Wielorybia siła nadziei – Recenzja filmu „WIELORYB” („The Whale”)

Wielorybia siła nadziei – Recenzja filmu „WIELORYB” („The Whale”)

Filmy najlepiej ogląda się w czasie opadów atmosferycznych. Dlatego też i tym razem, w przedoskarowej jeszcze marcowej, atmosferze przyjechałem do chłodnej i stalowo-szarej Warszawy, by wtopić się w równie szarą i do tego deszczową rzeczywistość filmu Wieloryb. Przyznam, że do pewnego momentu omijałem tę produkcję – choć z drugiej strony coś bardzo mocno mnie do niej przyciągało. I muszę stwierdzić, że nie wiem, kiedy upłynęło mi w kinie blisko 120 minut. Wieloryb to opowieść o dawaniu szansy, walce o to, co najważniejsze, wiary w drugiego człowieka, mimo wszystko; to analiza czułości, ale też poczucia przegranej i próbie akceptacji tego, co jest i do czego już się nie wróci. Jest to również historia o przyjaźni, akceptacji, poszukiwaniu, ale i pogodzeniu się z losem, który nie mógł być inny, ponieważ gdyby to było możliwe, wybralibyśmy i tak tę samą ścieżkę.

Charlie, tytułowy wieloryb (w tej roli Brendan Fraser), cierpi na ekstremalną otyłość i przez to od lat żyje odcięty od innych w ostatnim apartamencie na piętrze, niemal na skraju rzeczywistości, w zapomnianej części świata. Nawet dostawca pizzy rozmawia z nim przez zamknięte drzwi. Małe, ciemne mieszkanie, komputer, to całe universum Charliego. Bohater jest nauczycielem angielskiego i prowadzi zajęcia ze studentami online. W czasie lekcji świadomie nie włącza kamery, by nie przestraszyć swoim wyglądem. Ale jego ciepły głos, mądrość, zjednują uwagę słuchaczy, potrafią przekonać i zainspirować młodych ludzi do wysiłku. Charlie miał kiedyś żonę i dziecko. Po jakimś czasie jednak zakochał się w swoim studencie, dla którego porzucił rodzinę. Jego partner popełnił jednak samobójstwo. Ich dawny, wspólny pokój, to jedyne jasne, uporządkowane miejsce w mieszkaniu, które wygląda tak, jakby ktoś zaraz miał do niego wrócić.

Towarzyszymy bohaterowi przez kilka dni jego życia. Osamotniony, niemal zapominany przez najbliższych, Charlie, żyje z dnia na dzień, nieuchronnie kieruje się do życiowego końca. Nie potrzeba jednak wiele, by powróciła nadzieja, że mimo tego, co wydarzyło się w jego życiu, nie wszystko jest stracone. Bohater zaryzykuje trud poznania nastoletniej córki i odbudowania utraconej relacji, choć nie ma pewności czy nie straci ostatniej nadziei. Razem z nim czujemy, że jest to niezwykle trudne wyzwanie, być może nawet niemożliwe i ponad jego siły. On jednak podejmuje tę próbę, chcąc jednocześnie zadośćuczynić cierpieniu dziecka i zrehabilitować się za swoje odejście.

 Fabuła filmu jest bardzo prosta, lecz to nie ona jest tu najważniejsza. To emocje – one stają się w tym obrazie kluczowe. I to nie uczucie współczucia dla chorobliwie otyłego bohatera, którego tusza przeraża innych, staje się tym, co nas porusza w filmie najbardziej. Ponad 300-kilogramowa otyłość bohatera jest tylko narzędziem do pokazania bezmiaru beznadziei, w jakiej ugrzązł i w której zmierza do swojego końca bohater filmu. Tym uczuciem, które pojawia się wraz z rozwojem historii jest nadzieja – nadzieja, że jeszcze nie wszystko stracone, nadzieja na drugą szansę, która tym razem zostanie wykorzystana, nadzieja na przebaczenie, na pojednanie, na powrót. Razem z głównym bohaterem po raz kolejny uświadamiamy sobie, że czasu nie można wrócić ani w żaden sposób nadrobić, ale chcemy walczyć razem z Charlie’m jeszcze o te chwile, które można przeżyć inaczej, lepiej. Charlie jednak słabnie. W chwilach kryzysów, kiedy brakuje tchu, serce galopuje jak szalone, a ciśnienie krwi przekracza wszelkie normy, uspokaja go odczytywany fragment eseju. Dopiero na finałowych scenach dowiadujemy się kto jest jego autorem. Charlie nie szuka łatwych rozwiązań i nie podaje takich też na tacy swojej córce, która chce by ojciec napisał za nią pracę zaliczeniową z angielskiego. Charlie obiecuje to uczynić. W pewnym momencie mamy wrażenie, że jest w stanie zrobić wszystko – zachować się wbrew sobie i napisać za córkę esej, o który ona go prosi, by tylko spędzić z nią choć chwilę oraz przekonać ją, że ona sama jest wspaniałą osobą. Brendan Fraser w roli Charliego jest wyjątkowy ani na chwilę nie daje widzowi odetchnąć od emocji.

Długo zastanawiałem się jak ocenić w tym filmie Hong Chau, grającą Liz, koleżankę Charliego. Dochodzę jednak do wniosku, że może nie jest to rola wyjątkowo wybitna, ale z pewnością warta uwagi i docenienia. Liz jest pielęgniarką, która nie tylko pomaga Charliemu w codziennym życiu, ale jest też bliską towarzyszką w codzienności. Szczera, twardo stąpającą po ziemi, ale też nieco sarkastyczna powierniczka, która nie raz ratuje swojego przyjaciela. Chromi go przed bezwzględną rzeczywistością, przed zabłąkanymi młodymi ludźmi, fałszywymi kaznodziejami (w tej roli Ty Simpkins), a nawet przed jego córką. Towarzyszenie Charliemu nie jest dla niej łatwe. Liz toczy z góry przegraną walkę o swojego podopiecznego i choć ma tego świadomość, mimo to nie poddaje się, towarzysząc mu w codzienności do końca.

Reżyser Darren Aronofsky wraz z Samuelem D. Hunterem stworzyli dzieło ponadczasowe. Film pt. Wieloryb jest ekranizacją sztuki teatralnej napisanej przez Huntera, który jest również autorem scenariusza do filmu.

Bez wątpienia jest to brawurowa kreacja Brendana Frasera. I nic dziwnego, że on, jak i autorzy jego niezwykłej metamorfozy, czyli Adrien Morot, Judy Chin i Annemarie Bradley otrzymali laur amerykańskiej akademii za najlepszą charakteryzację. Jak sami jednak stwierdzili, charakteryzacja nie miała skupić całej naszej uwagi. I choć otyłość jest niesamowita, to ona, podobnie jak niekiedy niemoc psychiczna, nie pozwala się ruszyć, prowadzi do ograniczenia świata do niezbędnych czynności, zmusza nas do rezygnacji z kolejnych aktywności, aż do życia w ogóle… My spotykamy Charliego w takim właśnie momencie i spędzamy z nim kilka dni. Fraser zasłużenie otrzymał za tę rolę Oskara. Aktor z prostych ról w rozrywkowych filmach przygodowych z lat 90. XX w. przeszedł niezwykłą drogę i pokazał fantastyczną wrażliwość. Podobne wzruszenie, które widać było, kiedy Fraser odbierał nagrodę za pierwszoplanową rolę męską, dostrzec można w oczach Charliego. Za każdym razem, kiedy widział swoją córkę odżywał. Jego twarz zmieniała się nie do poznania, oczy zaczynały błyszczeć, a on – jak nam się wydawało – był w stanie pokonać swoją niemoc.

Warto zauważyć również postać Emilie, córki głównego bohatera, w którą wcieliła się Sadie Sink. Na początku jest to obcesowa, interesowna, niemiła wręcz odpychająca, młoda dziewczyna, ale pod skorupą zła w czystej postaci, kryje się wrażliwa, sprytna, inteligentna, bystra dorastająca nastolatka, która pragnie odzyskać ojca. Jej złość, okrutny wręcz stosunek do chorego rodzica nie skłania nas na początku by ją polubić. Owszem, nie zna swojego ojca, ma do niego uzasadniony żal, a jego monstrualny wygląd ją odpycha. Zbuntowana i skłócona z matką, która już dawno przestała ją rozumieć, tęskni za szczególną więzią z ojcem, którą przerwało jego odejście, kiedy jeszcze miała 8 lat. Teraz mając lat kilkanaście również czuje, że jej życie jest niepełne i nie chce żyć dalej bez niego. Choć wydaje się, że odwiedza ojca tylko po to, by otrzymać obiecane przez niego pieniądze, przychodzi do niego, bo tak naprawdę (choć sama temu zaprzecza) chce go poznać. Oczywiście nie waha się bezwzględnie wykrzyczeć w twarz swój ból cierpienie z powodu porzucenia, obrażając i poniżając człowieka, który jest już, poza tym jak wygląda i tak przytłoczony rzeczywistością. Ale Charlie znosi to z pokorą i podejmuje walkę, tę – jak można się domyślić ostatnią w jego życiu – a jednocześnie najważniejszą. Chce zawalczyć o swoją córkę, pojednanie z nią, a jednocześnie swoje odkupienie.

Charlie w końcu poprowadzi ostatnią swoją lekcję ze studentami. Włączy kamerę i pokaże się światu tak jak wygląda – otyły, z aparatem tlenowym, z kropelkami potu na czole, zaapeluje do swoich zaskoczonych studentów, by pozostali przede wszystkim szczerzy wobec siebie samych, by pisali o tym, co czują. Najważniejsze bowiem w życiu jest być prawdziwym, nie udawać kogoś kim się nie jest, kogoś innego, bowiem każdy z nas ma światu bardzo wiele do powiedzenia i do zaoferowania.

I choć jest to z pozoru prosta historia, a role przewidywalne, to wszystko niesie ze sobą niesamowity ładunek emocji. Mroczne mieszkanie utrzymane w kolorach sepii, w których najbardziej kolorowa jest pizza i opakowania batoników, które kompulsywnie pochłania Charlie, wspaniale podkreślają dramat sytuacji.

Najsłabszą częścią filmu jest … zakończenie. W zasadzie od pierwszych chwil można się domyślić, jaki będzie finał opowieści. Jednak ostatnia scena wydaje się banalna i zbędna. Charlie wstaje o własnych siłach z kanapy, podchodzi do córki, która skończyła czytać swój esej, który ratował go zawsze w trudnych chwilach i unosi się na palcach w jasności. Zazwyczaj światło daje siłę i nadzieję, tu ma ono, mimo wszystko, gorzki smak. Ale nie mamy już wątpliwości, że Charlie miał rację. Jego córka nie jest z natury zła, ich więź zaczęła kiełkować. I ta świadomość sprawia, że zawsze jest nadzieja.

„WIELORYB” („The Whale”), 2022, USA, reż. Darren Afonsky


[Marcel z Kraśnika]


Foto: https://filmmusic.pl/