ROSYJSKA DUSZA – „WIŚNIOWY SAD” – TEATR IM. STANISŁAWA IGNACEGO WITKIEWICZA W ZAKOPANEM

ROSYJSKA DUSZA – „WIŚNIOWY SAD” – TEATR IM. STANISŁAWA IGNACEGO WITKIEWICZA W ZAKOPANEM

Zakopane – wymarzone miejsce spędzania zimowego wypoczynku podczas ferii. I choć mijają lata, okoliczności, to owe miasto pozostaje stolicą Polski czasu przerwy zimowej. Przemierzam Krupówki, deptak, gdzie snują się tłumy przyjezdnych spragnionych wytchnienia i odpoczynku. W tym roku jest ich wyjątkowo mniej. A świadczy o tym choćby czas oczekiwania do kolejki na Gubałówkę – to zaledwie jedna minuta. Kupujesz i jedziesz mknąć i podziwiać panoramę miasta. Powodów owego mniejszego napływu turystów jest zapewne wiele – ceny, atrakcyjność innych lokalizacji, ale chyba przemija także fascynacja owym miejscem. A przecież posiada ono piękną historię nie tylko turystyki, ale i dla kultury. Architektura willi w stylu zakopiańskim, wizyty Karola Szymanowskiego, obecność rodu Witkiewiczów, to tylko zdawkowe, sloganowe przykłady. Górska kotlina była również mekką dla poszukujących rozrywki, tajemnicy, romansu czy po prostu wyrażenia siebie. Dla teatromanów to też miejsce wyjątkowe. I choć może dziś poblakłe, to pełne pięknych wspomnień i niesłychanych pierwszych lat. Blisko czterdzieści lat temu, w przyszłym roku będziemy obchodzić jubileusz, grupa absolwentów i jeszcze studentów krakowskiej szkoły teatralnej podjęła wyzwanie – stworzenia sceny w tym pięknym świecie gór. Był rok 1985 i nagle młodzi podejmują czyn – zbudować teatr, daleko od zgiełku miasta, potocznie mówiąc na prowincji. Cztery lata po wprowadzeniu stanu wojennego, gdy życie teatralne pisane było postawą oporu w kościołach i domach prywatnych, społeczeństwo żyło w marazmie „emigracji wewnętrznej”, nagle tworzy się owa inicjatywa. To jak ożywczy pierwszy śnieg, który pokrywa puchem szarość miasta, ale również wyraz pewnej postawy. Tworzenia własnej, oddolnej, choć instytucjonalnej, instytucji. Miejsca, gdzie życie miesza się z twórczością i ją napędza. Wierzyłem w ów idealizm, że sztuka to egzystencja, ale dawno się z niego wyleczyłem. I chyba zakopiańska grupa przeszła ową ewolucję: od młodzieńczego zapału do uczciwej, codziennej pracy. Przeglądam stary numer miesięcznika „Teatr”, gdy zespół otrzymał nagrodę im. Konrada Swinarskiego. Zdjęcie. Młodzi, namiętni, artystycznie niespełnieni chcą zmieniać świat, życie. Za patrona obrano oczywiście Witkiewicza, którego twórczość stała się również inspiracją dla konstrukcji repertuaru, ale także przestrzeni miejsca. Grupa stała się bohaterem reportaży, które pamiętam jak przez mgłę, ale ukazywały one nowatorstwo inscenizacyjne, pomysłowość i nie oczywistość wykonania. Co ważne, to Zakopiańczycy pozostaną symbolem niezależnego ruchu teatralnego po roku 1981. Gdy środowisko trwało w pozie oporu, to oni podjęli rękawicę budowania samodzielnego, oddolnego podmiotu, z programem oryginalnym i nieoczywistym.  Drugą inicjatywą tamtych dni pozostanie „Pomarańczowa Alternatywa”, która swoimi happeningami zagospodarowywała szeroką przestrzeń społeczną. Dwie różne idee, ale wskazywały aspiracje młodych. Dla Zakopiańczyków szczególnym spełnieniem stało się zaproszenie na Warszawskie Spotkania Teatralne i to z trzema spektaklami. Występy w stołecznym studenckim klubie „Stodoła” święciły triumfy, ale najciekawszym chyba zawsze była wizyta pod zakopiańskim adresem przy Chramcówkach. Już przechodząc do głównego wejścia mijamy malunki na fasadach budynków, a przekraczając próg witają i żegnają nas aktorzy. I oczywiście herbata. Dla tych strudzonych ze szlaku i przyjezdnych dla wrażeń artystycznych. Ten specyficzny model budowania wspólnego miejsca, symbiozy twórców i odbiorców pozostaje do dziś niezmienny. Foyer dużej sceny, ale również kawiarni AB, jest niesłychanie ciepłe, przyjazne, domowe. To fenomen. Gdyż nigdzie nie można tak się poczuć jak właśnie tu. Z pierwszego składu pozostały zaledwie cztery osoby. To jest oczywiste, że życie pisze własne scenariusze, okoliczności, zdarzenia. Dalej na czele pozostaje lider i ojciec miejsca Andrzej Dziuk oraz trójka aktorów: Dorota Ficoń, Krzysztof Łakomik i Krzysztof Najbor. To ikony tego co dawne, minione, ale również cokoły pamięci. Dziś zespół ewoluuje, ale ci co przyszli później również zostają na lata. Ciekawym jest, że większość spektakli przygotowuje szef sceny, a także aktorzy teatru. Rzadko pole zostaje oddane gościnnym twórcom. Tak będzie w tym roku, gdy rocznicowy premierowy wieczór przygotuje Grzegorz Bral. Ale to nie jedyny przypadek w ostatnich latach. W listopadzie 2021 roku Zakopane odwiedził Nikolaj Kolada, aby przygotować Wiśniowy sad Antona Czechowa. Chwilę przed agresją rosyjską w Ukrainie powstał spektakl wybitny. Na szczęście, mimo środowiskowego ostracyzmu wobec muzyki i utworów dramatycznych Rosji, nadal eksploatowany. A to wieczór wyjątkowy, świetnie zagrany, a co najważniejsze – przemyślany.

Kolada to nie tylko reżyser, ale również dramatopisarz, którego utwory święciły triumfy na polskich scenach. Prawie całe swoje zawodowe życie związał z Jekaterynburgiem. Często gościł w Polsce przygotowując, ze zmiennym szczęściem, przedstawienia. Jego nazwisko rozsławiła tłumaczka literatury rosyjskojęzycznej Agnieszka Lubomira Piotrowska, która fachową ręką i świetnym językiem ubarwia świat dramatów Wschodu. Jego wizyta w Zakopanem wydała mi się czymś nieoczywistym i do końca niepojętym. Ale efekt jest zjawiskowy. Owa autorska produkcja jest pełna zaskoczeń. Pierwszym z nich jest scenografia. Środkowa przestrzeń black boxu, będąca polem gry, została wypełniona wielkimi drewnianymi figurami przypominającymi pionki szachowe. Dodatkowym elementem są worki zboża i jedna miednica, do której nieustannie kapie woda. Świat umierający, upadku i końca. I choć to nie Trzy siostry z nieustannym zawołaniem do Moskwy, do Moskwy, to pobrzmiewa w tym obrazie myśl exodusu. Owe figury to symboliczne ukazanie sadu, poddanego pod licytacyjny młotek za długi, a tak naprawdę będący miejscem wspomnień i tęsknoty, labiryntu życia. Służą one nie tylko do niesamowitego wykreślenia przestrzeni gry, gdy tworzą ramy dla domu Raniewskiej i jej rodziny, ale również ukazują przemijający czas. Kwiaty drzew to plastykowe kubeczki, nie ma naturalnych pąków, nie ma praktycznie nic. Pozostają tylko zapisane w pamięci obrazy. Kolada osadza spektakl w tradycji rosyjskiej, ale nie wielkiego, eleganckiego dworu, lecz czegoś pierwotnego, ludycznego, prowincjonalnego. Stosuje proste chwyty – nostalgiczną muzykę, która uruchamia rosyjską duszę poezji. Wódka leje się strumieniem, bez niej nie można żyć. Stereotyp podkreśla kostium: czarne zęby, podbite oczy, krzyże prawosławne na szyjach, a także balet, niedźwiedź i konsumpcja jajek. Cała wspólnota żyje właśnie owym kulturowym, jednorodnym rytmem. Nie zwraca uwagi na nic, że czas nowoczesności zmiecie owe myślenie, wypleni beztroskę. Jedynym, który stara się rozumować racjonalnie jest Łopachin, lansujący koncepcję dla uratowania rodziny kosztem sadu. Nikt go nie słucha. Jego głos jest pusty, bezsensowny, irracjonalny. Zaśpiew, taniec i nieustanna zabawa wygrywa z myśleniem perspektywicznym. Liczy się tu i teraz. Ta tradycyjna forma trwania zderza się z nowoczesnością. Łopachin jest jak barbarzyńca, który po zakupie posiadłości, wkracza z siekierą w ową pseudo sielankę z dawnych dni. W jego osobie konstruuje się dwuznaczność: z jednej strony bohatera racjonalnego, ale z drugiej burzyciela status quo. Niszczy ów piękny obraz radości, codzienności, trwania. Wspólnota żyje namiętnościami, rytmem dnia i nocy, ale wódka i muzyka to najważniejsze atrybuty. Ma być głośno i żywo. Do utraty tchu. Indywidualności tworzą masę. Namiętności, związki i spełnienia. W banalny sposób ukazuje Kolada szybkie spełnienie pomiędzy Duniaszą i Jaszą, która bawi się jajkami, a on wzdycha w ekstazie spełnienia. Jajka pękają w dłoniach kobiety. Proste, nawet zwierzęce, ale prawdziwe. Gdy świat ginie, pozostaje symbolika. Figury zostają przyobleczone chustami i jak drewniane lalki będą pamięcią po świecie, którego już nie ma.

Siłą owego spektaklu jest zespołowość, która iskrzy muzyką, tańcem, współgraniem. Jest w owym widowisku dużo spontaniczności, ostrości i wyrazistości. Ale co najważniejsze Kolada świetnie kontrastuje sceny, nie daje widzowi powodów do znudzenia. Wprost przeciwnie. To Wiśniowy sad wbrew Konstantemu Stanisławskiemu. Nie ma psychologicznego przeżywania, rozwleczonych scen. Jest żywiołowość i szybka gra. Kolada, który całe życie spędził z dala od metropolii, choć Jekaterynburg to nie wieś, świetnie oddaje obraz świata przeszytego alkoholem i prymitywnymi namiętnościami. To dramat o ludziach, którzy tracą wszystko. Zostają wyrwani z korzeniami, jednym machnięciem siekiery, która tworzy nowe, nieznane, a może nawet marne i puste. To spektakl również znaków zapytania. Co powinno wygrać marnotrawstwo trwania czy pomyślność egzystencji? To także świetne rysy postaci – różnorodnych, tajemniczych, ale żyjących brudem i strumieniem procentów do kolejnego dnia. To spektakl o upadku pewnej generacji, świata, zagłady wyobrażonej idylli po czym pozostaje wypalona ziemia, która broczy krwią pamięci.

W owym spotkaniu zakopiańskim nie ma chybionych ról. Świetna jest dystyngowana, ale rozedrgana Raniewska Doroty Ficoń. Jej brat (Krzysztof Łakomik) nie umie odnaleźć się w owym świecie zmian i przegrywa z kretesem życie. Stary Fris (Andrzej Bienias), o którym wszyscy zapomnieli, to przykład wiernego sługi, który w ostatniej scenie z łańcuchem ukazuje mentalność rosyjskiego wiecznego przywiązania chłopa pańszczyźnianego niegotowego do samodzielnej egzystencji. Kontrapunktem jest Jasza (Kamil Joński), który wiruje w baletowych pozach radości, nie zwracając uwagi na okoliczności zaniku świata w którym wzrastał, gdyż tylko marzy o powrocie do Paryża. To zaledwie przykłady owego grupowego, wspólnego mistrzostwa współtrwania, zagłady i wiecznego upicia.

To był niespodziewany wieczór. Powróciłem do Zakopanego po długiej przerwie. Właśnie chciałem zobaczyć ten spektakl, który dotyka, daje do myślenia, wzrusza i zastanawia. Taki powinien być teatr. Piękny i jednocześnie odrażający, ale myślący.

Wiśniowy sad, Anton Czechow, reżyseria Nikolaj Kolada, Teatr im. Stanisława Ignacego Witkiewicza w Zakopanem, premiera: listopad 2021.

[Benjamin Paschalski]


Foto. Iwona Toporowska Photography



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *