ZIMA WASZA, WIOSNA NASZA… A LATO MUMINKÓW – „1989” – TEATR IM. JULIUSZA SŁOWACKIEGO W KRAKOWIE

ZIMA WASZA, WIOSNA NASZA… A LATO MUMINKÓW – „1989” – TEATR IM. JULIUSZA SŁOWACKIEGO W KRAKOWIE

Chyba każdy, kto chociaż był dzieckiem w latach osiemdziesiątych XX wieku, pamięta to powiedzenie. Było ich więcej. Ze szkoły wracało się z całą litanią sloganów opowiadających o bieżącej sytuacji. Było „Wrona orła nie pokona” czy wcześniejsze „Chcesz cukierka? Idź do Gierka!”. Wracają wspomnienia. Ale dzieciństwo zawsze ma kolorowy obraz. Dla tych, którzy je spędzili w ówczesnym czasie jego doświadczenie ma zapach szczególny. Dziś mówi się – okres marazmu, szarości. Ale jakoś ten wyrażany opis nie pasuje do tamtejszych dni. Dla dzieciaków bowiem zawsze było różnorodnie, tęczowo, rodzice non stop mówili o polityce, a my udawaliśmy, że też walczymy. Łza się w oku kręci.

Opowiadanie, mówienie, a nawet uczenie, o naszej najnowszej historii jest niezwykle trudne. Szczególna nabożność, wielokrotnie poparta zmyślonymi, naciąganymi zdarzeniami, zgodnie z odpowiednią linią polityczną, towarzyszy nam nie od dziś. Również selektywne podejście, do bohaterów z przeszłości, nacechowane jest specyficznym realizowaniem polityki historycznej. Ciężko zdefiniować jeden, uniwersalny wzorzec. Co gorsza, w świecie sztuki, opowieści o dziejach minionych zawsze mają w sobie pompatyczność i przesadzoną wzniosłość. Można odnieść wrażenie, że nawet rocznice niepodległości to czas smuty, a nie radości z odzyskanej wolności. Rzadkością jest rozmawianie o naszych losach z przymrużeniem oka, specyficzną zwadą i ironią. Ten zabieg zastosowano w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Najnowsza premiera, 1989, w reżyserii Katarzyny Szyngiery to z jednej strony rozprawienie się z mitami, zdjęcie ich z cokołów, ale także zdetronizowanie niegdysiejszych bohaterów – ze styropianu – pokazanie ich jako zwykłych ludzi, którym w życiu szło o coś ważnego. Zapewne ta demitologizacja jest ważna, ale przede wszystkim kluczowym jest wskazanie ikonicznych postaci z lat 1980-1989 w jakże pozytywnym świetle, które stoi w opozycji, do lansowanego na szczeblu państwowym, odmiennego katalogu bohaterów. Dziś Kuronia, Frasyniuka, Michnika czy Wałęsy ciężko odnaleźć w narracji mediów publicznych. Są na piedestał wskazywani Olszewski, Macierewicz i inni. Podział jest jasny. Pytanie dlaczego nie możemy mówić o naszej niedawnej historii pełnym głosem, tylko zawsze z ukazywaniem „ich” i „nas”?

Przedstawienie Szyngiery, przygotowane wspólnie ze współscenarzystami Marcinem Napiórkowskim i Mirosławem Wlekłym, też nie ustrzegło się owego grzechu – pominięcia, wykluczenia, ograniczenia. Jasnym jest, że nie da się opowiedzieć o dziesięciu milionach w Solidarności, ale brak niektórych postaci jest zastanawiający. Autorzy tworzą opowieść wokół trzech rodzin: Lecha Wałęsy, Władysława Frasyniuka oraz Jacka Kuronia. Ale nie tyle mężczyźni odgrywają kluczową rolę, co właśnie ich żony. Odkrywczym jest zauważenie kobiet w rewolucji lat osiemdziesiątych. To nie tylko Danuta Wałęsa, Krystyna Frasyniuk, Grażyna Kuroń, ale również Alina Pienkowska, Henryka Krzywonos i Anna Walentynowicz są bohaterkami owego świata. To mądry zabieg, bowiem wątek kobiecy jest pomijany i degradowany. Na szczególne uznanie zasługuje scena mowy Danuty Wałęsy, która odebrała nagrodę Nobla w imieniu swojego męża. Ale nie dane jej było wypowiedzieć słów własnych, tylko te napisane przez mężczyzn. To zjawiskowa scena. Pełna żarliwości i walki, tych które zdominowane zostały przez swoich mężów. Szkoda, że ów wątek nie został rozwinięty. Bowiem pokazanie, że przy „Okrągłym stole” stronę opozycyjną reprezentowała jedna kobieta – niezauważona Grażyna Staniszewska – byłoby jeszcze bardziej wymowne. Dopełnienie mogło stanowić wskazanie zmarginalizowania pań w „drużynie Wałęsy” podczas wyborów parlamentarnych roku 1989. Ich miejsca zajęli dojrzali panowie, którzy wielokrotnie słowem nie odezwali się podczas posiedzeń Sejmu czy Senatu. Szyngiera odkrywa bolesną prawdę. Kobiety to matki, żony, partnerki. Bojowniczki internowane w Gołdapi, opiekunki ogniska domowego, ale będące w cieniu swoich wspaniałych mężczyzn. Gdy oni siedzieli i budowali „nową Polskę”, one praktycznie bez słowa, w cieniu, o nią walczyły. W domu przy pralce, stoczni, tramwaju, szpitalu. To mądra diagnoza. Pełna smutku, ale i zapału.

Widowisko przeplata gorycz i zabawa. Autorzy nie kryją, że inspiracją (nawet trzeba powiedzieć, że chyba więcej, bo kalki są zauważalne) stał się amerykański musical Hamilton autorstwa Lin-Manuela Mirandy. Wzorzec zza oceanu poświęcony był Alexandrowi Hamiltonowi, ojcowi-założycielowi Stanów Zjednoczonych Ameryki. Ta Ameryka wczorajsza, historyczna, została opisana współczesnym językiem i formą. Przez scenę, podobnie jak w Krakowie, przewijał się cały kalejdoskop postaci historycznych z Lafayettem, Waszyngtonem i Jeffersonem na czele. To wszystko w klasycznym kostiumie, ale z hip-hopem, R&B, popem i soulem. Identycznie jest w Słowackim. Opowieść ma formę krwistego, w dobrym tego słowa znaczeniu, musicalu, gdzie śpiew i taniec odgrywa pierwszoplanową rolę. Kompozycje Andrzeja „Webber” Mikosza są proste, ale świetnie wpadają w ucho. Ten rapowy styl, niezwiązany w ogóle z latami osiemdziesiątymi, jest najlepszą drogą trafienia do młodego pokolenia. Owa komunikatywność jest strzałem w dziesiątkę. Treść poszczególnych piosenek, przeszyta ironią i humorem, stanowi dopełnienie muzycznego utworu. Nastrój wieczoru nie ma nic z nadęcia, akademii ku czci przeszłości. To opowieść o ludziach, którzy kochali, żyli, funkcjonowali, a przede wszystkim chcieli zmieniać szary otaczający świat. W legendzie pozostał optymizm i nadzieja szesnastu miesięcy solidarnościowego karnawału. I właśnie ta radosna atmosfera przebija się w tym spektaklu.

Najjaśniejszą stroną przedstawienia jest zespół. Tak jak w latach osiemdziesiątych masa zaangażowanych w losy państwa, tak dziś grupa aktorów wygrywa, wyśpiewuje i tańczy opowieść o minionych latach. Szczególnie istotne są kobiety. Jakby wywiedzione ze sceny więziennej z niedawnych Dziadów Mai Kleczewskiej. Tam wrzucone do celi, za słowa i czyny, tu walczą o rzeczywistość. Gaja Kuroń w wykonaniu Magdaleny Osińskiej to niekwestionowana liderka, z wewnętrzną żarliwością i zapałem. Mowa Danuty Wałęsy (Karolina Kazoń) z zespołem tanecznym jest istną petardą rozsadzającą przestrzeń sceny i widowni. Wśród męskiej części wyróżnia się pełen autoironii i śmieszności Lech Wałęsa (Rafał Szumera), nostalgiczny, wycofany, pełen bólu Jacek Kuroń (Marcin Czarnik), a także przebojowy, odmienny i wyrazisty, świetnie śpiewający, Władysław Frasyniuk (Mateusz Bieryt). Ale i drugi plan, to perełki i ciekawie przygotowane role. Aleksander Kwaśniewski w wykonaniu Antka Sztaby to po prostu mistrzostwo. Jednak gdyby nie współpraca i zapał całego zespołu, to trudno byłoby mówić o sukcesie tegoż widowiska.

Mimo owego dobrego przyjęcia, odnalezienia ciekawego sposobu do ukazania nie tak odległych wydarzeń, rodzi się pytanie czy jednak podtytuł „pozytywny mit” nie sugeruje, iż jest to opowieść selektywna i ułomna. Owszem teatr ma pełne prawo do naginania faktów, nawet mówienia nieprawdy, ale gdy zabieramy się do opowiedzenia rzeczywistych dziejów, to czy nie jest naszym obowiązkiem podążać literą faktów? I tu zaczynają się wątpliwości. Autorzy eliminują postaci, tych którzy byli obok, ale już nie z nami. Niektórzy pojawiają się jak mgiełka, we wspomnieniach. Część nawet nie zaistnieje. Fakty zostają uproszczone, pomieszane i co najtrudniejsze jednowymiarowo zinterpretowane. Ale to już prawidła sztuki. Największym sukcesem jest, że znalazł się odważny, aby „wstać z kolan” nabożności i opowiedzieć żywą historię o naszych niedawnych dziejach. Taką, która jest atrakcyjna dla każdego pokolenia. Co z tego, że nie do końca zgodna z faktami, ale może stanie się przyczynkiem do tego, że niejeden widz sięgnie do książki o najnowszej historii Polski. A to już bardzo dużo.

1989, scenariusz: Marcin Napiórkowski, Katarzyna Szyngiera, Mirosław Wlekły, reżyseria: Katarzyna Szyngiera, Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, premiera: grudzień 2022.

[Benjamin Paschalski]

 

Fot. Bartek Barczyk



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *