Najnowsze

Co robić w Warszawie? 50 pomysłów!

Co robić w Warszawie? 50 pomysłów!

Cześć, to była długa przerwa od pisania i publikacji, mam nadzieję, że się stęskniliście. Brakowało mi czasu, regularności i przede wszystkim wytrwałości. Czas na zmiany, systematyczność i moc ciekawych wpisów. Obserwując wzmożony ruch na stronie oraz zwiększającą się liczbę obserwujących na socialach, zabrałem się do pracy. Efektem jest dokończenie kilku historycznie zaplanowanych wpisów. Pierwszy część jednego z nich przed Wami. Zapraszam na „50 rzeczy, które musisz zrobić w Warszawie #1″

SEKS I KŁAMSTWA – Opowieści niemoralne – Teatr Powszechny w Warszawie

SEKS I KŁAMSTWA – Opowieści niemoralne – Teatr Powszechny w Warszawie

To jeden z ciekawszych wieczorów teatralnych. Pomysł oraz jego konstrukcja już zasługuje na zauważenie oraz wyróżnienie. Jednak pozostaje niedosyt, jest nim rozwleczenie i niekończąca się monotonia. Mimo to autorzy ciekawie interpretują seks nie jako akt spełnienia, radości i szczęścia, ale część życia, która przynosi zawód, wykorzystanie i głęboką samotność. Ten pesymizm głęboko bije ze sceny, która stała się miejscem ukazania zawodów ludzkiego życia. Wykorzystanych i wykorzystujących.

PERŁA O NIEREGULARNYM KSZTAŁCIE -Rinaldo – Polska Opera Królewska

PERŁA O NIEREGULARNYM KSZTAŁCIE -Rinaldo – Polska Opera Królewska

Perła o nieregularnym kształcie to nic innego jak z języka portugalskiego słowo barroco czyli najprościej barok. Epoka, w naszych nowożytnych dziejach, szczególna dla rozwoju sztuki wokalnej, zwłaszcza opery. Niekwestionowanym jej mistrzem pozostaje Georg Friedrich Haendel, którego działa dumnie odradzają się na światowych scenach. Możemy zaobserwować, od lat kilkunastu, wyrazisty powrót do muzyki dawnej, która podbija sceny muzyczne i sale koncertowe. W naszym kraju posiadamy w chwili obecnej chyba najlepszego kontratenora młodego pokolenia Jakuba Józefa Orlińskiego. Jego występy na żywo, jak i odsłony na kanele youtube, sięgają pokaźnych wyników, co świadczy, że muzyka lat przeszłych posiada wiernych słuchaczy, a co ważniejsze zdobywa kolejne pokolenia wsłuchanych w zjawiskowe nuty baroku. Świat nie tylko Vivaldiego, ale i mniej znanych kompozytorów jest fascynującą podróżą do tego co minione, legend, mitycznych opowieści, świata wróżek i czarodziejskich tajemnic. To również niesamowite arie i duety. Kunszt, który daje szansę przeżycia sztuki, której dziś nie doświadczymy.

Polska Opera Królewska w Warszawie kontynuując tradycje wystawiania oper barokowych czasów dyrekcji Stefana Sutkowskiego w Warszawskiej Operze Kameralnej, stworzyła nowy festiwal właśnie poświęcony utworom tegoż czasu. Pierwszą premierą był Rinaldo Haendla. Dzieło pochodzące z roku 1711 premierę miało w londyńskim Teatrze Królewskim przy Haymarket i stanowiło początek kariery angielskiej urodzonego w Halle kompozytora. Za tło posłużyło libretto Giacomo Rossiego wywodzące się z Jerozolimy wyzwolonej Torquata Tassa. Sama treść jest dość zawiła, niczym systemy podatkowe, ale warto wspomnieć, że tytułowy bohater to rycerz chrześcijański zakochany w Almirenie, którą aby odzyskać musi pokonać Arganta, Saracena, króla Jerozolimy, wspartego nieczystymi siłami wróżki Armidy. Po wielu perturbacjach, porwaniach, wodnej podróży całość zmierza do radosnego finału. Połączenia zakochanych i nawrócenia niewiernych. To przykład opery, gdzie owszem mamy postacie fantastycznie, nierealne ale wszystkie podszyte uczuciami miłości, charakterami życia ziemskiego, światem doczesnym. Premiera to wielki sukces sceny, bowiem prostymi środkami, nawet można powiedzieć zminimalizowaną ekspresją, przygotowano dzieło, gdzie muzyka wybrzmiewa na plan pierwszy, a tłem stają się interesujące obrazy plastyczne.

Inscenizację powierzono Jarosławowi Kilianowi, dyrektorowi Teatru Lalka w Warszawie, do współpracy zaprosił on scenografkę Dorotę Kołodyńską. Jak wspomina reżyser odwołania do sztuki malarskiej były punktem wyjścia do przygotowania spektaklu. Inspiracje pochodzą z twórczości Paolo Ucello, włoskiego malarza okresu renesansu. Jego batalistyczne obrazy zostały wykorzystane we fragmentach scenografii, za którą służą niebotycznej wielkości piki oraz tarcze. Jednak wzorów można doszukać się również w twórczości Akiro Kurosawy. Kostiumy nieodparcie kojarzą się z samurajskimi strojami. Również zaproszenie do współpracy tancerza butoh Rui Ishihary, który przygotował choreografię w formie zrytualizowanego, spowolnionego ruchu, bardzo mocno lokuje pomysł inscenizacyjny w kulturze kraju kwitnącej wiśni. Statyczność jest wyróżniającym elementem przedstawienia, proste gesty, wielokrotnie pełne napięcia, są kluczowe dla ukazania postaci, a przede wszystkim mają na celu wydobyć wokalną stronę utworu. Kilian z Kołodyńską ciekawie budują sceny, choć niestety można odnieść wrażenie, że jest to wystawienie od numeru do numeru, przerywane burzą oklasków widowni. Jednak jest w tych obrazach wielka siła wyrazu. Ciekawymi rozwiązaniami jest scena Almireny w ogrodzie, która nasuwa skojarzenia z Babim latem Józefa Chełmońskiego, a także obraz morski. Szczególną rolę odgrywają rekwizyty zaczerpnięte z teatru lalek – wielkie latawce, motyle i zminimalizowany statek. Sceny urzekają prostotą, ale również fantazją współgrającą z pięknem muzyki Haendla.

To właśnie kompozycja pozostaje bohaterem wieczoru. Niekwestionowanym zwycięzcą pozostaje Capella Regina Polonia prowadzona przez doświadczonego kapelmistrza i klawesynistę Władysława Kłosiewicza. Piękno utworu zachwyca w każdym fragmencie, a podkreślenie wiosny czy też dźwięku morza jest przepięknym hołdem dla barokowej formy. Równo dwadzieścia lat temu w Warszawskiej Operze Kameralnej dzieło przygotował Ryszard Peryt. Co ciekawe w obsadzie znaleźli się w większości ci sami soliści co w premierze w roku 2021. Dwie dekady to bardzo dużo czasu. Refleksja, która przyświecała przy oglądaniu spektaklu była pesymistyczna. I nie chodzi o samo wykonanie, gdyż w większości było mistrzowskie, ale jednak pozostaje niedosyt, że brakuje następców zjawiskowych głosów, które wówczas były objawieniem. W obecnym wykonaniu przepięknie brzmiał sopran Olgi Pasiecznik, a aria Lascia ch’io pianga to brawurowe, skontrastowane wykonanie, które posiadało w sobie tyle bólu i tęsknoty do miłości, że słuchałem jej jak zahipnotyzowany. Niezwykle atrakcyjną postać, podszytą poczuciem humoru i dowcipem, gry z konwencją stworzyła Marta Boberska jako Armida. Niestety na tym tle nie najlepiej wypadła Anna Radziejewska w roli tytułowej, gdyż jej głos brzmiał matowo, a także Andrzej Klimczak, perfekcyjny aktorsko, ale markował niedobory wokalne.

Nowa premiera Polskiej Opery Królewskiej jest wielkim sukcesem Haendla. Bowiem przy minimalnych możliwościach, które oferuje scena w Teatrze Stanisławowskim wydobyto z Rinaldo wielką opowieść o namiętności i walce o uczucie. Brawurowo wykonana muzyka zrekompensowała wyposażenia historycznych budynków oper barokowych – maszynerii, które markowały grzmoty, błyskawice i spiętrzone morze. A minimalistyczna inscenizacja pełna koloru i wdzięku wydobyła to co najbardziej znaczące – muzykę i kunszt wokalny. W trakcie premiery proszono o wypełnienie ankiety. Jedno z pytań brzmiało – jakie tytuły chcieliby Państwo zobaczyć w Polskiej Operze Królewskiej? Odpowiedź po tym wieczorze nasuwa się sama. Opera barokowa potrzebuje w naszym kraju domu. Tak jak ma to miejsce chociażby w Theater an der Wien, gdzie właśnie ta epoka odnalazła swoje miejsce zarówno w inscenizacjach mistrzów, a także w wykonaniu koncertowym. Abyśmy więcej przeżyli takowych wieczorów z muzyką świata, którego już nie ma.

Rinaldo, Georg Friedrich Haendel, kierownictwo muzyczne Władysław Kłosiewicz, reżyseria Jarosław Kilian, Polska Opera Królewska, Warszawa, premiera: wrzesień 2021

                                                                                                      [Benjamin Paschalski]

KOBIETA SAMOTNA – Anna Karenina – Eesti Rahvusballett, Tallin, Estonia

KOBIETA SAMOTNA – Anna Karenina – Eesti Rahvusballett, Tallin, Estonia

Choreografka buduje opowieść jako obraz z życia Anny Kareniny – od poznania na dworcu w Moskwie do tragicznej śmierci pod rozpędzonym pociągiem. Całość wypełnia atmosfera pór roku – od śnieżnej zimy, wiosennych wyścigów konnych do letniego czasu w Wenecji. Co ważne Kesler rozbudowuje wątki poboczne dając szansę na zaistnienie całego zespołu baletowego. Dużo w spektaklu jest scen zespołowych, na szczęście mało pantomimy, a zapowiadało się pierwszą sekwencją niezwykle niebezpiecznie, że spektakl będzie przeładowany zbędną gestykulacją i mimiką. Realizatorce udało się nie tylko przygotować atrakcyjne i frapujące neoklasycznym ruchem widowisko, ale również ukazała wnętrze bohaterów poprzez ukryte spojrzenia i samotność postaci.

UPADEK NORMY DESMOND – Bulwar zachodzącego słońca, Andrew Lloyd Weber – Opera Nova w Bydgoszczy

UPADEK NORMY DESMOND – Bulwar zachodzącego słońca, Andrew Lloyd Weber – Opera Nova w Bydgoszczy

Narracja Bulwaru… jest prosta. Cała historia jest retrospekcją Joe Gillisa, młodego scenarzysty popadającego w tarapaty finansowe i przypadkiem parkującego samochód w miejscu gdzie nie powinien tego zrobić. To dom dawnej gwiazdy kina Normy Desmond. Po początkowej niechęci para się zaprzyjaźnia. Młodzieniec staje się utrzymankiem aktorki. Jej marzeniem jest powrót na ekrany bowiem w jej przekonaniu publiczność tego właśnie oczekuje. Jednak chora miłość, zazdrość i uwiązanie staje się nieznośne. Scena gwałtownego rozstania ma tragiczny finał. I ta historia, z licznymi wątkami pobocznymi, mogła posłużyć za wstrząsający dreszczowiec, pełen miłości i uczuć. Ale tak nie jest. Sceny się ślimaczą, mamy akcję od jednego numeru do drugiego, pauzy na przesuwanie dekoracji są nieznośne. Reżyser pomylił style.

KRZYSIU, ZAŚPIEWAJ JESZCZE RAZ!

KRZYSIU, ZAŚPIEWAJ JESZCZE RAZ!

Są takie głosy wokalne, które rozpoznamy zawsze, tak samo jak nucimy pewne piosenki, pozostające z nami od lat młodzieńczych. Takimi wokalistami była Violetta Villas, Anna Jantar i na pewno Krzysztof Krawczyk. Specyficzny, niepowtarzalny, łagodny dźwięk będący jak kołysanka, albo błogi aksamit, jest nie do podrobienia i nie do naśladowania. Krzysztof, Krzyś, Krzysiu zawsze pozostanie tym Krawczykiem czy to w Trubadurach czy też w solowej karierze. Dziś już wśród nas nie ma tego polskiego Elvisa Presleya. Pozostały owszem piosenki, które najlepiej brzmią z kasetowego magnetofonu, teledyski, filmy i niezliczone przeboje. Są również różnorodne wieczory wspomnień ze sztampowym opolskim koncertem podczas tegorocznego festiwalu. Inny pomysł, na uhonorowanie niezmordowanego wokalisty, miał Teatr Powszechny w Łodzi. Jeszcze za życia artysty rozpoczął przygotowania do premiery spektaklu jemu dedykowanego. Czas pandemii, wieczne rozstanie z gwiazdorem, odsuwało czas pierwszej prezentacji. Jednak udało się. We wrześniu 2021 na deskach sceny włókienniczego miasta bryluje on – w białym garniturze, czarnej koszuli, wąsie i bujnej fryzurze – Krzysztof Krawczyk. Publiczność mocno klaszcze, czas mija, uśmiechy na twarzach nie gasną, tylko, że jednak coś jest nie tak ze spektaklem Michała Siegoczyńskiego. Jakbyśmy już wszystko widzieli i znali.

Spektakl trwa trzy i pół godziny i to już jest nie lada wyzwanie. Na pewno nie ma w nim siły oraz skupienia jak u Krystiana Lupy i spokojnie można zamknąć go w półtoragodzinnej opowieści. Cały problem polega na tym, że inscenizator chce poruszyć zbyt wiele wątków. Zaburzając chronologię popada we własną pułapkę powtórzeń. Opowieści o życiu prywatnym, rodzinie śląskiej, trzech żonach, czterech małżeństwach i relacjach z synem stają się wtórne i powielane jak zdarta płyta. Oglądając ma się wrażenie i chce się krzyknąć, ale już to wiemy, było, prosimy dalej, a najlepiej piosenkę. Bo owe wypadają najlepiej i są łącznikiem akcji, która nie wiadomo w jakim kierunku zostanie skierowana w danym momencie. Siegoczyński z jednej strony chce pokazać Krawczyka na tle ówczesnego pierwszego garnituru showbiznesu i to krajowego, bo mamy i Annę Jantar, a także bloku wschodniego bo jakże może obyć się bez Ałly Pugaczowej. Jednak jak to mawia się „dobry żart chodzi dwa razy” to ów nadmiar zabija sens widowiska. W trzecim akcie reżyser już chyba nie miał pomysłu na to co pokazać i jakby jeszcze wydłużyć przedstawienie – bo kuriozalnych scen jak ta z „Wieczoru z Wampirem” gdy widzimy seks w samolotowej toalecie jest niestety więcej. Z drugiej strony mamy epos rodzinny od historii babci do zazdrosnej żony Ewy i dziwnej relacji z Krzysiem juniorem. Jednak porwane jak strzępy meldunków narracje nie pozwalają zorientować się co jest prawdą, fikcją teatralną, a co już dodatkiem aktorskim. Widz gubi się w tym zawodowo-familijnym sosie. Brakuje sprawnego narzędzia dramaturgicznego do ułożenia fabuły.

Najważniejsza jest forma spektaklu. A ta jakby już widziana. Po dwudziestu minutach nie ma wątpliwości to klisze z gliwickiego Najmrodzkiego, czyli dawno temu w Gliwicach. Przecieramy oczy – Krawczyk identyczny jak Najmrodzki i nie chodzi o to, że gra ten sam aktor Mariusz Ostrowski, ale zastosowano identyczne chwyty wykonawcze i działań scenicznych. O formie realizacji już nie wspominając. Analogicznie jest samochód, kamera, efekty na ekranie. Wtórne, było. Dla odkrywających pierwszy raz ten typ teatru bardzo atrakcyjne, ale za kolejnym razem pozostaje niesmak i znużenie. Bowiem przewidywalność zastosowanych chwytów teatralnych i filmowych nuży a nie zachwyca. W spektaklu naprawdę frapujący jest tylko akt pierwszy. I na nim można poprzestać. Inicjuje on historię, ale zawiera również wiele rozwiązań, które nie mają sensu być kontynuowane. Najpiękniejszą sceną, jakkolwiek to wybrzmi, pozostanie wypadek samolotowy Anny Jantar. I spotkanie Krawczyka z jej mężem, Jarosławem Kukulskim. To scena pełna bólu i rozpaczy z piosenką To co dał nam świat, będącą epitafium na śmierć wspaniałej wokalistki. W tle łzy i zamyślenie Kukulskiego (Jakub Kotyński). Wielkie i doniosłe, Sentymentalne.

Cały spektakl to show jednego aktora Mariusza Ostrowskiego, który sam przyznaje, że ma w swoim repertuarze recital z piosenkami Krzysztofa Krawczyka. Obsadzenie etatowego artysty Teatru im. Jaracza w Łodzi było do przewidzenia. Doświadczenie z Najmrodzkiego zaprocentowało udaną rolą, ale niestety z użyciem podobnych środków wyrazu. Cały zespół to tło dla zjawiskowości głównego bohatera. Niestety wypada ono blado i przemija niezauważenie. Role są mdłe i powierzchowne. Szkoda, bo właśnie drugi plan powinien stanowić siłę napędową akcji, a wszystko pozostaje na barkach jednego człowieka.

W Łodzi powstał spektakl, który będzie cieszył się wielkim powodzeniem publiczności, gdyż uwielbiamy dramy ludzi znanych i kochanych. Jednak pod powierzchnią cekinu i fajnych piosenek kryje się pustka dramaturgiczna i wtórna realizacja sceniczna. Szkoda, bo chciałoby się dużo więcej jak w piosenkach Krzysztofa Krawczyka, gdzie dla pełnego utworu potrzeba muzyki, tekstu i wykonania. W spektaklu Michała Siegoczyńskiego jest opakowanie, ale wnętrza i ducha brak.

Chciałem być, autor i reżyseria: Michał Siegoczyński, Teatr Powszechny w Łodzi, premiera: wrzesień 2021.

                                                                                           [Benjamin Paschalski]

DZIESIĘĆ SPEKTAKLI BALETOWYCH SEZONU 2021/22 NA KTÓRE CZEKAMY

DZIESIĘĆ SPEKTAKLI BALETOWYCH SEZONU 2021/22 NA KTÓRE CZEKAMY

Balet i sztuka tańca to fascynujące pola do twórczej ekspresji. Różnorodność języka wypowiedzi bez słów, emocje, siła, ruch to nieokiełznane moce, które odciskają piętno na szerokiej rzeszy fanów tejże formy kultury. Na naszym blogu będziemy kontynuować podróż przez świat, ale nadal ograniczoną pandemicznymi obostrzeniami jedynie do Europy, w celu poszukiwania frapujących, nowatorskich i odkrywczych światów tanecznych na scenach instytucjonalnych. Oto dziesięć wieczorów, które naszym zdaniem warto zobaczyć podczas sezonu 2021/22 w bliższych i dalszych zakątkach naszego kontynentu. Jedno jest pewne – o nich u nas przeczytacie!

DWADZIEŚCIA PREMIER NA KTÓRE CZEKAMY SEZONU 2021/22

DWADZIEŚCIA PREMIER NA KTÓRE CZEKAMY SEZONU 2021/22

Rozpoczynamy kolejny sezon teatralny. Oby był pełen wydarzeń i ciekawych premier. Najważniejsze abyśmy spotkali się w salach teatralnych, a nie tylko przed monitorami komputerów czy też ekranami telewizorów. Oto subiektywny wybór dwudziestu premier, na które czekamy sezonu 2021/22 i mamy nadzieję, że przeczytacie o nich na naszym blogu „Kulturalny Cham”.