WYKŁAD W CZERWONEJ RAMIE – „PANI KA PATRZY NA MORZE” – TEATR POLSKI WE WROCŁAWIU

WYKŁAD W CZERWONEJ RAMIE – „PANI KA PATRZY NA MORZE” – TEATR POLSKI WE WROCŁAWIU

W historii teatru istnieją spektakle, które pozostały legendą. Mówimy o nich: mistrzowskie, niepowtarzalne. Mając kilkanaście lat, dokładnie w samym początku lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku, chłonąc wszystko co było do zobaczenia, przeżyłem niesamowite spotkanie artystyczne w warszawskim Teatrze Współczesnym. Na scenie prapremiera dramatu Thomasa Bernharda Komediant. W roli tytułowej Tadeusz Łomnicki, a gospodarza odtwarzał Krzysztof Kowalewski. W ówczesnym czasie, kto wiedział, że dwa lata przed śmiercią, Łomnicki występował w teatrze niezwykle rzadko. Wcześniej była premiera w Dramatycznym Ja, Feuerbach. Oba spektakle oscylowały wokół podobnej problematyki – teatru. Jego funkcji, roli, znaczeniu. Jednak we Współczesnym poczułem niesamowite mistrzostwo filmowego Pana Wołodyjowskiego. Duch poświęcenia aktorstwu, w świetnej reżyserii Erwina Axera, zgryźliwość, żal i ból z samej instytucji teatru był niezwykle dosadny i jaskrawy. To doświadczenie było również pierwszym spotkaniem z twórczością austriackiego pisarza, który miał niezwykłe szczęście do polskich inscenizatorów. Powracał do niego Krystian Lupa między innymi w Immanuelu Kancie we wrocławskim Teatrze Polskim. Fikcyjna podróż królewieckiego mistrza do Stanów Zjednoczonych stawała się jaskrawym obrazem społeczności zamkniętej na transatlantyku. Ironia i zadufanie, cynizm i prześmiewczość przyświecały owemu przedstawieniu. Owe dwa doświadczenia spotkały się w jednym wieczorze. Bowiem po latach w stolicy Dolnego Śląska powrócił z Komediantem Paweł Miśkiewicz.

Nie jest to spektakl jednoznaczny i prosty. Widzowie, którzy nie znają opowieści o filozofie, trudno odnajdą się w rzeczywistości zaproponowanej przez reżysera. Bowiem przedstawienie wyłamuje się ze stereotypu rzeczywistego widowiska, bliżej mu do wykładu, performatywnej opowieści. Pretekstem do jego wystawienia stała się osoba nestorki wrocławskiego teatru Krzesisławy Dubielówny. To ona jest tytułowym bohaterem. Jednak obecna rola łączy się z postacią Pani Kant sprzed lat, ze spektaklu Lupy. Idąc dalej elementy scenografii zostały również zaczerpnięte z ówczesnego widowiska. Bowiem celem Miśkiewicza nie jest opowiedzenie wiernie historii, ale zmontowanie opowieści o wielkości miejsca jakim była Scena na Świebodzkim i zestawienie go z jej kryzysem (jak i całego Teatru Polskiego) w chwili obecnej. Owa przewrotność zaskakuje i należy ją docenić. Bowiem faktyczny, jeden długi monolog Dubielówny to wyraz goryczy i cierpienia ze stanu teatru w dniu dzisiejszym. Jego upadku i braku odnalezienia się. Wykorzystując identyczny układ widowni, rolety, sferę dźwiękową, a także rekwizyty, jak klisze przywołują momenty sprzed dwudziestu sześciu lat. Całość skonstruowana jest w czerwonej ramie – charakterystycznym elemencie przedstawień Krystiana Lupy. Ten specyficzny duch ciężkiej atmosfery jest wyczuwalny od wejścia na widownię, a wokalizy budują nastrój niepewności i niejednoznaczności.

Przedstawienie to popis aktorski Krzesisławy Dubielówny. Zespół jest ograniczony do czterech postaci, które są z jednej strony adwersarzami komedianta/komediantki, a także jej wspomnieniami. Wojciech Ziemiański – Kant z przeszłości i dziś samym pojawieniem się nasuwa obrazy z dawnych dni. Gdy siada w fotelu, a za nim znajduje się klatka dla jego papugi, to zamykając oczy przywołują się w wyobraźni sceny dawnego spektaklu, a zgryźliwe frazy jakby na nowo trafiały do ucha. Wpisanie refleksów z dawnego spektaklu, w gorycz dojrzałej aktorki, jest bolesne i niezwykle dosadne. Dubielówna rozprawia się z przeszłością postaci, ale również miejsca, z którym związała się przez pięćdziesiąt siedem lat. To ona króluje na scenie. Choć jej gra jest minimalistyczna, wręcz statyczna to świetnie rozdaje teatralne karty jasno pozycjonując siebie i swoich adwersarzy. Gospodarz Mariana Czerskiego jest podporządkowany grymasom goszczącej aktorki, a główne żądanie – wygaszenie świateł awaryjnych, skwapliwie wykonane. Dialog z młodą aktorką (Aleksandra Chapko) to jak lekcja teatralnego etosu w kilku żołnierskich słowach. Jednak najwięcej niepokoju wprowadza muzyka wykonywana na żywo przez Maję Kleszcz i Wojtka Krzaka. To nie tylko tło, ale współgranie z akcją sceniczną. Te dźwięki są jak ostrzeżenia. Szczególne robią wrażenia, gdy Dubielówna wykrzykuje patologie społeczne i polityczne Austrii, a brzmią jak nasze, dzisiejsze przestrogi.

Spektakl we Wrocławiu jest jak wieczór konesera. Dużo metafor, hermetycznych teatralnych znaczeń i nawiązań do przeszłości. Jednak bije z tego spektaklu nostalgia za tym co minęło, za ramą Lupy, Ziemiańskim, dobrym teatrem. Głos Dubielówny to rozpacz, że komediant może przywołać pamięć, ale nie zmieni rzeczywistości.

Pani Ka patrzy ma morze, na podstawie Thomasa Bernharda, reżyseria Paweł Miśkiewicz, Teatr Polski we Wrocławiu, premiera: kwiecień 2022.

                                                                                                      [Benjamin Paschalski]



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *