PEWNEGO RAZU W POLSCE – RECENZJA FILMU „KOS”

PEWNEGO RAZU W POLSCE – RECENZJA FILMU „KOS”

Nie raz historia Rzeczypospolitej stanowiła kanwę opowieści filmowej. Są to jednak albo monumentalne dzieła, albo lepsze lub gorsze, które mają wzruszyć nasze serca i wzbudzić bezwzględny odruch patriotyczny. Nie raz szukałem w nich czegoś więcej niż odtworzenia tragicznych wydarzeń przy wykorzystaniu dość przewidywalnych do tego perspektyw. Nareszcie doczekałem się produkcji przedstawiającej z dystansem i szczerze odbrązowioną historię Polski.

Fabuła produkcji jest lekka, zwiewna i ciekawa. Łączy w sobie wydarzenia wielkiej skali z małą kameralną, historią jednostki, od której w pewnym momencie będzie zależało powodzenie ogólnonarodowego przedsięwzięcia. Zza oceanu, do Polski końca XVIII w., a dokładnie w 1794 r. wraca Tadeusz „Kos” Kościuszko (świetny i przekonujący w tej roli Jacek Braciak). W kraju wyczuwalny jest niepokój i poruszenie. Generał chce zapoczątkować powstanie (rebelię) przeciwko Rosjanom. By jednak misja się powiodła musi przekonać do wspólnej walki zarówno szlachtę, jak i chłopów. A to w feudalnej Polsce wcale nie jest takie proste. Do ojczyzny przybywa z bliskim i oddanym czarnoskórym przyjacielem, adiutantem i byłym niewolnikiem Domingo (Jason Mitchell). Jest to autentyczna postać, która – według archiwów i doniesień z tamtego czasu – towarzyszyła Kościuszce w Polsce. Jednak wieść o przybyciu Kosa niesie się już po kraju i dotarła do rosyjskiego zaborcy. Kościuszkę tropi bezwzględny rosyjski oficer, Dunin (niezwykły i karykaturalne mistrzowski Robert Więckiewicz), który dzierży w garści list gończy za polskim oficerem, by zapobiec wybuchowi narodowego powstania. Kos skutecznie ucieka przed tropicielem, do czasu, kiedy trafia do dworku Pułkownikowej (wspaniała Agnieszka Grochowska), gdzie na czas jakiś ukryje się przed ścigającym go oprawcą. To w tym miejscu skrzyżują się jednak drogi Dunina, który przypadkowo dotrze tu wraz ze swoim oddziałem, Ignaca, jego przyrodniego brata Stanisława oraz grupy zbuntowanych chłopów.

Równolegle do tajnej i zakrojonej na szeroką skalę intrygi (mającej doprowadzić do narodowej rebelii przeciwko zaborcy) o wielkim znaczeniu rozgrywa się historia pewnego chłopa, bękarta szlacheckiego Ignaca (Bartosz Bielenia). Młody chłopak dąży do zapewnienia mu herbu i prawa do części majątku od swego ojca, arystokraty Duchnowskiego (Andrzej Seweryn). Ten tuż przed śmiercią, tak jak obiecał dokonuje zmian w testamencie i wspomina w nim o swoim synu z nieprawego łoża. Jednak na jego drodze staje Stanisław, okrutny i bezwzględny przyrodni brat Ignaca (Piotr Pacek), który absolutnie nie chce zgodzić się z takim scenariuszem, uwzgledniającym jakąkolwiek konkurencję do jego schedy. Po śmierci ojca, Stanisław przejmuje cały majątek po rodzicu i zmusza do ucieczki konkurenta. Ignacowi udaje się ukraść dokument. Od tej pory ma tylko dwa dni, by pojawić się z nim w sądzie, by udowodnić i uprawomocnić swój szlachecki tytuł. Jednak zrządzeniem losu, po drodze młody chłopak spotyka Domingo. Mimo trudności w porozumieniu, między mężczyznami pojawia się nić współpracy. Ich ścieżka prowadzi do dworku Pułkownikowej, w której ukrywa się Kościuszko. Ona również zaangażowana jest w spisek, a wraz z nią także dzielna dziewczyna – woźnica (Matylda Giegżno), która nie raz naraża swoje życie dla sprawy. Tam ma być bowiem punkt, w którym spotka się ze szlachtą i magnaterią w celu dopracowania szczegółów rebelii. Jak się okaże to od niepozornego Ignaca, odważnego, biednego szlacheckiego potomka, którego interesuje przede wszystkim jego własny los, zależeć będzie pomyślność insurekcji. W zasadzie wbrew sobie stanie na czele wzburzonego tłumu i da sygnał do nieposłuszeństwa chłopów. Niesiony przez toczące się jak lawina wydarzenia stanie przed wyborem czy przyłączyć się do Kościuszki i walczyć o przyszłość ojczyzny, czy skupić się na „wykuwaniu” swojego szczęścia i dbaniu o swoje sprawy. W tym niezwykłym dramacie historycznym to wcale nie Kościuszko jest główną postacią opowieści, lecz właśnie perypetie bękarta Ignaca, który jak w soczewce skupia wokół siebie wszystkie największe problemy ówczesnej Rzeczypospolitej.

Maślona to bezapelacyjnie polski Tarantino. Fabuła dramatu historycznego autorstwa Michała A. Zielińskiego zdecydowanie zasługuje na uwagę widzów. W filmie leje się krew, okraszona sytuacyjnym humorem i niezwykle szczerą refleksją na temat polskich przywar, a przede wszystkim przygniatającego ten naród imposibilizmu. Szlachta skupia się na okrucieństwie wobec chłopów – obserwujemy niezwykłą brutalność, odhumanizowanie i sadyzm tej klasy (na przykładzie szlachcica, bezwzględnie gnębiącego swoich poddanych, w którego wcielił się Łukasz Simlat). Realizm idzie tu w parze z absurdalnym zwrotem akcji. Nie mogłem się pozbyć wielu podobieństw do dzieł wspomnianego amerykańskiego twórcy kina. W Kosie bowiem wyczuwalne są silne inspiracje historią z filmu Django (2012). Może ma to skłaniać do tego porównania para Kosa i Domingo, ale i historyczny kontekst pańszczyźnianej polskiej wsi tak podobnej do niewolniczej relacji w Stanach Zjednoczonych. Film Maślony nie jest naiwnym eposem historycznym. Daleko mu do patetyzmu i nadęcia, łagodzenia zawiłości czy skrzywienia na korzyść własnej optyki. Jest wielobarwnym przekładańcem, w którym zgrabnie powiązano ze sobą kilka warstw złożonej polskiej historii. Ujrzymy tu odwagę, ale i porywczość, życzliwość i zawiść, solidarność i porozumienie, ale również wrogość i odczłowieczenie. Bolesną prawdę o nas usłyszymy m.in. z ust carskiego nadzorcy Dunina, który w prosty, jednoznaczny sposób obnaży przywary i słabości polskie.

Od Tarantino różni nieco tonacja filmu. To jednak własny, autorski pasjans układany talią kart zaproponowanych przez amerykańskiego reżysera, którą na swoich warunkach rozgrywa Maślona. U niego perspektywa historii jest nieco szersza i złożona. Wyczuwalne jest wyraźne zakrzywienie rzeczywistości, które skłania do skojarzeń o tym, co tu i teraz w państwie polskim. Bo czy można było w XVIII-sto wiecznej Rzeczypospolitej, w głęboko podzielonym i poróżnionym, skłóconym przez wieki, przedartym podziałami klasowymi społeczeństwie zjednoczyć w jednym szeregu klasę panów i poddanych, szlachcica i chłopa, by wspólnie ruszyli walczyć o swoją ojczyznę? To pytanie powraca i dziś, kiedy zastanawiamy się nad przyszłością współcześnie podzielonych na co najmniej dwa obozy obywateli naszego doświadczonego przecież boleśnie państwa.

Kos to świetny film, nad którym nie przejdzie się obojętnie. Ten obraz nie pozwala o sobie zapomnieć. I to najlepiej o nim świadczy. Niezwykle miłe zaskoczenie, którego życzyłbym sobie i wszystkim kinomanom jak najczęściej. Mam wrażenie, że ostatnie lata niosą uzasadnioną nadzieję, że w polskim kinie dzieje się coraz lepiej. I gdyby chcieć sparafrazować wypowiadane w Kosie słowa Dunina, że „dobre słowo jest jak dobry pieróg”, to o polskich produkcjach rzec można, iż „dobry film jest jak dobry pieróg”. A na taką ucztę zawsze warto się wybrać.

Kos, 2023, Polska, reż. Paweł Maślona

[Marcel z Kraśnika]


Foto: Materiały prasowe