Autor: admin

ZDRADZENI I UPOKORZENI – „GISELLE” – BALLET DE L’OPERA NATIONAL DU RHIN W STRASBURGU

ZDRADZENI I UPOKORZENI – „GISELLE” – BALLET DE L’OPERA NATIONAL DU RHIN W STRASBURGU

To miasto jest kwintesencją Europy. Faktyczna stolica naszego kontynentu. Małe, urokliwe, zjawiskowe. Strasburg. Jego Stare Miasto to perła i mieszanka prądów kulturowych. Lekko na obrzeżach, jego historycznej części, znajduje się teatr operowy – Opera National du Rhin, oczywiście z dopełnieniem – Opera d’Europe! A jakże 

Liche miejsce z dobrym tatarem – Syty Chmiel

Liche miejsce z dobrym tatarem – Syty Chmiel

Kilka dni temu wybrałem się wraz z kumplem na klasycznego dla nas spotkanie przy piwie i tatarze. Szukałem nowego miejsca, by odejść od sztampowych pozycji. Wybór padł na Syty Chmiel przy Marszałkowskiej 10/18. Świetne opinie w Google i Facebook, ładne zdjęcie dań i szeroki wybór piw skłonił do tej lokalizacji. Miło zapowiadający się wieczór niestety nie był idealny…

ROMANS GROZY – „SLEEPING BEAUTY” – NEW ADVENTURES W LONDYNIE

ROMANS GROZY – „SLEEPING BEAUTY” – NEW ADVENTURES W LONDYNIE

Londyn to nie tylko miasto przesiąknięte zabytkami Anglii, różnorodnością i ofertą rozrywkową. To również istotny gospodarz życia baletowego w Europie. Z jednej strony swoją siedzibę mają w tym mieście Royal Ballet i English National Ballet, ale również istnieje scena tańca, która gości na swoich deskach szeroki kalejdoskop kompanii baletowych. Mowa o zasłużonej i historycznie doświadczonej placówce Sadlers’s Wells, która dziś posiada już szóstą swoją scenę w niezmiennym miejscu Londynu. Od przełomu wieków prowadzi działalność impresaryjną, zapraszając znamienite formacje taneczne, których część to stali rezydenci. Do nich należy New Adventures prowadzony przez Matthew Bourne’a. To jeden z najpopularniejszych i najbardziej uznanych oraz odnoszących sukcesy choreografów brytyjskich. I każdy kto oglądał film Billy Eliot zna prace artysty. Bowiem finał to fragmenty Jeziora łabędziego właśnie w jego choreografii. Przedstawienia szczególnego, wyjątkowego, niepowtarzalnego, w którym w partiach łabędzi obsadzeni zostali mężczyźni, przez co związek zauroczenia i miłości Księcia nabiera zupełnie nowych znaczeń i kontekstów. W Sadler’s Wells prace Bourne’a można oglądać regularnie. Zazwyczaj są to dwa miesiące zimy i miesiąc wakacji. W tym sezonie na przełomie grudnia i stycznia zaprezentowano, z bogatego kalejdoskopu repertuaru liczącego 14 prac, Śpiącą królewnę. Co warto podkreślić, nigdy nie są to sztampowe inscenizacje. Bourne, wykorzystując neoklasyczną technikę, ukazuje odmienne spojrzenie na poszczególne ikoniczne balety. Artysta dąży do jednego – komunikatywności i korespondowania z dniem dzisiejszym. Szeroko wykorzystuje popkulturę, bawi się, nie stroni od kiczu, który wykorzystuje do zainteresowania i trzymania w napięciu odbiorcy. Tak było we wspomnianym Jeziorze łabędzim, analogicznie w The Car Man, gdzie gra słów zmieniała kobiecą operową Carmen w ponętnego podrywacza. W sierpniu będzie można zobaczyć Romeo i Julię do muzyki Prokofiewa, gdzie choreograf umiejscawia akcję w szpitalu psychiatrycznym.  Nie inaczej jest ze Śpiącą królewną. W tle muzyka Piotra Czajkowskiego, ale artysta zabiera nas w świat grozy i strachu. Bowiem podtytuł przedstawienia to Romans gotycki.

Opowieści niespotykane zawsze były w modzie. Już w okresie romantyzmu powstał Frankenstein autorstwa Mary Shelley, który stanowi protoplastę fantastyki naukowej. To również przykład powieści gotyckiej, która charakteryzuje się treścią pełną pułapek, chorób, śmierci, klątwy. Z niej narodziły się horrory, które wraz z pojawieniem się kinematografu zainspirowały twórców filmowych. Nurt kina niemieckiego ekspresjonizmu to sztandarowy przykład niesamowitości, strachu i przerażenia. Okraszone zjawiskową dekoracją, demonicznymi postaciami i wstrząsającą narracją stanowiły istotny wkład w rozwój kultury. Prace Fritza Langa czy Friedricha Wilhelma Murnaua to wzory owego czasu. I należy zadać pytanie. Czy Śpiąca królewna nie jest właśnie takową mroczną opowieścią, z pogranicza fantastyki? Matthew Bourne odpowiada jasno – tak! Czerpie pełnymi garściami ze świata grozy, budując z jednej strony mroczną atmosferę walki dobra ze złem, demonów, ale również pełną ciepła i nadziei na zwycięstwo miłości.

Balet New Adventures jest luźną interpretacją klasycznej bajki. Przenosimy się do roku 1890, gdy zła wróżka Carabosse podrzuca dziecko Królowi Benedictowi. Wobec braku wdzięczności, złe moce rzucają klątwę na dziewczynkę Aurorę, że zraniona różą zaśnie na sto lat i dopiero zbudzi się od pocałunku ukochanego młodzieńca. I przepowiednia się sprawdza. Dwadzieścia jeden lat później zjawia się tajemniczy Caradoc – syn Carabosse i pozostawia różę. Dochodzi do tragedii i mimo wielkiej miłości księżniczki do gajowego Leo, zapada ona w długi sen. Za sprawą Hrabiego Lilaca, króla wróżek, młodzieniec otrzymuje nieśmiertelność. I mija sto lat. Akcja już toczy się w naszych czasach. Grupy turystów odwiedzają bramę legendarnego zamku. I dochodzi do przebudzenia księżniczki, ale szansę jej wiecznego posiadania wykorzystuje czarny demon – Caradoc. Już ma się odbyć uroczystość zaślubin, podczas gotyckiego przyjęcia, ale całość szczęśliwie niweczą dobre moce. Aurora i Leo łączą się w miłosnym uścisku, a z ich związku rodzi się nowe życie. Piękna historia, w której taniec odgrywa najważniejszą rolę.

Scenograf Lez Brotherston buduje wielką salę zamkową, w kolejnych fragmentach igra z tradycyjnymi wyobrażeniami. A to w ogrodzie statyczna rzeźba jest w pozycji leżącej, a zapuszczone wrota zamku pełne są kwiatów i listów jak sprzed bramy pałacu Buckingham. I te analogie można mnożyć, ponieważ istotą jest dotarcie do szerokiego odbiorcy, nawet najprostszą metaforą. Bourne świetnie podgląda otaczający świat. Prawie cały pierwszy akt to opowieść o małej Aurorze. Jak pokazać małe dziecko w teatrze, zawsze jest problemem. Zazwyczaj to zawiniątko, które niańczy dorosły i udajemy, że w to wierzymy. W londyńskiej Śpiącej królewnie mamy inaczej. Wydaje się, że dziewczynka jest rzeczywista. A to tylko pozór. Animuje ją bowiem, jak w czarnym teatrze, trójka artystów. I jest to perełka artystyczna. Malec chodzi, tańczy, wspina się na kotary, a leżąc w łóżeczku i obserwując taniec, razem z wykonawcami przeżywa. Świetnie pomyślany epizod ustawia całe przedstawienie. Technika choreografa jest prosta. Rolą spektakli nie jest oczarowanie możliwościami zespołu, ale nadrzędnym celem opowiedzenie historii. Jasne, klarowne, spójne. Szybkość, dowcip i precyzja. To najważniejsze cechy układu. I dzięki temu jest zjawiskowo. Zespół nie jest rozbudowany, łącznie z solistami to ledwo ponad dwudziestu tancerzy. Mimo owego ograniczenia wykonanie jest precyzyjne. Najciekawiej wypadają zakochani w sobie Księżniczka Aurora – Ashley Shaw oraz gajowy, Leo – Andrew Monaghan. Gorzej, mimo partii charakterystycznych, realizuje zadania druga para protagonistów Caradoc – Ben Brown oraz Hrabia Lilac – Paris Fitzpatrick. Jednak mimo owych niedociągnięć, całość jest udanym, zabawnym i spełnionym widowiskiem. Muzyka odtwarzana jest z taśmy, bowiem liczba dodatkowych efektów dźwiękowych uniemożliwia wykonywanie jej na żywo. I czas w Sadler’s Wells płynie niesłychanie szybko, pragnienia mówią, żeby trwał ten wieczór jak najdłużej. Ale jak w każdej bajce jest i szczęśliwe zakończenie.

Matthew Bourne posiada niesłychaną umiejętność pracy tanecznej – idealnego komunikowania się z publicznością. Wychwytuje tematy, które są obok nas i umiejętnie przekłada je na język tańca. Jest mistrzem prostej opowieści. To taki artysta pop-kultury w świecie wysublimowanej sztuki. Ale właśnie ten rodzaj przedstawień trafia do szerokiego odbiorcy, może zarazić, dotknąć, wzruszyć. I dlatego podróże do Londynu stają się lekcją obowiązkową dla poszukujących oddechu od szarości z uśmiechem na twarzy i piękną baletową historią.

Sleeping Beauty (Śpiąca królewna), Piotr Czajkowski, choreografia Matthew Bourne, New Adventures, pokazy w Sadler’s Wells w Londynie, styczeń 2023.

                                                                                         [Benjamin Paschalski]

DZIESIĘĆ I PÓŁ OPOWIEŚCI Z KOBIETAMI W TLE – „DEKAMERON” – TEATR DRAMATYCZNY IM. ALEKSANDRA WĘGIERKI W BIAŁYMSTOKU

DZIESIĘĆ I PÓŁ OPOWIEŚCI Z KOBIETAMI W TLE – „DEKAMERON” – TEATR DRAMATYCZNY IM. ALEKSANDRA WĘGIERKI W BIAŁYMSTOKU

Nie tak dawny czas pandemii przywrócił do polskiego teatru Dekamerona  Giovanniego Boccaccio. W Legnicy pod opieką szefa Teatru Modrzejewskiej, Jacka Głomba, powstał spektakl online Nowy Dekameron. Miał on wielki walor, bowiem wpisywał się idealnie w czas zarazy, zarówno tematyką jak i formą realizacji. Przygotowane w 

NA DEJMKOWĄ NUTĘ – „PASTORAŁKI STAROPOLSKIE” – POLSKA OPERA KRÓLEWSKA W WARSZAWIE

NA DEJMKOWĄ NUTĘ – „PASTORAŁKI STAROPOLSKIE” – POLSKA OPERA KRÓLEWSKA W WARSZAWIE

Kazimierz Dejmek, ikoniczna, mityczna postać polskiej sceny. Nie tak dawno przypomniana, a może nawet odkryta na nowo, na kartach monografii Dejmek autorstwa Magdaleny Raszewskiej. To nie tylko wspaniały, legendarny inscenizator, reżyser, ale również dyrektor teatru, który co istotne przywrócił na sceny dramat staropolski, stając się jego wyjątkowym interpretatorem. Historyja o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim, Żywot Jozepha, Dialogus de Passione, powtarzane i realizowane wielokrotnie, stały się znakami rozpoznawczymi ręki mistrza. Pamiętam spektakl na podstawie Mikołaja Reja w warszawskim Teatrze Polskim. Był rok 1985.

BERLIŃSKI KIT – „BERLIN BERLIN” – TEATR WSPÓŁCZESNY W WARSZAWIE

BERLIŃSKI KIT – „BERLIN BERLIN” – TEATR WSPÓŁCZESNY W WARSZAWIE

W końcowym okresie, słusznie minionej epoki, istniało takie powiedzenie o naszym zachodnim sąsiedzie: „Jakby wyłączono prąd, to wszyscy by uciekli z NRD na Zachód, a ostatni gasiłby światło przywódca Erich Honecker”. I mimo budowania kraju idealnego socjalizmu nie udało się przekonać obywateli do wielkiej miłości do ojczyzny. Podzielony naród dążył do symbiozy, co dokonało się wraz ze zburzeniem muru berlińskiego w roku 1989. Jednak świat zachodu, kolorowego, wesołego i wolnego, był marzeniem wschodnich Niemców tak samo jak wszystkich mieszkańców demoludów. I właśnie ten wątek stał się osią narracyjną najnowszej premiery w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Patrick Haudecoeur i Gerard Sibleyras napisali komedię, która ponoć stała się przebojem scen francuskich, a ukoronowaniem jest nagroda Moliera w roku 2022 dla najlepszej komedii. Nic tylko ją wystawić. Jest jednak jedno ale… To, co może być adekwatne dla odbiorcy nad Sekwaną, niekoniecznie dopasowane jest dla widza nad Wisłą. Konwencja wywiedziona z serialu Allo, Allo, pisana z ironią i przymrużeniem oka, ciekawa była do opowieści o latach wojny, gdy czasy dalekie i odległe nie wzbudzały porównań, a także śmieszności. Niestety opowieść o latach bliskich pełna jest trywialności i pustki. Autorzy malują obraz rzeczywistości „za Żelazną Kurtyną” przeraźliwie grubą kreską. Każde niepożądane działanie kończy się zesłaniem na Sybir i to wprost z Berlina, jedynym rozpoznawalnym liderem jest Lenin i Marks, a piosenką Kalinka. Nie jest ani śmiesznie, ani nudno. Po prostu nijak.

Opowieść jak we współczesnej komedii rozpoczyna się niewinnie i nabiera przyspieszenia. Mamy rok 1989 młoda para stara się wydostać na Zachód. Przypadkiem dowiaduje się, że w berlińskiej kamienicy, w jednym z mieszkań, jest podkop pod murem do wolnego świata. Dziewczyna zatrudnia się jako opiekunka starszej pani, matki agenta Stasi i zaczyna się intryga. Z jednej strony przebijanie piwnic, a z drugiej jeden agent, drugi agent, trzeci agent. Trup i budynek Stasi w części drugiej. I kręci się ta opowiastka do finału zburzenia muru berlińskiego. I młodzi, bez większych problemów mogą wydostać się z siermiężnej rzeczywistości. A wraz z nimi wszyscy pupile systemu, bowiem każdy kochał reżim NRD, ale jednak świat Zachodu kusił. Jednak ta historia jest straszliwie ułomna. Oczywiście życie pisze własne scenariusze, ale skala nieprawdopodobnych zdarzeń przerasta wszelkie wyobrażenie. Napiętrzenie zdumiewających sytuacji coraz bardziej irytuje, a nie bawi. Zniesmacza.

Reżyserię powierzono Wojciechowi Adamczykowi. To specjalista od teatru środka i komedii, który znany jest wszystkim z telewizyjnego tasiemca Ranczo. Trudno nazwać spektakl we Współczesnym za udaną próbę. Przypomina on konwencją przedstawienia Komedii i Kwadratu. Te same miny, duże oczy, zaskoczenia, obowiązkowa kanapa po środku, upadki prawie na skórce od banana. Nie ważne, że nic się za tym nie kryje, ma być rubasznie i aby lud się bawił. Tylko scena przy Mokotowskiej, choć blisko ma do Marszałkowskiej, to jednak jest to inny adres. Tu zawsze wymagało się więcej. Nawet gdy często gościły lekkie utwory, to nigdy nie schodziły poniżej pewnego poziomu artystycznego. Tym razem jest to upadek. Bolesny i drastyczny. Co gorsza, autorka tłumaczenia Barbara Grzegorzewska, tak spolszczyła utwór, że wykorzystała współczesne słownictwo, które nie istniało ponad trzydzieści lat temu. Kto słyszał wówczas o „singielce”? I tych lapsusów jest dużo więcej. Całość jest totalnym grochem z kapustą. Nieprzemyślany tekst, nietrafiona inscenizacja, która dąży do efekciarstwa i słaba translacja.

Dużym zaskoczeniem jest również dobór obsady. Rodzi się bowiem pytanie czy zespół w Teatrze Współczesnym w ogóle jest potrzebny. Kolejny raz mamy zaproszonych gościnnych aktorów. W rolach głównych obsadzono Lidię Sadową (Emma Keller) oraz Sławomira Grzymkowskiego (Werner Hofmann) z Teatru Dramatycznego w Warszawie. Dodatkowo jako Ludwig wystąpił pierwszy raz na tej scenie Mariusz Ostrowski do niedawna związany z łódzkim Jaraczem. I o ile dwa pierwsze nazwiska są świetnie dobrane do postaci, gdzie komizm miesza się z przemyśleniem i jasnym prowadzeniem roli, to już tego absolutnie nie można powiedzieć o Ostrowskim. To, co prezentuje, jest wręcz wstydliwe i dramatyczne. Gra na jednej nucie niedojrzałego chłopca. I tu kolejna niekonsekwencja. Początkowo zaangażowany w budowanie podkopu wydaje się wartościowym partnerem swojej wybranki. Nagle traci rezon. I jest dziwolągiem, na którego żal patrzeć. Tło dla owego trójkąta stanowi sprawdzony artystyczny garnitur tuz komizmu – Joanna Jeżewska, Leon Charewicz i Sławomir Orzechowski. Tylko można odnieść wrażenie, że wszyscy grają obok i zastanawiają się co ja tutaj robię. Mimo doboru sprawdzonych wykonawców spektakl ślimaczy się niemiłosiernie. A spoglądanie na zegarek, wraz z opadnięciem kurtyny po każdej scenie, staje się naturalnym gestem.

Od kilkudziesięciu lat jestem wiernym widzem Teatru Współczesnego. Chyba moim pierwszym spektaklem była Kolacja na cztery ręce Paula Barza w reżyserii Macieja Englerta. Był rok 1986. Na scenie spotkanie mistrzów muzyki Haendla z Bachem, a także gwiazd aktorstwa Mariusza Dmochowskiego z Czesławem Wołłejko. Towarzyszył im Henryk Borowski. Nie ma już ich wśród nas. Ale pamięć zostaje. Dziś, gdy obserwuję dokonania sceny przy Mokotowskiej, smutek rysuje się na mojej twarzy. Bowiem o dzisiejszych spektaklach nigdy nie będziemy pamiętać, co gorsza jutro odejdą w zapomnienie. A te dawne zostaną w historii i wspomnieniach teatromanów. Życzę aby jeszcze kiedyś pojawiła się na Mokotowskiej premiera na miarę jej przeszłości.

Berlin Berlin, Patrick Haudecoeur, Gerald Sibleyras, reżyseria Wojciech Adamczyk, Teatr Współczesny w Warszawie, premiera: grudzień 2022.

                                                                                     [Benjamin Paschalski]

ROMSKA BALLADA – „JAWNUTA ALBO ROMSKIE HISTORIE NA PODSTAWIE OPERY STANISŁAWA MONIUSZKI” – TEATR WIELKI IM. STANISŁAWA MONIUSZKI W POZNANIU

ROMSKA BALLADA – „JAWNUTA ALBO ROMSKIE HISTORIE NA PODSTAWIE OPERY STANISŁAWA MONIUSZKI” – TEATR WIELKI IM. STANISŁAWA MONIUSZKI W POZNANIU

Szacowna poznańska scena pod Pegazem nosi zaszczytne miano ojca polskiej opery Stanisława Moniuszki. I w ostatnich latach nie jest to tylko symboliczny, przypadkowy patron, ale jego kompozycje poczęły zajmować istotne miejsce w repertuarze placówki. Nie są to sztampowe wykonania, ale odkrywcze i ciekawe interpretacje. Przypomniała o tym, w programie do ostatniej premiery (niestety z błędami dat nowych inscenizacji: Halki nie w 2019 a w 2015 roku oraz opery Paria, nie w roku 2020 a 2019) dyrektorka sceny Renata Borowska-Juszczyńska. Jeżeli prześledzić premiery, polskiego kompozytora, to rzeczywiście były to odmienne spojrzenia, ciekawe obcowanie nie tylko z muzyką, ale wartościowymi projektami artystycznymi.

WSTYD W LESIE – „DEKALOG, CZYLI LOKALNA WOJNA ŚWIATOWA” – TEATR POLSKI IM. ARNOLDA SZYFMANA W WARSZAWIE

WSTYD W LESIE – „DEKALOG, CZYLI LOKALNA WOJNA ŚWIATOWA” – TEATR POLSKI IM. ARNOLDA SZYFMANA W WARSZAWIE

Wielokrotnie zastanawiam się czemu służy sztuka, w tym teatr. Na pewno to refleksja, własna interpretacja, namysł i oczywiście rozrywka. Lubię, gdy wychodzę z instytucji kultury, a myśli moje krążą, wirują oraz zastanawiam się nad pokładami interpretacji tego, co zobaczyłem. Ale zdarza się, że niby w słusznej sprawie, teatr przybiera formę propagandowej agitacji. Nie metafory, ale taniej aluzji, puszczania oka do widza, a także silnego narzucania jednej narracji. Sądzę, że tak musiał wyglądać teatr w stanie wojennym. Wówczas wiersz, utwór sceniczny wskazywał trwanie w oporze, ale wielokrotnie nie posiadał głębszego przesłania. I niestety historia się powtarza. Na scenie Teatru Polskiego w Warszawie, miała miejsce premiera, która nigdy nie powinna się odbyć. Jest wstydliwym przykładem jak dla wsparcia ukraińskiego narodu powstał spektakl ułomny i niedojrzały.