WRÓŻBA ULRYKI – „BAL MASKOWY” – OPERA ŚLĄSKA W BYTOMIU

WRÓŻBA ULRYKI – „BAL MASKOWY” – OPERA ŚLĄSKA W BYTOMIU

Trwający sezon przejdzie bez wątpienia, do almanachów opisujących dzieje budynków operowych, jako jeden z najbardziej ciekawych. Bowiem dwie przestrzenie architektoniczne historycznych budowli: w Poznaniu i Bytomiu przeszły metamorfozę i po kilku latach przerwy oraz rewitalizacji powitały na nowo publiczność spragnioną sztuki operowej i baletowej. O ile w stolicy Wielkopolski w przestrzeni foyer i szatni nie widać wielkich zmian, o tyle technika i zaplecze sceniczne przeszły olbrzymią przemianę. Prawie analogicznie jest w śląskim mieście, z tą różnicą, że można zauważyć przebudowę, która dla widzów ma negatywne skutki. Po pierwsze, zmniejszyła się liczba toalet, obecnie tworzą się gigantyczne kolejki przez co przerwa trwa w nieskończoność, a po drugie, nikt nie pomyślał o udrożnieniu szatni. Spływający tłum z całej przestrzeni widowni do jednego miejsca powoduje gigantyczny zator, który niezwykle trudno rozładować. Miało być bardziej funkcjonalnie a jest na odwrót – można nadal narzekać. Jednak inauguracje to sprawa kluczowa od strony artystycznej. W obu miejscach otwarto podwoje nowymi produkcjami oper Giuseppe Verdiego. W Poznaniu królował Otello, a w Bytomiu przypomniano Bal maskowy. I tak sobie myślałem cóż takiego jest w tym utworze, że właśnie na wskrzeszenie funkcjonowania przywołuje się tę operę? Kilka lat temu tytuł ten przypomniała również Opera na Zamku gdy powracała po przerwie do rezydencji Książąt Pomorskich. Powodów jest zapewne kilka. Pierwszym i chyba najważniejszym, że z całego szerokiego kalejdoskopu kompozytorskiego Giuseppe Verdiego pojawia się on dość rzadko na naszych scenach. Kolejnym argumentem może być to, że libretto jest klarowne, niezawiłe, przesiąknięte wokalnymi perłami. Również wątek opowieści kumulujący miłość i powinność królewską, a szerzej władcy, może stać się ciekawym materiałem dla pracy inscenizatorskiej. Za tło opowieści posłużył bowiem fakt z kresu życia króla Szwecji Gustawa III. Niezwykle ciekawej postaci, wielkiego miłośnika teatru, który dokonał żywota w skutek zamachu dokonanego na jego życie podczas maskarady w operze sztokholmskiej. Jego chęci odwrócenia prawideł postępującej liberalizacji życia politycznego i wprowadzenia modelu oświeconego absolutyzmu spotkały się ze sprzeciwem szlachty i zawiązaniem spisku. Verdi wraz z librecistą Antonio Sommą w ową polityczną intrygę włączyli nutę miłosną, dodając pieprzu opowieści i tworząc krwisty operowy dramat namiętności życia publicznego i rozterek serca. Muzyka świetnie współgra z ową opowieścią, dając publiczności możliwość przeżywania ludzkich uległości duszy. Jednak to, co zobaczyliśmy w Bytomiu, to niestety prosta historyjka, która poparta została wywodem reżyserskim w programie, który absolutnie nie współgra z tym, co możemy zobaczyć na scenie.

Reżyserię powierzono Annie Wieczur, która pragnęła stworzyć opowieść o przeznaczeniu, któremu ulega główny bohater za sprawą wróżby czarownicy Ulryki. Jednak, mimo wskazanych tropów nie ujrzymy ich w przygotowanej pracy. Królowi nie towarzyszą żadne czarne postaci, które miały być symbolem metafizyki i świata nadprzyrodzonego. Co więcej, są one partnerami jego wybranki serca, żony najbliższego przyjaciela, Renato – Amelii. Tym samym buduje się coś zupełnie odwrotnego. To kobieta jest naznaczona ową fatalną wróżbą i to jej kompanię tworzą siły nadprzyrodzone. Gustaw rysuje się jako rozpieszczony bachor i przypomina sekwencję z filmu Z miłości Anny Jadowskiej. W tym obrazie para bohaterów, myśląc o własnej egzystencji, decyduje się zagrać w filmie porno. Chłopak, gdy już dochodzi do nagrania, odtwarzając postać hydraulika, zadaje pytanie: przepraszam, czy ja przyszedłem odpowietrzyć kaloryfery, czy zmienić uszczelkę? I właśnie w owej ironii jest sedno niemocy roli operowej. Nie wiemy kim jest ten Król Gustaw w inscenizacji bytomskiej. Skoro niewiadomą pozostaje główna postać, to dalej może być tylko gorzej. Reżyserka nie radzi sobie ze scenami realistycznymi. Początek, w sali pałacowej, jest fatalny. Można odnieść wrażenie, że jesteśmy na dworze rosyjskiego Cara, bowiem kostiumy lokują świat w tejże krainie geograficznej. Część chórzystów, ubranych w ukraińskie wyszywanki, wygląda jak pańszczyźniani chłopi, a nie szlachta zacnego skandynawskiego państwa. Trzeci akt to istny melanż możliwości od sceny rodem wziętej z Anny Kareniny Lwa Tołstoja, gdy Renato odbywa rozmowę z żoną o zdradzie, tłem staje się los dziecka. A ostatnia sekwencja przedstawienia to niczym kadry z filmu Trędowata, gdy wirują pary w transie nadchodzącej tragedii. Całość jest nieznośnie statyczna, nieprzemyślana, pogubiona. Najciekawiej wypadają sceny w świecie nadprzyrodzonym. Demoniczna Ulryka umieszczona w centralnym punkcie jest zjawiskowa, złowieszcza, znacząca niczym stuletnie drzewo, skamielina w wiecznej pozie egzystencji. Tylko jest małe ale…. Treść utworu mówi, że akcja tejże sceny odbywa się w chacie, a nie w lesie, który symbolizuje dekoracja. Równie efektownie rozegrano, dzięki projekcji i adekwatnemu oświetleniu, fragment na wzgórzu straceńców, gdzie Amelia poszukuje tajemnego zioła służącemu zapomnieniu o miłości.

Do współpracy zaproszono choreografkę Izadorę Weiss. Nazwisko tej klasy artystki zobowiązuje. Ale niestety pierwsze sekwencje opętania Amelii na szczycie góry są wstydliwe i nieporadne, dopiero w ostatniej scenie widać klasę układu, który współgra z narastającym napięciem zbrodni w wirze tanecznego zapału. Jednak i tu można doszukać się niekonsekwencji. Skoro taneczne postaci odwołują się do świata dziwów i odmienności w odróżnieniu od tego, co realne, to dlaczego nie są towarzyszami Ulryki? Logicznym byłoby ukazać je na służbie owej czarnej postaci ziemi, jej trwania i bytu. To właśnie ona pobudza namiętności i życiowe wybory. I z ową inscenizacją jest tak, że w pamięci pozostanie właśnie owa wizja nierealistyczna, a to co winno być osią intrygi przeminie w gąszczu niepamięci.

Strona muzyczna – orkiestrowa – pozostawia wiele do życzenia. Zespół gra na dwa możliwe sposoby: albo głośno, albo matowo. Nie ma w tym wykonaniu polotu, zniuansowania, wyciszenia. Brzmi wszystko jak marsze, a przecież w owej muzyce pełno jest subtelności i duszy. Dyrygent Tomasz Tokarczyk nie odrobił lekcji, nie zbudował wartościowego podkładu dla wykonania solistów. A tu mamy istny sznur pereł. I właśnie to są największe ozdoby owego chybionego widowiska. Łukasz Załęski jako Król Gustaw oczarowuje swoim donośnym tenorem, który ma piękną barwę. Jego przyjaciel, a ostatecznie morderca Renato – Stanislav Kuflyuk posiada niezwykle dojrzały, mocny głos, współgrający z charakterem postaci. To trio zamyka wierny służący monarchy Oskar Gabrieli Legun, która dysponuje sopranem o pięknej barwie i świetnie bawi się swoją rolą. Jednak niekwestionowaną królową pozostaje Małgorzata Walewska w partii Ulryki. Jej barwa głosu nic nie traci na sile i dźwięku, a pamiętam jej występ w warszawskim Teatrze Wielkim w Carmen Bizeta chyba dobrych dwadzieścia pięć lat temu. Ale nie tylko strona wokalna, ale również aktorska zachwyca i oczarowuje. Jej demoniczny rys twarzy, spojrzenie, ukazuje siłę wróżby i napędzanie złych mocy, które doprowadzą do nieszczęśliwego finału.

Bytomska historia wywiedziona z opery Verdiego o miłości i władzy, splocie nieszczęśliwych przypadków, które mają swoje nieodwracalne skutki nie zachwyca od strony inscenizacyjnej, ale ukazuje rangę solistów w większości zaangażowanych na stałe w Operze Śląskiej. To wielki walor i osiągnięcie, gdyż to chyba najlepsza drużyna wokalna w naszym kraju. W ów inauguracyjny wieczór wkradł się jeszcze jeden zgrzyt. To program do spektaklu. Już zwracałem uwagę na niespójność tekstu reżyserki z tym, co możemy zobaczyć na scenie. Ale lapsusów jest więcej. Na przykład biogram Anny Wieczur, w trzech wersach, mówi o tym samym – realizacjach i nagrodach za słuchowiska Polskiego Radia. A szczytem już niekompetencji jest podpis pod projektem kostiumu Ulryki – niby postaci Uryka 1! A warto zwrócić uwagę, że redaktorów było czterech, oj chyba jeszcze o drugie tyle za mało.

Należy wierzyć, że ów wieczór to tylko chybiona wprawka, wypadek przy pracy. Należy pamiętać, że sezony poprzedzające remont należały do niezwykle udanych: Król Ubu, Romeo i Julia czy zjawiskowy Don Desiderio. Oby scena powróciła do dobrej teatralnej formy, gdyż wokalnie jest pierwszą ligą. Choć najbliższy sprawdzian to baletowe przedsięwzięcie – Makbet też do muzyki Verdiego, to operowo trzeba próbować, gdyż nie każdy bal musi być udany. Ale na razie chyba lepiej założyć maskę, aby ukryć zawstydzenie tym, co obecnie można zobaczyć.

Bal maskowy, Giuseppe Verdi, kierownictwo muzyczne Tomasz Tokarczyk, reżyseria Anna Wieczur, Opera Śląska w Bytomiu, premiera: grudzień 2023.

[Benjamin Paschalski]


Fot. Karol Fatyga Fotografia