ŚMIETNIK HISTORII – „MAKBET” – TEATR LALEK „RABCIO” W RABCE-ZDROJU

ŚMIETNIK HISTORII – „MAKBET” – TEATR LALEK „RABCIO” W RABCE-ZDROJU

Podróż po krainie Małopolski trwa, gdyż zimowa aura nastraja do odwiedzania kolejnych miejsc. Aż wstyd się przyznać, że to pierwsza w życiu wizyta w Rabce. A przecież to miejscowość pełna uroków i specyficznego mikroklimatu, który poprawia zdrowie i wzmacnia organizm szczególnie w dziecięcym wieku. Tatrzańskie siedlisko to niestety przykład chaosu i architektonicznego miszmaszu. Najciekawiej prezentuje się Muzeum im. Władysława Orkana przedstawiające dawny świat górali zamieszkujących Beskidy. Znajduje się ono w zabytkowym drewnianym kościółku z pierwszej połowy XVII wieku i jest perłą dawnego stylu, okazałą ozdobą miejsca. Z drugiej strony Rabka-Zdrój wzbogaca się o nowe budynki, które służą mieszkańcom i przyjezdnym. Nie tak dawno zrekonstruowano kino, które pełni różnorodne funkcje prezentując nie tylko sztukę filmową, jednak najcenniejszym jest nowa siedziba Teatru Lalek „Rabcio”. Istniejący od siedemdziesięciu lat pełnił funkcję objazdową po okolicznych sanatoriach, a także rezydował w małym budynku przypominającym rozległą stodołę, ukazując sztukę lalkarską, a także widowiska żywego planu dla szerokiego grona odbiorców. Dobrodziejstwem stał się 2020 rok, gdy instytucja otrzymała nowy budynek dokładnie vis a vis starej siedziby. To okazała budowla, która jest w stanie pomieścić dwustu widzów na widowni ułożonej amfiteatralnie. Komfort dla artystów i dla widzów. Ważnym jest kształtowanie repertuaru, który adresowany jest nie tylko dla najmłodszego widza, ale również młodzieży i dorosłych. Efektem owych poszukiwań stała się ostatnia premiera. Na afiszu Makbet Williama Shakespeare’a w reżyserii Tomasza Kaczorowskiego. Podejmując się owego wyzwania, realizacji klasyka wśród klasyków, należy mieć pomysł dla ułożenia oryginalnego widowiska. Scena lalkowa stwarza niepowtarzalny potencjał, bowiem kalejdoskop możliwych do wykorzystania lalek, rekwizytów jest nieokiełznany, a wszystko zależy od inwencji twórczej. Choć dziś miejsca dedykowane dzieciom odchodzą od wykorzystania parawanu, planu lalkowego na rzecz aktorskiej żywej gry, to warto powracać do oryginalnych animacji wykorzystujących formy plastyczne. To one pobudzają wyobraźnię odbiorców, są ciekawym wzorem inspiracji, a także mogą rywalizować z ofertą animacji filmowej. Skoro uwaga młodych jest skupiona na kreskówkach, to i chyba jest w stanie sprawny twórca zaadoptować utwór w intrygującej formie lalkowej. Co ciekawe, na świecie owe zjawisko nie jest tylko przeznaczone najmłodszym, ale wielokrotnie powstają wartościowe widowiska dla dorosłych, gdyż właśnie konwencja jest ciekawą ofertą artystyczną. W naszym kraju mało mamy miejsc, w których prezentuje się tego typu spektakle dla dojrzałej publiczności. Prym wiedzie Białystok z dedykowaną sceną spektakli, ale na przykład w Warszawie od lat nie mogliśmy zobaczyć takowej prezentacji. Przykra to konstatacja, a widzowie czekają i rozliczają. I właśnie dlatego z wielką radością przyjąłem propozycję rabczańską. I z równą ochotą przemierzyłem kilometry, aby zasiąść w pięknej, amfiteatralnej widowni, aby przeżywać dramat mordu, krwi i okrucieństwa króla Szkocji. I wieczór udany jest w pół drogi, trochę jak wyprawa na szlak górski w dzień odwilży i padającego deszczu.

Widowisko rozegrane jest w jednorodnej scenografii, która ukazuje świat zdegradowany, ułomny, ale uniwersalny. Dwa prostokątne wejścia, wypalony skrawek domu, stary łóżkowy materac oraz skamieliny tworzą zamknięty krąg dla owej opowieści. Jesteśmy na śmietniku, po pewnej tragedii, gdzie z owych rupieci tworzy się opowieść, przywoływanie duchów. W pełni wierna narracja, nie sili się na innowacje, brakuje pazura pomysłowości o czym ma być przedstawienie. Jest to trochę sztuka dla sztuki, gdyż nie tylko wierność literacka, ale i pompatyczność scen nie wprowadza luzu i nastroju wyczekiwania kolejnego obrazu. To jak przelot przez utwór, widzenie go z lotu ptaka, a nie wgryzienie się w jego materię. W owym świecie wysypiska znajdują się niezliczone maski, dawne twarze tych, którzy stali się wyrzutem świata, jego złem i chcą być zapomniani, a szczątki ich znajdują się w tym osobliwym miejscu. Trzy wiedźmy rozpoczynają swój sabat, to niczym influenserki, afirmatorki, które trafiły w to miejsce w celu poszukiwania wrażeń i nowych opowieści, które można umieścić na swoim Instagramie, Facebooku czy Tik-Toku. Przybywają pierwsi bohaterowie i zgodnie z literą Stratfordczyka buduje się dramat człowieka, który przy wsparciu żony zbrodnią i przemocą zdobywa władzę oraz rząd nad wspólnotą. Reżyser wykorzystuje owe maski jako elementy animacji. Ale niestety sztuka operowania rekwizytem jest zminimalizowana. Skala statyczności niesamowita. Długo się zastanawiałem jak można w tak ograniczony sposób ukazać postać. Przecież siła teatru lalek polega na ożywieniu martwej formy, pokazaniu jej ducha, który istnieje w magii rąk operatora. Maski przypominają odlewy woskowe Marie Tussaud z czasów rewolucji francuskiej. Artystka, twórczyni figur woskowych, zapoczątkowała trend konstruowania sztucznych postaci, ale zbliżonych swoim obrazem do oryginału niemal jeden do jednego. Jej muzeum, choćby w Londynie, bije rekordy popularności. Kaczorowski wykorzystuje sztuczne twarze do budowania postaci, ale jego inwencja nie wykracza dalej niż pusty gest obsadzenia rolami poszczególnych aktorów. Zresztą ciężko odróżnić postaci od siebie, zlewają się w jedną magmę prostego odwzorowania facjaty. Urozmaicenie figur Makbeta i Lady Makbet dodatkowymi elementami – rękoma oraz tułowiem zbudowanym ze zwojów kabli i metalowych konstrukcji – tak naprawdę nic nie znaczy, bowiem to tylko małe rozszerzenia statycznej historii. Reżyser nie wykorzystuje elementów, które wypływają z treści utworu. Owszem stara się wzbogacić liczbą masek scenę przyjęcia, ale już las, który ma się przybliżać do zamku pozostaje tylko w opowieści, a przecież winien być świetną plastyczną przestrzenią. Tych nieprzemyślanych i niewykorzystanych fragmentów jest więcej.

W owym spektaklu brakuje również pazura aktorskiego. Makbet (Filip Bochenek) jest nijaki, a jego głos monotonny, statyczny i wycofany. Choć inscenizator widzi w nim kreatora samego siebie, to aktor nie podejmuje owego wyzwania. Zupełnie inaczej swoje role prowadzi Łukasz Łęcki, który stara się operować figurami, a także modulować głos dla zainteresowania postacią. Najciekawiej wypadają panie w rolach wiedźm. I to najbardziej zastanawiające, gdyż grają w żywym planie, bez dodatkowych efektów animacji. I to przykry wniosek. Bowiem to, co miało być siłą spektaklu, staje się jego pułapką.

Zdarzenie w Rabce jest próbą ukazania sceny lalkowej dla dorosłych. Bardzo dobrze, że miało miejsce. Ale przegadanie buduje nudny wieczór, który winien oczarowywać magią możliwości świata owej sceny. Przecież każdy jako dziecko miał w swoim pokoju zabawki, ożywiał je, rozmawiał z nimi, budował swój świat. Takiego teatru potrzebuje też dorosły widz, w którym się zatraci, zatopi i wklei. Opowieść o Makbecie daje niesamowite możliwości, ale wygrało słowo z minimum plastyki, a winno być odwrotnie. Wielokrotnie skrótem, prostym obrazem można osiągnąć więcej i sprawniej. I tego życzę teatrowi z górskiej krainy, do którego będę wracał i podziwiał ofertę dla dojrzałego widza.

Makbet, William Shakespeare, reżyseria: Tomasz Kaczorowski, Teatr Lalek „Rabcio” w Rabce-Zdroju, premiera: styczeń 2024.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Tosia Chrustek



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *