Autor: admin

ZIMNE NÓŻKI Z HASZTAGIEM – „ROMEO I JULIA IS NOT DEAT” – TEATR WYBRZEŻE W GDAŃSKU

ZIMNE NÓŻKI Z HASZTAGIEM – „ROMEO I JULIA IS NOT DEAT” – TEATR WYBRZEŻE W GDAŃSKU

Dużo można pisać o czasie lata i teatralnych konotacjach. Ale nie ulega wątpliwości, że jedną z najważniejszych imprez, tej pory roku, pozostaje Festiwal Szekspirowski w Gdańsku, choć tak naprawdę odbywał się i nadal trwa we wszystkich lokalizacjach scenicznych Trójmiasta. Przez kolejne edycje bywało lepiej, bądź gorzej, ale mimo tego – się pielgrzymowało. Przed południem plażowało, potem obowiązkowy halibut w kultowym barze „Przystań”, a następnie od popołudnia do wieczora eskapada Szybką Koleją Miejską od Teatru Muzycznego w Gdyni, do nowej budowli Teatru Szekspirowskiego w Gdańsku. Piękne czasy.

POD BIAŁYM ŻAGLEM – „LATAJĄCY HOLENDER” – BALTIC OPERA FESTIVAL

POD BIAŁYM ŻAGLEM – „LATAJĄCY HOLENDER” – BALTIC OPERA FESTIVAL

Widowiska operowe w plenerze to jedno z ciekawszych doświadczeń dla rozwoju tejże sztuki. Zazwyczaj wyjście do tegoż przybytku kultury kojarzy się większości z nas z elegancją, wytwornymi toaletami, a wielokrotnie również z artystyczną nieprzystępnością. Ale miesiące letnie zmieniają ten obraz. To muzyka wychodzi na spotkanie z publicznością. W innej formie – otwartej przestrzeni demokratyzuje niby dostępne tylko wąskiej grupie artystyczne doznania. Dostojne ubiory zastępują ciepłe okrycia oraz koce. Bo niby pora upalna, ale noce zimne. Tuż po zachodzie słońca, w różnych miejscach świata odbywają się uczty dla uszu i wzroku. Zazwyczaj to wielkie, spektakularne widowiska, które oczarowują i zachęcają do częstszego odwiedzania muzycznych instytucji.

ZAGŁADA JEZIORA – „JEZIORO ŁABĘDZIE” – BALLET PRELJOCAJ

ZAGŁADA JEZIORA – „JEZIORO ŁABĘDZIE” – BALLET PRELJOCAJ

Nieśmiertelność to jeden z wyróżników baletów klasycznych. Istnieje kilka kanonicznych prac, które na stałe weszły do leksykonu tańca. Większość tytułów, o których mowa, powstała do muzyki geniusza gatunku – Piotra Czajkowskiego. Niepowtarzalność kompozycji ukazuje ich aktualność do dnia dzisiejszego, bowiem frazy muzyczne dodają charakteru wypowiedzi tanecznej, niosą opowieść, a także ukazują uniwersalność historii. Jezioro łabędzie to bez wątpienia najbardziej rozpoznawalny balet na świecie. Posiadają go w repertuarze prawie wszystkie sceny świata. Z jednej strony króluje układ klasyczny Mariusa Petipy oraz Lwa Iwanowa. Tu publiczność zachwyca się tradycyjną formą baletową naszpikowaną trudnościami technicznymi, skokami, piruetami na tle burzliwej historii miłości dziewczyny-łabędzia i księcia. Jednak świat tańca ewoluuje, zmienia się. W konsekwencji ostatnie dziesięciolecia to kolejne nowe prace choreograficzne, które odbiły się szerokim echem wśród znawców i miłośników tejże sztuki. Chyba najbardziej przełomową stała się inscenizacja Matthew Bourne’a z 1995 roku. Głównym bohaterem stał się książę, ale łabędziami nie były zaklęte dziewczęta, lecz mężczyźni. Wydźwięk i odbiór nabierał nowych znaczeń, ukazując miłość homoseksualną jako prawdziwą, żarliwą i możliwą. Dodatkowo popularności widowiska przysporzył film Billy Elliot w reżyserii Stephena Daldry’ego. Obraz, który ukazywał pasję chłopca do tańca, walkę z uprzedzeniami o marzenia, wieńczył fragment układu Bourne’a. To zapewniło realizacji nieśmiertelność i trwałe wpisanie nie tylko do almanachów baletowych, ale także historii kina. Z pobudek innowacyjności, również poruszenia problemu społecznego, powstała kolejna już ikoniczna praca. Tym razem choreografem jest Francuz, albańskiego pochodzenia Angelin Preljocaj. Ten ponad sześćdziesięcioletni choreograf, jest jednym z najważniejszych przedstawicieli swojej generacji. Wykorzystujący tradycję europejską, a także silne wzorce amerykańskiego „modern dance”, będąc zainspirowanym i praktykującym technikę Merce Cunninghama, tworzy sugestywne widowiska, które czerpią z klasyki baletowej, ale również muzyka staje się istotną inspiracją powstania nowych prac. Dziś, posiadając własny zespół w Aix-en-Provence jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy tańca naszego kontynentu. Tę pozycję zawdzięcza właśnie przetworzeniom klasyki, wpisując je w teraźniejszość. Ale nie jest to uwspółcześnienie dla samego siebie, ale świadomy koncept poparty głębszą ideą. Jedną z jego najważniejszych prac stanowi Romeo i Julia do muzyki Siergieja Prokofiewa z 1990 roku. Ukazując bogatą elitę społeczną, świat dobrobytu rodziny Julii i zestawiając ją z biedą i nizinami Romeo, twórca zbudował kontrasty podobnie jak Jerome Robbins w West Side Story. Preljocaj ma dwóch swoich idoli, o czym otwarcie mówi, obaj o tym samym imieniu: Jerome – wspomniany Robbins i Bel. Trzy lata temu przygotował pełnospektaklowy balet, który mocno koresponduje z ideami zawartymi w Romeo i Julii. Sięgając po kompozycję Piotra Czajkowskiego z wykorzystaniem muzyki elektronicznej formacji 79D, artysta stworzył niezwykle sugestywną, a w finale wręcz wstrząsającą, przeszywającą bólem, opowieść pewnego akwenu wodnego – Jeziora łabędziego. To niepowtarzalne spotkanie, w którym wygrywa głęboka myśl, ciekawy kolaż muzyczny, a przede wszystkim zjawiskowy taniec.

Po raz kolejny akcja osadzona została w dniu dzisiejszym, świecie wielkiej finansjery i bogactwa. Rotbart – w oryginale czarnoksiężnik, to właściciel terenu, na którym znajduje się jezioro. Głównym działaniem jest zrobienie dobrego interesu z ojcem Zygfryda, bogatym przedsiębiorcą, który w tym miejscu planuje zbudowanie fabryki. Problemem jest syn, który jako miłośnik natury, współczesny Werter – romantyk i idealista, nie może sobie wyobrazić świata bez bliskości krainy spokoju i oazy – wody oraz zieleni. Jezioro, miejsce bytu łabędzi, posiada magię, oczarowuje młodzieńca, który żyje własnym życiem, odmiennością, wycofaniem. Jego bolączki najlepiej rozumie matka, w której objęciach znajduje wytchnienie. Jednak oczarowanie białym ptakiem – Odettą pryska, gdy podczas uroczystego balu pojawia się urzekająco podobna – czarny charakter, inspirowana zakusami Rotbarta – Odylia. Tym samym zagłada jeziora zostaje przypieczętowana. Pochopna decyzja o zaręczynach, uśmierca ptaki. Buldożery, ciężki sprzęt niszczą krainę spokoju. Złowieszczy dźwięk silników zabija łabędzie. Ostatni krzyk Zygfryda jest pustym gestem. Próba ratowania życia, odchodzącej oazy spokoju jest porażką. Śmierć konwulsyjna, powolna, tragiczna wkracza w przestrzeń coraz bardziej wyschniętej krainy. Nie ma już łabędziej przygody, otaczającej przyrody, pozostaje samotność we współczesnym świecie dobrobytu. Preljocaj tworzy widowisko ekologiczne, które wypisuje się we współczesny dyskurs o ochronie środowiska. Daje ku temu świetną maskę miłosnej opowieści wywiedzioną z wielkiej baletowej tradycji. Faktycznie libretto jest spójne z oryginałem, jedynie przetworzone dla lepszej komunikacji z publicznością. Kontrastowanie muzyką jest jak impuls dla odbiorców, którzy śledząc historię wkraczają nagle w transowy klimat imprezy. Kolorem, który dominuje w spektaklu jest czerń – to nie tylko barwa elegancji, ale właśnie ciemnych interesów i charakterów. Kontrapunktem jest biel łabędzi – niewinności i łagodności. Zygfryd również jest w takowym kostiumie w części pierwszej, następnie poprzez zapomnienie i krótkowzroczność staje się jak familia – czarnym charakterem zdarzeń. Przypieczętowuje zbrodnię, choć jest jej nieświadomy. Naiwność chłopaka przegrywa ze światem finansjery oraz interesów. Pieniądz wygra we współczesnym świecie z marzeniami i najpiękniejszymi wartościami.

Siłą baletu Preljocaja jest taniec. Zjawiskowy, oryginalny i nieoczywisty. Precyzja wykonania synchronicznego, zauważalna w scenach zespołowych, jest jak w pokazach ulicznych w Korei Północnej. Ta niewyobrażalna dokładność imponuje oraz zachwyca. Kreska tańca artysty jest symetryczna, niezwykle precyzyjna niczym geometria w czasach szkolnych matematyki. Dodatkowym atutem jest niesamowite tempo, które porywa i wzbudza wielką chęć śledzenia kolejnych scen. Choreograf, wykorzystując strukturę klasyczną, wprowadza własne, oryginalne rozwiązania. Świetne jest pas de quatre białych łabędzi, a także innowacyjne przygotowanie tańców narodowych. To perły tańca, minimalistyczne ujęcia własnego wyobrażenia o komunikatywności tejże sztuki. Zygfryd w wykonaniu Leonardo Cremaschi jest niezwykle sprawny technicznie, wszystkie figury wykonuje perfekcyjnie i zjawiskowo. Świetnie odnajduje się w inspirowanych formach klasycznych, duetach z zaklętą dziewczyną, a także współczesnym tańcu jako lider imprezowej, transowej eksplozji podczas przyjęcia u ojca. Postać Odetty/Odylii w wykonaniu Isabel Garcia Lopez to zerwanie z dotychczasowymi wyobrażeniami odnośnie wykonawczyń tejże roli. Zazwyczaj widzimy w tej partii idealną balerinę. Tym razem to dziewczyna z sąsiedztwa. I ta zmiana również wpływa na korzyść, gdyż miłość staje się realna, rzeczywista, a nie fantastyczna i abstrakcyjna. Niezwykle udaną parę rodziców Zygfryda budują Beatrice La Fata wraz z Elliotem Bussinet. To nie statyczne figury, ale pełnokrwiste postaci świetnie tańczone w rytmie ostrym i wyrazistym Angelina Preljocaja. Jednak największe brawa należą się całemu zespołowi, który wcielając się w niezliczoną liczbę postaci świetnie wykonuje układ, będący kompilacją ukłonu dla przeszłości, a także współczesnej formy tańca.

Przetwarzanie klasyki ma swój niebagatelny walor. To szukanie, w tym przypadku z bardzo dobrym efektem, ścieżek zwrócenia uwagi na współczesny świat, ale także komunikacji z „nowym” widzem. Preljocaj łączy zjawiskową technikę z klasycznym Czajkowskim oraz nutą transowej muzyki. To wszystko wsparte nurtującą, ale i tragiczną historią, tworzy świetną interpretację Jeziora łabędziego. Widowiska, które pozostawia w pamięci żywy ślad. To jak natura wpływająca na nasze życie oraz drżenie serca i drganie uczuć pierwszej miłości i utraconych nadziei.

Jezioro łabędzie, Piotr Czajkowski, 79D, choreografia Angelin Preljocaj, Ballet Preljocaj, pokazy w Ludwigsburgu, lipiec 2023.

[Benjamin Paschalski]

Foto: ludwigsburg.de

Z MIŁOŚCI – „GŁOWA W PIASEK” – TEATR POLONIA W WARSZAWIE

Z MIŁOŚCI – „GŁOWA W PIASEK” – TEATR POLONIA W WARSZAWIE

Od samego momentu powstania śledzę losy tego miejsca, choć nie jestem stałym widzem, ale z przyjemnością je odwiedzam. Teatr Polonia Krystyny Jandy, a także Och-Teatr to dobre teatry bulwarowe. Mieszczańskie formy spędzania czasu. Koncept jest prosty. Mówimy wprost – ma być dobry spektakl, precyzyjnie skonstruowany, a jeszcze lepiej zagrany. To nie pole artystycznego eksperymentu, lecz rozrywka z refleksją. Widz odwiedzający miejsca ma czuć się dobrze i komfortowo. Jeżeli płaci za bilet, to świadomie uczestniczy w dobrym przedsięwzięciu artystycznym. Aktorka oddaje całe serce swoim teatralnym dzieciom. Sceny pracują prężnie, prezentując kilka spektakli dziennie. Wakacje to absolutnie nie pauza, gdyż nie można sobie na to pozwolić.

Owoce morza w Warszawie – Restauracja Czarnomorka

Owoce morza w Warszawie – Restauracja Czarnomorka

Warszawa to miasto pełne restauracji, knajp i knajpeczek, ale ciężko znaleźć tutaj lokal wyspecjalizowany w owocach morza, który oferuje przystępność cenową, luz i dobrą jakość produktów. Mamy Der Elefant, który ma cudne smaki, jednak ceny i styl restauracji lekko usztywniają. Inaczej jest w bohaterce tego 

LETNIE IMPULSY TAŃCA – IMPULSTANZ – MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL TAŃCA W WIEDNU

LETNIE IMPULSY TAŃCA – IMPULSTANZ – MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL TAŃCA W WIEDNU

Czas wakacji, dla miłośników i znawców sztuki tanecznej, to wbrew pozorom nie okres przerwy, która niestety następuje w większości naszych instytucji kultury. Liczne ośrodki organizują festiwale, przeglądy, spotkania. Program baletowy posiadają najważniejsze wydarzenia teatralne Europy – Avignon oraz Edynburg. Ciekawie prezentuje się repertuar Bolzano Danza, a także Montpellier Danse. Również miasta naszego kontynentu rywalizują o miano letniej stolicy kultury. Tu chyba pierwsze miejsce należy do Austrii, z niezliczoną liczbą propozycji. W Wiedniu można rozkoszować się tradycją sięgającą czasów Habsburskich, a także spędzić czas w wielu ośrodkach sztuk wizualnych. Prym wiedzie oczywiście kwartał muzealny, który nie tylko kusi różnorodnością oferty, ale także swoją rozległością i możliwością spędzenia wolnego czasu. Duży wewnętrzny dziedziniec to istny targ kultury, gdzie spotykają się Wiedeńczycy oraz turyści, aby napić się kawy, podyskutować, wytchnąć. Niezmiennie od lat centrum artystycznym pozostaje Salzburg z najlepszym festiwalem muzycznym w Europie. Choć ceny biletów doprowadzają do zawrotu głowy, to jednak raz w życiu warto się wybrać do tegoż miejsca. Przed południem można spacerować po ogrodach Mirabel, a wieczorem zasiąść na widowni jednej z sal domu festiwalowego, aby zachwycać się dźwiękami kompozycji klasyki, a także podziwiać toalety zgromadzonej licznie publiczności. Orędownicy lżejszej muzy – starszej siostry musicalu – operetki, znajdą swoje miejsce w Bad Ischl. Urokliwe, małe miasto było siedliskiem Franza Lehara, mistrza gatunku, który pozostawił nad rzeką swoją willę. W każdym roku można podziwiać dwie nowe produkcje. Obecnie to Ptasznik z Tyrolu Carla Zellera oraz Madame Pompadour Leo Falla. W przyszłym roku pojawi się wątek polski związany z utworem Carla Millockera – Student żebrak, a także jedna z szerokiego kalejdoskopu operetek Paula Abrahama. Najbardziej zjawiskowe doznania czekają na widzów w Bregencji. Tu dosłownie na Jeziorze Bodeńskim jest zbudowana scena oraz kilkutysięczna widownia. W cyklu dwuletnim można podziwiać wielkie, monumentalne, oryginalne widowiska operowe. W tym sezonie to Madama Butterfly Giacomo Pucciniego rozegrana na tle wielkiej karty papirusu w pejzażu płatków kwiatu wiśni pod gigantyczną, łopoczącą flagą Stanów Zjednoczonych. Już za rok kolejna premiera – Wolny strzelec Carla Marii von Webera. Jednak dla form ruchu najważniejsza latem pozostaje stolica Austrii. Tu, od czterdziestu lat, przez pięć tygodni lipca oraz sierpnia, można zapoznać się z najciekawszymi trendami, innowacjami oraz oryginalnymi formami wypowiedzi współczesnego tańca. ImPulsTanz to niesamowity festiwal, którego program składa się nie tylko ze spektakli, ale również warsztatów, spotkań czy nocnych rozmów o tym, co można było przeżyć danego dnia. Oferta jest ogromna. Organizatorzy nie ograniczają się w swoich pomysłach. Bowiem słowo „impuls” wydaje się najbardziej kluczowe. Czasem drobne drgnienia, pomysł na ruch może być bardziej odkrywcze niż wielkie, spektakularne widowisko. Właśnie owa oryginalność jest najbardziej rozpoznawalną cechą wiedeńskiego przeglądu. Moje trzy impulsy były ciekawymi, różnorodnymi doznaniami. Na pewno niepowtarzalnymi.

Impuls dźwięku

Zaczęło się od przypadku – spektaklu, którego miałem w ogóle nie oglądać. Jednak nazwisko twórcy kusiło. To Boris Charmatz, francuski tancerz i choreograf. Założyciel formacji Terrain, od sierpnia 2022 roku szef artystyczny jednego z najważniejszych zespołów tańca na świecie – Tanztheater Wuppertal Pina Bausch. Łącząc tradycję wielkiej ikony sceny z własnym, współczesnym myśleniem o tańcu, ma powstać instytucja również budująca mosty francusko-niemieckie. Ciekawy zamysł może stać się ożywczy, gdyż przez lata zespół z Wuppertalu raczej nie okazywał tendencji zmian, odcinając jedynie kupony od tradycji i wielkości własnej przeszłości. W Wiedniu Charmatz zaprezentował solo – Somnole. Rozegrane w pustej przestrzeni Odeonu, gdzie towarzyszem tancerza jest jedno punktowe światło, jak cień śledzące jego ruchu oraz kroki, jest próbą ukazania senności, lunatykowania, stanu zawieszenia pomiędzy jawą a właśnie snem. Prezentacja pozbawiona nagranego podkładu muzycznego, który stanowi jedynie oryginalne gwizdanie tancerza, a także rytm wybijany na własnym ciele. Tworzy się kolaż własnych przebojów – klasyki oraz muzyki popularnej, który koresponduje z formą wykonania. To jak poranne wprawki muzyczne pod prysznicem, niedbałe, ale własne, prywatne, osobiste. Artysta zmienia nastroje, klimat, aurę. Od lekkiego, spokojnego ruchu, poprzez przyspieszenie, bieg, aż do wytchnienia, relaksu, faktycznego zawieszenia. To innowacyjne odkrywanie własnych możliwości, badanie jak możemy reagować chwilę przed zamknięciem oczu. W owym pokazie jest niezwykle dużo ciepła, pozytywnego odczuwania codzienności. Właśnie eksperyment z muzyką, własnym ciałem buduje oryginalny koncept artystyczny.

Impuls obrazu

W większości zdarzeń tanecznych przestrzeń sceny jest pusta, z jednolitym w barwie horyzontem. Ale jeżeli jednym z twórców jest Robert Wilson, jeden z największych wizjonerów teatralnych naszych czasów, to pewnym jest, że strona wizualna będzie stanowić najważniejszy punkt widowiska. I dokładnie tak jest w Relative Calm. Stworzony pokaz, wspólnie z amerykańską choreografką Lucindą Childs, to wielka uczta dla oka, specyficzny moment wytchnienia, oddechu. Obrazy tła zestawione z niesamowitym ruchem tancerzy kształtują niezapomniane przestrzenie. Wieczór złożony jest z trzech kompozycji muzycznych. Dwóch skrajnych, współczesnych, minimalistycznych prac Jona Gibsona oraz Johna Adamsa, a także środkowej – ikonicznego baletowego utworu Igora Strawińskiego – Pulcinella. Już to zestawienie zastanawia, a idea jest nad wyraz prosta. Początek i koniec, to dwa wyciszone fragmenty, z feerią środkową inspirowaną barokową ekspresją Pergolesiego. Punktem wyjścia, jest to, co charakterystyczne w teatrze Wilsona – zakładanie masek, maskarada. W pierwszej i trzeciej części wizualizacje to figury geometryczne: prostopadłe i owalne. W dokładnie skrojony ruch na ekranie swoją choreografię układa Childs. Tworzy się z tego perfekcyjny, symetryczny układ. Tancerze wirują, przechodzą we wspólnotowym ruchu odzwierciedlając, symbolizując, pojawiające się elementy w tle. Łagodność muzyki, ale przede wszystkim transowość tańca, niczym obroty derwiszy, kształtuje ów tytułowy relatywny spokój. Odmienny charakter posiada fragment środkowy. To opowieść o dworskiej rywalizacji o względy i uczucie. Świetny salonowy taniec, dostojność, humor, konkurencja o fory, współgra z odmiennym wyświetlanym tłem – pełnym kolażu kolorów, choć utrzymanych w barwach bieli, czerwieni oraz czerni. Jednak w ów estetyczny obraz wkrada się zgrzyt. To monologi z dzienników Wacława Niżyńskiego w recytacji Lucindy Childs. Pretensjonalna recytacja ośmiesza koncept, a zestawienie ich z obrazami dzikich zwierząt, owszem ciekawie wygląda, ale nieodparcie można mieć wrażenie, że to zabieg jedynie służący zmianie kostiumów przez wykonawców. Mimo owego zastrzeżenia doświadczenie artystyczne jest niesamowite. Poezja obrazu współgra z pomysłowością ruchu, tworząc genialną wspólnotę estetycznej, a nawet szerzej, artystycznej wizji amerykańskich artystów.

Impuls formy

Ostatni wieczór stał się zaskoczeniem. Niestety negatywnym, choć zapowiadało się spektakularnie, a wyszło nijak. Billy’s Joy to przygotowana przez Needcompany produkcja inspirowana komediowymi fragmentami zaczerpniętymi z dramatów Williama Shakespeare. Produkcja kilku europejskich instytucji i inicjatyw kulturalnych, w tym wiedeńskiego przeglądu, a także gdańskiego Festiwalu Szekspirowskiego, jest kolażem formy, aby pasował do każdego wydarzenia. Jest obowiązkowo Szekspir, a także trochę tańca. Początek to istna feta, eksplozja ruchu. Można nawet zastanowić się czy w tej prędkości artyści wytrzymają do końca spektaklu? Obawy są płonne, gdyż atmosfera i ekspresja bardzo szybko wyhamowuje. Ich miejsce zajmuje bełkot i nuda. Potoki grafomańskich słów autorstwa Victora Afung Lauwersa są nie do zniesienia. Rozmowa Eden, Marthy oraz Meron, w garderobie teatralnej o seksie, jest jak gadka nastolatek o banałach. W innych częściach nie jest lepiej. Tekst traktuje o niczym, a ma ponoć poruszać ważne problemy społeczne. Zespół, pod wodzą Jana Lauwersa i Grace Ellen Barkey, w abstrakcyjnej przestrzeni pewnego ogrodu, z prawdziwą kuchnią, gdzie przygotowuje się posiłek, jak na przyjacielskiej imprezie, tworzy dysputę o kobiecości i męskości. To pewna rywalizacja postaw Romeo i Oberona. Pierwszy romantyk, idealista, ale niespełniony seksualnie, odrzucony przez kobiety. Bohater Snu nocy letniej, który za partnerkę ma Sycorax, magiczną postać Burzy, to istny szaman, autsajder, który mało mówi, mało robi, a wygrywa. Jednak formuła jest nieznośna, bowiem groteska, abstrakcja nieposiadająca przełamania zaburza uwagę widzów. Najlepiej wypada Romeo w wykonaniu Nao Albeta. Jego roli w pełni się wierzy, ufa, a komizm spojrzeń, niczym z kreskówki, rozbraja. Posiada również nutę nostalgiczną, przegranego w relacji z kobietami i rywalizacji o władzę. Świadomy swoich deficytów seksualnych, z ciała i nagości czyni atut, będąc świetnym bohaterem wieczoru. Konwencja czerpania z różnych źródeł jest potężna. Scena przyjazdu aktorów – jak w Hamlecie – to zabawna sekwencja z Królewną Śnieżką i siedmioma krasnoludkami. Tu naprawdę mamy przełamanie, chwilę przed końcem spektaklu. Jednak wniosek jest smutny. To nużąca opowieść, która wypala się niezwykle prędko. Znudzona publika ratuje się exodusem. Do finału dotrwali tylko zapaleńcy. Koniec. Najlepiej bawili się aktorzy, wszak byli na wspólnej domówce, widać próby przebiegały w świetnej atmosferze. Gorzej z reakcją widzów, która jest zimna i wycofana. Powiew lodu jest jak otrzeźwienie, że najwięksi sceny teatralnej mogą również ponosić spektakularne porażki.

Trzy spektakle ImPulsTanz to niewiele, aby móc ocenić festiwal w Wiedniu. To ledwo promil zdarzeń, pokazów i prezentacji. Jednak, mimo nieudanych eksperymentów, to wzbudzające pozytywne emocje wydarzenie. W jednym czasie, w jednym mieście, można zobaczyć mieszankę najciekawszych tanecznych przedstawień. Oczekiwanie, przez widzów, kolejnych produkcji jest olbrzymie. Sale wypełnione, reakcje różnorodne. Ale jest fajna atmosfera wspólnoty – miłośników tej pięknej sztuki. Za rok znów należy odwiedzić stolicę Austrii, bo impulsy tańca zapewne będą elektryzujące.

Somnole, Boris Charmatz, Relative Calm, Robert Wilson, Lucinda Childs, Billy’s Joy, Needcompany, ImPulsTanz – Międzynarodowy Festiwal Tańca, Wiedeń, pokazy: lipiec 2023.

[Benjamin Paschalski]

GRA W POŻĄDANIE – „CARMEN” – COMPANIA NATIONAL DE DANZA

GRA W POŻĄDANIE – „CARMEN” – COMPANIA NATIONAL DE DANZA

Prawie każdy region Europy posiada swoją specyficzną ofertę tańca. Nie tylko, jeżeli chodzi o same formacje artystyczne, ale również o choreografów, szerzej kreatorów sztuki tanecznej. Owym ciekawym miejscem i chyba przez nas nadal nieodkrytym jest Skandynawia. Mało kto zna ofertę Islandii z Islenski dansflokkurinn na czele, który posiada własny, indywidualny język wypowiedzi. Równie interesująco wygląda niezależna scena Finlandii, tu prym wiedzie jeden z najciekawszych artystów Europy Tero Saarinen, który wraz z własnym zespołem stworzył w Helsinkach interesujące miejsce laboratorium twórczego. Jednak owa historia tańca w krajach północy jest długa i osobliwa. Powiązana z nazwiskiem Augusta Bournonville, duńskiego reformatora, tancerza, choreografa, którego spuścizna sięgająca wieku dziewiętnastego, stanowi istotny wkład do tradycji tejże sztuki.

O BEJU, CO KOBIETY Z TYGRYSIC W OWIECZKI ZMIENIAŁ – „WŁOSZKA W ALGIERZE” – POLSKA OPERA KRÓLEWSKA W WARSZAWIE

O BEJU, CO KOBIETY Z TYGRYSIC W OWIECZKI ZMIENIAŁ – „WŁOSZKA W ALGIERZE” – POLSKA OPERA KRÓLEWSKA W WARSZAWIE

Świat opery posiada różne swoje odcienie. Z jednej strony uwielbiamy umierać w finale z bohaterkami. Tak jest w Tosce Giacomo Pucciniego, Traviacie Giuseppe Verdiego czy Carmen Georgesa Bizeta. Ale bogate pole sztuki posiada też jaśniejszy odcień muzyki – opery komiczne, buffa, w których uśmiech towarzyszy od pierwszej sceny, a galopada i wyścig żartu wyprzedza koleje arie. Te też przyozdobione trudnościami dla wykonawców są dźwięczną okrasą dla uszu widzów. Mistrzem gatunku był nieśmiertelny i jedyny w swoim rodzaju Wolfgang Amadeusz Mozart, a na gruncie włoskim mistrz z Pesaro Gioacchino Rossini. Człowiek obdarzony specyficznym poczuciem humoru, ponoć na co dzień wcale nie ciepły i otwarty, pozostawił po sobie niebagatelną spuściznę.