały mnie zęby z totalnej nudy i powiem szczerze – głupoty, która sączyła się ze sceny. Dlaczego ktoś zgadza się na ów bełkotliwy teatr, udając że czyni się arcydzieło? Dlaczego coraz trudniej jest przygotować rzetelny teatr opowieści, z jasnym przekazem, ideą, wartością? Dlaczego wszystko musi mieć drugie dno, pokłady analogii do współczesności i pseudopoprawności politycznej, która w ten sposób pokazywana doprowadza do trywializacji tez i ich kompletnego niezrozumienia? Scena z Wybrzeża zaprosiła do współpracy Zdenkę Pszczołowską, która zabrała się za Lizystratę, czyli strajk kobiet Arystofanesa. Powiedzmy szczerze zmasakrowała go i zniszczyła. Dosłownie. Bowiem jak to ostatnio coraz częściej bywa należy poprawić to co dobre, dopisać kilka bezsensownych fragmentów, a nóż będzie ciekawie i w ten sposób zabić to co interesujące. Temat bardzo aktualny dla naszego kręgu kulturowego, gdzie w kółko mówimy o równości płci, sile kobiet, ale również zastanawiamy się nad sloganowym wykorzystaniem pojęcia feminizm, który ma kojarzyć się z delikatnością i kobiecą wrażliwością, a przykład z pewnego warszawskiego teatru pokazał nam coś zupełnie odmiennego. Nie miejsce i czas, aby oceniać i analizować zdarzenia ze stolicy, ale ten kontekst winien być definiowany choćby w pomyśle na interpretację współczesną dawnego tekstu, który właśnie odwołuje się do siły kobiet. Bowiem przewrotność Arystofanesa polegała na tym, że płeć piękna, chcąc zakończyć wojnę odstawia od łoża panów, aby wymusić zawarcie pokoju. Liderka owego protestu to kobieta silna i wyzwolona, która dla dobra wspólnego jest w stanie poświęcić przyjaźnie i więzi, aby tylko nastała upragniona stabilizacja i zjednoczenie. Przekaz w wielu płaszczyznach aktualny i sensowny. Ale i to co leży na ulicy, tylko trzeba umiejętnie podnieść, można zniszczyć i zdegradować. Niesmak to najlepsze słowo, które pozostaje po wizycie w Gdyni. Przedstawienie bowiem posiada dwie negatywne cechy: bliskie jest megalomańskiej, pseudointelektualnej dysputy o niczym, a także ukazaniu pewnego świata niczym serialu o rodzinie Kiepskich. Naprawdę teatr nie musi aż tak nisko upadać, aby opowiedzieć atrakcyjną historię, która koresponduje z tym co jest wokół nas. Bowiem ciężko zapomnieć jak kobiety walczyły o wspólną sprawę po wyroku Trybunału Konstytucyjnego, gdy stały się Polki niezłomnymi bohaterkami zaangażowania społecznego. Sprowadzenie opowieści z dawnych czasów do formy farsy z odmętów rynsztoka to trochę jak danie w pysk sprawie społecznego oporu.

Tragedia owego spektaklu polega na tym, że nie do końca wiadomo o czym on ma być. Czy rzeczywiście o dawnym strajku kobiet, aby pokazać różnicę w płciach, odmienności? A może o tym co przebija, że za chwilę będziemy w idealnym świecie równości, w masie różnorodności seksualnej, bez wiary, bogów i przemocy? Tylko to totalna utopia. Wystarczy spojrzeć za okno i widać, że wojna, agresja i niechęć wygrywa z równościowymi hasłami i nierealnymi wyobrażeniami. Niesamowita nuda, fatalnie zagrana i rozegrana, to sekwencje w muzeum, gdzie ma być otwarta wystawa z artefaktami z księżyca, gdzie było pewne życie, a tam istniała Lizystrata, która uchroniła świat od wojen. Nic się nie trzyma sensów, logiki i jakiejkolwiek myśli. Senna atmosfera owego przybytku kultury, ukazuje kilka relacji zarówno wewnątrz miejsca, ale i odwiedzających gości. Tworzą się luźne rozmowy, które nie wiadomo czemu służą. Mamy wernisaż, oprowadzanie kuratorskie i wykład pani profesor. Potem pojawia się konkurent naukowy, wyciąga pistolet, terroryzuje w imię prawdy zebranych, naukowa gwiazda umiera, a on sobie strzela w głowę. Bełkot goni banał, trywialność śmieszy i irytuje. I nagle przełamanie, zmiana formuły. Znajdujemy się na księżycu. Reżyserka tak zapatrzyła się w Jana Klatę, że mamy kalki z Utworu o matce i ojczyźnie oraz z Wyzwolenia, bowiem kostium unifikuje bohaterki, które stają się głosem zbiorowym, jedności, solidarności. Występują w opozycji do mężczyzn, których sztuczne przyrodzenia zwisają jako atrybut męskości. I toczy się rywalizacja między grupami, o powrót do łoża. Ale zwycięża niezłomna postawa kobiet, które swoją wstrzemięźliwością budują trwały pokój. I niby to najlepsza, plastyczna, szybka i zwięzła część spektaklu z morałem „uprawiajmy miłość, nie wojnę”, ale tłumaczenie Olgi Śmiechowicz jest tak wstydliwe i żenujące, że aż przykro o tym pisać. Ma być komunikatywnie i dosadnie, współcześnie to przecież co chwilę niech będzie: ch…, ku…., itp. Istna językowa dobroć. Wstyd kompletny. Jakby owi wojownicy to były dzikusy, a ich żony dziwaczki. To już Flinstonowie z kreskówki byli bardziej dojrzali językowo, a podobno prymitywni i pierwotni. Finał to czas przyszły. Sama dobroć, świat wspaniałości. Miliona płci, równości i szczęścia. Przychodzi grupa studentów ze swoim profesorem zobaczyć owe osobliwości z przeszłości. Mdło się od tej dobroci robi. Istna wata cukrowa. Ale i mamy klamrę. Tak jak na początku pani sprzątająca zamiatała podłogę szczotką, tak już po latach ma mopa i wyrzuca spóźnionych gości z muzeum. Niewątpliwy progres cywilizacyjny. Jak stereotypowo kobieta sprzątała, tak dalej to czyni. Kompletna myślowa porażka.

To chyba jeden z najnudniejszych wieczorów teatralnych w tym sezonie. Chyba można powiedzieć wprost, oczywiście ironicznie „no to mamy arcydzieło”. W owym przedstawieniu bełkot miesza się z pseudointelektualnym zacięciem, tylko owa myśl gdzieś wyparowała. Proponuję zejść na ziemię i zobaczyć jak wygląda świat, bo na księżycu naprawdę nie ma niczego. I już dawno o tym wiemy.

Lizystrata, czyli strajk kobiet, Arystofanes, reżyseria Zdenka Pszczołowska, Teatr Miejski im. Witolda Gombrowicza w Gdyni, premiera: luty 2024.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Roman Joher



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *