Autor: admin

NA PARKIECIE – „THE PYGMALION EFFECT” – BALET MAGYAR ALLAMI OPERAHAZ W BUDAPESZCIE

NA PARKIECIE – „THE PYGMALION EFFECT” – BALET MAGYAR ALLAMI OPERAHAZ W BUDAPESZCIE

To było baletowe spotkanie po latach. Bowiem ten artysta i jego zespół, jeszcze kilkanaście lat temu, byli stałymi gośćmi w naszym kraju. Sztuka i wysoka jakość tańca lokowała ich w czołówce ulubieńców publiczności. Borys Ejfman ze swoją kompanią zjeździł cały świat, ale wśród polskiej widowni odnalazł wiernych odbiorców własnej sztuki. Siłą jego pracy są dwa odmienne nurty. Z jednej strony skupienie się na analizie i psychologii postaci. Dokonywanie artystycznej wiwisekcji bohaterów, ich motywacji zachowań, postępowania, emocji rzutowało wielokrotnie na ekstatyczny taniec. Ale druga ścieżka poszukiwań rosyjskiego twórcy jest równie interesująca. To oryginalna komedia baletowa. Sięgając po znane motywy z popkultury i tradycji literackiej ukazuje – pełne humoru oraz zabawy – opowieści.

KARAWANA MARZEŃ – „SYMFONIA ALPEJSKA” – WROCŁAWSKI TEATR PANTOMIMY IM. HENRYKA TOMASZEWSKIEGO

KARAWANA MARZEŃ – „SYMFONIA ALPEJSKA” – WROCŁAWSKI TEATR PANTOMIMY IM. HENRYKA TOMASZEWSKIEGO

Pantomima nieodłącznie kojarzy się w Polsce z Wrocławiem. Tu Henryk Tomaszewski stworzył swoje laboratorium twórcze, w którym bez słów realizował wielkie widowiska, niekiedy świetnie współgrające z rzeczywistością społeczną i polityczną. Wraz z jego wiecznym odejściem w 2001 roku, instytucja przechodziła różne zawirowania. Pogubienie nie tylko tyczyło fotela dyrektorskiego, gdyż niezwykle trudno znaleźć następcę wybitnej indywidualności i to w tak hermetycznej sztuce mimu. Również problemem stał się repertuar, a właściwie deficyt artystycznego lidera, który nadałby ton formie widowisk. Ostatnie lata to poszukiwania, tropy, szeroka aktywność, wśród realizatorów, reżyserów teatralnych. Od lipca 2022 roku w pełni stery objęła Agnieszka Charkot, związana z miejscem od dwunastu lat.

PORAŻKA W STYLU GLAMOUR – „WIELKI GATSBY” – THE NORTHERN BALLET

PORAŻKA W STYLU GLAMOUR – „WIELKI GATSBY” – THE NORTHERN BALLET

To jeden z tych baletów, który nie pozostawił śladu w mojej głowie. Odbył się, minął. Co gorsza wytarł moją pamięć po zaledwie tygodniu od pokazu w Londynie. A szkoda, bowiem opowieść z wielkiego, pięknego świata winna być pamiętana przez dłuższy czas. Wielki Gatsby – powieść Francisa Scotta Fitzgeralda to kuźnia dla sztuki filmowej, gdzie powstały hity kinowe odwiedzane przez rzesze widzów. To również kilka produkcji tanecznych. Już w tym sezonie w Innsbrucku miało miejsce zdarzenie, które przywracam w pamięci, przywołuję w myślach. Kameralny wieczór, niczym prywatka u głównego bohatera, będący zminimalizowanym eposem poszukiwania szczęścia. Miks musicalu, z piosenką i z ciekawym tańcem. Dlaczego zupełnie odmienne wrażenia po pokazie w stolicy Wielkiej Brytanii? Otóż powodów jest kilka. Największy grzech, który wcale nie jest odosobniony, to przedobrzenie. To przesłodzona, prosta konstrukcja, która puszy się na wielkie widowisko, a jest niestety schematyczną opowieścią podszytą tanim sentymentalizmem.

W stołecznym Sadler’s Wells, moim ulubionym domu tańca, z kilku tego typu miejsc w Europie, zawsze można podziwiać niesłychane, odkrywcze gościnne pokazy z całego świata. Scena pełna jest odkryć, ale również ukazuje to, co nowe, ciekawe w brytyjskim tańcu. Tu gości English National Ballet, Birmingham Royal Ballet, Scottish Ballet i wiele innych kompanii. Stałym bywalcem jest Northern Ballet. Ten powstały w 1969 roku zespół funkcjonuje w Leeds, ale jego podstawową funkcją jest objazd, podczas którego prezentuje kilkadziesiąt spektakli w sezonie. Znakiem rozpoznawczym formacji są pełnospektaklowe opowieści zaczerpnięte z wielkiej literatury. Źródeł można doszukiwać się zarówno w bajkowej klasyce i beletrystyce, a kalejdoskop zainteresowań kolejnych liderów był naprawdę wielki. Ostatnie lata to era Davida Nixona. Tenże kanadyjski choreograf prowadził grupę przez dwadzieścia jeden lat, a jego spuścizna jest przebogata i różnorodna. W chwili obecnej jego prace to faktycznie podstawowe elementy repertuaru. Owe oblicze będzie odmieniał, poszukując innego języka ruchu, ale pozostając wiernym idei narracji, Federico Bonelli mianowany dyrektorem artystycznym od maja 2022 roku. Ten świetny włoski tancerz, o pięknej karcie kariery w The Royal Ballet, rozpoczął nowy etap artystycznej przygody. Jednak brak nowych produkcji zmusza do powracania do dawnego repertuaru. Do niego właśnie należy The Great Gatsby.

Pierwotnie zrealizowana w 2013 roku taneczna opowieść, po dziesięciu latach od premiery nie zachwyca, a nuży. David Nixon, wierny narracji wywiedzionej z książki, tworzy rozwlekłą, sentymentalną historię o relacji Daisy Buchanan i Jaya Gatsbego, jej męża Toma oraz Myrtle Wilson oraz kuzyna Nicka Carraway z Jordan Baker. W tle jeszcze mamy męża Myrtle – Georga. W ten sposób powstał specyficzny siedmiokąt zależności miłosnej, trudnych, nieszczęśliwych związków, a także zazdrości i tragedii. Choreograf skonstruował szczegółową opowieść, w której każdy element ma swoje znaczenie i sens. Tylko problem, że nie każdy widz jest w stanie wychwycić tych niuansów. Największym grzechem jest właśnie owa szczegółowość. To pusta chęć opowiedzenia każdego drobnego elementu, który absolutnie nie odgrywa roli z punktu widzenia rozwoju akcji. Zadziwia bardzo mocno eksponowana retrospekcja młodości Daisy i Jaya. Powtarzalność tych scen, ukazania powodów rozstania, lat wojny, doprowadza do irytacji i znużenia. Ta duszna i męcząca atmosfera jest nieznośna i miesza się ze śmiesznością. Scena wypadku Myrtle jest wręcz żenująca. Bowiem samochód potrąca bohaterkę, aby po chwili z bocznej kulisy została wyrzucona lalka. Zdziwienie? Serial komediowy? Można mnożyć pytania, które rodzą się w głowie, ale jedno pozostaje niezmienne. Po co ten nadmiar? Po co ta łopatologia? Większe zaufanie do widza daje nadzieję na lepszy odbiór i współuczestnictwo.

Muzyka wykorzystana w spektaklu to kompozycje autorstwa Richarda Rodneya Bennetta. Kawałki filmowe, choćby z Morderstwa w Orient Expresie, przenikają z formami tanecznymi i utworami dedykowanymi dla estrad filharmonicznych. Jest owa aranżacja spójna i zwięzła, a wykonywana na żywo przez Northern Ballet Sinfonia, choć to zespół quasi kameralny, brzmi ciekawie i interesująco. Jednak można odnieść wrażenie, że ów podkład nie współgra z zaprezentowanym wykonaniem. Niektóre elementy są wolniejsze niż tempa orkiestrowe, a szybsze, pobudzające fragmenty mają formę salonowego, dostojnego menueta. Dziwne ułożenie tańca. Zadbano o piękne tło amerykańskiego świata, bogactwa okresu między wojnami, nie gorzej jest z kostiumami, ale nic nie przykryje owej głuchej i pustej nudy. Tanecznie niezwykle poprawnie wypada zespołowe tango w drugiej części. Jest bardzo zmysłowe i oryginalne. Poprawne są duety, szczególnie dawnego świata w wykonaniu: Rachael Gillespie oraz Harrisa Beattie. W tytułowej roli wystąpił Joseph Taylor. Nie zachwycił, nie porwał, nie oczarował. Można mieć zastrzeżenia, co do zrozumienia dlaczego jego dom odwiedzały tłumy na niekończących się prywatkach, jak bohater nie ma nic do zaoferowania – ani tajemnicy, ani otwartości.

To dziwny wieczór baletowy. Mało jest takich spotkań tanecznych, które pozostawiają widza obojętnym. Zimnym i chłodnym. Zdystansowanym. Język tańca jest mało oryginalny. Nixona propozycja nie współgra ze światem zmian, które postępują, weryfikują to, co nas otacza. Jest to archaiczna kreska wywiedziona jakby z innej epoki. Nie jest to historyczna prezentacja, oryginalne myślenie o tańcu, a raczej proste odtworzenie opowieści. I to jest sedno owego stylu. Teatr Muzyczny Roma w Warszawie podąża w tym samym kierunku. Ma być „jakby luksusowo”, bogato, różnorodnie i dosadnie. Tylko ów schematyzm i banał może i oczarowuje, ale na całe pięć minut. Następny czas to przewidywalność i plątanie się w trywialnej historii z prostym wykonaniem.

Przed Federico Bonellim trudne zadanie. Zmiana oblicza skostniałego zespołu, utrwalonego w jednej stylistyce prostej tradycji. Pierwszą oryginalną premierą ma być jesienią 2024 roku Romeo i Julia w choreografii Mthuthuzeli Novembera. Ten młody południowoafrykański artysta winien dać nowe tchnienie dla Northern Ballet. Publiczność czeka na zmianę, bowiem prace poprzednich szefów, są może ciekawym obrazkiem doświadczenia, ale chyba już czas odłożyć je do archiwum.

The Great Gatsby, Richard Rodney Bennett, choreografia David Nixon, The Northern Ballet, pokazy w Londynie, maj 2023.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Johan Persson

SATYRIADA – „PROCES” – NARODNE DIVADLO W KOSZYCACH

SATYRIADA – „PROCES” – NARODNE DIVADLO W KOSZYCACH

Ostatnie lata to w świecie tańca zadziwiający wzrost zainteresowania Procesem Franza Kafki. Swoją produkcję w Wilnie przygotował, obecny szef zespołu, Martynas Rimeikis do oryginalnej kompozycji muzycznej Mindaugasa Urbaitisa. To chyba najlepsze opracowanie baletowe, gdzie duch i nastrój książki, pełen opresji machiny biurokracji współgrał z niemocą ludzkiej jednostki. Gorzej wypadła produkcja praska zrealizowana przez włoskiego choreografa Mauro Bigonzettiego, gdzie owszem kreska ruchu zachwycała i intrygowała, ale tajemnica kafkowskiej narracji wyparowała. W 2019 roku własną wizję przedstawił Jiří Bubeníček z zespołem szwedzkiego baletu królewskiego w Sztokholmie. Tę wersję, w obecnym sezonie, powtórzył z kompanią koszyckiej sceny.

POD CIASTECZKOWYM SŁOŃCEM I ROGALOWYM KSIĘŻYCEM – „PIĘKNA I BESTIA” – TEATR MUZYCZNY W POZNANIU

POD CIASTECZKOWYM SŁOŃCEM I ROGALOWYM KSIĘŻYCEM – „PIĘKNA I BESTIA” – TEATR MUZYCZNY W POZNANIU

Jeden z moich przyjaciół, lat ponad trzydzieści, nieustannie wzrusza się podczas oglądania bajek. Dla niego takim nieustannym wyciskaczem łez jest animowany Król Lew. Zawsze, gdy do niego powraca, obok ma opakowanie chusteczek, a kolejnego poranka podkrążone oczy. Dla mnie niedoścignionym mistrzem pozostanie Hans Christian Andersen, ale tylko w formie pisanej, gdy samodzielnie, pod powiekami można było budować ów niesamowity świat autorstwa duńskiego mistrza. Gdy po latach o tym myślę, to dochodzę do wniosku, że były to lekcje horroru, a nie wzruszeń. Ale warto było. Bowiem życie jest dokładnie jak w Dziewczynce z zapałkami czy też Nowych szatach cesarza. Ale nie ulega wątpliwości, że do bajek, baśni, opowiadań uwielbiamy powracać w każdej formie: filmu, animacji, a gdy pojawia się musical to już lekcja obowiązkowa. Teatr Muzyczny w Poznaniu sięgnął po format Disneya Piękna i Bestia.

WZLOTY I UPADKI THOMASA SHELBY’EGO – „PEAKY BLINDERS. THE REDEMPTION OF THOMAS SHELBY” – RAMBERT

WZLOTY I UPADKI THOMASA SHELBY’EGO – „PEAKY BLINDERS. THE REDEMPTION OF THOMAS SHELBY” – RAMBERT

Wielka Brytania to tygiel kulturowy. Nie tylko w wymiarze społecznym, ale również oferty artystycznej. To siedlisko wielu kompanii tanecznych. Jedno z ważniejszych miejsc zajmuje zespół o rodowodzie powiązanym z Polską – Rambert. Związany z Marią Rambert, tancerką baletów rosyjskich, emigrantką I wojny, która osiadła na Wyspach i stworzyła własną szkołę oraz zespół baletowy. Początkowo pod nazwą Ballet Club, a następnie przybierając nazwisko twórczyni. Dziś to jedna z najbardziej rozpoznawalnych formacji w świecie tańca współczesnego, a na jej czele stoi od 2018 roku Benoit Swan Pouffer. Ten urodzony we Francji choreograf, część swojego zawodowego życia spędził w Stanach Zjednoczonych. W technice łączy dużą fizyczność z głęboką teatralizacją. Nie jest mu obce doświadczenie w show biznesie, bowiem przygotował kilka zdarzeń kabaretowych, musicali, programów telewizyjnych, a także współpracował z formacją Cirque du Soleil. Jego styl posiada siłę przyciągania szerokiego grona odbiorców. Ruch jest dynamiczny, skontrastowany, wymagający zarówno przygotowania klasycznego jak i świetnych umiejętności akrobatycznych oraz gimnastycznych. I można powiedzieć, że owe połączenie doboru tematu, spontanicznego wykonania oraz żywiołowej muzyki plasuje go w gronie najbardziej rozpoznawalnych artystów z własnym językiem tańca. Ale co ważniejsze trafia do szerokiej publiczności. Łączy wysoką sztukę z modelem powszechnego uczestnictwa w kulturze. Nie wyklucza, zachęca do współobecności. Ciekawe jest pewne doświadczenie z czasów amerykańskich, gdy na pierwszy pokaz jednej instalacji zostali zaproszeni blogerzy, a wyeliminowano zawodowych krytyków. Najważniejszy dla niego jest głos odbiorcy, widza, uczestnika. Tego, który przychodzi odczuwać i współuczestniczyć. A nie tylko oceniać i wystawiać noty.

Jego ostatnia praca łączy wszystkie wspomniane elementy. Jako temat Benoit Swan Pouffer wybrał rzecz niezwykle popularną obecnie w Wielkiej Brytanii, która stała się hitem telewizyjnym. Sześć sezonów serialu śledzono z zapartym tchem. Mowa o historii gangu Peaky Blinders, a tak naprawdę jego szefa Thomasa Shelby’ego. Owa banda działająca w Birmingham w dwudziestoleciu międzywojennym, to niezwykle ciekawy temat dla sceny. Bowiem daje niepowtarzalną szansę dla stworzenia obyczajowego obrazka owego dziwnego i trudnego czasu między dwoma wojnami. Choreograf tworzy widowisko totalne. To nie tylko zespół taneczny, ale również wykonywana muzyka na żywo autorstwa Romana GianArthura. Nieoczywista, całkowicie niewspółgrająca z ówczesnym czasem, pełna rockowych wstawek, kształtuje napięcie i agresję. Dodatkowo choreograf wprowadza wokal, którego słowa stanowią istotne tło dla toku akcji. I najgorsze co mógł uczynić – głos narratora, który dubluje to, co możemy zobaczyć na scenie. Owa nadgorliwość twórcy jest zadziwiająca, bowiem świetnie radzi sobie z układem i linią dramaturgiczną i wydaje się całkowicie chybione wykorzystanie dodatkowego komentarza. Jednak innowacyjność Pouffnera polega nie tylko na zjawiskowym tańcu, ale skonstruowaniu formy odbiegającej od klasycznego przedstawienia tanecznego. To raczej popularne widowisko, gdzie luz, wątek miłosny, zbrodnia i historia konkretnego bohatera zbliża do narracji musicalowej. Ciekawy zabieg, który zapewne będzie rozwijany w przyszłości, gdyż publiczność z zainteresowaniem śledzi losy owego zawadiaki i szefa gangu.

Thomas Shelby, weteran pierwszej wojny światowej, wraz z kombatantami z jednych okopów, doświadczonymi walką, znojem i trudem pożogi, rozpoczyna życie w czasach pokoju. Ale kryzys i niedobory wymuszają znalezienie nowego stylu – gangu. Owa wojenna drużyna, przybiera na sile i tworzy się wspólnota, na dobre i złe. Narracja ukazuje rozwój bandy, ale i miłość bohatera. Jego wybranką jest gwiazda nocnego świata Grace Burgess. Dzień ślubu to i dzień śmierci, wiecznego rozstania. Shelby popada w apatię i używki, świat wywraca mu się do góry nogami. Walka z rywalizującą bandą na śmierć i życie nie przynosi już dreszczyku emocji, ale staje się udręką. Bohater chce odejść, ale pozostaje w naszej wiecznej pamięci. Tak skrótowo przedstawia się akcja tanecznego widowiska. Jednak, jeżeli o pierwszej części można mówić w samych gorących słowach, gdyż jest pełna ciekawych rozwiązań, sprawnej akcji, świetnie połączonych scen, to druga partia staje się nieznośną, senną sekwencją, która nic nie wnosi do opowieści, raczej wzbudza zadumę w widzach – umrze czy nie umrze? To irytujący fragment, bowiem tańca niezbyt wiele, więcej onirycznego ruchu, zatrzymań i spojrzeń. Owe zastrzeżenie w żaden sposób nie unieważnia oryginalnego języka tańca Benoit Swan Pouffera. To co oferuje, szczególnie w sekwencjach grupowych, jest zjawiskowe. Niezwykle oryginalne technicznie, siłowe i zmysłowe. Każda część ciała współgra, a właśnie w spojrzeniach i wyrazistych ruchach jest ukryta głębia przekazu. Skupione fragmenty, szczególnie duet Shelby’ego z Grace, a także układ głównego bohatera z Barney’em są mistrzostwem myślenia o tańcu, co może znaczyć i czym być dla uczestników zdarzenia artystycznego.

Benoit Swan Pouffer tworzy widowisko pełne zaskoczeń, nie oszczędza publiczności. Gdy pierwsze sceny ukazują czas wojny to zbrodnia i krew są czymś naturalnym. Świetnie buduje nastrój, a tancerze to jego najlepsze formy wyrazu. Scena w nocnym klubie, pełna dwuznaczności i zmysłowości to czarna perła, która wzbudza zachwyt, sceny walk bolą jakby ciosy w nas trafiały bezpośrednio. A zmysłowość i wyciszenie mają wymiar głębokiego uczucia. Guillaume Queau w roli tytułowej jest świetny technicznie, ale posiada coś więcej. Charyzmę sceniczną. Jego jedno spojrzenie buduje nastrój, radość, ból i cierpienie. Znakomicie kontrastuje emocje, rzadkie w dzisiejszym artystycznym świecie. Jego godną partnerką jest zmysłowa Naya Lovell. Ale niesamowitym jest występ Musy Motha. Ów pochodzący z Republiki Południowej Afryki tancerz posiada niepełnosprawność braku jednej kończyny, ale jego udział w roli Barney’a, gdy współtworzy o kulach zgrany gang, jest niesamowitym doświadczeniem artystycznym. Nie ma w tych słowach krztyny współczucia, ale rzeczywisty zachwyt nad realnym wykorzystaniem tancerza. Przywołuje to prace DV8, gdy artyści z niepełnosprawnościami współtworzyli widowiska, które przybierały nowe sensy i znaczenia społecznego kontekstu. Ale największą wartością jest świetny zespół, który jako tło jest nie tylko elementem dekoracyjnym. To uczestnicy zdarzeń, żywy organizm widowiska tanecznego.

Wizyta w Birmingham ukazała nową formę tanecznego wieczoru. Sprawna opowieść, chwytliwy bohater, a wszystko za sprawą ruchu. Jednak Benoit Swan Pouffer trafia w pułapkę. W części pierwszej sprzedaje całą talię swojej techniki, a w drugiej następuje całkowite wyhamowanie. Nawet zjawiskowy finał nie jest w stanie ukryć nudy i niedoborów. Szkoda, a zapowiadało się niesamowicie. Mimo to warto śledzić kolejne produkcje Rambert, bo przecież to miejsce nieustannych poszukiwań. Tak było zawsze, od czasów założycielki, naszej nieznanej rodaczki.

Peaky Blinders. The Redemption of Thomas Shelby, Roman Gianarthur, choreografia: Benoit Swan Pouffer, Rambert, pokazy w Birmingham, maj 2023.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Johan Persson

MONOLOG NA STOŁKU – „KOMEDIANT” – TEATR NARODOWY W WARSZAWIE

MONOLOG NA STOŁKU – „KOMEDIANT” – TEATR NARODOWY W WARSZAWIE

Mało jest utworów, które są świetnym barometrem społecznym. Na dodatek uniwersalnym, który pozostaje z nami na długi czas. Owszem scena dogania współczesność, ale poprzez reinterpretację, nowe odczytanie. Jednak takich dzieł, które zawsze będą aktualne i powiedzą nam wiele o kondycji społeczeństwa czy też pewnego środowiska jest jak na lekarstwo. Do jednych z ważniejszych autorów w moim życiu należy Thomas Bernhard. Ten niekwestionowany lider austriackiego pisania, oceniania i budowania odważnych tez, uczynił wiele dobrego dla naszego teatru. Jego utwory stały się kuźnią dla indywidualnej pracy Krystiana Lupy. Dzięki nim mistrz analitycznie ukazywał mieszczaństwo – jego przywary i wady.

MALARZ TAŃCA – „VORTEX” – RUSSELL MALIPHANT DANCE COMPANY

MALARZ TAŃCA – „VORTEX” – RUSSELL MALIPHANT DANCE COMPANY

Gdy zastanawiam się, co łączy malarstwo ze sztuką tańca, to pierwsze skojarzenia wędrują do czasów Baletów Siergieja Diagilewa. Ten szczególny epizod unifikował wiele dziedzin artystycznych. Nowatorska muzyka, takaż sama choreografia i oczywiście element dopełniający – dekoracje i kostiumy. Rosyjski impresario, dbając o każdy szczegół, nie zapominał o efekcie wizualnym, powierzając oprawę największym ówczesnego świata. Do kolejnych, nowych produkcji szkice przygotowywali: Leon Bakst, Nikołaj Roerich, Aleksander Benois czy Pablo Picasso. Wielkie dokonania w tym zakresie mamy również w Polsce, gdy wyróżniający się artyści sztuk wizualnych kreowali dla baletu. Warto przypomnieć premierę tegoż sezonu Polskiego Baletu Narodowego, gdzie do Giselle ponownie ożywiono dawne szkice i malarskie pejzaże Andrzeja Majewskiego.