TĘCZOWA PODRÓŻ – „PRISCILLA, KRÓLOWA PUSTYNI. MUSICAL” – TEATR MUZYCZNY CAPITOL WE WROCŁAWIU

TĘCZOWA PODRÓŻ – „PRISCILLA, KRÓLOWA PUSTYNI. MUSICAL” – TEATR MUZYCZNY CAPITOL WE WROCŁAWIU

To jest hit! Nie boję się tego słowa użyć. W ostatnich latach dwukrotnie miałem poczucie, że muszę wstać do oklasków. Pierwszy raz po Klątwie Olivera Frljica w warszawskim Teatrze Powszechnym, a dokładnie tydzień temu po musicalu Priscilla, królowa pustyni w Teatrze Muzycznym Capitol we Wrocławiu. Nie ma drugiego, w naszym kraju, przedstawienia tak optymistycznego, spontanicznego, żywiołowego. Co ważniejsze tak świetnie pomyślanego i wpisanego w naszą rzeczywistość. I to tu i teraz. Jadąc do stolicy Dolnego Śląska myślałem sobie: będzie jak na Broadwayu albo West Endzie. Odtworzą film, pośpiewają i pojedziemy zadowoleni do domu. Ale nie! We Wrocławiu jest nie tyle zadowolenie, ale zachwyt. Bowiem oryginalność wygrała ze sztampą. Wspaniały wieczór i każdy musi odbyć tę podróż nie tylko przez Polskę na scenie, ale w głąb samego siebie.

Uwielbiam ten film. Był rok 1994 lub 1995 gdy znalazł się w Polsce. Chwilę po zmianach ustrojowych pojawia się coś odmiennego. Na ekranach Priscilla, królowa pustyni opowieść o trójce przyjaciół podróżujących autobusem przez bezdroża Australii. Ale to nie było tak znaczące. Najważniejsze kto nim jechał. Dwójka transwestytów i osoba transseksualna. W Polsce nikt nie wiedział o co chodzi. „Wychodzenie z szafy”, poznawanie i odkrywanie nowego dopiero raczkowało. A tu taka petarda! I rzeczywiście to było niesamowite doświadczenie. Relacje między podróżnikami, nastrój, klimat, nienawiść i zawiść. Ale także to, co działo się wokół – społeczeństwo homofobiczne i wrogie. To wszystko dwadzieścia pięć lat temu. Patrzymy za okno w naszym kraju. Powtórka z tego, co mieliśmy. Nadal „polowanie na czarownice”. I właśnie ten wrocławski spektakl jest nowym otwarciem, mówi szczerze o tym jak jest i daje nadzieję. Tęczową nadzieję – jak może być.

Przedstawienie we Wrocławiu ma trzech bohaterów na scenie, ale także trójkę genialnych realizatorów. Należy zacząć od Konrada Sierzputowskiego, tłumacza i dramaturga. Język, który został wykorzystany w przedstawieniu iskrzy się dowcipem, riposty w dialogach Mitzi, Bernadette i Felici są krwiste, żywe i dosadne. Nie ma przebacz. Możemy razem podróżować, ale chyba raczej rywalizujemy. Cytując Wyspiańskiego: „My jesteśmy tacy przyjaciele, co się nie lubią”. Dodatkowo akcja zostaje umieszczona w Polsce. Cała podróż ma miejsce od Warszawy do Wałbrzycha, ze szczególnymi przystankami w Wieluniu i na Górnym Śląsku. To świetnie skomponowana droga. Przemyślana. Drugi bohater to Cezary Tomaszewski, reżyser przedstawienia. Perfekcyjnie skomponował widowisko. Widz nie ma szansy na znudzenie, tylko czeka na kolejny pomysł inscenizatora. A one są jak w talii kart. Stopniowane, ale czasem jedna scena przebija kolejną. Najciekawsza jest sekwencja wiejska. To jest mistrzostwo. Zawsze na prace tegoż reżysera patrzyłem ze sceptycyzmem, szczególnie na warszawskie dokonania. Jednak ostatnie dolnośląskie przedstawienia pokazują klasę mistrza teatru muzycznego: Gracjan Pan w Capitolu czy Wolny strzelec w Operze są udanymi próbami dobrych opowieści. Obecnego sukcesu nie byłoby bez scenografki Aleksandry Wasilkowskiej. Jej pamiętna instalacja oddychającej wyspy w Burzy Garbaczewskiego w Teatrze Polskim we Wrocławiu jest jednym z najważniejszych osiągnięć architektury sceny ostatnich lat. Jednak w Priscilli artystka idzie dalej. Jej fantazja jest nieokiełznana. Już sama kurtyna jest tak dwuznaczna i ociekająca różnobarwnym kolorytem i erotyzmem, że chce się zajrzeć co kryje się za nią. A jest naprawdę ciekawie. Ośmiornica pastelowa jako autobus – żywy mechanizm podróży, czy ostatnia scena na Jasnej Górze to plastyczne zjawiska, które długo pozostają pod powiekami. Jej kostiumy pełne inwencji i oryginalności, niczym z podwodnego świata baśni przywodzą na myśl filmowe bajki o Panu Kleksie. Bowiem ta scenografia jest właśnie pastelowym krajobrazem podróży, nie może być nudy, musi być jaskrawo – tak jak na ulicy wyzwolonego miasta. Plastyka wbija klin w szarość naszej codzienności. Jest zjawiskowo i oryginalnie. Nie można zapomnieć o choreografii Barbary Olech. Tu jest istne mistrzostwo. Faktycznie tancerze są non stop na scenie – też ewenement w naszym teatrze muzycznym, gdzie zazwyczaj jest statycznie i w stylu jeden śpiewa, stu patrzy. Tu inaczej – ruch, ekspresja, żywioł. To wszystko w klimacie dobrego klubu nocnego, gdzie seks i wyuzdanie styka się z elegancją i dostojnością.

Sama opowieść, choć wpisana w nasz krajowy klimat, jest spójna z filmową wersją. Podróż, wsie i miasta. Patologie, niechęci. Miłość i spełnienie. Oraz cel. Odnalezienie siebie i pogodzenie się z własną przeszłością. Jest to sprawny teatr. Dobrze pomyślany. Co najważniejsze żywy, a sceny są tak szybkie, że chciałoby się krzyknąć – jeszcze! Musical Priscilla. Królowa pustyni nie posiada własnej ścieżki muzycznej. Jest kompilacją największych hitów disco i pop. Czego nie ma w tym przedstawieniu! Zaczyna się od It’s raining men przez Venus do nieśmiertelnego środowiskowego hitu I will survive Glorii Gaynor. To jest jak hymn podróży. Każde wykonanie to perełka, w świetnych aranżacjach Adama Skrzypka.

W obsadzie musicalu wrocławskiego mamy etatowych aktorów Teatru Muzycznego. W rolę Mitzi wciela się Albert Pyśk. Jest nieco statyczny i chyba nie do końca przekonany o tym kim naprawdę jest. Ten sam problem dotyczy Bernadette Justyny Antoniak, która ma być transseksualistą, a jest sto procent kobiety w kobiecie. Najpełniej w postać Felici wciela się Rafał Derkacz. Zarówno odmienne walory fizyczne, jak i dobra modulacja głosem czyni z niego pierwszorzędnego geja i transwestytę. On dominuje scenę, stając się divą i gwiazdą wieczoru. To świetnie poprowadzona rola. Mimo uwag całe trio, mimo różnic charakterów i odmienności, ukazuje co to znaczy przyjaźń w trudnej otaczającej rzeczywistości. Należy podkreślić zgrany cały zespół wykonawców, ze szczególnym nagrodzeniem grupy tanecznej.

Przedstawienie we Wrocławiu to wieczór w świecie kultury campu queer, wielobarwności i różnorodności. To nie lekcja tolerancji, ale równości. Szkoda, że teatr odrabia to, co powinni dawno zrobić politycy i my jako społeczeństwo w naszym działaniu i sumieniach.

Priscilla, Królowa pustyni. Musical, reżyseria Cezary Tomaszewski, Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu, premiera: październik 2022.

                                                                                                       [Benjamin Paschalski]

Foto: Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu



4 thoughts on “TĘCZOWA PODRÓŻ – „PRISCILLA, KRÓLOWA PUSTYNI. MUSICAL” – TEATR MUZYCZNY CAPITOL WE WROCŁAWIU”

  • Byłem widziałem – moim zdaniem żenada. Wszystkie piosenki playbacku. Nawet się nie wysilili, żeby chociaż jedną ktoś zaśpiewał na żywo. Orkiestra, to tylko atrapa udają że grają i tak wszystko leci z tzw. taśmy. Do tego natrętna ideologia lewacka z obśmiewaniem ludzi wierzących. Szkoda czasu i pieniędzy chyba, że ktoś chce się wynudzić.

  • Dla mnie ten spektakl to kupa w złotym papierku. Obraża katolików. Po drugie pokazuje że LGBT to nieograniczony seks, wyuzdanie a także kicz, tandeta i profanacja tego co święte. Pewnie spektakl miał pokazać homofobię ale pokazuje że LGBT to syf. Myślę że każdy normalny facet, gdyby okazało się że kobieta, która się do niego dobieta, to przebrany facet, nie bylny szczesliwy. To była moja ostatnia wizyta w Capitol.

  • Od lat jeżdżę z grupą po Polsce aby zobaczyć dobre musicale. Ten był zdecydowanie najgorszy. Część z mojej grupy poddała się i nie wróciła po przerwie żeby zobaczyć ciąg dalszy. Nie zachwyca jakość wykonania, sposób przedstawienia problemu po prostu NIC. Wszystkie byłysmy zdegustowane. Żenada. Porównując do znakomitych musicali takich jak m.in. Grease (Gdynia), Mamma Mia, Aida (Roma), Jesus Christ Superstar (Łódź) na Priscillę absolutnie SZKODA CZASU i pieniędzy. NIE POLECAM!!!

  • Mi się nie podobało. Prymitywne dialogi. Humor oparty na przekleństwach. Środowisko gejowskie pokazane od najgorszej strony, jako ociekający seksem syf, pełen degeneratów życiowych o inteligencji pantofelka. Spektakl niskich lotów, żenujący, obraźliwy i odpychający. Nie wysiedzieliśmy do końca bo się nie dało. Nawet muzyka przedstawiała bylejakość.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *