BANDA – „PUPO” – KOMOCO

BANDA – „PUPO” – KOMOCO

Każdy kolejny sezon artystyczny przynosi nowe odkrycia, ale i oczekiwania czegoś nieoczywistego w życiu teatromana. Wielką nadzieją, dla europejskiego świata tańca, stała się najnowsza produkcja włoskiej formacji Komoco. Początkowo był to duet sióstr Nappi – Sofii, tancerki, choreografki i performerki oraz Alice – skrzypaczki i kompozytorki. Dziś to jedna z najciekawszych kompanii, które poszukują w tańcu oryginalnej formy wypowiedzi. Sama nazwa nawiązuje do połączenia słów ukazujących promienie słońca przebijające się przez liście drzew, tworzące taniec światła oraz współdziałanie grupy zaangażowanych osób. Tym samym już w tej konstrukcji buduje się coś ożywczego i spontanicznego. Ową oczekiwaną, tegoroczną pracą jest Pupo, a jego żywot jest niezwykle interesujący, gdyż w najbliższym czasie odwiedzi kilka miejsc w Europie, gdzie jest wyczekiwany w dużym napięciu jako jedno z gorących zjawisk w tanecznym ruchu artystycznym. Wśród miejsc znajduje się Poznań i nowy festiwal „Przedwiośnie Baletowe”. I niestety to spektakl pełen dwuznaczności i nieoczywistości, ale dla znawców tańca nie będzie on niczym nowym i rzucającym na kolana. Dla stawiających pierwsze kroki, w poszukiwaniach artystycznych wrażeń, zapewne stanie się niesamowitym przeżyciem, ale owym debiutantom mogę powiedzieć jasno – ale to już było. Sofia Nappi, wykształcona w nowojorskim Alvin Ailey American Dance Theatre czerpie szeroko z owych doświadczeń, głównie z pracy z Hofeshem Shechterem, ale także wzoruje się na stylu Gagi Ohada Naharina. Co więcej, można wyczuć stylistykę Amita Lahava. Niczym kalki pojawiają się sekwencje grupowe, które osadzone są w technice przykurczonych nóg, wirowania, specyficznego, technicznego, powtarzalnego ruchu. Z jednej strony owe wykonanie zachwyca, ale równocześnie odrzuca, gdyż nie jest to żadne nowatorskie odkrycie, ale powielanie już znanych strategii i technik. Taniec potrzebuje wytworzenia własnego języka wypowiedzi. Tego brakuje w najnowszej pracy, która zatem jest osiągnięciem w pół drogi.

Pupo to odwołanie do włoskiego słowa, które może jednocześnie oznaczać zdrobniały zwrot do dziecka, jak również lalkę, kukiełkę, ożywioną sztuczną postać. Dla artystki punktem wyjścia stała się bajka Pinokio, gdzie drewniany chłopiec jest nie tylko martwym eksponatem, ale żywym dzieckiem, które przysparza wielu problemów swojemu przybranemu ojcu. Jednak to nie tylko ta opowieść, ale analogie do commedii dell’arte, w której postaci w swoich gagach, odwołując się do formy wykonawczej, prześcigają się w technicznych możliwościach. Każdy bohater owej tradycyjnej sztuki włoskiej pełen był własnego, indywidualnego wyrazu, który miał wzbudzić w odbiorcy uśmiech i zaciekawienie. Nappi podąża tą ścieżką. Dla każdej postaci stworzyła oryginalny ruch, który w zespołowym ujęciu tworzy ciekawą formę tańca, ale niestety jakby już gdzieś widzianego i znanego. Nie ma linearnej opowieści, to raczej seria tanecznych lazzi, które mają wzbudzić zainteresowanie i zauroczenie. Rzeczywiście wciągają również poprzez wykorzystanie zrytmizowanej, sentymentalnej i ckliwej muzyki, która jest wielkim atutem spektaklu. Choreografka wykorzystuje różne formy tańca jest i tango, są elementy sztuk walki. A na końcu także nieznośny Fryderyk Chopin, pompatyczny i niezrozumiały, ale najważniejsza jest formuła ruchu lalki. Forma owego tańca została dopracowana do perfekcji, gdyż tancerze wyglądają jak animowane postaci w ręku sprawnego lalkarza. Ich ruchy są ostre i wyraziste, a jednocześnie pełne poezji i gracji. Jednak w owym radosnym korowodzie wkrada się pewna nieścisłość. Bowiem lalki są nieme, otrzymują głos od swojego animatora, który podkłada frazy w życie bohaterów. W wykonaniu Komoco jest nieznośna maniera grymasu, tworzenia mimiki, która wzbudza odrzucenie. To dziwny zabieg, owszem służy wydobyciu komizmu, ale w starej szkole weneckiej opowieści kluczowe postaci były ukryte pod maskami, co dawało szansę lepszego odczytania treści. Największym mankamentem pozostanie jednak dramaturgia, której faktycznie nie ma. To historia od numeru do numeru, zmiany świateł, wejść i wyjść. Forma podróży poprzez pewien świat, okoliczności, zdarzenia, ale niestety nuży się to niemiłosiernie po piętnastu minutach. I zawiedziony widz myśli – co dalej? To już znam, widziałem. Przewidywalność i brak przełamania jest nieznośnym towarzyszem owego wieczoru. Przedstawienie zmierza ku finałowi, ale jego akcent z polskim kompozytorem jest jasnym sygnałem, że czas umierać. Wygląda to jak wyczerpanie pomysłów, które przecież i tak są wtórne i powtarzalne.

Świat tańca Sofii Nappi jest ciekawy, ale jak kalka. Wytarty i zabrudzony. Tancerze silą się w opowieści, to zgrany zespół, ale nie wiadomo do czego zmierza owa historia. To sekwencje, refleksy pewnego świata. Zabawa, krotochwila zaczerpnięta z radosnego życia dawnej Italii. Pobrzmiewają marynarskie ruchy, gonitwy i domowa codzienność spowita mgłą nadmorskiego świata. Ale to wszystko wytwór indywidualnej wyobraźni. Spektakl jest bowiem tanecznym eposem, ale utkanym ze scen, które śmieszą, urzekają w swojej niewinnej i technicznej trudności, jednak to echa tego, co już kiedyś było. Można powiedzieć znamy, znamy. A od świeżego powiewu oczekiwać należy indywidualnego pomysłu, a co najważniejsze oryginalnej wypowiedzi. Może kolejnym razem doczekam się owej tajemnicy, dziś to na razie ładne opakowanie ze znaną pozytywką.

Pupo, choreografia Sofia Nappi, Komoco, pokazy w ramach Equilibrio il Festival di Danza Contemporanea w Rzymie, luty 2024.

[Benjamin Paschalski]


Foto. Thomas Schermer



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *