Autor: admin

GIRLS BAND – „SIX” – TEATR SYRENA W WARSZAWIE

GIRLS BAND – „SIX” – TEATR SYRENA W WARSZAWIE

Nie tak dawno dostałem prezent, który mnie bardzo ucieszył. Pomyślałem – strzał w dziesiątkę, ktoś świetnie zna moje zainteresowania, będzie udana lektura. To książka Ten cały musical autorstwa tria Mateusz Borkowski, Jacek Mikołajczyk, Marcin Zawada. Ponoć panowie znają się na problematyce. Jeden z nich dyrektor artystyczny Teatru Syrena, wzięty reżyser gatunku, inny kurator festiwalu, nie tak dawno zastępca wspomnianego i trzeci muzykolog i krytyk muzyczny. W mediach peany o publikacji – świetne, wyśmienite, nowy Przewodnik w cyklu wcześniejszym Kańskiego, Turskiej i Kydryńskiego. I tak sobie czytam, przekładam kolejne kartki i nie mogę wyjść z zadziwienia.

WARTO ŻYĆ, BO CIEKAWE, CO SIĘ JESZCZE WYDARZY – RECENZJA FILMU „PIERWSZY DZIEŃ MOJEGO ŻYCIA”

WARTO ŻYĆ, BO CIEKAWE, CO SIĘ JESZCZE WYDARZY – RECENZJA FILMU „PIERWSZY DZIEŃ MOJEGO ŻYCIA”

Czasami bardzo trudno odpowiedzieć (sobie i nie tylko) na pytanie, dlaczego warto żyć. Szczególnie wówczas, kiedy spotykają człowieka porażki czy ogarniają przedłużające się chwile zwątpienia. Załamanie pojawia się w chwili pogrążenia w beznadziei, długotrwałego przygnębienia, tragedii czy braku pomysłu na wyjście z pułapki, do której się wpadło. Jak donoszą najświeższe statystyki do czerwca 2023 r. ponad 530 tys. osób na całym świecie starało się popełnić samobójstwo. Z każdym rokiem w Polsce takich prób jest coraz więcej. Czasami potrzeba niewiele, by uwierzyć, że jednak lepiej żyć niż nie żyć. Wystarczy, że ktoś wskaże nam kierunek, drogę, otworzy oczy czy drzwi, pozwoli dostrzec z boku naszą rzeczywistość, do której straciliśmy dystans i cierpliwość… albo po prostu pokaże, że mimo wszystko warto.

SAMOTNIK O POLSCE Z KAPUSTY – „WYZWOLENIE” – TEATR WIERSZALIN W SUPRAŚLU

SAMOTNIK O POLSCE Z KAPUSTY – „WYZWOLENIE” – TEATR WIERSZALIN W SUPRAŚLU

Uwielbiam to miejsce. Za każdym razem, gdy tu jestem, odkrywam je na nowo. Specyficzny zapach unoszący się nad miasteczkiem, zalew, monastyr, kościoły i ulice. Leniwie płynąca atmosfera letniska i siedliska jakby zatrzymanego w czasie gdzieś pomiędzy puszczą a cywilizacją. W tej odmiennej krainie od kilkudziesięciu lat, jak ten czas płynie, funkcjonuje Teatr „Wierszalin”. Kiedyś intrygowała mnie nazwa, a peregrynacje do Krynek, Starej Grzybowszczyzny i osady Wierszalin, w której nadal jest dom twórcy wspólnoty z dwudziestolecia międzywojennego – Eliasza Klimowicza, stały się corocznym rytuałem. Drewniana chata, z roku na rok pokryta cierniem czasu, kryjąca niesamowitą tajemnicę przeszłości, zastanawia i inspiruje. I właśnie owa symbioza nazwy Wierszalin – tej dawnej, tajemnej, pokrytej religijnym fanatyzmem i magią wspólnotowości z dzisiejszym teatralnym laboratorium Piotra Tomaszuka daje niesamowitą ideę myślenia o miejscu – nie tylko o Supraślu, ale w ogóle o Podlasiu. Krainy pięknej, dziewiczej, zielonej, tajemniczej. Ale pretekstem owych wypraw zawsze jest scena przy ulicy Kościelnej w Supraślu. Obok kościół i Dom Ludowy w intrygującej architekturze. Mijają lata, mijają kolejne przedstawienia. Do niektórych powracam w myślach, są jak niemożliwe do wytarcia ślady scenicznej ekstazy – Turlajgroszek, który rozpoczynał ową podróż przez Wierszalin. Reportaż o końcu świata. Ale tych wzruszeń było wiele. Bowiem można uznać, że choć stylistyka Piotra Tomaszuka jest niezmienna, to problematyka i ewolucja tematów zastanawiająca. Od kilku lat twórca miejsca odchodzi od własnego tekstu, scenariusza, wadzenia się z podlaską tożsamością na rzecz dramatu romantycznego i młodopolskiego. Był i Adam Mickiewicz z całą jego literacką głębią, przystanek z Zygmuntem Krasińskim, a teraz trwa podróż ze Stanisławem Wyspiańskim. I właśnie owe wybory, dla mikroskopijnej sceny i ograniczonego zespołu aktorskiego, są interesujące. Bowiem zrywają z myślą bogatego widowiska na rzecz kameralnych dramatów, gdzie myśl o słowie współgra z wizją plastyczną tworzącą sprawne, oryginalne widowisko. Prawie za każdym razem to udana próba nowego odczytania tego, co winno być znane. Tomaszuk ma niebagatelną umiejętność tworzenia ekspresyjnego widowiska pełnego ruchu, rytmu, precyzji i słowa. Coś unikatowego, niepowtarzalnego. Własnego.

Wyzwolenie Stanisława Wyspiańskiego to utwór, który w teatrze polskim obrósł istną legendą. Faktycznie to odwołanie się do jednego wystawienia w Starym Teatrze w Krakowie w reżyserii Konrada Swinarskiego. I jak każdy myśli Konrad – odpowiada Jerzy Trela. Jednak dla mnie najlepszym Wyzwoleniem pozostanie to z Aktorów prowincjonalnych, genialnego filmu Agnieszki Holland. Rzecz o realnej niemocy, gdy młody aktor walczy o słowo, myśl, ideę, a rzeczywisty reżyser niweczy wszystko, co jest możliwe na rzecz prostego efekciarstwa z sentencją „tekstu mniej, głowie lżej” na czele. Owa walka, chęć wyzwolenia się ze schematu chorego podporządkowania trywialnym uproszczeniom, świetnie oddaje myśl Wyspiańskiego. Pytanie, kiedy przyjdzie otrzeźwienie, zdarcie masek, bezsensownych pytań, zachowań, pustych sloganów, mitów, zabobonów na rzecz czynu?  Niestety pozostanie ono puste, bowiem Wyspiański też nie daje na nie odpowiedzi. W Wierszalińskiej opowieści owe wadzenie się o rzeczywistość jest niezwykle pomysłowe. Bowiem jesteśmy w pracowni malarskiej, w której puste drewniane ramy, jasno kształtują przestrzeń gry. Zbroja huzara, sztuczny koń, to wszystko rekwizyty dla statystów, którzy właśnie opuścili pracownię mistrza. Tenże chory, obolały suchotnik z inhalacyjną miednicą, zaczyna okładać chore gardło liśćmi kapusty. Stary, dobry zwyczaj ludowy, każde zło ponoć wyciągnie, a wodę z kolana to już pewne. W tym stanie pomiędzy jawą a chorobą, odurzeniem, a realnością poczyna tworzyć. Na szczątkach papieru zaczyna zapisywać rymy, frazy, słowa. Tworzy Wyzwolenie, aby samemu stać się wolnym od tego, co wokół. Ten zabieg autora-bohatera powraca. Już mogliśmy obserwować Krasińskiego w ciemnicy Opinogórskiej w Nie-Boskiej komedii. To ciekawy trop, bowiem autor układa swój teatr, wpisując go w narrację teatru w teatrze. W myślach, w słowach rozpoczyna się korowód postaci wywiedziony z dramatu, które demolują spokój malarskiej mansardy. Zaczyna się niewinnie jak przez mgłę, siatkę z pojawiającymi się maskami, niczym antycznym chórem. To świetny zabieg powrotu do delikatnej formy, gdy spowolniony ruch otwiera wielki teatr wyobraźni. Następnie przestrzeń wypełniają kolejne postaci dramatu od reżysera, który będzie budował teatr niczym scenę marionetek, poprzez kabaretową Muzę, Kaznodzieję-krawca, aż do Harfiarki, niczym dziad lirnik. Ten świat polskich przywar, naleciałości, postaw i zachowań to jak kalejdoskop, mgnienia, galopy w zamkniętej przestrzeni. Na myśl przywołują powtarzalne korowody Tadeusza Kantora. Świetnie rozegrane, w rytm wykonywanej na żywo muzyki, to jak huragany ludowego zaśpiewu, mitu i źle rozumianej tradycji. Gdy Konrad zostaje sam, zaczyna dialog z maskami, niemymi, jakby nie miały już nic do powiedzenia. Ten własny teatr wyobraźni Wyspiański tworzy nadal, mimo oporów, bowiem grzmoty i błyskawice polskiej tożsamości przelewają się nieustannie. Jedynym antidotum staje się ucieczka. Las, zieleń, wyzwolenie. A wyłącznym towarzyszem, ten wcześniejszy niezrozumiany – Adam Mickiewicz.

Piotr Tomaszuk stworzył świetny spektakl o polskiej samotności. Odizolowaniu i opuszczeniu geniuszu. Tego, który widzi wrażliwiej, dosadniej, głębiej. Ale tylko takową rolę może zagrać ktoś wyjątkowy. I w Wierszalinie jest tenże aktor od lat – Rafał Gąsowski. Mierzy się nie tylko z mitem Wyspiańskiego, ale i zmaga z rolą Konrada. Owa dualność, a kto wie czy nie jednolitość wypada zjawiskowo i olśniewająco. To popis godny najlepszego mistrza, gdzie nie tylko słowo, ale ruch, ciało i mimika tworzą bohatera na miarę najwyższej próby. Ale owe tło polskości jest niesamowite. Zespół Wierszalina to jak żywe lalki, świetnie animowane w rękach sprawnego mistrza. Są jak zrytmizowane figury pewnej pozytywki, która wygrywa kurant niczym hejnał krakowski trębacz. Osadzenie dramatu w drewnianej, praktycznie odartej z innego sztafażu, dekoracji, buduje ową tajemnicę pierwotności i ludowości, która kontrastuje ze wzniosłą ideą słów. Ale przecież Wyspiański znajduje uspokojenie i ukojenie w lesie, puszczy. Spokojnym świecie natury.

I właśnie owe spełnienie teatralne można odnaleźć w owej pięknej krainie Podlasia. W jakże nieoczywisty sposób połączyły się dwa kosmosy. Dawny i dzisiejszy. Chaos i gwałt myśli przeszłego świata, nie różni się od bełkotu politycznego dnia dzisiejszego. I może owym wytchnieniem stanie się natura. Bezdroża i pustka Puszczy Knyszyńskiej, gdzie wolność myśli może być naprawdę prawdziwym wyzwoleniem.

Wyzwolenie, Stanisław Wyspiański, reżyseria Piotr Tomaszuk, Teatr Wierszalin w Supraślu, premiera: lipiec 2023.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Magdalena Rybij

SAMOTNOŚĆ KSIĘCIA – „JEZIORO ŁABĘDZIE” – THE AUSTRALIAN BALLET W MELBOURNE

SAMOTNOŚĆ KSIĘCIA – „JEZIORO ŁABĘDZIE” – THE AUSTRALIAN BALLET W MELBOURNE

Choć w Polsce mamy nadal nieformalny bojkot sztuki rosyjskiej to i tak nie da się wymazać z kart historii ikonicznych dokonań w przestrzeni baletu twórców pochodzących z tegoż kraju. Mowa głównie o kompozytorach i niekwestionowanym mistrzu gatunku – Piotrze Czajkowskim. Jego Jezioro łabędzie pozostaje najważniejszym klasycznym dokonaniem tańca i wpisane jest na wieki w repertuary wszystkich scen na świecie. Zastanawiam się, że może warto zrobić szczególny konkurs tychże realizacji i wykonań oceniany przez wytrawnych znawców. Wynik określiłby palmę pierwszeństwa dla zespołu mistrzowskiego baletu klasycznego.

NIE MA RZECZY NIEMOŻLIWYCH – RECENZJA FILMU „LES PETITES VICTOIRES”

NIE MA RZECZY NIEMOŻLIWYCH – RECENZJA FILMU „LES PETITES VICTOIRES”

Małe miasteczka, wsie mają swój wyjątkowy klimat. Są urokliwe, często malowniczo położone, ciche i kameralne. Bardzo często zapomniane, niemal zagubione gdzieś w przestrzeni między wielkimi metropoliami. Do tego wszyscy mieszkańcy takich miejscowości się znają, wszystko o sobie wiedzą, co czasami staje się przekleństwem, ale to sprawa na inną historię. Poza urokiem i wielkim kapitałem cichego piękna takie miejsca kryją niezwykłe tajemnice.
Do jednego z takich miejsc – niewielkiej wioski Kerguen w Bretanii przenosimy się w obrazie Les petites victories, gdzie poznajemy Alice Le Guennic (Julia Piaton) młodą, energiczną kobietę, która jest zarówno burmistrzem, dyrektorką szkoły, jak i nauczycielką.

NAMALOWAĆ TAŃCEM – „ECHOS OF VAN GOGH” – WEST AUSTRALIAN BALLET W PERTH

NAMALOWAĆ TAŃCEM – „ECHOS OF VAN GOGH” – WEST AUSTRALIAN BALLET W PERTH

Kolejka. Czekanie. Coś mi to przypomina. Przed oczami wracają wspomnienia z dziecięcych lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku. Niekończący się ogonek po kostkę masła. A dziś na nowo czekanie, jak utrapienie. I to w jakim celu?! Aby wymienić pieniądze! Jedyny kantor w mieście. Przede mną dwóch Etiopczyków. Ucinamy sobie pogawędkę. O życiu, teraźniejszości i tejże dziwnej metropolii. Moi interlokutorzy stwierdzają – to duża wieś! I nie ma w tym kpiny czy przesady, a mowa o stolicy Zachodniej Australii – Perth. Każdy, kto odwiedzi to miejsce, przeżyje szok kulturowy. Niska zabudowa, kilka drapaczy chmur zbudowanych w ostatnich dziesięciu latach, o siedemnastej zamknięte sklepy, wyludnione ulice, które ledwo zapełniają się w weekend. Restauracji kilka, owszem z bardzo dobrym jedzeniem, ale bez rezerwacji nie ma co szukać miejsca. Dziwny świat. I waśnie tu funkcjonuje niezwykle sprawnie West Australian Ballet kierowany od dziesięciu lat przez Aureliena Scannellę, który z końcem 2023 roku kończy swoją misję. Kolejny rok ma przygotować, jako tajemniczo brzmiący gościnny dyrektor, David McAllister, który przez dwadzieścia lat prowadził The Australian Ballet. Jednak ostatnia dekada w Perth była niezwykle owocna dla naszych, polskich artystów. Z West Australian Ballet pracowali Krzysztof Pastor i Robert Bondara, odnosząc spektakularne sukcesy. To właśnie w tym miejscu miał swoją pierwszą prezentację Dracula w układzie dyrektora Polskiego Baletu Narodowego. I rzeczywiście paleta zapraszanych realizatorów była szeroka, a europejska czołówka stała się stałym gościem miejsca. Ostatnią premierę przygotowała Wubkje Kuindersma. Niderlandzka artystka młodego pokolenia, która ma kilka udanych prac na swoim koncie w uznanych miejscach naszego kontynentu. W swojej twórczości skupia się na jednostce, płci i kwestiach tożsamościowych. Również wykorzystuje inne sztuki dla ukazania własnego myślenia o świecie, historii czy też osobach. Tematem ostatniej pracy stał się Vincent van Gogh. Trochę oryginalnie. Niderlandzki postimpresjonista w odmiennym świecie kulturowym. Wyzwanie i oczekiwanie.

Przedstawienie wykonywane jest w majestatycznym His Majesty’s Theatre, który przypomina czasy kolonialne. Wygląd zewnętrzny jest zniewalający, a wnętrze urokliwe. W tego typu próbach interpretacji zawsze należy zadać pytanie jak pokazać malarstwo czy też odmienne sztuki tańcem? Są dwie drogi. Pierwszą parę miesięcy temu ukazał Russell Maliphant. Jego zjawiskowy Vortex to podróż do twórczości Jacksona Pollocka, ale odarta z chęci ukazania życia. Skupienie się na artystycznym eksperymencie poprzez wykorzystanie światła, piasku, a przede wszystkim ruchu. Zbudowana została zjawiskowa przestrzeń nie tyle tańca, ale malarskiej wizji malowanej ekspresją ciała. Inną drogę obrała Annabelle Lopez Ochoa, która dwukrotnie podjęła próbę zmierzenia się z mitem i życiem Fridy Kahlo. Broken Wings stanowiło odwzorowanie twórczości, co miało niebagatelny wizualny sens, a już Frida przygotowana dla Het Nationale Ballet ukazywała życie, związki, relacje i niestety na drugim planie artystyczną stronę egzystencji meksykańskiej artystki. Kuindersma poszła tropem Ochoa i można zauważyć bardzo dużo inspiracji w konstrukcji dramaturgicznej. Podział na dwie części, początek skupiony na relacji rodzinnej i budowaniu pozycji artysty, a druga będąca już ekspresją, wybuchem ekspresji twórczej, przetkana życiowymi więziami oraz rozterkami. Już ich nazwy są niezwykle znaczące: Żyjąc dla sztuki, Żyjąc wiecznie (Nieśmiertelność), układają się w dwie postępujące, ale odmienne narracje jednego życia. Van Gogh zaczął tworzyć późno, ale z pasją i zatraceniem. Choreografka czyta jego życie dość zdawkowo, omija dziwne przygody z kobietami, ale pozostawia znaki zapytania, co do związków z mężczyznami. Najbardziej trudna wydaje się relacja z bratem Theo, a także niespełnione uczucie, fascynacja, niezrozumienie z Paulem Gauguinem. To wszystko implikuje szał twórczy, ekspresję namiętności pędzla i ołówka. Mimo pewnego przekombinowania i poruszenia zbyt wielu wątków pomysł realizacyjny jest interesujący. Kuindersma zestawia dwadzieścia jeden obrazów mistrza z jego życiem. Tworzą one świetne tło dla tańca. Początki w pracy nad Jedzącymi kartofle zestawione są z sekwencją obserwacji tanecznej konsumpcji strawy przez chłopów. I dalej przez Paryż do łanów słoneczników, zboża i natury. Tworzy się z owego obrazu żywa konstrukcja ruchu wsparta obrazami, których zbliżenia i powiększenia ukazują kreskę nakładania farby i sztukę tworzenia dzieła. Są jak soczewki, które nie tylko penetrują płótno, ale i wnętrze jednostki. Bowiem balet jest właśnie swoistą paletą w ręku mistrza, którego życie wspiera proces kształtowania dzieła jako konsekwencja egzystencji. Wielka zasługa, w zbudowaniu owego niesamowitego wizualnego świata, należy się Tatyanie Van Walsum, autorce projekcji, scenografii i kostiumów. Co ciekawe także niderlandzkiej artystce, która wielokrotnie współpracowała z Pastorem również w Warszawie.

Najważniejszym punktem przedstawienia pozostanie muzyka. Oryginalna kompozycja Anthony’ego Fiumara, związanego ze sceną elektroniczną, przywołuje znane, powtarzane, minimalistyczne kawałki Michaela Nymana, a także Johna Williamsa. To świetny utwór, który dopełnia myśl inscenizacyjną. Wykonanie na żywo przez West Australian Symphony Orchestra pod kierunkiem Jessiki Gethin dopełnia artystycznego wyrazu. Jednak sam układ tańca nie jest skomplikowany, można powiedzieć, że banalny, w którym brakuje między innymi podnoszeń i technicznych innowacji. Nie wiadomo dlaczego każda scena zespołowa przypomina poprzednią, zlewają się obrazy szczególnie te ukazujące radość natury. Niektóre postaci pojawiają się na chwilę nie budują głębi, są jak muśnięcia, ale zbyt delikatne, aby odcisnęły się farbą na tanecznym płótnie. Najlepiej wypadają duety Vincenta (Ludovico Di Ubaldo) i Theo (Juan Carlos Osma), w których skupienie i zawiła więź odnajduje dojrzałych interpretatorów. Sam zespół posiada wiele braków i musi mocno ćwiczyć nad koordynacją i synchronizacją wspólnego układu.

Australia to niesamowity kraj. Każdy marzy o misiu koala i kangurze z maleństwem w swojej kieszonce. A jednak to również miejsce otwarte dla kultury. Balet odnajduje się w owym kalejdoskopie niezwykle ciekawie, a poszukiwania są inspirujące i stawiają nowe znaki zapytania. Co prawda praca Kuindersmy może nie jest wyżynami sztuki tańca, ale stanowi ciekawy punkt ukazania twórczości artysty. Wielkiego malarza, który nie tylko pozostawił ogromną spuściznę, ale zawsze pozostanie echem w życiu każdego kochającego piękno. A balet w Perth przybliża ten świat – ziemniaków, łanów zbóż, twarzy, ulic, zaułków i wiecznych słoneczników.

Echos of van Gogh, Anthony Fiumara, choreografia Wubkje Kuindersma, West Australian Ballet, Perth, premiera: wrzesień 2023.

[Benjamin Paschalski]

 
Foto: Bradbury Photography 

DWADZIEŚCIA I PIĘĆ PREMIER SEZONU 2023/24, NA KTÓRE CZEKAMY

DWADZIEŚCIA I PIĘĆ PREMIER SEZONU 2023/24, NA KTÓRE CZEKAMY

Nastał wrzesień. Teatry, nawet odmiennie niż dotychczas, chętnie informują o swoich planach repertuarowych na kolejne miesiące. Zapowiedzi są interesujące, nie o wszystkich napiszemy bowiem nieznane są tytuły, co tyczy na przykład nowego spektaklu Krzysztofa Warlikowskiego w Nowym Teatrze, gdzie premiera planowana jest w kwietniu 2024 roku. Również nie będzie o premierach w niektórych teatrach, np. Żydowskim w Warszawie, bowiem nie otrzymaliśmy informacji o planach repertuarowych. To oczywiście subiektywny wybór, który zawsze pozostanie trudny, gdyż na mojej liście znalazło się więcej spektakli niż tylko owe zaprezentowane. Czekamy na wzruszenia, obyczajowe wzloty, tragedie, romantyczne tchnienia i wiele scenicznych objawień.

LEKCJA MUZYKI W KLASIE PIĄTEJ – „FAUSTUS” – TEATR POLSKI W POZNANIU

LEKCJA MUZYKI W KLASIE PIĄTEJ – „FAUSTUS” – TEATR POLSKI W POZNANIU

Nie znosiłem lekcji muzyki w szkole podstawowej. Niczego się nie dowiedziałem o historii tejże dziedziny życia społecznego, ale nieustannie nauczycielka maltretowała nas ćwiczeniem gry na flecie. Bezsens kompletny. Czasem dochodził trójkąt, bo na inne instrumenty nie było pieniędzy. To samo tyczyło plastyki, gdy każdy musiał obowiązkowo tworzyć pejzaże, a wiedzy nikt nie miał choćby o artystach niderlandzkich. Mam nadzieję, że te czasy minęły, ktoś poszedł po rozum do głowy, że czasem lepiej ukazać wiedzę, a nie tylko kształtować umiejętności. Bo raczej codziennie Beethoven i Picasso się nie rodzą. Ta dygresja łączy się z ostatnią premierą sceny poznańskiej. Uwielbiam architekturę Teatru Polskiego.