MANIFESTY – „MARAT/SADE” – WROCŁAWSKI TEATR WSPÓŁCZESNY

MANIFESTY – „MARAT/SADE” – WROCŁAWSKI TEATR WSPÓŁCZESNY</strong>

Temat Wielkiej Rewolucji Francuskiej powraca do naszego współczesnego teatru z zadziwiającą częstotliwością. To, jak swoiste tchnienia, oddechy, które korespondują z dniem bieżącym. W duchu zrywu znad Sekwany dostrzec można mechanizmy władzy, spory ideowe, a także apoteozę wolności, wielokrotnie zbrukaną w kałuży krwi paryskiej ulicy. Niekwestionowaną ikoniczną postacią, dla naszej sceny, która obrała ową problematykę jako życiową powinność i pasję, była Stanisława Przybyszewska. Ukochała Robespierre’a, a deprecjonowała Dantona. Jej trzy dramaty, to faktyczny, nieustanny spór o racje rewolucji: Sprawa Dantona, Dziewięćdziesiąty trzeci i Thermidor. Dla teatru jej dramatopisarstwo jest tym, czym dla nauki polskiej prace Jana Baszkiewicza. Dla powojennego teatru, Przybyszewską ponownie odkrył Jerzy Krasowski, którego postać, podobnie jak jego żony Krystyny Skuszanki, należy przypominać, gdyż odeszli w środowiskowej anatemie, a przecież stanowili ważny trzon artystycznych osiągnięć całego okresu Polski Ludowej. Mechanizmów władzy doszukiwał się Andrzej Wajda zarówno w wersji scenicznej w Powszechnym w Warszawie (1975), jak i filmowej w dniach stanu wojennego w produkcji francuskiej. Ostatnimi laty do Sprawy Dantona powrócili Paweł Łysak i w Teatrze Polskim we Wrocławiu Jan Klata. Przedstawienie z roku 2008 ogląda się dziś, choć tylko w rejestracji video, nie tylko z sentymentem, ale i świetną, nadal aktualną opowieścią. Wpisanie problematyki rewolucji w polski bazar niczym ze Stadionu Dziesięciolecia, gdzie handlowe budy mieszały się ze zjawiskowym kostiumami, ukazywały brud i nicość polskiej klasy politycznej.

Znów Wrocław. Znów temat rewolucji. Co prawda inny teatr – Współczesny, ale jakby podobieństw wiele do tego, co czternaście lat wcześniej prezentował Klata. Jego spektakl rozpoczynał się od ułożenia w wannie Robespierre’a – na wzór obrazu umierającego Marata sportretowanego przez Jacquesa-Louisa Davida. Ten „męczennik rewolucji” stawał się czymś niedoścignionym, swoistym udręczonym za wielką sprawę. Marcin Liber, w obecnej premierze, skupia się właśnie na taktyce politycznej i idei Marata. Wracając do owych nawiązań, należy zwrócić uwagę, że scenograf obu spektakli to Mirek Kaczmarek, który stosuje podobne chwyty interpretacyjne, co widać najlepiej w kostiumie. Co prawda mieszkańcy przytułku w Charenton zostali odziani w jednolite drelichy, to już strój Markiza de Sade, jest rodem z barokowej szafy. Jest jeszcze jedno. Ścieżka dźwiękowa. Klata świadomie wykorzystuje klisze współczesności, wielokrotnie nawiązania są wręcz banalne i same się nasuwają. W obu spektaklach pobrzmiewa ten sam utwór – Children of the Revolution zespołu T. Rex. Trudno nie mieć złudzeń, że echa sprzed czternastu lat jakoś dziwnie pobrzmiewają i ciężko nie wiązać obu spektakli ze sobą.

Mimo owych dziwnych analogii przedstawienie Marcina Libera układa inaczej akcenty. Klata ukazywał bardziej racje zindywidualizowane na tle wydarzeń społecznych. Liber widzi zdarzenia zbiorowe, które napędzane są siłą jednostek. Postać kreatora Markiza de Sade (zblazowany Jerzy Senator) jest istotna i ważna, bowiem jego perwersja, to moc sprawcza namiętności politycznej. Mieszkańcy przytułku to raczej więźniowie zamknięci w zakładzie karnym, którzy udają swoją ułomność niż są nią naprawdę dotknięci. Przypomina to model wschodni – zesłania do zakładów psychiatrycznych, wszelkich odmieńców politycznych. W tym zbiorze indywidualności, a z drugiej strony podporządkowanych rygorowi odosobnienia, tworzy się widowisko o śmierci Marata. Jednak zabójstwo tegoż przez Charlottę Corday ma znaczenie drugorzędne. Najważniejszym jest apoteoza wolności – czym ona jest, co znaczy i co z nią sami uczyniliśmy? Męska obsada buduje ten klimat odosobnienia. To nie sztuka w przytułku dla obłąkanych, to raczej manifest w miejscu internowania, tych co kiedyś walczyli, a jeszcze nie zapomnieli. Kilkunastu mężczyzn, z pokrywającymi ciało tatuażami, wygrywa racje przeciw opresji dyrektora (Piotr Łukaszczyk). Ten jest jak wzorcowy cenzor, który siedząc na widowni, co chwila wpada na scenę wykrzykując – że tej sceny miało nie być, że należało ją usunąć. Jednak to mały człowiek, który boi się tłumu i masy rozemocjonowanej męskiej siły. Kolejne sekwencje to wykrzyczane manifesty w słusznej sprawie. Przypomina to chór Marty Górnickiej – wspólnotowy, a rozpisany na głosy. W ruch idą opony, trójkolorowy materiał, sztuczne kończyny. Atrybuty, które łączą się z walką na ulicy, o wartości, które widniały na sztandarach rewolucji. Nie bez powodu widzów wita kopia obrazu Wolność wiodąca lud na barykady Eugene’a Delacroix. Bowiem Marat związany był z Wielką Rewolucją Francuską, a obraz odwołuje się do rewolucji lipcowej, to przesłanie jest jasne, każda rewolucja ma swoje racje zmiany, zaangażowanych i potępionych.

Widowisko rozbija się na trzy fragmenty. Część pierwszą – sceniczną, pełną ekspresji, namiętności, pasji. Drugą – rozegraną w foyer, która przypomina anarchizujący wiec, z wygranymi i przegranymi. I trzecią, będącą w oryginale salą kąpielową, a w interpretacji Libera sauną, w której dokonuje się zbrodnia. Bohaterowie zasiadają na ławkach, pocą się. Sztylet uderza w ciało Marata kilkukrotnie, pozostali patrzą, milczą. Para zapełnia przestrzeń. W tle leci muzyka. Koniec – wszystko było przedstawieniem. Hasła wolności, równości i braterstwa zostały zamordowane. A nam został trans imprezy. A przecież czas się obudzić i powrócić do zapomnianych ideałów. To moment do pokonania małych dyrektorków od zakazów i nakazów oraz zburzenia bramy odosobnienia.

Przedstawienie Libera jest nad wyraz aktualne i metaforyczne. Nie mówi o świecie wyimaginowanej przeszłości, ale o tym, co dziś. Wyświechtane mogą być słowa, ale zawsze warto walczyć o prawdę. Choć obsada jest męska, to elementy inscenizacyjne są niczym ze „strajku kobiet”. Analogie same się nasuwają. Bowiem godność nie ma płci, są tylko prawa człowieka. Zespół Teatru Współczesnego to interesujący przykład zgranej kompanii odmieńców. Oczywiście jest jeden znak zapytania, co w tym gronie aktorskim robił Marcin Liber? Ale to już tajemnica instytucji.

Pomimo dobrego odbioru, jasnego przekazu i ciekawej interpretacji, przedstawienie nasuwa pewne pytania. Jednym i najważniejszym pozostaje ów związek ze spektaklem Jana Klaty. Trudno nie odnieść wrażenia, że oba ze sobą korespondują, rozmawiają, dyskutują. I to dla stałych widzów może być intrygujące doświadczenie, ale pozostaje jednak znak zapytania – czy zawsze musi być tak samo?

Marat/Sade, Peter Weiss, reżyseria Marcin Liber, Wrocławski Teatr Współczesny, premiera: listopad 2022.

 [Benjamin Paschalski]


Foto: Natalia Kabanow



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *