Najnowsze

WZLOTY I UPADKI THOMASA SHELBY’EGO – „PEAKY BLINDERS. THE REDEMPTION OF THOMAS SHELBY” – RAMBERT

WZLOTY I UPADKI THOMASA SHELBY’EGO – „PEAKY BLINDERS. THE REDEMPTION OF THOMAS SHELBY” – RAMBERT

Wielka Brytania to tygiel kulturowy. Nie tylko w wymiarze społecznym, ale również oferty artystycznej. To siedlisko wielu kompanii tanecznych. Jedno z ważniejszych miejsc zajmuje zespół o rodowodzie powiązanym z Polską – Rambert. Związany z Marią Rambert, tancerką baletów rosyjskich, emigrantką I wojny, która osiadła na Wyspach i stworzyła własną szkołę oraz zespół baletowy. Początkowo pod nazwą Ballet Club, a następnie przybierając nazwisko twórczyni. Dziś to jedna z najbardziej rozpoznawalnych formacji w świecie tańca współczesnego, a na jej czele stoi od 2018 roku Benoit Swan Pouffer. Ten urodzony we Francji choreograf, część swojego zawodowego życia spędził w Stanach Zjednoczonych.

MONOLOG NA STOŁKU – „KOMEDIANT” – TEATR NARODOWY W WARSZAWIE

MONOLOG NA STOŁKU – „KOMEDIANT” – TEATR NARODOWY W WARSZAWIE

Mało jest utworów, które są świetnym barometrem społecznym. Na dodatek uniwersalnym, który pozostaje z nami na długi czas. Owszem scena dogania współczesność, ale poprzez reinterpretację, nowe odczytanie. Jednak takich dzieł, które zawsze będą aktualne i powiedzą nam wiele o kondycji społeczeństwa czy też pewnego środowiska jest jak na lekarstwo. Do jednych z ważniejszych autorów w moim życiu należy Thomas Bernhard. Ten niekwestionowany lider austriackiego pisania, oceniania i budowania odważnych tez, uczynił wiele dobrego dla naszego teatru. Jego utwory stały się kuźnią dla indywidualnej pracy Krystiana Lupy. Dzięki nim mistrz analitycznie ukazywał mieszczaństwo – jego przywary i wady.

MALARZ TAŃCA – „VORTEX” – RUSSELL MALIPHANT DANCE COMPANY

MALARZ TAŃCA – „VORTEX” – RUSSELL MALIPHANT DANCE COMPANY

Gdy zastanawiam się, co łączy malarstwo ze sztuką tańca, to pierwsze skojarzenia wędrują do czasów Baletów Siergieja Diagilewa. Ten szczególny epizod unifikował wiele dziedzin artystycznych. Nowatorska muzyka, takaż sama choreografia i oczywiście element dopełniający – dekoracje i kostiumy. Rosyjski impresario, dbając o każdy szczegół, nie zapominał o efekcie wizualnym, powierzając oprawę największym ówczesnego świata. Do kolejnych, nowych produkcji szkice przygotowywali: Leon Bakst, Nikołaj Roerich, Aleksander Benois czy Pablo Picasso. Wielkie dokonania w tym zakresie mamy również w Polsce, gdy wyróżniający się artyści sztuk wizualnych kreowali dla baletu. Warto przypomnieć premierę tegoż sezonu Polskiego Baletu Narodowego, gdzie do Giselle ponownie ożywiono dawne szkice i malarskie pejzaże Andrzeja Majewskiego. Ów powrót do dawnych malowanych horyzontów, zastawek, krajobrazu osadzonego między fantazją a realizmem wzbudza zachwyt, ale również kolekcjonuje przeszłość. To spuścizna najciekawszych dokonań minionego okresu, która leżakuje w archiwach, ale winna być często przypominana, nam – współczesnym. Ale jak zatańczyć malarstwo? Czy to jest w ogóle możliwe i realne? Niekoniecznie ożywić obraz czy szukać w nim inspiracji, co uczyniła między innymi Izadora Weiss, posiłkując się twórczością Jacka Malczewskiego, ale stworzyć fantazję wokół pewnego nurtu, który wywarł niebywałe piętno dla świata sztuki. Rzecz niemal nierealna, ale zmaterializowana. Ostatnia praca Russella Maliphanta jest właśnie takim lśnieniem, blaskiem zaczerpniętym z odmiennego świata, w której zastosowano świetną technikę współczesnego tańca. Artysta wykorzystał, jako inspirację, malarstwo ekspresjonizmu abstrakcyjnego wywodzącego się z amerykańskiego twórczego okresu lat czterdziestych dwudziestego wieku. Emigranci z Europy, w nowych warunkach, odmiennego świata ukształtowali jeden z najbardziej unikalnych prądów, który do dnia dzisiejszego zachwyca i jak widać oddziałuje na inne dziedziny kultury. Twórczość Maxa Ernsta, Marcela Duchampa czy Marca Chagalla pełna niejednoznaczności i swoistej tajemnicy posiada pokłady inspiracji dla ruchu. Bowiem kapanie farbą na rozłożone płótno przez Jacksona Pollocka jest jak zjawiskowy akt improwizacji w tańcu. Właśnie aktywność i twórczość wspomnianego artysty to główna oś INP może wydawać się to niemożliwe, to w swojej ostatniej pracy pobudza zmysły i układa świat kreacji potencjalnej sekwencji tworzenia dzieła. Ale nie pędzlem, tylko ciałem.

Pracownia Maliphanta znajduje się w zachodnim Londynie. Przestrzeń postindustrialna, wokół nadal funkcjonujące mini fabryki i zakłady pracy. Excelsior Studios to miejsce intrygujące. Wchodząc przechodzimy przez mini galerię, a także długi korytarz z boksami pracowni galanteryjnych, siedlisk twórczych, małych warsztatów kreacyjnych. Kilkadziesiąt małych pomieszczeń, w każdym zapał do działania w sztuce, która może być sensem życia i zarobkowania. Dalej już miejsce choreografa. Pięćdziesiąt miejsc na widowni i przestrzeń pokazu. Czuć tchnienie laboratorium, małego przyczółku kreacji. Artysta wita widzów. To co mnie w nim uderza i jednocześnie zachwyca, to niesłychany spokój. W późniejszej, krótkiej wymianie zdań, bije od niego niesamowita łagodność, wyciszenie, a nawet nieśmiałość. Właśnie jego prace oceniane są jako pola wysublimowania. Niektórzy nazywają go poetą sceny, estetą tańca, gdzie elegancja miesza się z niezwykłym efektem delikatności wpływającym na wszystkie zmysły odbiorców. Tancerze już są w polu gry, rozgrzewka, przygotowanie. To co zastanawia to brak specjalnego kostiumu, ich ubiór to faktycznie strój ćwiczebny. I konkluzja jest jasna. Nie ma znaczenia w czym występujesz, bowiem najważniejszy jest taniec. Vortex, w tłumaczeniu Wir, to nie podróż przez proces kreacji, ale droga przez dzieło. Maliphant tworzy zjawiskowe obrazy, w których światło (Ryan Joseph Stafford) odgrywa niezwykle istotną rolę. Nie tylko oświetla, ale również tworzy cienie poszczególnych tancerzy. Pogłębia i wyłuszcza ruch. Dodatkowo projekcje rzucane w pola wykonawców kształtują formę niczym rozprysk farby na płótnie tworzonego dzieła. To proces kreacji, stwarzania, budowania, poszukiwania alternatyw. Jedynym elementem dekoracji jest prostokątna ruchoma platforma. Początkowo w pozycji pionowej jest niczym nagie płótno założone na sztaludze, gdzie tworzy się nowa kreacja, a następnie będąc w pozycji horyzontalnej ukazuje już poezję ruchu. Nerwowa i nieoczywista muzyka skomponowana przez Katyę Richardson współgra z układem, kształtuje zmienne pola wyobraźni. Jednak najważniejszy jest taniec. Piątka tancerzy wykonuje ów poetycki, delikatny, choć niezwykle trudny i siłowy, układ zjawiskowo. Właśnie współdziałanie i wzajemne zaufanie jest niezwykle istotne. To nie tylko prezentacja umiejętności, ale tworzenie, kreowanie. Niektóre fragmenty wyglądają jak improwizowane. Jednak to mylny trop. Cała praca jest niezwykle dobrze pomyślana i skonstruowana. Maliphant stosuje zabieg podróży po stopniach wtajemniczenia, budowania, obrazowania. Zaczyna się niewinnie od rzucania cienia na pustą drewnianą platformę, etap kolejny to projekcje i układające się ciała w owym specyficznym i oryginalnym oświetleniu. Następnie swoiste falowanie zawieszonego wiadra, które rysuje kontrasty i niewidzialne więzi, niczym nici relacji pomiędzy tancerzami. Jednak owym olśniewającym pejzażem jest wykorzystanie piasku, który wolnym strumieniem sączy się z sufitu pokrywając ciała wirujących wolno, powtarzalnie, jak w ruchu derwiszy, tancerzy. Niczym mgła owa delikatna powłoka pokrywa ziemię, tworząc na podłodze nowe dzieło. Ukształtowane niedbale, spontanicznie. Bez konkretnego zamierzenia i odwzorowania rzeczywistości. Świat malarstwa abstrakcyjnego ekspresjonizmu połączył się z tańcem współczesnym. Owa unifikacja jest dobrze przemyślana i co ciekawe potrafi zauroczyć i zastanowić na dłuższą chwilę.

Excelsior Studios przed wyjściem oferuje mały kufel piwa. Sącząc chmielowy napój długo myślę o tym miejscu, pierwszy raz zobaczonej pracy Russella Maliphanta, a także prostym cudzie sztuki. Jest ona czymś niesamowitym, bowiem wpływa na nasze zmysły, zmienia myślenie, przetwarza, rekonstruuje. Ale jest to tylko możliwe w owym laboratorium, autonomicznym miejscu, w którym można konstruować własny kosmos. I może to jest klucz do współczesnej choreografii – własne zespoły, siedliska kreacyjne. Bowiem efekt w Londynie jest intrygujący, a o obrazach Pollocka będę już inaczej myślał, bo przecież mogą też być tańcem.

Vortex, choreografia Russell Maliphant, Russell Maliphant Dance Company, pokazy w Londynie, maj 2023.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Russell Maliphant Dance Company – Vortex © Roswitha Chesher

MINIATURA MŁODYCH – „ANTYGONA” – UNIWERSYTET MUZYCZNY IM. FRYDERYKA CHOPINA W WARSZAWIE

MINIATURA MŁODYCH – „ANTYGONA” – UNIWERSYTET MUZYCZNY IM. FRYDERYKA CHOPINA W WARSZAWIE

Jednym z największych walorów szkół teatralnych w Polsce i na świecie są dyplomowe prezentacje. Jeszcze nie tak dawno mieliśmy w Warszawie międzynarodowy przegląd tychże instytucji, a łódzki, coroczny festiwal to jedno z najważniejszych wydarzeń miasta. Siłą owych wykonań jest ukazanie talentów kolejnych pokoleń adeptów sztuki scenicznej. Te zaledwie jednoroczne doświadczenia, spotkania ze spektaklami dyplomantów, ukazują pozycję naszej edukacji artystycznej. Niestety w sztuce tańca mamy pewne deficyty – zarówno edukacyjne jak i ukazywania szerokiemu odbiorcy efektu wieloletniej pracy. Owszem Wydział Tańca krakowskiej szkoły teatralnej dokonuje owych regularnie, ale szkoły baletowe czynią to okazjonalnie. Analogicznie jest z dorobkiem Wydziału Tańca warszawskiego Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina.

NA TRZY CZWARTE – „BEETHOVEN I SZKOŁA HOLENDERSKA” – POLSKI BALET NARODOWY, TEATR WIELKI-OPERA NARODOWA W WARSZAWIE

NA TRZY CZWARTE – „BEETHOVEN I SZKOŁA HOLENDERSKA” – POLSKI BALET NARODOWY, TEATR WIELKI-OPERA NARODOWA W WARSZAWIE

Niderlandy – kraina szeroka i rozległa, w której drobną część zajmuje Holandia. My przyzwyczailiśmy się do tej drugiej nazwy jako obowiązującej dla całego określenia owego kraju Beneluksu. Co interesujące, od kilku lat rząd walczy o ujednolicenie w nazewnictwie, wspierając Niderlandy jako formę właściwą. Głównym aspirantem, do owej zmiany, stała się branża turystyczna, która dąży do unicestwienia obrazu stricte rozrywkowego na rzecz kulturowo-krajobrazowego. Ów wywód nie jest przypadkowy, bowiem pretekstem stała się premiera Polskiego Baletu Narodowego. Łącząc nazwisko jednego z najważniejszych symfoników wszech czasów – Ludwiga van Beethovena z trzema ważnymi postaciami baletów Niderlandów powstał wieczór – Beethoven i szkoła holenderska.

HISTORIA PEWNEGO KAMIENIA – „MELODRAMAT” – TEATR POWSZECHNY IM. ZYGMUNTA HÜBNERA W WARSZAWIE

HISTORIA PEWNEGO KAMIENIA – „MELODRAMAT” – TEATR POWSZECHNY IM. ZYGMUNTA HÜBNERA W WARSZAWIE

W schyłkowym okresie Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej Telewizja Polska powołała do życia program, który ukazywał zjawisko, które było tabu w życiu społecznym, choć występowało powszechnie. Wódko, pozwól żyć prowadzony przez Halszkę Wasilewską, stanowił format interwencyjny wsparcia dla rodzin osób borykających się z chorobą alkoholową, a także wskazywał społeczny kontekst patologii. Alkohol, kieliszek wódki, kufel piwa to istotny element twórczości artystycznej. Kto nie przywołuje pamiętnej sceny z Popiołu i diamentu w reżyserii Andrzeja Wajdy, która stała się ikonicznym obrazem wspomnienia nad zapalonymi szklankami spirytusu. Problem alkoholowy natomiast jest nie tylko tematem filmów, ale i przedstawień teatralnych. Do owego aspektu powrócił warszawski Teatr Powszechny. Do pracy zaprosił Annę Smolar, która z szóstką aktorów przygotowała instruktarz sceniczny o tym, jakie mogą być skutki picia i upicia. I ten melanż, chyba tworzony w oparach procentowych, zaśmieca głowy odbiorców, gdyż po pierwszej scenie wiadomo co się wydarzy. Punktem wyjścia jest film Wojciecha Jerzego Hasa ze zdjęciami Mieczysława Jahody – Pętla. Zrealizowany na podstawie opowiadania Marka Hłaski, będący traumatyczną opowieścią kilku godzin z życia Kuby, który w kieliszku poszukuje ucieczki od bieżącego świata, a tragiczny finał to zaciśnięcie kabla od telefonu na własnej szyi. W rolach głównych wystąpili Gustaw Holoubek i Aleksandra Śląska. I właśnie owa ekipa filmowa, osadzenie akcji w konkretnym środowisku artystycznym, gdzie bohaterowie, zmieniając role i płcie, dywagują, oceniają, relacjonują, współtowarzyszą alkoholowemu odurzeniu jednego bohatera. Inscenizatorka uniwersalizuje problem, zmienia to, co kobiece w męskie. Kubą są aktorki, Krystynami – aktorzy. Postaci przechodzą, mijają, zmieniają się sekwencje w tym swoistym katalogu sytuacji z flaszką w tle.

Aktorski sekstet rozgrywa ów dramat początkowo w hermetycznym świecie teatru. Zupełnie jakby ten problem dotyczył tylko wąskiej grupy społeczeństwa. Na szczęście w drugiej części katalog bohaterów się rozszerza, a świat pokrywają zagubione dusze i świadkowie, nieme ofiary zachłyśnięcia procentowym płynem. Jednak ów wątek aktorsko-filmowo-teatralny jest wręcz nieznośny. Kolejny raz twórcy zmuszają widzów do oglądania brudu instytucji kultury. Odtwarzanie prawdziwych scen, nie jest teatrem, a właśnie zbliża do programu Wasilewskiej sprzed prawie półwiecza. Trywialne dialogi na poziomie luźnej gadki, którą można toczyć z nieznajomym na przystanku komunikacji miejskiej, zniesmaczają i odpychają. Sekwencje sprzed hotelowej windy, szczególnie na teatralnej scenie, to istny przykład niemocy, powtórzeń i rozwleczenia akcji, którą można zminimalizować do kilku słów. To trwa, ciągnie się, nudzi, oburza. Dodatkowo reżyserka wprowadza, aby było atrakcyjnie, fragmenty taneczne. Żal i zęby bolą nad pomysłami ruchu Karoliny Kraczkowskiej, które sięgają prostej rytmiki z przedszkola. Deliryczne trzęsienie rąk, rączka na serduszko i samolocik z rąk – szczyt powtarzalnego gestu człowieka z problemem. Dalsze fragmenty ukazują pogłębione relacje prywatne, stosunek do żon, kochanek i kochanków, dzieci. Tylko owa niby czuła diagnoza, świadectwo bólu rodzin i najbliższych, nie jest żadnym odkryciem, ale zebraniem przemyśleń wykonawców jak im się to wydaje. Buduje się fałszywy obraz rzeczywistości, któremu nie można ufać. Z założenia jest sztuczny, nie ma interesującej pracy dramaturgicznej, a zaledwie sloganowość wynikająca z obserwacji występujących. Szczytem megalomanii i grafomanii są wiersze Natalii Fiedorczuk, puste jak pudełko po zapałkach. Jest źle, a najgorsze dopiero nadchodzi. Ofiary alkoholizmu partnera-partnerki decydują się opuścić drugą połówkę. To trudny, odważny krok. I można byłoby na tym zakończyć ten wywód, ale po co. Jeszcze damy dialog, a właściwie monolog Anny Ilczuk, która nam powie, czego się boi, a z czego się cieszy. Mamy nowy pacierz tego, co doświadczyła partnerka alkoholika. To po co zatem ten wcześniejszy wywód, jak zakończenie kumuluje wszystko co wcześniej się rozegrało? Unieważnia, zanudza, budzi niepokój o rolę teatru. Przecież scena nie może być tyradą dla kalki rzeczywistości, ale raczej rzetelną opowieścią nawet o tym co nas otacza.

Przestrzeń opracowana przez Annę Met to olbrzymi kamień i jego odpryski, które pokrywają scenę. I już nie mamy wątpliwości – alkoholizm to skała, którą ofiara dźwiga na swoich plecach, a także ból i ciężar dla świadków, towarzyszy uzależnienia. Warto powrócić do trywialności ostatniej sceny. Anna Ilczuk siedzi na kamieniu obok niej Karolina Adamczyk. Rozmawiają. W ręku pierwszej – kamień. I scena śmieszy zupełnie. Brak wiary w inteligencję widzów jest wielki. Wygląda ona jak „kobieta z pieńkiem” z Miasteczka Twin Peaks. Tajemnicza niewiasta wywoływała uśmiech politowania, ale i zastanowienia. Dokładnie tak jest ze spektaklem w Powszechnym. Wszystko jest jasne od pierwszej sekundy spektaklu, ślimaczy się niemiłosiernie, nie posiada dobrego tekstu, rytmu, a rości sobie prawo dla barometru społecznego. Przykre doświadczenie i wielki zawód.

Miało być spotkanie z Hłaską, czułość, ból więzi i relacji. A efekt mizerny. Jest dramat. Wielki dramat teatru. Do niego należy wchodzić odpowiedzialne. A ostatnia premiera zmusza do upicia i zapomnienia. Efekt odwrotny do zamierzonego.

Melodramat, scenariusz i reżyseria: Anna Smolar, Teatr Powszechny im. Z. Hübnera w Warszawie, premiera: maj 2023.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Magda Hueckel

KAŻDE ŻYCIE TO JEDEN FILM – RECENZJA FILMU „TONIA”

KAŻDE ŻYCIE TO JEDEN FILM – RECENZJA FILMU „TONIA”

Bardzo lubię słuchać muzyki w słuchawkach, kiedy podróżuję lub po prostu przemieszczam się między wsiami, miasteczkami, a najbardziej wówczas, kiedy jadę w komunikacji miejskiej w wielkich metropoliach. Czuję się jak w ekranizacji jakieś historii. Obserwuję nieznanych mi ludzi, którzy bezwiednie stają się aktorami w moim jednorazowym, niepowtarzalnym filmowym teledysku. Co najwspanialsze, każdego dnia obsada się zmienia i pojawiają się inne wątki. Wyobrażam sobie czym żyją napotkani po drodze ludzie, co robią w życiu, czy są szczęśliwi czy może smutni, czy kogoś kochają, jakie sprawy zaprzątają ich myśli i czas, jaka jest ich historia … W zasadzie to każde życie, to materiał na opowieść.

POEZJA RUCHU – „ALORS ON DANCE… !, 7 DANCES GRECQUES, BOLERO” – BEJART BALLET LAUSANNE

POEZJA RUCHU – „ALORS ON DANCE… !, 7 DANCES GRECQUES, BOLERO” – BEJART BALLET LAUSANNE

Zawsze fascynowała mnie postać tegoż choreografa, który jest patronem zespołu z Lozanny. Maurice Bejart, chyba najwybitniejszy twórca układów baletowych dwudziestego wieku, wielki artysta francuskiego i światowego tańca. Każda jego kolejna realizacja wzbudzała emocje. Co najważniejsze rewolucjonizowała i redefiniowała myślenie, co dzięki klasycznej formie można przekazać współczesnemu odbiorcy. Zarówno europejskie produkcje jak i japońskie eksperymenty wzbudzały zachwyt, ale i polemikę, ekstazę, a także buczenie skrajnie konserwatywnej publiczności. Jednak co niezaprzeczalne technika Bejarta ukształtowała refleksję pokoleń nad jakością baletu, tym co można nim opowiedzieć, jakie wywołać emocje.