ZATAŃCZ ZE MNĄ – „DANCE ME” – BALLETS JAZZ MONTREAL

ZATAŃCZ ZE MNĄ – „DANCE ME” – BALLETS JAZZ MONTREAL

Eksperyment w tańcu, jego innowacyjność jest siłą napędową tejże sztuki. Klasyka ukazuje techniczne możliwości tancerzy i zespołów oraz jest studnią, z której jak kolejne wiadra wody, wyłaniają się przetworzenia i odkrycia artystyczne, które wpisują się na trwałe do almanachów historii baletu. Jednym z nich było pojawienie się tańca jazzowego na przełomie wieku dziewiętnastego i dwudziestego. Ukształtowany w świecie Afroamerykanów łączy w sobie technikę klasyczną, modern oraz akrobatykę. Wymaga od artystów świetnego przygotowania fizycznego, siły oraz werwy. Rytm, będący jego podstawowym elementem, zmusza do doskonałego współgrania z muzyką, a także może czegoś niezauważalnego – charyzmy i uwiedzenia publiczności, która pragnie oddechu, a także nowatorskiej, odkrywczej formy. W Polsce rzadko mamy możliwość obcowania z tą sztuką. Chyba ostatni raz, profesjonalny pokaz, odbył się w maju 1993 roku w Warszawie, za sprawą nieistniejącej już niderlandzkiej formacji Djazzex Modern-Jazz Dance Company. Było ciekawie, odkrywczo i zachęcająco. Jedną z tancerek zespołu była, dziś wielka postać światowej choreografii, Annabelle Lopez Ochoa. I właśnie jej nazwisko pojawia się w kolejnym spotkaniu z tańcem jazzowym.

Mowa o kanadyjskiej formacji, utworzonej w 1972 roku, Ballets Jazz Montreal, która odbywa europejskie tournée z już rozpoznawalną pracą Dance Me do utworów legendarnego barda o zjawiskowym głosie, samotnika z północnoamerykańskiego miasta – Leonarda Cohena. Z tego mariażu jazzowego tańca z głębią literacką oraz muzyczną miał wyjść spektakularny wieczór. Na dodatek choreografię przygotowała trójka znamienitych twórców: wspomniana Ochoa, pochodzący z Grecji Andonis Foniadakis oraz Brytyjczyk Ihsan Rustem. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że jest sukces. Publiczność wychodziła ze spektaklu zachwycona i uwznioślona. Ale pod powłoką dobrze skonstruowanego tanecznie wieczoru kryje się pułapka powierzchowności i płytkości. Zresztą najwięcej pytań pozostaje o rolę trójki choreografów, bowiem zostali podpisani jako triumwirat, a nie tworzący autonomiczne części. Dziwny to zabieg. Niespotykany. Ale czas odpowiedzieć na pytanie, co nie wyszło, gdy jest tak pięknie?

Najbardziej nie lubię, gdy zwiastuny filmowe są lepsze niż same produkcje. Dotyczy to każdej dziedziny twórczości. Czy to filmu, teatru, czy tańca. W przypadku kanadyjskiego spektaklu mamy właśnie taki efekt. W krótkiej zajawce, świetnie zmontowanej, do muzyki, której w ogóle nie ma w widowisku, mamy cały przekrój świata tańca. Zachwyca, urzeka, zniewala. Myślisz – muszę to zobaczyć! Niestety, gdy zasiadasz na widowni, widząc identyczne, powtarzalne sceny pozostajesz znudzony i myślisz sobie – to już było. Główny problem z Dance Me polega właśnie na owej trudnej do zaakceptowania wtórności postępujących po sobie scen. Owszem są one ubarwione technicznymi atrakcjami – projekcje, ciekawe światło – ale nie zmienia to faktu, że faktura tańca jest nieznośnie niezmienna. Wykonanie jest bardzo dobre i należy pochwalić umiejętności czternastki wykonawców. Pomysłowość układu, zgodna z ideą tańca jazzowego, winna zadowolić każdego. Sola, duety, które niezwykle sprawnie przechodzą w grupowe sekwencje naszpikowane są oryginalnością, a także niesłychaną skalą trudności. W Dance Me to the End of Love solista jest jak zagubiony mężczyzna, którego atakują kolejne tancerki. Dokonuje się to niesłychanie sprawnie, ale również w szczególnym zwolnieniu, które płynie jak delikatny nurt rzeki. Niestety inne fragmenty nie posiadają już takiej poezji. Ma być i jest: szybko, dynamicznie, różnorodnie. Tylko problem z tym, że nie wszystkie kroki adekwatne są z podkładem muzycznym. Często idą w poprzek, są zaprzeczeniem tego, co słyszymy. Odbiór jest dziwny, by nie powiedzieć zaskakujący, ale w negatywnym znaczeniu. Inny fragment, gdy projekcja ukazuje piłkę, którą odbijają soliści, to podkreślone są nogi tancerzy – też wyczyn jest raczej pod zachwyt publiczności, a nie przemyślany sens opowieści. I ta właśnie jest drugim mankamentem. Autor idei Louis Robitaille oraz dramaturg i inscenizator Eric Jean nie mogli chyba zdecydować się o czym ma być ta opowieść. Oczywiście, punktem wyjścia stał się pieśniarz Leonard Cohen, ale również jego świat utworów i poezji. Zanim rozpoczęła się sceniczna kariera Kanadyjczyka, tworzył on frazy do własnego dziennika. Szesnaście wykorzystanych piosenek to zamknięte światy, mikrokosmosy, które posiadają własnego ducha i wnętrze. Tylko, że pomysłu starczyło zaledwie na kilka z nich. Część jest zdublowana, bowiem można się zastanowić jak opowiedzieć kolejny raz miłość? Trudne pytanie. Jeszcze gorzej, gdy twórcy wprowadzają Alter ego artysty, który przechadza się samotnie w pustkowiu miasta. Nie wiadomo kim jest i kim na być. Podkład recytowanych i wyświetlanych jego tekstów czyni akademię ku czci, co jest trudnym do zaakceptowania. Ale już szczytem niemocy są dwie piosenki wykonywane przez tancerki – śpiewane, nie tańczone, z kończącym wieczór Hallelujah włącznie! Istny wyciskacz łez, ale efekt mizerny. To, co utrzymuje wieczór, to oczywiście dobry taniec, choć widzimy kilka razy to samo, to można się zachwycić i powiedzieć – taniec jazzowy ma siłę i moc!

To spotkanie z kanadyjskim zespołem i ikoną muzyki, która bardziej była rozpoznawalna w Polsce niż w macierzystym kraju, jest pełen dwuznaczności. Gdyby odrzucić ową pompatyczność, wtórność, pseudo-inscenizacyjną nowoczesność, to udałoby się skonstruować pierwszorzędny wieczór. Zabrakło klimatu i żarliwej gorączki. Tancerze są klasą dla siebie, świetnie czują się w zaproponowanej formie, również technicznie nie można nic zarzucić przedstawieniu, które dzięki kilku efektom zbliża się do najlepszych klipów do zobaczenia w muzycznych stacjach telewizyjnych. Ale zazwyczaj przerost ambicji zabija skromność jakości. I taki efekt jest w Dance Me.

Świat tańca ewoluuje, zmienia się, choć jego klasyczne formy zawsze będą z nami. Taniec jazzowy zasługuje na większą uwagę, bowiem choć technicznie trudny i wymagający dla wykonawców, to jest niezwykle efektowny dla publiczności. Oby zawitał wreszcie na nowo w naszym kraju. Ale lepiej w formie ekspresji ruchu, a nie przeładowanej formule jak miało to miejsce w Baletts Jazz Montreal.

Dance Me, muzyka: Leonard Cohen, choreografia: Andonis Foniadakis, Annabelle Lopez Ochoa, Ihsan Rustem, Ballets Jazz Montreal, pokaz w Friedrichshafen, marzec 2023.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Acemedia



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *