Autor: admin

ZAGUBIENI W BEZMIARZE – Recenzja filmu „BEZMIAR”

ZAGUBIENI W BEZMIARZE – Recenzja filmu „BEZMIAR”

Bardzo lubię lata 70. XX w. Podoba mi się ich stylistyka, barwy, muzyka. Z tym czasem kojarzy mi się niepowtarzalny smak beztroski dzieciństwa. Ten bezmiar, który dominował wokół – przede wszystkim czasu, który jest do dyspozycji i możliwości, może poza wszystkim co zakazane jest zwykle dla dziecka. I te niesamowite – w moim przypadku – pokłady radości. Obserwowałem moich rodziców, którzy wydawali mi się wówczas równie pogodni i szczęśliwi, jak ja. Czy tak było? Dziś nie jestem przekonany. Odwiedzając po latach miejsca, które widziałem, w których przeżywałem najwspanialsze, kolorowe chwile w dzieciństwie okazywało się, że są zupełnie inne niż je zapamiętałem.

EROTYK – „CARMEN” – BALET TEATRO MASSIMO W PALERMO

EROTYK – „CARMEN” – BALET TEATRO MASSIMO W PALERMO

Już za chwilę wakacje. Pogoda słoneczna nastraja do odpoczynku. Upał powoduje odprężenie, pobudzenie instynktu i pytanie a może nowa miłość? Nadchodzące miesiące to również wybory – dokąd wyjechać? Część pozostanie w domach, bowiem czas kryzysu zmusza do oszczędności, inni wskażą Bałtyk, przez „Magazyn Kulturalnego Chama” zachwalany. Hitem wakacji podobno jest Turcja. Ale niezmiennymi kierunkami pozostaną Bałkany i Włochy. I właśnie owe dwa miejsca, idealne do spędzania wolnego czasu, łączy fantastyczne wydarzenie baletowe – Carmen do suity wywiedzionej z opery Georgesa Bizeta przez Rodiona Szczedrina. Autorem owego sukcesu jest pochodzący z Serbii choreograf Leo Mujić.

CZŁOWIEK DO RECYKLINGU – „PRZEMIANA” – NOWY TEATR W WARSZAWIE

CZŁOWIEK DO RECYKLINGU – „PRZEMIANA” – NOWY TEATR W WARSZAWIE

Czasem odbywam podróż tramwajem, jak było i będzie to możliwe, warszawską ulicą Puławską na Mokotów. Mijam kolejne miejsca i z rozrzewnieniem wspominam – tu było kino „Moskwa” ze zdjęcia Chrisa Niedenthala z nieodłącznym tytułem w dniach stanu wojennego Czas Apokalipsy oraz stojącym tankiem przed budynkiem. Kawałek dalej kusi sklep pewnej sieci handlowej, a przed nim kłębi się tłum oczekujących i wychodzących. Zawsze myślę sobie czy ktoś pamięta, że był tu kiedyś teatr? Za moich czasów edukacji scenę prowadził już Bohdan Cybulski. Zapomniany reżyser i chyba bardziej dyrektor instytucji. Zgromadził wspaniały zespół od Ireny Kwiatkowskiej po Romana Wilhelmiego, a afisz prezentował się różnorodnie. Chyba był człowiekiem nie na ówczesne czasy. Miał aspiracje tworzenia siedliska kultury – z własnym zespołem muzycznym, galerią i oczywiście produkcją sceniczną. Jego następcą niespodziewanym, przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku, został Adam Hanuszkiewicz. Odgrzewał swoje romantyczne i klasyczne kotlety, czasem zaserwował coś oryginalnego. Aż miejsce upadło. A neon Teatru Nowego zniknął z ulicy Puławskiej, odchodząc do historii. Instytucję wskrzeszono za sprawą rajców miejskich, choć w oddalonej lokalizacji o paręset metrów. To Nowy Teatr kierowany artystycznie przez Krzysztofa Warlikowskiego. Jego koncept artystyczny przybliża zamysł do czasów Cybulskiego. To ciekawe jak może nieświadomie powróciła pewna idea pod jednym i tym samym szyldem. Minęły lata, gdzie artystyczne laboratorium wielkiego inscenizatora naszych czasów mogło znaleźć pole do realizacji. Bowiem nie wszystko było takie proste. Paradoksem stała się siedziba. Przestrzeń – po Miejskim Przedsiębiorstwie Oczyszczania – nim trafiła w ręce obecnych lokatorów, długo była zajmowana przez służby porządkowe. Władze spółki, choć miejskiej i podległej wówczas Prezydent stolicy, mówiły twarde veto wobec zmiany lokalizacji. Ostatecznie udało się wyprowadzić wozy śmieciarek. Następnie oczyścić teren i skonstruować owe centrum kultury, gdzie Warlikowski i jego zespół znaleźli pole aktywności artystycznej. Ten cały powyższy wywód ma swoje uzasadnienie. Bowiem prolog ostatniej premiery to epos w firmie oczyszczania miasta, a głównym bohaterem jest właśnie pracownik tejże instytucji. Analogie stają się proste, gdy zna się ową przeszłość. Inaczej to pusty, nieznaczący gest dramaturgiczny.

Nowy Teatr, oprócz prac Warlikowskiego, które kolejne pojawiają się średnio raz na dwa lata, zaprasza również do przygotowania spektakli ciekawe nazwiska polskiej sceny. Zarówno młode, debiutujące jak również te o sprawdzonej marce. U zwieńczenia sezonu szansę produkcji otrzymał Grzegorz Jaremko. Reżyser do współpracy zaprosił dramaturga, zarazem twórcę scenariusza – Mateusza Górniaka. Na warsztat wzięli obaj twórczość Franza Kafki. Choć tytuł sugeruje, że tylko ograniczono się do Przemiany, to mylne przekonanie. Artyści szeroko wykorzystali jego twórczość. Jak sami zauważają celem miało być odejście od poważnej opowieści na rzecz wyłuskania komediowego sznytu. I może w kilku scenach się to udało. Jednak całość to przeraźliwie rozciągnięta opowiastka o przemianie fizycznej z człowieka w owada, a także o ucieczce od rzeczywistości, tego co nas otacza. Bohater Gregor Samsa, pracownik przedsiębiorstwa oczyszczania, przeistacza się, ucieka od tego co wokół. Nawet dosłownie staje się śmieciem w otaczającym świecie, trafia nie tyle na wysypisko historii, ale do podrzędnego kosza, gdzie zastany brud będzie szedł na przemiał, a w lepszych przypadkach zostanie poddany recyklingowi. To co zabija spektakl to pierwsze sceny, trwające blisko godzinę, w miejscu pracy. Dopisane fragmenty przez autorów, to grafomańska próbka, która zniesmacza i odrzuca. Wlecze się niesłychanie długo, jest o niczym i nic nie wnosi do opowieści. Gdy odrzeć przedstawienie z tegoż bełkotu rysuje się ciekawy obraz rodziny, której częścią jest Gregor. To kompania indywiduów – Matka, Ojciec i siostra Greta. Pojawia się również tajemniczy lokator. Ten kwartet to moc napędowa, siła spektaklu. I właśnie, gdyby zbudować ową kameralną historię z najbliższymi w tle, owej ucieczki od realności, to powstałby skondensowany produkt, a nie rozwleczona tkanina, porwana i niedojrzała. Reżyser pragnie włączyć w spektakl wszystko co mu przyjdzie do głowy. Oczywiście jest kamera, nawet dobrze prowadzona, a sceny zbliżeń Samsy z kobietą w boa wyglądają bardzo ciekawie. I oczywiście nieodzowny jest taniec. Raczej to ruch, w pustej, nazwanej choreografią, wprawce Izy Szostak. Nie znoszę tegoż współczesnego zadęcia kilku ruchów aspirujących do wielkiej formy. I jeszcze jedno. Jakby kalka z ostatniego spektaklu Anny Smolar z Powszechnego. Tam wieńczący monolog Anny Ilczuk to kobieta z pieńkiem, tu Greta z piłą. I znów podobna wypowiedź – dlaczego warto być robakiem. Mamy za i mamy przeciw. Kalka czy przypadek analogicznego myślenia? Tani dydaktyzm nie godny miejsca przy Madalińskiego.

Wykorzystanie twórczości Kafki, w dniu dzisiejszym, jest powszechne. W Nowym Teatrze Warlikowski realizował Koniec, nie tak dawno Krystian Lupa przygotował Proces. W świecie tańca, również jest wiele pozycji, które czerpią ze źródła praskiego geniusza. Bowiem jego historie ukazują samotność i opuszczenie człowieka. Popadanie w obłęd wobec opresyjnej biurokracji i państwa, co staje się dobrą metaforą dla otaczającego nas świata. Jaremko pokazuje nie tylko wycofanie indywidualności, samotnika, ale również jego przemianę w robaka. Faktyczną degradację wobec rzeczywistości społecznej. Świetnie korzysta ze scenografii, która jest istotnym elementem przedstawienia. Anna Maria Karczmarska z Mikołajem Małkiem zabudowują halę abstrakcyjnymi, przesuwanymi elementami. Dwa najważniejsze to namiot – miejsce samotnia Gregora oraz zwisające leje wypełnione piaskiem, w którym zanurza się bohater. Dopełnienie to ironiczne kostiumy Rafała Domagały. Jego abstrakcyjne podejście do świata, wzmaga ów zakładany komizm. Jednak tym, co trzyma spektakl przy tchnieniu i oddechu dla widza, to aktorstwo. Główny bohater Bartosza Bieleni jest wycofany, zastanawiający, stonowany, świadomy odchodzenia i niebytu. Matka – Magdaleny Popławskiej pełna ironii i zapędów dla gospodyni domowej. Greta – Eweliny Pankowskiej jak mała, niegrzeczna dziewczynka, która marzy o konserwatorium i ojciec – Piotra Polaka wieczny chłopiec, w scenie z synem i drzwiami wzbija się na wyżyny komicznej opowieści. Jest jeszcze ów lokator, który przybywa w piżamce i z olbrzymią szczoteczką do zębów. To Jan Sobolewski, który idealnie wkomponowuje się ów świat dziwnej familii. Nie można zapomnieć o kobiecie w boa Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik, powiernicy zwierzeń i dylematów Samsy, wyniosłej, dostojnej i autoironicznej. Refleksja po owej wizycie w Nowym Teatrze jest jasna. Miało być śmiesznie, do końca nie wyszło. Ale został ciekawy obrazek pokoleń i to co najciekawsze podwójna przemiana – fizyczna i wewnętrzna Gregora Samsy.

Grzegorz Jaremko jest dopiero na początku swojej drogi twórczej. Przestroga, że czasem nadmiar może doprowadzić do bólu głowy, gdy zaradzić może tabletka, ale w teatrze jest inaczej. Nudy publiczności nie da się wyleczyć, na to jeszcze nie wynaleziono leku. Mieliśmy otrzymać pastylki szczęścia, dostał nam się bełkotliwy początek z dialogiem pustym jak słoik po ogórkach, dobra aktorsko rodzina oraz samotnik w robaka zmieniony. To chyba jak na wieczór w teatrze troszeczkę zbyt mało, aby mówić o wydarzeniu i pełnym artystycznym spełnieniu.

Przemiana, na podstawie Franza Kafki, reżyseria Grzegorz Jaremko, Nowy Teatr w Warszawie, premiera: czerwiec 2023.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Maurycy Stankiewicz

NA PARKIECIE – „THE PYGMALION EFFECT” – BALET MAGYAR ALLAMI OPERAHAZ W BUDAPESZCIE

NA PARKIECIE – „THE PYGMALION EFFECT” – BALET MAGYAR ALLAMI OPERAHAZ W BUDAPESZCIE

To było baletowe spotkanie po latach. Bowiem ten artysta i jego zespół, jeszcze kilkanaście lat temu, byli stałymi gośćmi w naszym kraju. Sztuka i wysoka jakość tańca lokowała ich w czołówce ulubieńców publiczności. Borys Ejfman ze swoją kompanią zjeździł cały świat, ale wśród polskiej widowni odnalazł wiernych odbiorców własnej sztuki. Siłą jego pracy są dwa odmienne nurty. Z jednej strony skupienie się na analizie i psychologii postaci. Dokonywanie artystycznej wiwisekcji bohaterów, ich motywacji zachowań, postępowania, emocji rzutowało wielokrotnie na ekstatyczny taniec. Ale druga ścieżka poszukiwań rosyjskiego twórcy jest równie interesująca. To oryginalna komedia baletowa. Sięgając po znane motywy z popkultury i tradycji literackiej ukazuje – pełne humoru oraz zabawy – opowieści.

KARAWANA MARZEŃ – „SYMFONIA ALPEJSKA” – WROCŁAWSKI TEATR PANTOMIMY IM. HENRYKA TOMASZEWSKIEGO

KARAWANA MARZEŃ – „SYMFONIA ALPEJSKA” – WROCŁAWSKI TEATR PANTOMIMY IM. HENRYKA TOMASZEWSKIEGO

Pantomima nieodłącznie kojarzy się w Polsce z Wrocławiem. Tu Henryk Tomaszewski stworzył swoje laboratorium twórcze, w którym bez słów realizował wielkie widowiska, niekiedy świetnie współgrające z rzeczywistością społeczną i polityczną. Wraz z jego wiecznym odejściem w 2001 roku, instytucja przechodziła różne zawirowania. Pogubienie nie tylko tyczyło fotela dyrektorskiego, gdyż niezwykle trudno znaleźć następcę wybitnej indywidualności i to w tak hermetycznej sztuce mimu. Również problemem stał się repertuar, a właściwie deficyt artystycznego lidera, który nadałby ton formie widowisk. Ostatnie lata to poszukiwania, tropy, szeroka aktywność, wśród realizatorów, reżyserów teatralnych. Od lipca 2022 roku w pełni stery objęła Agnieszka Charkot, związana z miejscem od dwunastu lat.

PORAŻKA W STYLU GLAMOUR – „WIELKI GATSBY” – THE NORTHERN BALLET

PORAŻKA W STYLU GLAMOUR – „WIELKI GATSBY” – THE NORTHERN BALLET

To jeden z tych baletów, który nie pozostawił śladu w mojej głowie. Odbył się, minął. Co gorsza wytarł moją pamięć po zaledwie tygodniu od pokazu w Londynie. A szkoda, bowiem opowieść z wielkiego, pięknego świata winna być pamiętana przez dłuższy czas. Wielki Gatsby – powieść Francisa Scotta Fitzgeralda to kuźnia dla sztuki filmowej, gdzie powstały hity kinowe odwiedzane przez rzesze widzów. To również kilka produkcji tanecznych. Już w tym sezonie w Innsbrucku miało miejsce zdarzenie, które przywracam w pamięci, przywołuję w myślach. Kameralny wieczór, niczym prywatka u głównego bohatera, będący zminimalizowanym eposem poszukiwania szczęścia. Miks musicalu, z piosenką i z ciekawym tańcem. Dlaczego zupełnie odmienne wrażenia po pokazie w stolicy Wielkiej Brytanii? Otóż powodów jest kilka. Największy grzech, który wcale nie jest odosobniony, to przedobrzenie. To przesłodzona, prosta konstrukcja, która puszy się na wielkie widowisko, a jest niestety schematyczną opowieścią podszytą tanim sentymentalizmem.

W stołecznym Sadler’s Wells, moim ulubionym domu tańca, z kilku tego typu miejsc w Europie, zawsze można podziwiać niesłychane, odkrywcze gościnne pokazy z całego świata. Scena pełna jest odkryć, ale również ukazuje to, co nowe, ciekawe w brytyjskim tańcu. Tu gości English National Ballet, Birmingham Royal Ballet, Scottish Ballet i wiele innych kompanii. Stałym bywalcem jest Northern Ballet. Ten powstały w 1969 roku zespół funkcjonuje w Leeds, ale jego podstawową funkcją jest objazd, podczas którego prezentuje kilkadziesiąt spektakli w sezonie. Znakiem rozpoznawczym formacji są pełnospektaklowe opowieści zaczerpnięte z wielkiej literatury. Źródeł można doszukiwać się zarówno w bajkowej klasyce i beletrystyce, a kalejdoskop zainteresowań kolejnych liderów był naprawdę wielki. Ostatnie lata to era Davida Nixona. Tenże kanadyjski choreograf prowadził grupę przez dwadzieścia jeden lat, a jego spuścizna jest przebogata i różnorodna. W chwili obecnej jego prace to faktycznie podstawowe elementy repertuaru. Owe oblicze będzie odmieniał, poszukując innego języka ruchu, ale pozostając wiernym idei narracji, Federico Bonelli mianowany dyrektorem artystycznym od maja 2022 roku. Ten świetny włoski tancerz, o pięknej karcie kariery w The Royal Ballet, rozpoczął nowy etap artystycznej przygody. Jednak brak nowych produkcji zmusza do powracania do dawnego repertuaru. Do niego właśnie należy The Great Gatsby.

Pierwotnie zrealizowana w 2013 roku taneczna opowieść, po dziesięciu latach od premiery nie zachwyca, a nuży. David Nixon, wierny narracji wywiedzionej z książki, tworzy rozwlekłą, sentymentalną historię o relacji Daisy Buchanan i Jaya Gatsbego, jej męża Toma oraz Myrtle Wilson oraz kuzyna Nicka Carraway z Jordan Baker. W tle jeszcze mamy męża Myrtle – Georga. W ten sposób powstał specyficzny siedmiokąt zależności miłosnej, trudnych, nieszczęśliwych związków, a także zazdrości i tragedii. Choreograf skonstruował szczegółową opowieść, w której każdy element ma swoje znaczenie i sens. Tylko problem, że nie każdy widz jest w stanie wychwycić tych niuansów. Największym grzechem jest właśnie owa szczegółowość. To pusta chęć opowiedzenia każdego drobnego elementu, który absolutnie nie odgrywa roli z punktu widzenia rozwoju akcji. Zadziwia bardzo mocno eksponowana retrospekcja młodości Daisy i Jaya. Powtarzalność tych scen, ukazania powodów rozstania, lat wojny, doprowadza do irytacji i znużenia. Ta duszna i męcząca atmosfera jest nieznośna i miesza się ze śmiesznością. Scena wypadku Myrtle jest wręcz żenująca. Bowiem samochód potrąca bohaterkę, aby po chwili z bocznej kulisy została wyrzucona lalka. Zdziwienie? Serial komediowy? Można mnożyć pytania, które rodzą się w głowie, ale jedno pozostaje niezmienne. Po co ten nadmiar? Po co ta łopatologia? Większe zaufanie do widza daje nadzieję na lepszy odbiór i współuczestnictwo.

Muzyka wykorzystana w spektaklu to kompozycje autorstwa Richarda Rodneya Bennetta. Kawałki filmowe, choćby z Morderstwa w Orient Expresie, przenikają z formami tanecznymi i utworami dedykowanymi dla estrad filharmonicznych. Jest owa aranżacja spójna i zwięzła, a wykonywana na żywo przez Northern Ballet Sinfonia, choć to zespół quasi kameralny, brzmi ciekawie i interesująco. Jednak można odnieść wrażenie, że ów podkład nie współgra z zaprezentowanym wykonaniem. Niektóre elementy są wolniejsze niż tempa orkiestrowe, a szybsze, pobudzające fragmenty mają formę salonowego, dostojnego menueta. Dziwne ułożenie tańca. Zadbano o piękne tło amerykańskiego świata, bogactwa okresu między wojnami, nie gorzej jest z kostiumami, ale nic nie przykryje owej głuchej i pustej nudy. Tanecznie niezwykle poprawnie wypada zespołowe tango w drugiej części. Jest bardzo zmysłowe i oryginalne. Poprawne są duety, szczególnie dawnego świata w wykonaniu: Rachael Gillespie oraz Harrisa Beattie. W tytułowej roli wystąpił Joseph Taylor. Nie zachwycił, nie porwał, nie oczarował. Można mieć zastrzeżenia, co do zrozumienia dlaczego jego dom odwiedzały tłumy na niekończących się prywatkach, jak bohater nie ma nic do zaoferowania – ani tajemnicy, ani otwartości.

To dziwny wieczór baletowy. Mało jest takich spotkań tanecznych, które pozostawiają widza obojętnym. Zimnym i chłodnym. Zdystansowanym. Język tańca jest mało oryginalny. Nixona propozycja nie współgra ze światem zmian, które postępują, weryfikują to, co nas otacza. Jest to archaiczna kreska wywiedziona jakby z innej epoki. Nie jest to historyczna prezentacja, oryginalne myślenie o tańcu, a raczej proste odtworzenie opowieści. I to jest sedno owego stylu. Teatr Muzyczny Roma w Warszawie podąża w tym samym kierunku. Ma być „jakby luksusowo”, bogato, różnorodnie i dosadnie. Tylko ów schematyzm i banał może i oczarowuje, ale na całe pięć minut. Następny czas to przewidywalność i plątanie się w trywialnej historii z prostym wykonaniem.

Przed Federico Bonellim trudne zadanie. Zmiana oblicza skostniałego zespołu, utrwalonego w jednej stylistyce prostej tradycji. Pierwszą oryginalną premierą ma być jesienią 2024 roku Romeo i Julia w choreografii Mthuthuzeli Novembera. Ten młody południowoafrykański artysta winien dać nowe tchnienie dla Northern Ballet. Publiczność czeka na zmianę, bowiem prace poprzednich szefów, są może ciekawym obrazkiem doświadczenia, ale chyba już czas odłożyć je do archiwum.

The Great Gatsby, Richard Rodney Bennett, choreografia David Nixon, The Northern Ballet, pokazy w Londynie, maj 2023.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Johan Persson

SATYRIADA – „PROCES” – NARODNE DIVADLO W KOSZYCACH

SATYRIADA – „PROCES” – NARODNE DIVADLO W KOSZYCACH

Ostatnie lata to w świecie tańca zadziwiający wzrost zainteresowania Procesem Franza Kafki. Swoją produkcję w Wilnie przygotował, obecny szef zespołu, Martynas Rimeikis do oryginalnej kompozycji muzycznej Mindaugasa Urbaitisa. To chyba najlepsze opracowanie baletowe, gdzie duch i nastrój książki, pełen opresji machiny biurokracji współgrał z niemocą ludzkiej jednostki. Gorzej wypadła produkcja praska zrealizowana przez włoskiego choreografa Mauro Bigonzettiego, gdzie owszem kreska ruchu zachwycała i intrygowała, ale tajemnica kafkowskiej narracji wyparowała. W 2019 roku własną wizję przedstawił Jiří Bubeníček z zespołem szwedzkiego baletu królewskiego w Sztokholmie. Tę wersję, w obecnym sezonie, powtórzył z kompanią koszyckiej sceny.

POD CIASTECZKOWYM SŁOŃCEM I ROGALOWYM KSIĘŻYCEM – „PIĘKNA I BESTIA” – TEATR MUZYCZNY W POZNANIU

POD CIASTECZKOWYM SŁOŃCEM I ROGALOWYM KSIĘŻYCEM – „PIĘKNA I BESTIA” – TEATR MUZYCZNY W POZNANIU

Jeden z moich przyjaciół, lat ponad trzydzieści, nieustannie wzrusza się podczas oglądania bajek. Dla niego takim nieustannym wyciskaczem łez jest animowany Król Lew. Zawsze, gdy do niego powraca, obok ma opakowanie chusteczek, a kolejnego poranka podkrążone oczy. Dla mnie niedoścignionym mistrzem pozostanie Hans Christian Andersen, ale tylko w formie pisanej, gdy samodzielnie, pod powiekami można było budować ów niesamowity świat autorstwa duńskiego mistrza. Gdy po latach o tym myślę, to dochodzę do wniosku, że były to lekcje horroru, a nie wzruszeń. Ale warto było. Bowiem życie jest dokładnie jak w Dziewczynce z zapałkami czy też Nowych szatach cesarza. Ale nie ulega wątpliwości, że do bajek, baśni, opowiadań uwielbiamy powracać w każdej formie: filmu, animacji, a gdy pojawia się musical to już lekcja obowiązkowa. Teatr Muzyczny w Poznaniu sięgnął po format Disneya Piękna i Bestia.