FRANEK W IMAXIE – „Księgi Jakubowe” – Teatr Narodowy w Warszawie

FRANEK W IMAXIE – „Księgi Jakubowe” – Teatr Narodowy w Warszawie

Świat filmu jest pełen inspiracji dla sztuki teatralnej. Nowe technologie wkradają się do do każdej dziedziny twórczości kulturalnej. Imax, który zrewolucjonizował świat żywych obrazów, to z jednej strony większa rozdzielczość taśmy filmowej i odmienne ustawienie kadru – nie pionowo a poziomo. Nieodłącznym elementem jest wielki ekran do wyświetlania produkcji filmowej wsparty najnowocześniejszym systemem dźwiękowym. Oglądając najnowszą premierę Teatru Narodowego – Księgi Jakubowe na podstawie Olgi Tokarczuk w reżyserii Michała Zadary, miałem nieodparte wrażenie, że pomysł inscenizacyjny powstał z fascynacji nową technologią i techniką filmową. Reżyser skonstruował spektakl posiłkując się formatem scenariusza X Muzy, gdzie cięcia są niezwykle szybkie, kolejne sekwencje postępują po sobie, a akcja rozpisana jest na krótkie epizody z życia bohatera. Do tego, jak przystało na wytrawny seans filmowy, towarzyszy niepokojąca kompozycja muzyczna przygotowana i wykonywana, zjawiskowo, na żywo przez Justynę Skoczek. Tylko wychodząc po seansie kinowym w Imaxie można być oczarowanym techniką i efektami specjalnymi, ale wnętrze pozostaje puste i nijakie. Niestety podobne wrażenia można odnieść po obejrzeniu widowiska teatralnego.

Reżyser podejmuje podobny trop opowieści jak we wcześniejszej adaptacji książki noblistki, Biegunach, w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Analogicznie narrator to kobieta i jest to ponownie Barbara Wysocka. Podobne chwyty opowieści, komentarza, narratora. Na warszawskiej Pradze byliśmy w poczekalni dworcowej, teraz to również czas podróży – po chmurach, po górach. Jenta Wysockiej to lewitująca – dosłownie i w przenośni – bohaterka, która będąc w kabalistycznym letargu, ogląda świat zawieszona pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. Jest i jej nie ma. Krąży wśród bohaterów, komentuje, wspiera, widzi więcej. Z rozwianym siwym włosem, pełna zadumy i refleksji. Jej postać jest jak wiatr, który dotyka historii i niesie jej prawdę dalej, dalej, dalej. To postać spełniona, jasna i klarowna w gąszczu snujących się osobowości wywiedzionych z kart powieści. Zadara tworzy historię wielowątkową o bohaterze, który jest tu i teraz. Wydaje się, że ma on własny plan i świadomość postępowania w imię powodzenia żydowskiej wspólnoty, która zmieniając wyznanie ma stać się poważnym partnerem w życiu społecznym, politycznym i ekonomicznym. Reżyser kolejny raz odziera ducha metafizyki na rzecz racjonalności czynu. Tak jak Konrad z jego Dziadów bez skreśleń, był realnym człowiekiem, z krwi i kości, nie postacią zesłaną z innego świata do czynu, ponownie Jakub Frank to realny gracz, który swoją ukrytą, tajemną sztuką buduje potęgę możliwości. To hochsztapler i zawadiaka, który oczarowuje słowem i działaniem. Gromadzi wspólnotę nie czytając tory, czy rozprawiając o prawidłach żydowskiej egzystencji w Jesziwie, ale jest realnym mocodawcą i liderem. Na myśl przywodzi innego, realnego bohatera z polskiego pogranicza, który w imię nowej wiary zebrał lud dla własnego interesu i pomyślności. Mowa o Eliaszu Klimowiczu i jego sekcie Wierszalin. Budując w początkach dwudziestego wieku Nowe Jeruzalem nie patrzył tylko na litery Pisma Świętego, ale kształtował odmienne życie, nie stroniąc od pieniądza i powodzenia. Bliskość bohaterów jest niezwykle interesująca i warta głębszego namysłu w przyszłości. Jednak takowe ujęcie powoduje, że opowieść zbliża się do gry łotrzykowskiej, a nie metafizycznej, natchnionej przypowieści. Mimo przystępności i jasnego wywodu ulatuje duch emocji i żydowskiego świata. A przecież ta problematyka zawsze Michała Zadarę interesowała. Przez takowe ujęcie może to być opowieść o każdym, który dla własnego dobrego statusu, wykorzystując cechy charakteru i osobowości, poprzez uwiedzenie ludu, staje się jego liderem i przywódcą. Nie ma w tym spektaklu owego klimatu uduchowienia, erotycznego uwiedzenia, pożądania, sekciarstwa, tajemnych więzi. Jest wydestylowana tkanka pożądania, ale nie cielesnego, lecz społecznego. To bardziej obyczajowy epos niż mistyczny trans.

Przedstawienie to wieloobsadowa podróż przez świat Jakuba Franka zamknięta w nazwanych sześciu księgach. I tu kolejny znak zapytania. Dlaczego reżyser, mimo częstego wykorzystania, odchodzi od podpisania wyświetlanymi napisami, poszczególnych sekwencji spektaklu? Te klamry opowieści dałyby widzowi jasny sygnał przejścia do kolejnego fragmentu losów bohaterów. Niektóre fragmenty wypadają lepiej, inne są chybione. Najgorzej wygląda początek spektaklu, który jest jasnym nawiązaniem do montażu filmowego. W ciasnej przestrzeni proscenium, przez scenę przewija się masa bohaterów. Słabo oświetleni, ni to w pokoju Jenty, ni to izbie karczmy, dokonują prezentacji postaci. To nieznośny fragment, który gmatwa a nie wyjaśnia. Gdy otwiera się przestrzeń sceny jest już lepiej, luźniej i logiczniej. Elementy scenografii, to również nawiązanie do Dziadów, bowiem Robert Rumas stworzył kilka horyzontów w barwach nieba, które posiadają wycięte elementy tworzące przestrzeń gry. Odrealnione bardziej uosabiają świat Jenty i jej postrzeganie pola gry, niż realizm akcji życia Jakuba Franka. Na samym szczycie sceny zawisł ekran znany z kinowego Imaxa i to jest sedno spektaklu. Bowiem jest on niezbędny do wyświetlania projekcji. To właśnie one najpełniej dookreślają nieuchwytność świata – błękitu nieba. Jednak zderzenie z pragmatyzmem adaptacji burzy ową magię i czar. Dopełnieniem owego świata miała być wykonywana na żywo muzyka. Dźwięki to jak bicie serca Jenty, powolne, stłumione, wyciszone. Nadają szczególny rytm akcji, ale analogicznie jak projekcje są jakby nie z tej opowieści.

Aktorstwo, jak to w Teatrze Narodowym, jest wyrównane. Ta epicka opowieść wymaga dużego zespołu aktorskiego i takowy reżyser otrzymał. Ciężko wyróżnić kogokolwiek, oprócz wspomnianej Barbary Wysockiej, bowiem jest to praca wspólna, wspólnotowa – jak koncept Jakuba Franka. Każdy z aktorów ma do odegrania kilka postaci i owszem można dostać zawrotu głowy z tego korowodu, ale niektórzy świetnie sobie radzą z zamianą ról. Niestety nie przekonuje w roli Jakuba Franka Henryk Simon, a Jerzy Radziwiłowicz jako dojrzały bohater, poprzez swoją manieryczność jest wręcz nieznośny w odbiorze.

Spektakl Michała Zadary to kolejny trop poszukiwań w jego pracy twórczej. Tym razem fascynacja filmowym światem udała się połowicznie. Widać rękę sprawnego twórcy, nieźle wypadają poszczególne sceny, ale koncept ideowy wywiedziony z powieści Tokarczuk rozbił się na drobne monety potrzebne Jakubowi Frankowi dla własnego powodzenia i perwersji. To trochę za mało jak na twórcę, który wielokrotnie mówił i tworzył na rzecz kształtowania wspólnoty, a także pamięci tych, którzy żyli obok nas przez wiele lat, a dziś pozostała tylko ulotna pamięć.

Księgi Jakubowe, Olga Tokarczuk, reżyseria Michał Zadara, Teatr Narodowy w Warszawie, premiera: listopad 2022.

[Benjamin Paschalski]


Fot. Krzysztof Bieliński



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *