ZMORY – „NACHTTRAUME” – BALLET ZURICH

ZMORY – „NACHTTRAUME” – BALLET ZURICH

W życiu każdego teatromana pozostają widowiska niezapomniane. Takie, do których powraca się w myślach mimo upływu lat, dziesięcioleci. W mojej pamięci jest kilka takowych zdarzeń. Oczywiście nie czas przypominać dziecięce wzruszenia, ale raczej skupić się na wieku dojrzałym. Gdy zamykam powieki widzę świat Tadeusza Kantora w jego spektaklu wykonywanym już bez niego w stołecznym Teatrze Polskim przez jego zespół Cricot2. Podczas Warszawskich Spotkań Teatralnych w roku 1992 prezentowano Dziś są moje urodziny. Cóż to był za spektakl! Po plecach przechodziły ciarki. Szczególny seans pamięci ukazywał fenomenalne myślenie teatralne, oczarowujące i rzucające na kolana jako coś niedoścignionego. Kilkadziesiąt lat później to samo miasto i znów teatr na literę P. Tym razem Powszechny i Klątwa Olivera Frljicia. Miałem przyjemność być na premierze, gdy atmosfera napięcia i chorej fobii posmaku skandalu, pisana dziennikarską niemocą, dojrzewała. Zawiadomienia do prokuratury miały dopiero nadejść a masowe protesty przed sceną stawały się czymś niemożliwym do wyobrażenia. Ostre cięcie bałkańskiego twórcy było otrzeźwieniem i artystycznym spełnieniem. W scenicznym świecie publicystycznej narracji i inscenizacyjnej precyzji przeglądaliśmy się jak w lustrze obłudy i zakłamania nie tylko hierarchów kościoła, ale również tych wszystkich, którzy są częścią katolickiej wspólnoty, niemo patrzących i akceptujących patologię tejże instytucji. Bolało, doskwierało, ale też trafność słów ukazywała symbiozę myśli. Pewnej niemocy, ale również nadziei, że teatr porusza istotny problem, staje się ważnym głosem w debacie społecznej, a co ważne nawet ją wyprzedza, będąc jej katalizatorem. O tym spektaklu napisano setki artykułów, udzielono tyleż samo wywiadów i komentarzy. To przedstawienie na zawsze będzie w historii naszego teatru, a co więcej chyba jest w myślach tych wszystkich współodczuwających świat sztuki scenicznej, którzy wierzą, że jego rolą jest coś więcej niż zabawa i rozrywka. Owa nadzieja w terapeutyczno-polityczno-społeczną rolę widowiska powróciła po wizycie w Zurichu. Tym razem to nie scena dramatyczna, ale taneczna zauroczyła i zachwyciła pomysłowością oraz korespondowaniem z dniem dzisiejszym.

Marcos Morau  to kataloński twórca, który studiował fotografię, taniec oraz teatr. W naszym kraju znany jest z osiągnieć własnej formacji „La Veronal”, ale obecnie częściej można go spotkać jako kreatora w pracy z najciekawszymi kompaniami tańca na całym świecie. Jego jedna z ostatnich produkcji to Nachttraume. Owe sny, zmory nocne, zwidy senne, to nie bajkowa opowiastka, która spowoduje, że po opuszczeniu teatru, pełni radosnego spełnienia, w dobrym nastroju, kładąc się w wykrochmalonej pościeli prześpimy spokojną noc. To raczej przerażający obraz naszej egzystencji. Niesamowity, oczarowujący i zniewalający. Koncept Moraua jest dość prosty, a dla znawców tańca logiczny do rozszyfrowania – gdy mówimy o inspiracji, a nawet pewnych dramaturgicznych zapożyczeniach. Praca nawiązuje do ikonicznej choreografii Kurta Joossa z 1932 roku – Zielony stół. Chwilę przed objęciem władzy przez Adolfa Hitlera w Niemczech, artysta powracał do traumy wojny, ale w przewrotny sposób. Ów zielony stół to pole aktywności panów w czerni, którzy w zrytualizowanym, powtarzalnym, marionetkowym ruchu wadzą się nad losami świata. To nie tyle satyra na ład wersalski, ale wizja, że wszystko pozostaje w rękach polityków, dyplomatów, którzy faktycznie nie przejmują się szarym człowiekiem i jego egzystencją. Ów fragment przeplata się ze scenami rzeczywistego konfliktu, ofiar i ludzkich tragedii. Tu prym wiedzie spersonalizowana śmierć, będąca nieodłącznym towarzyszem ludzkiego losu. Jak koło powraca świat pseudodialogu, sztucznych gier świata władzy. Ów taneczny epos, wpisujący się w nastrój ówczesnego świata, był nie tylko formą „tańca śmierci” towarzyszącego człowieczej doli, ale przede wszystkim ukazywał politykę jako narzędzie wrogie wobec jednostki. Choreografia posiadająca znamiona prostych, powtarzalnych gestów, wywiedzionych z życia codziennego, ukazywała bliskość sztuki tańca do tego, co go otacza. Jooss, chyba jako jeden z pierwszych ukazał, że forma estetyczna może mieć również wymiar refleksji nad tym co wokół, rzeczywistości na chwilę przed największą pożogą dwudziestego wieku – II Wojną Światową. Morau mocno wzoruje się na koncepcji sprzed dziewięćdziesięciu lat. Wykorzystuje pewne schematy inscenizacyjne, dekoracyjne, ale jego opowieść jest o nas, dzisiaj, tym co nas dotyczy w dwudziestym pierwszym wieku.

Już początek wieczoru jest dobrze pomyślany, wygaszenie żyrandola nad widownią jest jak awaryjne wyłączenie światła. W tę czerń zaczynają wkraczać postaci. Pierwszą z nich jest Królowa Nocy (Ruben Drole). Niejednoznaczna seksualnie, wywiedziona jako czarna bohaterka z opery Wolfganga Amadeusza Mozarta Czarodziejski flet jest demiurgiem zdarzeń. Odkrywa świat ciemnego świata, snu, ale czy przypadkiem to nie jest to, co nas otacza w codzienności? Gdy podnosi się kurtyna centralnym punktem sceny jest okrągły stół. A spod niego zaczynają wyłaniać się postaci. Niesamowite, demoniczne. To jak robaki, niebezpieczne owady, które atakują z ukrycia. Ubrani w różnorodne kombinacje stroju bieli i czerni, z idealnie ułożoną fryzurą, gdzie zatracają się płcie, zaczynają zapełniać scenę stając się marionetkami, lalkami w rękach swojej mocodawczyni. Budują świat perwersyjnej gry z widzem jak w filmach Louisa Bunuela. Ciekawość tancerzy jest niesamowita. Demonicznym wzrokiem chcą posiąść publiczność, zdobyć jej serca niczym polityk na wiecu wyborczym. Tylko oferta nie jest atrakcyjnym produktem, ale światem podporządkowania. W owym owalu zaczyna się dialog niczym podczas posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych, tylko nikt nie może się porozumieć, trwa nieustanny spór, kłótnia. Pojawiają się osoby w garniturach, które zdejmują olbrzymie żarówki tworząc własne głowy – niczym oświeconych mędrców globu. Przemierzający ludzie biznesu z nieodłącznymi czarnymi aktówkami, ukazują magię dominacji pieniądza. Jednak najbardziej drastycznym staje się obraz nieustannej kontroli widzianej przez system kamer przemysłowych, a przecież to wszystko dla naszego wspólnego bezpieczeństwa. Morau idzie dalej ukazuje barany, które ulegają uwiedzeniu Królowej Nocy i już mnożą się interpretacje o kontroli żywności, a może jednak snów. Świat nieustannej dominacji, wymysłów ograniczeń, podporządkowania zaczyna wymykać się spod kontroli. Dotychczasowi koryfeusze politycznych fanaberii zaczynają buntować się. Ofiarą staje się dotychczasowa ikona, która ginie na ołtarzu zbudowanym z kilkudziesięciu krzeseł. To niczym pieśń nadziei z Folwarku zwierzęcego Georga Orwella, gdy zwierzęta jednej farmy buntują się przeciw dominacji świń. Wcześniejsza rewolucja wyniosła je do rangi najwyższej, dziś niziny w imię obrony własnej godności i niezależności, obalają samozwańczych liderów, a tak naprawdę manipulantów i hochsztaplerów politycznej gry.

Siłą owego spektaklu jest spełnienie trzech elementów: narracji, świadomej opowieści wymierzonej w opresyjne państwo, klimatu skonstruowania przestrzeni ciemności – czerni, z wyidealizowanymi postaciami tancerzy, w których można się jednocześnie zakochać i je znienawidzić. Jednak najważniejszy pozostaje taniec. To co oferuje Marcos Morau jest niesamowitym zbiorowym układem wywiedzionym z synchronicznych form wykonawczych teatru lalek. Kompozycja dopracowana została w każdym szczególe, niuanse takie jak spojrzenia czy ułożenie twarzy odgrywają niezwykle istotną rolę. Ten zbudowany dla kilkudziesięciu tancerzy układ pokazuje niesamowitą formę szwajcarskiego zespołu. Tu nie ma głównych ról, jest świetna kompania, która wzbudza strach, przerażenie i zniewolenie. Kompozycja muzyczna Clary Aguilar jest niepokojącym brzmieniem, wspartym elektronicznym bitem, który pobudza do szaleńczego tańca. Trudno go opisać, ale ma w sobie ową diabelską siłę, że opuszczając przestrzeń teatru nieustannie o nim myślałem, będąc oczarowanym pomysłowością choreografa. Z jego układem jest jak z obrazami Pablo Picasso. Surrealistyczna kreska i specyficzny, geometryczny układ abstrakcyjnych postaci, odwzorowany został w tanecznym żywiole. Jego praca nacechowana jest czerpaniem z wielu źródeł kultury, głównie obszaru Hiszpanii. To niesamowita moc konsolidacji sztuk wywiedzionych z magii kręgu Iberii. Nie ma flamenco, ale pozostaje żar ruchu, fatalistyczna wizja ciemnej strony świata, która nie toczy się tylko nocą, ale każdego dnia w wielu europejskich miastach myślących o sobie, że są opoką demokracji, a to tylko fasada i farbowana w najgorszy sposób ściana taniego, popularnego graffiti.

Doświadczenie w Zurichu jest jedną z najważniejszych prac teatru tańca w ostatnim czasie. Jest jasną wypowiedzią polityczną, aluzyjną, na pewno nie metaforyczną. Zrealizowana z wielką pasją, artystycznym zacięciem oraz w fenomenalnym, grupowym wykonaniu. Ukazuje jak ważne jest korespondowanie ze wszystkim co nas otacza. Taniec współczesny budował swoją pozycję poprzez obserwację i czerpanie z tego co wokół. Nie byłoby pewnych osiągnięć, gdyby nie rewolucja społeczna lat siedemdziesiątych, punku lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku, a także tego, co pokazuje Morau dziś – owładnięcia świata pseudowizją bezpieczeństwa i wszechobecnych macek polityki. Jego praca to otrzeźwienie w tym skomplikowanym naszym (nie)ładzie geopolitycznym. Czy znów taniec staje się przestrogą jak dzieło Joossa na chwilę przed tragedią? Oby owa historia się nie powtórzyła. Dlatego każdy polityk winien zmierzyć się z zurichskim zdarzeniem artystycznym. Inaczej nigdy nie zrozumiemy jakie popełniamy błędy – człowiek człowiekowi, a dokładniej ludzie władzy-społeczeństwu.

Nachttraume, choreografia Marcos Morau, muzyka Clara Aguilar, Ballet Zurich, pokaz: listopad 2023.

[Benjamin Paschalski]


Photo Gregory Batardon



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *