Najnowsze

A JEDNAK BYŁ (2)-TEATR NIESTABILNEGO SEZONU 2020/21

A JEDNAK BYŁ (2)-TEATR NIESTABILNEGO SEZONU 2020/21

To blisko setka spektakli niestabilnego sezonu. Może to niezbyt bogaty wynik, ale dający prawo do podsumowań. Oto subiektywny spis ocen i komentarzy. Nie o wszystkich spektaklach przeczytaliście na naszym blogu bowiem nie relacjonowaliśmy życia teatralnego w maju i czerwcu. Niech to krótkie podsumowanie będzie rekompensatą braku kilkunastu recenzji.

BEZ GRZMOTÓW I BŁYSKAWIC, czyli „2020: Burza”- TR Warszawa

BEZ GRZMOTÓW I BŁYSKAWIC, czyli „2020: Burza”- TR Warszawa

Ze spektaklu bije chłód i asceza. Postaci przemierzają scenę i tak szybko jak na niej są, tak prędko znikają. Anonimowi pozostają Stefano i Trinkulo, ani bawią, ani smucą. Relacja miłosna Ferdynanda i Mirandy gdzieś wyparowała. A najciekawszy wydaje się Sebastian (Mateusz Więcławek) jako czarny charakter i zakała rodziny. Jak na dramat Shakespeare to niezbyt wiele, bowiem w trzygodzinnym przedstawieniu otrzymujemy opowieść o tym, że jesteśmy różni.

BATMAN I DRESIARZE, czyli „Zły”- Teatr Polski w Bielsku-Białej

BATMAN I DRESIARZE, czyli „Zły”- Teatr Polski w Bielsku-Białej

Dla Warszawiaka istnieją historie nieśmiertelne. Nie chodzi tylko o legendy o Złotej Kaczce czy Bazyliszku, ale bliższe naszym czasom opowieści zapisane na kartach różnorakich dzienników, wspomnień czy opowieści. Do takich autorów należy Leopold Tyrmand, dla którego stolica nie była tylko miejscem życia, ale i inspiracją twórczości. Powieść Zły to pozycja ikoniczna. Wiele wątków, różnorodni bohaterowie, opowieść kryminalna, brawurowe akcje, są nie tylko gratką dla czytelnika, ale również dla realizatorów scenicznych. Nie tak dawno można było oglądać musical w Teatrze Muzycznym w Gdyni, a w obecnym sezonie premierę przygotował Teatr Polski w Bielsku-Białej. I to wydaje się zastanawiające dla osoby, która w innym mieście ogląda historię o stolicy. Można zadać sobie pytanie czy wszystkie niuanse i umiejscowienia akcji są dla publiczności zrozumiałe i logiczne? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że należy odpowiedzieć negatywnie. Ale skoro inscenizator uniwersalizuje utwór to staje się on klarowny dla szerokiego odbiorcy i na Wybrzeżu i Śląsku. I takie doświadczenie mamy na Podbeskidziu.

Piotr Ratajczak, reżyser spektaklu we współpracy z autorką adaptacji Joanną Kowalską stworzyli zwięzły i klarowny utwór sceniczny. Świetnie rysują postaci, bohaterów lat pięćdziesiątych XX wieku. Cała akcja umiejscowiona jest w jednej, niezmiennej przestrzeni, z obrotowym boksem po środku, który jednocześnie może być kioskiem sprzedaży prasy, miejscem przesłuchań, kawiarnią czy pokojem mieszkalnym. Tak szybko jak kręci się ów obiekt tak mknie akcja sceniczna. Sprawny montaż, miksowanie scen to świetna robota niczym z udanego filmu sensacyjnego. Barwy widowiska to biel i czerń co ma symbolizować świat przeszłości, niczym dawnego filmu. Ale realizatorzy idą krok dalej, w niektórych sekwencjach wprowadzają analogie do dnia dzisiejszego przez co przybliżają sensy współczesnemu widzowi. Jest nostalgicznie, w tle nieustanie pobrzmiewa muzyka, która buduje klimat napięcia niczym z programu Bogusława Wołoszańskiego Sensacje XX wieku. A widzowie czekają na rozwój zdarzeń ze swoistej walki sprawiedliwego, który pojawił się w mieście z bandą Merynosa w tle z działaniami milicji pod wodzą Dziarskiej i aktywnością prasy „Expresu Wieczornego” i jej dziennikarza Kolanko.

Wartością spektaklu jest stworzenie bohatera zbiorowego – mieszkańców miasta. To oni pulsują, żyją, przemierzają miasto budując rodzajowy obrazek Warszawy. Każda postać to indywiduum i oryginał. Jednak w grupie, tańcu, ruchu stają się oni tymi, którzy żyją biegnącymi zdarzeniami ulicy. A te nieubłaganie wkradają się w ich życie i codzienność. W spektaklu jest dużo ironii i przymrużenia oka. Trudno sobie wyobrazić aby było inaczej bowiem niełatwo pokazać w dniu dzisiejszym postać Złego o zjawiskowych oczach, bez nuty humoru i analogii do współczesności. Ta walka o sprawiedliwość na ulicy rozegrana jest właśnie jako historia pełna zabawy, choć finał jest jej tragiczny.

Siłą lokalnych teatrów są zespoły artystyczne. Owa specyficzna zespołowość zauważalna jest właśnie w takich spektaklach jak Zły, gdy każdy aktor jest indywidulaną postacią, a jednocześnie częścią wspólnoty artystycznej, a w tym przypadku mieszkańcem miasta. Na tym tle wyróżnia się Dziarska Oriany Soiki i Kuba Wirus w wykonaniu Grzegorza Margasa. Każda rola to indywidualna perełka, która posiada swoje wyróżniki, które ułatwiają śledzić akcję. Marta Majewska ma czerwoną torebkę, Dziarska oryginalny loczek, a Kuba – aparat fotograficzny. Ta symboliczna dbałość o szczegóły jest niesłychanie ważna, gdyż staje się przewodnikiem dla widzów w gąszczu postaci. Opowieść o Warszawie ma godnych wykonawców, którzy tańczą, błyszczą i grają krwiste role opowieści Tyrmanda.

Ale mimo świetnego odbioru spektaklu zbudowanego jako luźnej, sprawnej opowieści o losach pewnego miasta jest pewien niedosyt. Dlaczego nie zbudować historii o dziejach, historii mieszkańców Bielska-Białej? Były historie regionalne m.in. legnickie, łódzkie i w wielu teatrach w naszym kraju, czas na śląską scenę. Warto spróbować bowiem intrygi i zwady, bandy i miłości są pod każdą szerokością geograficzną, a poznawanie lokalnej tożsamości może być ciekawsze niż importowana opowieść ze stolicy.

Zły, Leopold Tyrmand, reżyseria: Piotr Ratajczak, Teatr Polski w Bielsku-Białej, premiera: październik 2020.

                                                                                                       [Benjamin Paschalski]

KOLORY HOLLYWOOD, czyli „Pretty Woman” – Teatr Variete w Krakowie

KOLORY HOLLYWOOD, czyli „Pretty Woman” – Teatr Variete w Krakowie

Krakowski Teatr Variete przygotowując polską premierę powierzył realizację widowiska sprawdzonemu twórcy teatru muzycznego – Wojciechowi Kościelniakowi. To idealny inscenizator tego typu przedstawień. I w Pretty Woman widać sprawdzoną rękę mistrza. Buduje on bajkowy świat Los Angeles z nieodłącznym Hollywood. Jest niezwykle kolorowo i zjawiskowo. Przestrzeń sceny pokrywają aleje i ulice kalifornijskiego miasta.

KOLOROWY KOROWÓD TAŃCA, czyli „Esmeralda” – Hrvatsko Narodno Kazaliste w Splicie

KOLOROWY KOROWÓD TAŃCA, czyli „Esmeralda” – Hrvatsko Narodno Kazaliste w Splicie

Nareszcie! Znów możemy mówić o powrocie do teatralnych sal po przerwie pandemicznym zagrożeniem i niebezpieczeństwem infekcji. W naszym kraju ponowne otwarcie instytucji artystycznych nastąpi pod koniec maja i szykuje się wielki worek premier!

SZLABAN SZCZĘŚCIA, czyli „Granica” – Teatr Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie

SZLABAN SZCZĘŚCIA, czyli „Granica” – Teatr Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie

Niezwykle rzadko na polskich scenach goszczą spektakle dokumentalne. Formy reportażowe, które dzięki sprawnej inscenizacji stają się świetnymi opowieściami zadumy, refleksji i znaków zapytania wobec naszej rzeczywistości. Niezwykle ciekawy nurt tej formy opowieści rozpropagował moskiewski Teatr.doc, który posiada w repertuarze wiele ważnych spektakli wykorzystujących świat zewnętrzny do realizacji artystycznej. Teatr jako lustro współczesności poprzez wykorzystanie metody verbatim – posiłkowania się tym co zewnętrzne za pomocą wywiadów i precyzyjnego zbierania faktów i zdarzeń. Na naszym krajowym gruncie specjalistką od tej formy artystycznej stałą się Katarzyna Szyngiera. Niezwykle ważny spektakl powstał parę lat temu w Bydgoszczy – Swarka, ukazujący relacje polsko-ukraińskie w tle interpretacji zbrodni wołyńskiej. Owe kontakty i płaszczyzny zrozumienia, dialogu, ale i waśni kontynuowała w rzeszowskim Lwów nie oddamy! I właśnie ów kontekst zależności pomiędzy dwoma społecznościami staje się jej znakiem rozpoznawczym. Szyngiera swoimi spektaklami ukazuje płaszczyzny kontaktów, proste mechanizmy współegzystencji w miejscu istniejącego podziału. Co ważne jej przedstawienia mają niesłychaną wartość dla budowania relacji pomiędzy naszymi dwoma państwami, większą niż wysiłki dyplomatyczne. Ostatnia próba ponownego zwrócenia uwagi na stosunki społeczne to jednak udane działanie artystyczne, ale zatrzymane w pół drogi. Granica zrealizowana w Teatrze im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie jest jak podsumowanie dotychczasowych prób artystycznych. Chce się lepiej, inaczej, oryginalnie. Ale niestety jeszcze lepsze szkodzi dobremu. Gąszcz wątków, ich nie finalizowanie zamydla obraz sensu opowieści.

Punktem wyjścia dla nowego spektaklu Szyngiery jest tak jak w tytule granica. Sfera podziału, konformizmu, obiektywnego wyznacznika na mapie czy też niezmienności geopolitycznej. Jednak brakuje jasno określonego punktu o czym ma być spektakl. I jest to chyba wina współautorki tekstu Weroniki Murek, która z dokumentalnego, świetnego materiału zebranego przez reżyserkę z Bartoszem Józefiakiem, chciała utworzyć treść pełnego dramatu. I to błąd. Najlepiej wypadają sceny inscenizowane, ale żywcem wzięte z życia i publicystyki. Należało na tym poprzestać, nie szukać dodatkowych, zbędnych rozwiązań. Prostota w prostych sprawach jest najbardziej adekwatna. Drugi problem to materiał filmowy, który stanowi sporą część przedstawienia. Odcinek dokumentu o granicach, bodajże zatytułowany Tajemnicza dziewczyna, jest pozbawiony dramaturgii, choć wiele opowiada o rzeczywistości czegoś pomiędzy dwojgiem państw. Pogranicznikach, właścicielce przydrożnego baru, tajemnicach granicy, przemycie, handlu ludźmi. Ale jest to opowieść, która sili się na bycie żartem, dowcipem, a taką nie jest. Bowiem granica jest czymś niesamowitym, pustym i nieokiełznanym.

Reżyserka umieszcza akcję sceniczną w lesie. Świecie pomiędzy. Przecież granica to nie tylko słupy i szlabany, ale właśnie te puste i nieokiełznane krainy. Tam spotykają się, w abstrakcyjnej przestrzeni, mgły i kiełbasek z ogniska, bohaterowie opowieści. Poszczególne postaci tworzą własne narracje pełne tajemnic i tego co niesie ze sobą granica to co niby dzieli, a w ich przypadku łączy. Tych poszczególnych historii jest wiele. Od kierowcy tira, właścicielki knajpy, Anne Appelbaum, poprzez działacza organizacji narodowej do gwiazdy telewizji. Widzimy jak w zwierciadle obrazek nasz, ich, tamtych, ale wszystko wokół tego co nazywany granicą – miejsca oddzielającego, hamującego, zatrzymującego. Tego co można i należy przekroczyć, aby znaleźć się w innym świecie. Ale nie ma diagnozy czy w lepszym czy gorszym.

Mankamentem spektaklu jest zwrócenie uwagi właściwie tylko na jeden aspekt terminu granica – rozumiany w kategoriach relacji państwowych. Szkoda, że nie włączono elementów życia społecznego, kontaktów między dwojgiem ludzi, przekraczania granic w naszym dzisiejszym świecie, gdy wiele mówimy właśnie o owym aspekcie i zależnościach.

Mimo owych zastrzeżeń to ciekawy przykład teatru dokumentalnego w wykonaniu zgranego zespołu aktorskiego. Życzę Katarzynie Szyngierze dalszych poszukiwań dokumentalnych, bo dzięki nim teatr nie pełni tylko formy artystycznej, ale świetnego obrazka rzeczywistości. Tylko jedna uwaga – niech będzie prościej i wyraziściej. Wielość nie znaczy jakość.

Granica, Weronika Murek, Katarzyna Szyngiera, reżyseria: Katarzyna Szyngiera, Teatr im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie, premiera: luty 2021.

                                                                                                  [Benjamin Paschalski]

POTEM JĄ SKRYŁO MAŁE MIASTECZKO czyli „M.G.” – Teatr Polski Warszawa

POTEM JĄ SKRYŁO MAŁE MIASTECZKO czyli „M.G.” – Teatr Polski Warszawa

Wychodziłem z teatru z mieszanymi wrażeniami. Z jednej strony ciekawe scenki, korespondowanie ze współczesnością, krytyka elit. Lubimy, znamy. Z drugiej strony po co do tego Magda Gessler? Absolutnie jej postać nic nie wniosła do dramatu. Polski nie naprawiła. Przypadkiem w tym miejscu wylądowała, posiedziała i do stolicy wróciła. Polacy nic się nie stało. Dalej jesteśmy w punkcie wyjścia siedząc nad rzeką w fotelu turystycznym, albo w słowiańskim przykucu paląc papierosa pod pizzerią, która jest miejscem szczęścia i spełnienia marzeń dla wielu milionów obywateli.

WSTRZĄŚNIĘTY, NIEWZRUSZONY czyli „Lazarus” – Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu

WSTRZĄŚNIĘTY, NIEWZRUSZONY czyli „Lazarus” – Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu

Ostatnia premiera dolnośląskiej sceny to Lazarus do muzyki Davida Bowie i libretta Enda Walsha. Miało być odkrywczo i zjawiskowo bowiem polskiej produkcji podjął się Jan Klata. I chyba na oczekiwaniach się skończyło. Pierwszym i najprawdopodobniej największym grzechem przedstawienia jest jego przypadkowość. Trudno odnieść inne wrażenie, że treść została sztucznie dopasowana do utworów muzycznych.