Autor: admin

ŚWIAT WEDŁUG KSIĘŻYCOWYCH – „LIZYSTRATA, CZYLI STRAJK KOBIET” – TEATR MIEJSKI IM. WITOLDA GOMBROWICZA W GDYNI

ŚWIAT WEDŁUG KSIĘŻYCOWYCH – „LIZYSTRATA, CZYLI STRAJK KOBIET” – TEATR MIEJSKI IM. WITOLDA GOMBROWICZA W GDYNI

Wielokrotnie zastanawiam się jak długo w teatrze będzie robiło się z widzów idiotów, gdy twórcy myślą – im będzie mniej zrozumiale, tym lepiej dla nas. Bo spektakl wielokrotnie tworzy się nie dla odbiorców, ale dla grona skupionego wokół reżysera/reżyserki, gdy tylko oni rozumieją idee oraz sensy przekazu. Dokładnie te myśli towarzyszyły mi podczas ostatniej premiery w Teatrze Miejskim im. Witolda Gombrowicza w Gdyni. I sobie myślałem, gdy coraz bardziej bolały mnie zęby z totalnej nudy i powiem szczerze – głupoty, która sączyła się ze sceny. Dlaczego ktoś zgadza się na ów bełkotliwy teatr, udając że czyni się arcydzieło?

LEK – „CURA” – COMPANHIA DE DANCA DEBORAH COLKER

LEK – „CURA” – COMPANHIA DE DANCA DEBORAH COLKER

Dla każdego teatromana najważniejsze jest odkrywanie nowego, nieznanego, czegoś nieoczywistego. Sztuki, która może zaskoczyć, a także ukazać wartościowe kierunki inspiracji. Wiele przed nami do zobaczenia w świecie tańca, bowiem polska scena nie ma do zaoferowania wiele, gdyż zamyka się w ograniczonym kręgu artystów. To pole wydaje się niezagospodarowane i jest niezbędnym, aby je ukazać szerokiemu kręgowi odbiorców. Jest ono bowiem niezwykle kreatywne i wzbogacające świat kultury. Na całym świecie funkcjonują kompanie, które szerokimi garściami czerpią z lokalnych doświadczeń, tożsamości. To formy antropologicznych poszukiwań i odkryć dla świata ruchu.

O CHCIWOŚCI – „NAWRÓCONY” – TEATR KLASYKI POLSKIEJ W WARSZAWIE

O CHCIWOŚCI – „NAWRÓCONY” – TEATR KLASYKI POLSKIEJ W WARSZAWIE

Polska scena teatralna pełna jest nowych, spontanicznych inicjatyw artystycznych. Jak grzyby po deszczu pojawiają się podmioty, firmy, fundacje przygotowujące przedstawienia i ruszające z nimi w objazd po całym kraju. Odwiedzają domy kultury, sale widowiskowe i inne przybytki, w których można zorganizować wydarzenie. Głównie to komedie i farsy wsparte kilkoma garniturami obsady, w której lśni nazwisko gwiazdy znanej z uczestnictwa w popularnym serialu, który święci triumfy w programie telewizyjnym. Bilety nie są tanie, ale chętnych do obejrzenia owego zjawiska nie brakuje. To specyficzny model objazdowej sceny, ale obecny, zauważalny i dobry dla analiz teatrologicznych. Jakiś czas temu na naszej mapie pojawił się również swoisty eksperyment, ale realizujący podobny koncept kulturowy. Początkowo działający jako fundacja, wsparty dofinansowaniami w ministerialnych konkursach, stał się nie tak dawno państwową instytucją kultury z Jarosławem Gajewskim na czele. Mowa o Teatrze Klasyki Polskiej. Oczko w głowie jeszcze nie tak odległego szefa resortu kultury Piotra Glińskiego. Scena nie posiada stałego miejsca, tuła się w objeździe poprzez różne miejscowości, a w Warszawie gości w Sali Laboratorium Centrum sztuki Współczesnej-Zamek Ujazdowski oraz w podziemiach kościoła Wszystkich Świętych na placu Grzybowskim. Już w tych lokalizacjach rodzi się pewna sprzeczność. Trudno nie mieć chociażby ambiwalentnych uczuć, gdy z jednej strony mówimy o klasyce w miejscu prezentacji sztuki nowoczesnej. Wykonania w Domu Bożym jakoś umiejscawiają myślowo spotkanie z teatrem w formacie kościelnego wydarzenia, dalekiego od wielkich interpretacji na rzecz formy ograniczonej, rapsodycznej. I owe dwuznaczności można mnożyć. Jednak największym problemem pozostaje ta niesamowita pewność siebie, prawdy objawionej na monopol wystawiania klasyki. Już brak sceny z prawdziwego zdarzenia wskazuje pewną ułomność, niedokładność oraz artystyczną ubogość. Niewiele widziałem spektakli sceny, ale to co mogłem zobaczyć utrwala mnie w przekonaniu, że to szkolne próby wadzenia się z utworami, a nie wielkie inscenizacje na miarę nazwy instytucji. W takim razie skąd owe zadęcie? Wydaje się całkowicie niepotrzebne. Podmiot winien ulec likwidacji, bo nie odgrywa żadnej dziś roli kulturotwórczej. Niech powróci do objazdu, bez wielomilionowego wsparcia rządowego, gdyż na nie, nie zasługuje. Nie ulega wątpliwości, że powstał on z pobudek ideowych, pewnego środowiska skupionego wokół dawnego obozu rządzącego. Wszak pierwszym liderem był Michał Chorosiński, dziś dyrektor Teatru im. S. Jaracza w Łodzi, który nie mogąc łączyć funkcji oddał stołek koledze aktorowi. I kręci się ten niby wielki koncept artystyczny podlany politycznym sosem. Dla teatru widzę jedną przyszłość. To przede wszystkim zmiana nazwy. Z pompatycznej i chyba chybionej uczynić coś adekwatnego – Teatr Lektur Szkolnych i ruszyć w objazd jak inne tego typu przedsięwzięcia, które wsparte reklamą i nazwiskami gwiazd zarabiają, prezentując spektakle teatralne. Może dla obecnego Teatru Klasyki Polskiej znajdzie się miejsce w szkołach, aby na ostatniej lekcji odegrać swoje dramaty, które nie mają siły wielkiego teatru, a są pogadankami o pewnych stanach, emocjach, znaczeniach.

W owym przekonaniu utwierdziła mnie ostatnia premiera instytucji. Na afiszu Nawrócony na podstawie dwóch opowiadań Bolesława Prusa. Reżyserował mało znany i w teatrze faktycznie nieobecny Piotr Gralak. Skoro mamy taki tytuł to warto zagrać w słówka i ja dodaję „stracony” – tak czas wybitnie stracony, bowiem nic z tego wieczoru nie wynika. To tak jakby przeczytać sobie nowele w domu, zamknąć oczy oraz pomarzyć i efekt byłby identyczny. Z jednym wyjątkiem – nie będzie ról rozpisanych na głosy. No tak. To wielka strata. To, że Prus wielkim pisarzem był wiemy nie od dziś. Jego epos warszawski – Lalka święcił powodzenie czytelnicze w momencie powstania, serialowe, a także teatralne. Chyba najciekawsze spotkanie, w ostatnich latach, zaserwował Wojciech Kościelniak muzyczną opowieścią w Gdyni. Świetnie się to oglądało, śledziło bohaterów, słuchało słów i piosenek. Moim osobistym, szczególnym, choć szeroko nie omawianym spektaklem, była interpretacja, kilka lat temu, prozy Prusa, w warszawskim Teatrze Powszechnym w reżyserii Wojciecha Klemma. Nieoczywiste, pełne szarości i brudu, pokazywało inny obraz dzisiejszej stolicy naszego kraju. I wydaje się, że autor jest nie do końca wykorzystany, bowiem jest kuźnią prawd o mieszkańcach tegoż miasta, a także świetnym obserwatorem zachowań społecznych. I chyba z owych idei zrodził się pomysł premiery w Teatrze Klasyki Polskiej. Opowiastka traktuje o pewnym bogaczu, który nie chce wyzbyć się własnych cech negatywnych. Żyjąc faktycznie samotnie, mając za jedyną rozrywkę spotkania z Adwokatem, Prokuratorem i Sędzią wydaje się straszliwym samolubem. Owe figury prawne dokonują osądu, polemik i wyroków. Bohater nie zważa na innych, nie ogląda się na rodzinne kolizje, brakuje mu życzliwości i serca. Zapada w sen. Śni piekło, w którym nie jest nawet do niego wpuszczony, bowiem nie jest w stanie dokonać skruchy i przekonać do poprawy. Gdy po przebudzeniu na chwilę stara się być dobrym, to jednak szybko mija to zapomnienie, a napędza go niepohamowana chciwość i chęć posiadania. Sam utwór nawiązuje w treści do Dziadów Adama Mickiewicza. Tak jak w trzeciej części klamrą jest dzień zaduszny, tak również tu jest pewnego rodzaju rozprawa ze śmiercią, tym co nieuniknione. Kara jest niepodważalnym elementem egzystencji i trudno jej uniknąć. Mamy czterdzieści i cztery, a także śmierć niczym ze sceny balu u Senatora, gdy jeden z gości ginie od pioruna. Mamy również kilka ckliwych, sentymentalnych scenek, które mają zmusić nas do refleksji i oczywiście morał.

Ale w owym spotkaniu teatralnym nie o treść idzie, ale o brak pomysłu na owe przedstawienie. To zbiór monologów i dialogów, które raz wpadają w ucho, a innym przechodzą obok. Jedynym elementem dekoracji jest wielka kanapa, która jest i łóżkiem, a także piekielnym kotłem. Wiją się postaci po owym pluszu przypominającym hotelowe lobby, a nie wnętrze mieszkania. Snuje się język. W marnej oprawie, bo jeszcze są nijakie, niewiadome projekcje, które są banalnym, pustym gestem nowoczesności. Zniesmacza statyczność, która wieje nudą. I nie pomaga senna muzyka wykonywana na żywo i obsadzony w rolki tytułowej Sławomir Orzechowski nie niesie owego spotkania z widownią. Współtowarzysze scenicznej wyprawy mówią tak monotonnym językiem, że trudno skupić się na słowie, bowiem dźwięki otulają i zmuszają do zamknięcia oczu, aby znaleźć się w objęciach Morfeusza. Najgorsze, że reżyser jeszcze wymyślił sekwencje ruchowe, które są wstydliwe i naprawdę rodem z koszmarnego snu-piekła i najlepiej o nich zapomnieć. Smutny to teatr, który mieni się wielką sztuką, a jest zaledwie pustym gestem o niczym, aby zaspokoić aspiracje wąskiej grupy twórców.

To teatr tragedii. Taki, co nie ma nic do powiedzenia, jest pewnym gestem, sztuką dla sztuki. Nudzi i zniesmacza. Najgorszym jest odliczanie minut do końca i zadawanie pytania – ile jeszcze można. Dlatego czas zakończyć ów chocholi taniec snu o Teatrze Klasyki Polskiej, gdyż w innych miejscach twórcy mają lepszy na nią pomysł niż w instytucji ponoć jej dedykowanej.

Nawrócony, Bolesław Prus, reżyseria Piotr Gralak, Teatr Klasyki Polskiej w Warszawie, premiera: styczeń 2024.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Anna Pławecka

POZDROWIENIA Z TBILISI – „MEDEA” – TEATR WIELKI-OPERA NARODOWA W WARSZAWIE

POZDROWIENIA Z TBILISI – „MEDEA” – TEATR WIELKI-OPERA NARODOWA W WARSZAWIE

Długo w Warszawie czekaliśmy na ten tytuł. Dobrych kilkanaście lat temu planowano wystawienie w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego, nie doszło jednak do niego. Obecnie prezentowana inscenizacja, choć swoje pierwsze wykonie miała na Festiwalu w Salzburgu w roku 2019, to dopiero po pięciu latach trafia do zacnego Teatru Wielkiego. Oczywiście powodów jest wiele. Najważniejszy to czas pandemii i inne zobowiązania produkcyjne. Ale Medea – bo o niej mowa – Luigiego Cherubiniego wreszcie zawitała do stolicy.

ŚMIETNIK HISTORII – „MAKBET” – TEATR LALEK „RABCIO” W RABCE-ZDROJU

ŚMIETNIK HISTORII – „MAKBET” – TEATR LALEK „RABCIO” W RABCE-ZDROJU

Podróż po krainie Małopolski trwa, gdyż zimowa aura nastraja do odwiedzania kolejnych miejsc. Aż wstyd się przyznać, że to pierwsza w życiu wizyta w Rabce. A przecież to miejscowość pełna uroków i specyficznego mikroklimatu, który poprawia zdrowie i wzmacnia organizm szczególnie w dziecięcym wieku. Tatrzańskie siedlisko to niestety przykład chaosu i architektonicznego miszmaszu. Najciekawiej prezentuje się Muzeum im. Władysława Orkana przedstawiające dawny świat górali zamieszkujących Beskidy. Znajduje się ono w zabytkowym drewnianym kościółku z pierwszej połowy XVII wieku i jest perłą dawnego stylu, okazałą ozdobą miejsca.

ROSYJSKA DUSZA – „WIŚNIOWY SAD” – TEATR IM. STANISŁAWA IGNACEGO WITKIEWICZA W ZAKOPANEM

ROSYJSKA DUSZA – „WIŚNIOWY SAD” – TEATR IM. STANISŁAWA IGNACEGO WITKIEWICZA W ZAKOPANEM

Zakopane – wymarzone miejsce spędzania zimowego wypoczynku podczas ferii. I choć mijają lata, okoliczności, to owe miasto pozostaje stolicą Polski czasu przerwy zimowej. Przemierzam Krupówki, deptak, gdzie snują się tłumy przyjezdnych spragnionych wytchnienia i odpoczynku. W tym roku jest ich wyjątkowo mniej. A świadczy o tym choćby czas oczekiwania do kolejki na Gubałówkę – to zaledwie jedna minuta. Kupujesz i jedziesz mknąć i podziwiać panoramę miasta. Powodów owego mniejszego napływu turystów jest zapewne wiele – ceny, atrakcyjność innych lokalizacji, ale chyba przemija także fascynacja owym miejscem. A przecież posiada ono piękną historię nie tylko turystyki, ale i dla kultury. Architektura willi w stylu zakopiańskim, wizyty Karola Szymanowskiego, obecność rodu Witkiewiczów, to tylko zdawkowe, sloganowe przykłady. Górska kotlina była również mekką dla poszukujących rozrywki, tajemnicy, romansu czy po prostu wyrażenia siebie. Dla teatromanów to też miejsce wyjątkowe. I choć może dziś poblakłe, to pełne pięknych wspomnień i niesłychanych pierwszych lat. Blisko czterdzieści lat temu, w przyszłym roku będziemy obchodzić jubileusz, grupa absolwentów i jeszcze studentów krakowskiej szkoły teatralnej podjęła wyzwanie – stworzenia sceny w tym pięknym świecie gór. Był rok 1985 i nagle młodzi podejmują czyn – zbudować teatr, daleko od zgiełku miasta, potocznie mówiąc na prowincji. Cztery lata po wprowadzeniu stanu wojennego, gdy życie teatralne pisane było postawą oporu w kościołach i domach prywatnych, społeczeństwo żyło w marazmie „emigracji wewnętrznej”, nagle tworzy się owa inicjatywa. To jak ożywczy pierwszy śnieg, który pokrywa puchem szarość miasta, ale również wyraz pewnej postawy. Tworzenia własnej, oddolnej, choć instytucjonalnej, instytucji. Miejsca, gdzie życie miesza się z twórczością i ją napędza. Wierzyłem w ów idealizm, że sztuka to egzystencja, ale dawno się z niego wyleczyłem. I chyba zakopiańska grupa przeszła ową ewolucję: od młodzieńczego zapału do uczciwej, codziennej pracy. Przeglądam stary numer miesięcznika „Teatr”, gdy zespół otrzymał nagrodę im. Konrada Swinarskiego. Zdjęcie. Młodzi, namiętni, artystycznie niespełnieni chcą zmieniać świat, życie. Za patrona obrano oczywiście Witkiewicza, którego twórczość stała się również inspiracją dla konstrukcji repertuaru, ale także przestrzeni miejsca. Grupa stała się bohaterem reportaży, które pamiętam jak przez mgłę, ale ukazywały one nowatorstwo inscenizacyjne, pomysłowość i nie oczywistość wykonania. Co ważne, to Zakopiańczycy pozostaną symbolem niezależnego ruchu teatralnego po roku 1981. Gdy środowisko trwało w pozie oporu, to oni podjęli rękawicę budowania samodzielnego, oddolnego podmiotu, z programem oryginalnym i nieoczywistym.  Drugą inicjatywą tamtych dni pozostanie „Pomarańczowa Alternatywa”, która swoimi happeningami zagospodarowywała szeroką przestrzeń społeczną. Dwie różne idee, ale wskazywały aspiracje młodych. Dla Zakopiańczyków szczególnym spełnieniem stało się zaproszenie na Warszawskie Spotkania Teatralne i to z trzema spektaklami. Występy w stołecznym studenckim klubie „Stodoła” święciły triumfy, ale najciekawszym chyba zawsze była wizyta pod zakopiańskim adresem przy Chramcówkach. Już przechodząc do głównego wejścia mijamy malunki na fasadach budynków, a przekraczając próg witają i żegnają nas aktorzy. I oczywiście herbata. Dla tych strudzonych ze szlaku i przyjezdnych dla wrażeń artystycznych. Ten specyficzny model budowania wspólnego miejsca, symbiozy twórców i odbiorców pozostaje do dziś niezmienny. Foyer dużej sceny, ale również kawiarni AB, jest niesłychanie ciepłe, przyjazne, domowe. To fenomen. Gdyż nigdzie nie można tak się poczuć jak właśnie tu. Z pierwszego składu pozostały zaledwie cztery osoby. To jest oczywiste, że życie pisze własne scenariusze, okoliczności, zdarzenia. Dalej na czele pozostaje lider i ojciec miejsca Andrzej Dziuk oraz trójka aktorów: Dorota Ficoń, Krzysztof Łakomik i Krzysztof Najbor. To ikony tego co dawne, minione, ale również cokoły pamięci. Dziś zespół ewoluuje, ale ci co przyszli później również zostają na lata. Ciekawym jest, że większość spektakli przygotowuje szef sceny, a także aktorzy teatru. Rzadko pole zostaje oddane gościnnym twórcom. Tak będzie w tym roku, gdy rocznicowy premierowy wieczór przygotuje Grzegorz Bral. Ale to nie jedyny przypadek w ostatnich latach. W listopadzie 2021 roku Zakopane odwiedził Nikolaj Kolada, aby przygotować Wiśniowy sad Antona Czechowa. Chwilę przed agresją rosyjską w Ukrainie powstał spektakl wybitny. Na szczęście, mimo środowiskowego ostracyzmu wobec muzyki i utworów dramatycznych Rosji, nadal eksploatowany. A to wieczór wyjątkowy, świetnie zagrany, a co najważniejsze – przemyślany.

Kolada to nie tylko reżyser, ale również dramatopisarz, którego utwory święciły triumfy na polskich scenach. Prawie całe swoje zawodowe życie związał z Jekaterynburgiem. Często gościł w Polsce przygotowując, ze zmiennym szczęściem, przedstawienia. Jego nazwisko rozsławiła tłumaczka literatury rosyjskojęzycznej Agnieszka Lubomira Piotrowska, która fachową ręką i świetnym językiem ubarwia świat dramatów Wschodu. Jego wizyta w Zakopanem wydała mi się czymś nieoczywistym i do końca niepojętym. Ale efekt jest zjawiskowy. Owa autorska produkcja jest pełna zaskoczeń. Pierwszym z nich jest scenografia. Środkowa przestrzeń black boxu, będąca polem gry, została wypełniona wielkimi drewnianymi figurami przypominającymi pionki szachowe. Dodatkowym elementem są worki zboża i jedna miednica, do której nieustannie kapie woda. Świat umierający, upadku i końca. I choć to nie Trzy siostry z nieustannym zawołaniem do Moskwy, do Moskwy, to pobrzmiewa w tym obrazie myśl exodusu. Owe figury to symboliczne ukazanie sadu, poddanego pod licytacyjny młotek za długi, a tak naprawdę będący miejscem wspomnień i tęsknoty, labiryntu życia. Służą one nie tylko do niesamowitego wykreślenia przestrzeni gry, gdy tworzą ramy dla domu Raniewskiej i jej rodziny, ale również ukazują przemijający czas. Kwiaty drzew to plastykowe kubeczki, nie ma naturalnych pąków, nie ma praktycznie nic. Pozostają tylko zapisane w pamięci obrazy. Kolada osadza spektakl w tradycji rosyjskiej, ale nie wielkiego, eleganckiego dworu, lecz czegoś pierwotnego, ludycznego, prowincjonalnego. Stosuje proste chwyty – nostalgiczną muzykę, która uruchamia rosyjską duszę poezji. Wódka leje się strumieniem, bez niej nie można żyć. Stereotyp podkreśla kostium: czarne zęby, podbite oczy, krzyże prawosławne na szyjach, a także balet, niedźwiedź i konsumpcja jajek. Cała wspólnota żyje właśnie owym kulturowym, jednorodnym rytmem. Nie zwraca uwagi na nic, że czas nowoczesności zmiecie owe myślenie, wypleni beztroskę. Jedynym, który stara się rozumować racjonalnie jest Łopachin, lansujący koncepcję dla uratowania rodziny kosztem sadu. Nikt go nie słucha. Jego głos jest pusty, bezsensowny, irracjonalny. Zaśpiew, taniec i nieustanna zabawa wygrywa z myśleniem perspektywicznym. Liczy się tu i teraz. Ta tradycyjna forma trwania zderza się z nowoczesnością. Łopachin jest jak barbarzyńca, który po zakupie posiadłości, wkracza z siekierą w ową pseudo sielankę z dawnych dni. W jego osobie konstruuje się dwuznaczność: z jednej strony bohatera racjonalnego, ale z drugiej burzyciela status quo. Niszczy ów piękny obraz radości, codzienności, trwania. Wspólnota żyje namiętnościami, rytmem dnia i nocy, ale wódka i muzyka to najważniejsze atrybuty. Ma być głośno i żywo. Do utraty tchu. Indywidualności tworzą masę. Namiętności, związki i spełnienia. W banalny sposób ukazuje Kolada szybkie spełnienie pomiędzy Duniaszą i Jaszą, która bawi się jajkami, a on wzdycha w ekstazie spełnienia. Jajka pękają w dłoniach kobiety. Proste, nawet zwierzęce, ale prawdziwe. Gdy świat ginie, pozostaje symbolika. Figury zostają przyobleczone chustami i jak drewniane lalki będą pamięcią po świecie, którego już nie ma.

Siłą owego spektaklu jest zespołowość, która iskrzy muzyką, tańcem, współgraniem. Jest w owym widowisku dużo spontaniczności, ostrości i wyrazistości. Ale co najważniejsze Kolada świetnie kontrastuje sceny, nie daje widzowi powodów do znudzenia. Wprost przeciwnie. To Wiśniowy sad wbrew Konstantemu Stanisławskiemu. Nie ma psychologicznego przeżywania, rozwleczonych scen. Jest żywiołowość i szybka gra. Kolada, który całe życie spędził z dala od metropolii, choć Jekaterynburg to nie wieś, świetnie oddaje obraz świata przeszytego alkoholem i prymitywnymi namiętnościami. To dramat o ludziach, którzy tracą wszystko. Zostają wyrwani z korzeniami, jednym machnięciem siekiery, która tworzy nowe, nieznane, a może nawet marne i puste. To spektakl również znaków zapytania. Co powinno wygrać marnotrawstwo trwania czy pomyślność egzystencji? To także świetne rysy postaci – różnorodnych, tajemniczych, ale żyjących brudem i strumieniem procentów do kolejnego dnia. To spektakl o upadku pewnej generacji, świata, zagłady wyobrażonej idylli po czym pozostaje wypalona ziemia, która broczy krwią pamięci.

W owym spotkaniu zakopiańskim nie ma chybionych ról. Świetna jest dystyngowana, ale rozedrgana Raniewska Doroty Ficoń. Jej brat (Krzysztof Łakomik) nie umie odnaleźć się w owym świecie zmian i przegrywa z kretesem życie. Stary Fris (Andrzej Bienias), o którym wszyscy zapomnieli, to przykład wiernego sługi, który w ostatniej scenie z łańcuchem ukazuje mentalność rosyjskiego wiecznego przywiązania chłopa pańszczyźnianego niegotowego do samodzielnej egzystencji. Kontrapunktem jest Jasza (Kamil Joński), który wiruje w baletowych pozach radości, nie zwracając uwagi na okoliczności zaniku świata w którym wzrastał, gdyż tylko marzy o powrocie do Paryża. To zaledwie przykłady owego grupowego, wspólnego mistrzostwa współtrwania, zagłady i wiecznego upicia.

To był niespodziewany wieczór. Powróciłem do Zakopanego po długiej przerwie. Właśnie chciałem zobaczyć ten spektakl, który dotyka, daje do myślenia, wzrusza i zastanawia. Taki powinien być teatr. Piękny i jednocześnie odrażający, ale myślący.

Wiśniowy sad, Anton Czechow, reżyseria Nikolaj Kolada, Teatr im. Stanisława Ignacego Witkiewicza w Zakopanem, premiera: listopad 2021.

[Benjamin Paschalski]


Foto. Iwona Toporowska Photography

PEWNEGO RAZU W POLSCE – RECENZJA FILMU „KOS”

PEWNEGO RAZU W POLSCE – RECENZJA FILMU „KOS”

Nie raz historia Rzeczypospolitej stanowiła kanwę opowieści filmowej. Są to jednak albo monumentalne dzieła, albo lepsze lub gorsze, które mają wzruszyć nasze serca i wzbudzić bezwzględny odruch patriotyczny. Nie raz szukałem w nich czegoś więcej niż odtworzenia tragicznych wydarzeń przy wykorzystaniu dość przewidywalnych do tego perspektyw. Nareszcie doczekałem się produkcji przedstawiającej z dystansem i szczerze odbrązowioną historię Polski.

TANIEC ZACHOWAŃ SPOŁECZNYCH – „AGE OF CONTENT” – BALLET NATIONAL DE MARSEILLE

TANIEC ZACHOWAŃ SPOŁECZNYCH – „AGE OF CONTENT” – BALLET NATIONAL DE MARSEILLE

Czy balet może być polityczny, a chociażby społeczny? Wydaje się to w pełni uzasadnione, bowiem sztuka tańca analogicznie jak każda inna winna korespondować z tym, co dzieje się wokół nas. Twórcy, tak jak odbiorcy, są częścią społeczeństwa, które odczuwa, przeżywa i przetwarza świat zewnętrzny dla własnych potrzeb i aktywności. Więcej owych poczynań można zauważyć w przestrzeni niezależnych formacji aniżeli zawodowych. Ciekawie w tej płaszczyźnie prezentuje się Francja z bogatą platformą eksperymentu i nowych wyzwań. Z jednej strony aktywnie pozostaje silna reprezentacja klasycznej, perfekcyjnej wartości baletowej, ale także kształtuje się współczesna forma artystyczna