Autor: admin

KLASYKA SPOTYKA ROCK – „BLACK SABBATH – THE BALLET” – BIRMINGHAM ROYAL BALLET

KLASYKA SPOTYKA ROCK – „BLACK SABBATH – THE BALLET” – BIRMINGHAM ROYAL BALLET

Poszukiwania baletowe są coraz bardziej oryginalne. I oczywiście to wielki pozytyw. Chęć dotarcia do jak najszerszego odbiorcy winna być priorytetem wszystkich scen, aby nie zamykać się na jedną stylistykę i ograniczać, na przykład, tylko do klasycznego repertuaru. Owe wyzwanie podjął Birmingham Royal Ballet, kierowany od 2020 roku przez Carlosa Acostę, wspaniałego, ikonicznego tancerza kubańskiego. Sama tradycja zespołu jest długa i zawiła. Warto wspomnieć, że historia sięga roku 1931, gdy Ninette de Valois ufundowała zespół w londyńskim Sadler’s Wells Theatre. Przez lata był to dom kompanii, która również szeroko funkcjonowała w objeździe. W 1987 roku, gdy powstała scena Hippodrome w Birmingham, rada miasta zaprosiła zespół jako rezydenta.

DROGA DO OPOLA – „40-LATEK” – TEATR RAMPA NA TARGÓWKU W WARSZAWIE

DROGA DO OPOLA – „40-LATEK” – TEATR RAMPA NA TARGÓWKU W WARSZAWIE

Każda epoka czasów PRL ma swój kultowy serial, który wpisany był w obraz naszej stolicy – Warszawy. Za Władysława Gomułki żyło się losami dwóch rodzin z ulicy Senatorskiej w Wojnie domowej. Za Edwarda Gierka losy rodziny Karwowskiego w Czterdziestolatku ekscytowały wszystkich, a obraz jego familii oddawał brzmienia propagandy sukcesu lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku. A w latach osiemdziesiątych, następny blok i już inna dzielnica. Ze Śródmieścia przenosiny na Ursynów i losy mieszkańców w Alternatywy 4. Świetny to był Polaków obraz własny. Śmieszny, ironiczny, z nutą prawdy. Lubię powracać do owych perełek analogicznie jak do filmów Stanisława Barei.

OCZAMI CATHLEEN – „PEWNEGO DŁUGIEGO DNIA” – NARODOWY STARY TEATR IM. HELENY MODRZEJEWSKIEJ W KRAKOWIE

OCZAMI CATHLEEN – „PEWNEGO DŁUGIEGO DNIA” – NARODOWY STARY TEATR IM. HELENY MODRZEJEWSKIEJ W KRAKOWIE

Nie jest prosto definiować sztukę sceniczną. Zaskakuje bowiem kolejnymi odkryciami, poszukiwaniami. Ale chyba najciekawszym jest prostota. Odnalezienie praktyki, gdzie aktorstwo staje się pełnią teatralnego zjawiska przy zminimalizowanej scenografii, kostiumach, muzyce, które są tylko delikatną powłoką wzbogacającą. Trzeba być mistrzem, aby tak zaryzykować i oczywiście mieć do dyspozycji świetny zespół aktorski. Wówczas ta próba stanie się pełnokrwistym spektaklem, którego przekaz ma siłę uderzeniową lawiny śnieżnej. Takowym twórcą bez wątpienia jest Luk Perceval, który jest polskim teatromanom świetnie znany, bowiem mogliśmy, w ostatnich latach, oglądać aż siedem jego spektakli. Osobiście dla mnie dwa pozostaną szczególnym doświadczeniem, oba na podstawie Antona Czechowa. Pierwsze spotkanie z mistrzem flamandzkim miało miejsce na festiwalu Dialog we Wrocławiu, w 2005 roku, gdy prezentowano Wujaszka Wanię. Wstrząsający obraz upadku pewnej generacji siedzącej na drewnianych krzesłach, na wypaczonym parkiecie, ukazywał nie tylko dramat ludzi, ale i pewnego kręgu kulturowego. Ów wątek świata dojrzałych, nieprzystających odmieńców powrócił w 3Siostrach koprodukcji TR Warszawa i Starego Teatru w Krakowie z roku 2021. W obu przypadkach najważniejszym są dwa aspekty: emocje i słowo. Zwrócenie na nie uwagi, wsparcie analizą psychologiczną poszczególnych ról, daje efekt piorunujący. Powolnego rozpadu, dramatu ludzi, ich cierpień, zapadających ostatecznych rozstań i wiecznej samotności. Ten pesymistyczny teatr posiada siłę rażenia, bowiem historie nie są obce, ale możliwe, bliskie. Nie ważne czy to Czechow, Arthur Miller, czy William Shakespeare to właśnie kontekst ludzki staje się pierwszoplanowym elementem realizacji. Perceval jest konsekwentny w swojej pracy. Skupia się na człowieku – bohaterze i aktorze, bowiem owa symbioza może tylko zbudować wartościową rolę, a przez to dojrzały spektakl.

Pusta scena. Horyzont ogranicza biały ekran, a jedynym rekwizytem dekoracji jest stary fotel. Do dyspozycji reżysera, jeżeli chodzi o stronę wizualną, pozostają dwa elementy: światło oraz dym. Właśnie owa mgła, która pokrywa przestrzeń teatru, otacza publiczność, odurza swoją niesamowitością. Tworzy duszny klimat dziwnych rodzinnych więzi. Na afiszu bowiem Pewnego długiego dnia Eugene’a O’Neilla. Dramat kłamstwa i rodzinnej katastrofy, gdzie patologia podsyca nastroje oraz tłumioną agresję. Kameralna opowieść to idealny tekst dla Luka Percevala, który wysysa z niego esencję, dając emocjonalny kolaż sztuki. Opowieść inscenizatora jest niesłychanie dobrze przemyślana. Wbrew czytanym didaskaliom przez służącą Cathleen narracja spektaklu odbiega od treści utworu. Idzie jej wręcz na przekór. Rysują się dwa światy ten widziany oczami narratorki, która była cichym obserwatorem życia domu Tyronów, a rzeczywistą patologią relacji. Niby wszystko proste: matka, ojciec, dwóch synów. Poranek, piękny, symboliczny obraz dwójki rodziców siedzących na fotelu tuż po śniadaniu. Przed nimi blisko dwadzieścia godzin wspólnego czasu – rozmów, mijania się, ale przede wszystkim oszukiwania. Mówienia nieprawdy. Owa sielanka jest złudna, bowiem agresja i żale nadchodzą jak niespodziewany huragan lub burza w letnie, gorące popołudnie. Jeden z synów ma raka, po kątach się o tym mówi, aby matka się nie dowiedziała. Po powrocie ze szpitala zaczynają się żale na temat leczenia, że ojciec to sknera, który nie da grosza na prywatną klinikę. To tylko przykład. Owych wyrzutów jest więcej, niczym nabojów w pistolecie. Dodatkowo, co podkręca granie ról życia, to fakt, że to świat aktorów, ludzi których życie związane jest z odtwarzaniem postaci. To wzmacnia kontekst okłamywania się. Do owego domu wkradają się używki alkohol i morfina, będące nie tylko wzmacniaczami, ale wywołującymi zdradzieckie uczucia katalizatorami.

Perceval stawia na aktorstwo i emocje. Gra jest statyczna, by nie powiedzieć koturnowa. Jednak owa treść sączy się do ucha odbiorców jak trucizna, która zniewala umysły i pobudza wyobraźnię. Wielokrotnie aktorzy nie mówią do siebie, ale obok lub w podłogę. Ale toksyczna więź wisi w powietrzu, unosi ją właśnie owa mgła, która nie chce opaść, tylko krąży, zniewala i niszczy. Specyficzny świat Mary Tyrone świetnie kreuje Małgorzata Zawadzka. Początkowo niewinna, wycofana, wtórna nagle popada w obłęd, krzyk, który boli. Niezrównoważenia emocjonalne rujnują stabilność, lecz są obojętne bowiem domownicy nie zwracają uwagi na wybuchy chorej psychicznie kobiety. Śledzenie jej też jest tajemnicą, a ona niczym Ofelia, co świetnie zauważa w końcu spektaklu jeden z synów, jak lunatyczka krąży i błądzi po zamkniętym świecie życia. Roman Gancarczyk, będący głową rodziny jako James Tyrone, to safanduła i upadły człowiek teatru. Alkohol wyostrza jego zachowania, które pełne są napięć i krzyku. Świetnie odtwarza alkoholika, męczennika własnego domu, który w szklance po brzeg whisky odnajduje nie tyle ukojenie co powiedzenie prawdy. Dwóch synów (Łukasz Stawarczyk, Mikołaj Kubacki) to tło, ale nie ciche, udawane, ale realne. Przesiąknięte problemami i wyrokami, które padają jak grom z jasnego nieba. Stają się nie tyle uczestnikami relacji rodziców, ale częścią owego korowodu emocjonalnych zależności. Obca w tym wszystkim pozostaje Cathleen (Paulina Kondrak), która niemo obserwuje i didaskaliami komentuje przedstawiany świat. Jest obok, a jednak w środku. Jej obecność to jak duch, który stara się zdać relację z tego, co zauważył. Ale nie da się wszystkiego powiedzieć na sucho, z wstrzemięźliwością. Bowiem emocji nie uda się opisać. Można je kreślić, ale nie można zrozumieć. Należy je poczuć. Spektakl Percevala jest szkołą współodczuwania, przeżywania. Wejściem w specyfikę natury pewnej rodziny, ale nie wyidealizowanego obrazu na sprzedaż, lecz wstrząsającej historii pewnego długiego dnia, która toczy się każdego poranka i wieczora przy wtórze alkoholu, krzyku i wyzwisk.

Wieczór w Krakowie to kawał dobrego teatru, gdzie aktorstwo wystawione jest na najwyższą próbę. Ci, co oczekują kolorowego widowiska, poczują się zagubieni. Jednak, ci poszukujący siły słowa, odnajdą się jak we własnym domu. Przekraczając próg Starego Teatru, gdy klatką schodową wchodzimy na piętro, gdzie znajduje się sala teatralna, mijamy portret Heleny Modrzejewskiej, patronki sceny. Niedościgniona mistrzyni słowa, sztuki aktorskiej chyba dumna jest z owej produkcji, gdyż to nieświadomy hołd dla sztuki, którą sama tworzyła i najlepiej się w niej czuła.

Pewnego długiego dnia, Eugene O’Neill, reżyseria Luk Perceval, Narodowy Stary Teatr im. H. Modrzejewskiej w Krakowie, premiera: czerwiec 2023.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Stary Teatr Kraków 

WSPANIAŁY SMAK MIŁOŚCI – BON APPÉTIT! – RECENZJA FILMU „BULION I INNE NAMIĘTNOŚCI”

WSPANIAŁY SMAK MIŁOŚCI – BON APPÉTIT! – RECENZJA FILMU „BULION I INNE NAMIĘTNOŚCI”

Czy zastanawiałeś się nad smakiem smutku, słodyczą radości czy szczęścia, dźwiękiem ciszy, czy soczystością zieleni, intensywnością czerwieni, delikatnością i chłodem błękitu, czy goryczą porażki? Jaki Twoim zdaniem smak ma miłość? Moim – zdecydowanie nie bulionu… Ale smaki i zapachy to niesamowita magiczna moc. Mają w sobie siłę odświeżania przeszłości, tych najczęściej dobrych przeżyć. Czyż bowiem niektóre z nich nie przywołują wspomnień z dzieciństwa? Bardzo często próbując jakąś potrawę czy czując zapach pieczonego ciasta, przypominają nam się dawno nieodczuwane lub nawet zapomniane wrażenia. I wówczas najczęściej pojawiają się w pamięci bliskie osoby, urocze chwile, znajome miejsca, zastygłe obrazy jak stopklatki z naszego życia.

TAŃCZĄC MUZYKĘ POLSKĄ – „WIECZÓR BALETOWY KOMPOZYTORÓW POLSKICH” – BALET TEATRU WIELKIEGO W ŁODZI

TAŃCZĄC MUZYKĘ POLSKĄ – „WIECZÓR BALETOWY KOMPOZYTORÓW POLSKICH” – BALET TEATRU WIELKIEGO W ŁODZI

Blisko rok temu opublikowałem tekst o stanie baletu w naszym kraju. Odbił się minimalnym echem. Trochę podyskutowałem z zainteresowanymi, odbył się kongres tańca, na którym nie byłem i faktycznie jesteśmy w punkcie wyjścia. U progu kolejnego sezonu płynie mało optymizmu, bowiem trudno mówić o jakościowej i ilościowej zmianie. Planowanych premier jak na lekarstwo. Ale jest i pewna jaskółka nadziei. W Teatrze Wielkim w Łodzi dokonała się zmiana na stanowisku kierownika baletu. Dominika Muśko zastąpiła Anna Nowak. Tancerka, choreografka i menadżerka związana ze sceną międzynarodową, ostatnio baletem narodowym Malty. Prężnie rozpoczęła rządy od weryfikacji zespołu.

W OBJĘCIACH POLITYKI – „ŁASKAWOŚĆ TYTUSA” – OPERA BAŁTYCKA W GDAŃSKU

W OBJĘCIACH POLITYKI – „ŁASKAWOŚĆ TYTUSA” – OPERA BAŁTYCKA W GDAŃSKU

Niezwykle ciekawym, w świecie sztuki, są metamorfozy, które dokonują się w instytucjach kultury. Takim miejscem, które pozytywnie zaskakuje w ostatnim czasie, jest Opera Bałtycka w Gdańsku. Sprawnie kierowana, od 2019 roku, przez Romualda Wiczę-Pokojskiego coraz mocniej zaznacza swoją obecność na mapie kulturalnej kraju. Należy pochwalić wybór nowego dyrektora muzycznego Yaroslava Shemeta. Pochodzący z Ukrainy dwudziestosiedmiolatek to wschodząca gwiazda dyrygentury, co świetnie wróży rozwojowi placówki muzycznej. Drugi promień, o skali ogólnopolskiej, a kto wie czy z czasem nie światowej, to organizacja Baltic Opera Festival wykreowany przez Tomasza Koniecznego, naszego wybitnego śpiewaka operowego. Udział orkiestry w wydarzeniu, szczególnie w Latającym Holendrze Richarda Wagnera, był objawieniem i wielkim pozytywnym zaskoczeniem. Jednak to codzienność wyznacza rangę instytucji. Program jest coraz ciekawszy, łączący rozwój sztuki operowej i baletowej. Owe współgranie wszystkich części składowych miejsca jest niezwykle ważne. Należy pamiętać, że jest się z czym mierzyć, bowiem legenda Bałtyckiego Teatru Tańca Izadory Weiss jest nadal żywa. Dziś co prawda zespół baletowy skierował swoje zainteresowania w kierunku klasyki i mierzy się z wyzwaniami oraz ograniczeniami liczbowymi kompanii, a także wyborami repertuarowymi.

Ostatnia podróż do Gdańska podyktowana była jednak premierą operową. Jak magnes przyciągnęło nazwisko reżyserki Mai Kleczewskiej. Wybitna, świetnie odnajdującą się w teatrze dramatycznym, o czym nie świadczą tylko wielokrotnie komentowane Dziady Adama Mickiewicza w Teatrze Słowackiego w Krakowie, ale przede wszystkim dawne prace choćby w Starym Teatrze w Krakowie czy warszawskim Powszechnym. Artystka współpracowała, ze zmiennym szczęściem, w teatrach muzycznych, a więc opera nie jest jej obca. I pełen nadziei zasiadłem na widowni Opery Bałtyckiej. Pierwszym zdziwieniem był fakt, że widownia zapełniła się jedynie w czterdziestu procentach! Czyżby szacowny Wolfgang Amadeusz Mozart nie cieszył się powodzeniem na Wybrzeżu? Na afiszu jedna z mniej znanych kompozycji – Łaskawość Tytusa. Oryginalnie opowieść o losach rzymskiego cesarza Tytusa Flawiusza stała się hołdem z okazji koronacji Leopolda II, króla Czech. Rzecz o dobrym władcy, chwilę przed wyborami parlamentarnymi w Polsce winna stać się gratką niesłychaną, a nazwisko inscenizatorki pobudzać ów posmak niezwykłości. Jednak jest inaczej. Inscenizacja nie jest wielkim sukcesem, a brak publiczności może być konsekwencją pomysłu wystawienia.

Całość przywodzi na myśl prace rosyjskiego reżysera Dmitrija Tcherniakova, który wielokrotnie scenograficznie osadza swoje widowiska w niby nieadekwatnych przestrzeniach do treści libretta. W Gdańsku, scenografka Justyna Łagowska buduje świat lokalny, bliski odbiorcy. Całość rozpoczyna odtworzona sekwencja Światełka do nieba wieńczącego Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, gdy został zamordowany Prezydent Miasta Paweł Adamowicz. I właśnie jego osoba staje się swoistym Tytusem, władcą prawdziwie dobrym, łaskawym i miłosiernym. I tu rodzi się najwięcej znaków zapytania. Bowiem sama treść opery może widzieć w bohaterze narcyza i samoluba, a także łasego na hołdy oraz względy satrapę. Jednoznaczne opowiedzenie się po stronie dobra gmatwa sensy, nie daje pola do indywidualnej interpretacji odbiorcy. Akcja została osadzona w przestrzeni sali Rady Miasta, odtwarzając ją skrupulatnie i dokładnie. Flagi Polski i Unii Europejskiej, zielone sukno na stołach, liczne krzesła, stół prezydialny. Czyli zobaczymy polskie piekło. Tylko opera jest o pojednaniu, a nie sporze. Trochę to nieprzystające do naszych realiów. Kontekst polityczny faktycznie w utworze nie występuje, a powód chęci dokonania mordu na władcy jest konsekwencją targających uczuć, a nie walki o władzę. Kleczewska wprowadza dualne postaci – śpiewaków i tancerzy. I już nie wiadomo czemu to służy, bo wygląda jak przebłysk myśli – a teraz sobie coś zatańczę. Układy są banalne, nic nie znaczące. Ale ów myślowy chaos idzie dalej, bowiem artystka gubi sensy, wprowadza w scenach bohaterów, których być nie powinno, gmatwają się znaczenia, relacje. Akt drugi zrywa całkowicie z pierwszym. Przenosimy się o kilkadziesiąt lat, w tejże samej sali funkcjonuje swoisty dom starców. Tu rozpamiętuje się czas miniony, w oryginale niedawną przeszłość i dochodzi do owej tytułowej łaskawości. Umiejscowienie akcji w domu spokojnej starości ma jeszcze jedno znaczenie. Reżyserka mówi nam, że pojednanie możliwe jest po latach, gdy opadną emocje politycznej zwady, ucichną podszepty uczuć na rzecz racjonalnego, ale podszytego wieczną niechęcią dialogu. Niestety owe wieloznaczne poszukiwania inscenizacyjne nie pomagają w odbiorze dzieła. Widz jest totalnie zagubiony poprzez irracjonalność rozwiązań i mnogość pomysłów.

Strona wokalna też pozostawia wiele do życzenia. Trochę winy w tym samej Kleczewskiej, która wielokrotnie spycha na sam koniec sceny solistów. Nie można usłyszeć głosów, a obraz zbliżony przez kamerę nie rekompensuje niedoborów dźwięku. Przeciętni soliści nie są w stanie unieść ciężaru wykonania. Jacek Szponarski jako Tito ma matową i nienośną barwę głosu. Gabriela Celińska-Mysław w partii Sesto jest totalnym nieporozumieniem. Delikatna barwa absolutnie nie koresponduje z charakterem postaci, a w garniturku wygląda jak chłopczyk w komunijnym oczekiwaniu. Kontratenor Jakub Foltak nie odnajduje się w partii Annio. Jedynym rozjaśniającym, ową przeciętność, przebłyskiem jest Aleksandra Kubas-Kruk w partii Vitelli. Jej demoniczność, barwa głosu uwiarygodnia zdradzieckość podszytą walką o miłość. Nie lepiej jest z chórem, którego brzydka, nierówna wokaliza zabija wrażenia słuchowe. W tym muzycznym rozgardiaszu najlepiej wypada orkiestra pod kierunkiem Yaroslava Shemeta. Choć i tu ma miejsce wpadka – nagłośnienie klawesynu, który znajduje się z jednego boku sceny, a dźwięk sączy się z głośnika z przeciwległego brzegu. Fatalne rozwiązanie, wręcz nieakceptowalne w świecie muzyki.

Dziwny to spektakl w Gdańsku. Ma być nowocześnie i oryginalnie, a efekt jest chwilami nieznośny. Wielokrotnie prostota jest lepsza od myślowego grochu z kapustą. I może tylko pytanie, gdy opadnie kurtyna, warte jest zastanowienia – czy warto być dobrym? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi, ale idealiści zawsze przegrają w świecie zwady i politycznej gry.

Łaskawość Tytusa, Wolfgang Amadeusz Mozart, reżyseria Maja Kleczewska, kierownictwo muzyczne Yaroslav Shemet, Opera Bałtycka w Gdańsku, premiera: październik 2023.

[Benjamin Paschalski]


Fot. Krzysztof Mystkowski /KFPr

WSPIERAMY LEGNICĘ

WSPIERAMY LEGNICĘ

Dziś dzień wyborów parlamentarnych w Polsce, niedziela. Dobry pretekst do napisania owego tekstu. Bowiem jedną z najważniejszych rzeczy bycia obywatelem to nie tylko spełnienie przywileju partycypacyjnego, ale szczególny rodzaj solidaryzmu społecznego. Jako dziecko wychowywałem się w duchu pierwszej Solidarności. Uliczne protesty, ulotki w domu, nieustanne rozmowy rodziców i znajomych. Istny tygiel chęci zmiany. Co zostało z tamtego czasu? W społeczeństwie niewiele, ale dla mnie osobiście wszystko. Nauczyłem się, że należy wspierać, być, aktywizować się, a na pewno ryzykować. Cenię teatr włączający, nie trawię sceny publicystycznej, doraźnej, przypadkowej. Takiej, co niby mówi w ważnej sprawie, a nie rozumie sensów i znaczeń. Dobrych kilkanaście lat temu spotkałem się z pierwszym spektaklem Teatru z Legnicy.

Białostocka miłość do biesiady – Restauracja Sztuka Mięsa

Białostocka miłość do biesiady – Restauracja Sztuka Mięsa

Kilka tygodni temu zostałem zabrany na wyprawę po pięknej podlaskiej krainie. Białystok i okolice miałem okazję już kilka razy odwiedzić, jednak gastronomicznie nie był to dla mnie teren mocno zgłębiony. Jeśli wybieracie się do stolicy Podlasia, nie możecie ominąć „Sztuki Mięsa”. Często trafiamy do miejsc