ZDRADZENI I UPOKORZENI – „GISELLE” – BALLET DE L’OPERA NATIONAL DU RHIN W STRASBURGU

ZDRADZENI I UPOKORZENI – „GISELLE” – BALLET DE L’OPERA NATIONAL DU RHIN W STRASBURGU

To miasto jest kwintesencją Europy. Faktyczna stolica naszego kontynentu. Małe, urokliwe, zjawiskowe. Strasburg. Jego Stare Miasto to perła i mieszanka prądów kulturowych. Lekko na obrzeżach, jego historycznej części, znajduje się teatr operowy – Opera National du Rhin, oczywiście z dopełnieniem – Opera d’Europe! A jakże – owa europejskość, w tym mieście, na granicy między Francją a Niemcami, przesiąknięta jest kosmopolityzmem i różnorodnością. Regionalizm Alzacji konkuruje, w pozytywnym sensie, z uniwersalizmem Europy. Piękna to równowaga i różnorodność. W strukturze sceny muzycznej funkcjonuje zespół baletowy prowadzony przez Bruno Bouche. Kompania liczy ledwo trzydziestu tancerzy i jest klasycznym przykładem poszukiwań artystycznych poza głównym nurtem wielkich ośrodków miejskich. To początek porównań do naszego życia baletowego, a owych komparatystyk będzie więcej. W ostatnim roku życie taneczne Francji rozpoczęło nowy etap. W nie do końca jasnych okolicznościach, z funkcją kierowniczą w Operze Paryskiej, pożegnała się Aurelie Dupont. Jej miejsce zajął hiszpański tancerz, choreograf i były szef artystyczny Compania Nacional de Danza – Jose Martinez. Równie ciekawa zmiana dokonała się w biennale tanecznym w Cannes, gdzie Brigitte Lefevre zastąpił Didier Deschamps dyrektor Chaillot – Theatre National de la Danse. Co ciekawe, mimo interesujących i gorących nazwisk twórców, nad Sekwaną można zauważyć stagnację. Co prawda w Europie przebojem stała się choreografia Pokoju z widokiem, triumwiratu (La)Horde w wykonaniu Baletu Narodowego w Marsylii, jednak ciężko doszukać się więcej interesujących prac, w innych częściach Francji. Dlatego niezwykle ciekawa stała się podróż do kraju, kolebki tańca i to nie do metropolii, ale do małego ośrodka, który przygotowuje zaledwie kilka prac w sezonie. I mogę stwierdzić, że było to doświadczenie co najmniej interesujące.

Do przygotowania najnowszej premiery zaproszono Martina Chaix. Choreografa w Polsce praktycznie nieznanego i anonimowego. Twórca urodzony w 1980 roku we Francji, praktykował w zespole Opery Paryskiej, a także w kompaniach niemieckich, a od 2015 roku przygotowuje własne prace. W Strasburgu przedstawił oryginalną inscenizację Giselle. Przedstawienie złożone z dwóch części odchodzi od klasycznej formuły lukrowanej opowieści. Nie ma niewinnej, chorej na serce dziewczyny, zakochanego w niej, obłudnego księcia, a także pełnego niesamowitości aktu drugiego. Choreograf pierwowzór traktuje luźno. To swego rodzaju impresja o dziewczynie. I co ważne, nie jest to narracja o jednej zdradzonej, oszukanej i porzuconej, ale o splocie nieszczęścia miłości. Giselle to marzycielka, żyjąca poszukiwaniem własnego, indywidualnego szczęścia. Świat wokół to zakochani, cierpiący i radośni. I jest ta, która w niej się kocha. To Hilarion(a). Choreograf obsadza w tej partii tancerkę. I jest to ciekawy ruch ukazujący związek, niemożliwy, homoseksualny. To dyskretna opowieść, jak muśnięcie motyla. Więcej w nim metafory i platonicznych wyobrażeń niż rzeczywistej relacji. Ale ma ów związek walor szczególny, nieoczywisty. Akcja osadzona jest bowiem w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, o czym świadczą, plakaty w dekoracjach, czyli czasie dopiero wychodzenia z nieśmiałości i wstydu, miłości do tej samej płci. Giselle, płocha i niepewna, zauroczona jest Albrechtem. Ale ten to istny podrywacz, przebiera w kobietach jak w koszyku pełnym jabłek, tu dwie, tu jedna i życie ma toczyć się w podrywie. Bowiem każda jego. I nagle dochodzi do przełomu. Druga część to świat odrzuconych, porzuconych, zdradzonych. Przewodzi mu Myrtha. Owi autsajderzy od życia, miłości, pogodzeni z samotnością, ale nie odrzucający wspólnotowości „wolnego” świata, stają się nadzieją na szczęście, na stanie się kimś ważnym i potrzebnym. Giselle daje ostatnią szansę wybrankowi. Mężczyzna nie umie się zmienić, przegrywa. Bohaterka zostaje sama. Ale na jej twarzy rysuje się uśmiech. Jest sobą. Zwyciężyła. Wygrała siebie. Co ważne Chaix buduje pełną opowieść taneczną, nie ma zbędnej, pustej pantomimy. Co prawda ruch, posiadający technikę neoklasyczną, w wielu miejscach jest wtórny i nudny, ale artysta buduje klarowne i spójne widowisko. Najgorzej wypadają sceny zbiorowe w akcie pierwszym. Są bardzo szkolne i schematyczne. Dużo lepiej jest po przerwie, gdy dynamika i dobre tchnienie, niweluje niekiedy niedobory techniczne zespołu.

Niezwykle ciekawa jest warstwa muzyczna przedstawienia. Jej wyboru dokonał choreograf. Do fragmentów, poprzestawianych i nieodwzorowujących układu kompozycji pierwowzoru, dzieła Adolphe Adama dokooptowano dwie symfonie, w naszym kraju również nieznanej, Louise Farrenc. Te utwory dziewiętnastowiecznej francuskiej pianistki i kompozytorki, tworzącej w duchu romantycznym, stały się świetnym uzupełnieniem. Ich podkład towarzyszy głównie sekwencjom zbiorowym, a werwa i wewnętrzne sprzeczności w muzyce idealnie współgrają z treścią opowieści. Ten zabieg oczywiście nie był przypadkowy. Bowiem Chaix, poświęcając balet kobietom, nie zapomniał również o hołdzie dla żeńskiej przedstawicielki świata muzyki. Orkiestrę symfoniczną Miluzy prowadziła Sora Elisabeth Lee. Niestety zespół muzyczny wielokrotnie rozjeżdżał się, grał nierówno, nieprecyzyjnie. A szkoda. Bo pierwszy raz wysłuchanie symfoniki Farrenc wymagało lepszego zespołu i kapelmistrzyni.

To co do końca nie udawało się w orkiestronie, zrekompensowali wykonawcy głównych ról. Na szczególne i wielkie oklaski zasługuje Avery Reiners odtwarzający Albrechta. Niesłychanie precyzyjny, skoczny, posiadający dobre warunki, błyszczy na scenie. Wariacja w akcie pierwszym jest perełką choreograficzną, której autor baletu nie podarował już Giselle – Ana Enriquez. Mimo to jej nostalgia i bijąca niewinność emanują ze sceny. Jednym z najważniejszych elementów jest scenografia, symboliczna i umowna. Jej autor Thomas Mika świetnie zróżnicował obrazy. Część pierwsza to przestrzeń zamknięta, klaustrofobiczna, ograniczona, a druga będąca lasem, z dwoma latarniami, stanowi dopełnienie myśli choreografa, świata wolności i wyzwolenia.

Wieczór z Giselle w Strasburgu to z jednej strony przemyślany koncept artystyczny, świetny, z odkryciem, dobór muzyki i warstwa wizualna. Jednak pozostaje mankamentem wykonanie, szczególnie partii grupowych i przygotowanie orkiestry. Mimo owych niedociągnięć to wizyta w małej „stolicy Europy” posiada niebagatelny walor artystyczny. Poszukiwania własnego repertuaru, oryginalnej produkcji to droga dla zespołów z małym zasobem kadrowym i ograniczonymi możliwościami technicznymi. Nie ma korowodu białych tancerek, jest pomysł i koncept na miarę możliwości. Warto odkrywać takie miejsca, nie na szlaku wielkich miast ze znanymi instytucjami kultury, bo mimo pewnych słabości, może być ciekawie i odkrywczo.

Giselle, muzyka Adolphe Adam, Louise Farrenc, choreografia Martin Chaix, dyrygent Sora Elisabeth Lee, Ballet de l’Opera National du Rhin w Strasburgu, premiera: styczeń 2023.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Agathe Poupeney