WSTYD W LESIE – „DEKALOG, CZYLI LOKALNA WOJNA ŚWIATOWA” – TEATR POLSKI IM. ARNOLDA SZYFMANA W WARSZAWIE

WSTYD W LESIE – „DEKALOG, CZYLI LOKALNA WOJNA ŚWIATOWA” – TEATR POLSKI IM. ARNOLDA SZYFMANA W WARSZAWIE

Wielokrotnie zastanawiam się czemu służy sztuka, w tym teatr. Na pewno to refleksja, własna interpretacja, namysł i oczywiście rozrywka. Lubię, gdy wychodzę z instytucji kultury, a myśli moje krążą, wirują oraz zastanawiam się nad pokładami interpretacji tego, co zobaczyłem. Ale zdarza się, że niby w słusznej sprawie, teatr przybiera formę propagandowej agitacji. Nie metafory, ale taniej aluzji, puszczania oka do widza, a także silnego narzucania jednej narracji. Sądzę, że tak musiał wyglądać teatr w stanie wojennym. Wówczas wiersz, utwór sceniczny wskazywał trwanie w oporze, ale wielokrotnie nie posiadał głębszego przesłania. I niestety historia się powtarza. Na scenie Teatru Polskiego w Warszawie, miała miejsce premiera, która nigdy nie powinna się odbyć. Jest wstydliwym przykładem jak dla wsparcia ukraińskiego narodu powstał spektakl ułomny i niedojrzały. Doceniam zaangażowanie Andrzeja Seweryna na rzecz narodu ukraińskiego, a jego „Idi na ch..” jest sztandarowym okrzykiem na rzecz wolności i sprzeciwem wobec rosyjskiej agresji. Ale symboliczne zachowania są cenniejsze niż realizacja pełnego spektaklu. Podchwytując projekt Instytutu Teatralnego, rezydencji artystycznych, adresowanych do twórców białoruskich i ukraińskich, zaproszono do przygotowania przedstawienia Svitlanę Oleshko. I to chyba była największa pomyłka repertuarowa dyrekcji Seweryna sceny przy Karasia. Nie mam przekonania czy ktokolwiek widział wcześniejsze prace artystki, gdyż to, co można zobaczyć w naszym kraju, powoduje wielkie zdziwienie i zażenowanie.

To, co zaprezentowano na szacownej scenie Teatru Polskiego, na szczęście Kameralnej noszącej imię Sławomira Mrożka, można przyrównać do pracy zespołu szkolnego lub studenckiego. Wówczas efekt można by docenić jako proces budowania widowiska dokumentalnego. Jednak w teatrze zawodowym trochę to nie przystoi. Artystka ukraińska, pochodząca z Charkowa, scenarzystka, reżyserka, założycielka i dyrektorka niezależnego Teatru Arabesky powinna pozostać w formule alternatywnej. Przygotowany spektakl w Warszawie to olbrzymi wysiłek dla odbiorców. Reżyserka ich nie oszczędza. Oferuje intelektualną, nachalną, propagandową pustkę, a w warstwie wizualnej powtarzalne, pseudo ruchowe sceny. To wszystko okraszone jest tandetnymi leśnymi wizualizacjami. I kręci się ta nuda o dziesięciu przykazaniach nawołujących do walki. Już ich sformułowanie wywołuje uśmiech politowania. Oleshko zmusza odbiorców do śledzenia losów narodu ukraińskiego jako nieustannie walczącego, pokrzywdzonego, zniewolonego. Najgorsze, że aktorzy zostali zminimalizowani do roli ruchowych marionetek. Nie dano im szansy powiedzenia słowa. Narracja, nieznośna, monotonna, jest z offu. Co gorsza to nie oryginalny tekst, ale tasiemce, wielominutowe cytaty z archiwów, sentencji sądowych czy też wydumanej historii rodzinnej. Można się w tym gąszczu opowieści pogubić, po chwili już w ogóle się tego nie słucha. Co gorsza jako tło służą obrazy, zdjęcia, które można spotkać w mediach. Jaka to praca intelektualna, jaki wysiłek przekazania wartościowej wiedzy? Żaden. Autorka upraszcza historię w taki sposób, że trudno zorientować się o czym ma być spektakl. Dla przeciętnego odbiorcy wiele rzeczy jest niezrozumiałych. Bezpardonowo unifikuje się dzisiejszy teren Ukrainy, ukazując go jako wspólnotę w dwudziestoleciu międzywojennym, choć jej zachodnia część należała do Polski, wschodnia do Związku Radzieckiego, a rozgraniczeniem była rzeka Zbrucz. Tych wpadek, które wywołują śmiech jest co niemiara. A widz wychodzi z teatru totalnie zagubiony. Bowiem obecnej sytuacji wojennej nie można wykorzystywać do agitacji propagandowej, która przybiera barwę nacjonalistyczną. O wspólnych losach należy mówić szczerze, dojrzale i co najważniejsze prawdziwie. W Polskim to wariacja na pewien temat. Ale nie jest to uczciwa opowieść.

Przedstawienie przygotowywało siedmioro realizatorów. Czego tu nie ma – układu walk, konsultacji wokalnej, dekoracji. Cóż z tego jak scena jest pusta, trywialne zabawy z nożem trudno uznać za jakąkolwiek kompozycję, a śpiew jednego z aktorów to jakaś totalna tragedia. I to zarówno w treści jak i w warstwie muzycznej. Biedna ósemka aktorów, w wielkim pozornym skupieniu, wykonuje dziwaczne figury. Tylko sami nie wiedzą w jakim celu, po co, dla kogo. Smutny to obraz. Przerażający.

O relacjach polsko-ukraińskich, szczególnie w obecnym czasie, należy mówić rzetelnie. Realizacja przypadkowych, doraźnych spektakli w słusznej sprawie nie powinna mieć miejsca. Przecież w ostatnich latach była w Bydgoszczy Swarka Katarzyny Szyngiery, niezwykle dojrzałe przedstawienie dokumentalne o naszych wspólnych dziejach, a także film Wojciecha Smarzowskiego Wołyń. Sztuka Oleshko nic nie wnosi do jakiegokolwiek obrazu Ukrainy i mieszkańców tej ziemi. To przykład niemocy artystycznej, która bardziej szkodzi niż wspiera stosunki polsko-ukraińskie.

Dekalog, czyli lokalna wojna światowa, reżyseria Svitlana Oleshko, Teatr Polski im. Arnolda Szyfmana w Warszawie, premiera: grudzień 2022.

                                                                                       [Benjamin Paschalski]



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *