Autor: admin

Gdzie zjeść w Poznaniu w 2023 roku? Wino, Tapasy i Kawa

Gdzie zjeść w Poznaniu w 2023 roku? Wino, Tapasy i Kawa

Słynny raper Rychu „Peja” rapował kilka lat temu o poznańskich Jeżycach tak: „Tutaj jest jak w raju tylko trochę podupadłym. Ludzie się kochają i ja również kochać chciałbym. Wszyscy wegetują na kwitkach z opieki, na pijackich rentach, na sprzedaży trefnych rzeczy”. Ten „Jeżycki Świat” wygląda obecnie nieco inaczej. Pewnie nadal nie jest to dla wielu lokalsów wymarzone miejsce do życia, jednak ta dzielnica Poznania jest teraz również oazą modnych, ciekawych i przede wszystkim pysznych miejsc. To głównie na tym rejonie grodu Przemysława będzie skupiony ten tekst. Polecę Wam kilka naprawdę wartych odwiedzenia miejsc, w których odkryjecie autentyczność i niebanalny sznyt. Zapraszam do podróży po gastronomicznym światku Poznania.

NIEDZISIEJSI – „TANGO” – TEATR POLSKI IM. ARNOLDA SZYFMANA W WARSZAWIE

NIEDZISIEJSI – „TANGO” – TEATR POLSKI IM. ARNOLDA SZYFMANA W WARSZAWIE

Klasyka polska, na naszych scenach, to istotny element repertuaru. Z biegiem lat wachlarz autorów zaliczonych do owego grona nieustannie się poszerza. Niegdysiejszy wzór dramatu współczesnego – Sławomir Mrożek – już zmienił kategorię i należy do panteonu zasłużonych dramatopisarzy. Istotnym jest, że jego utwory, które korespondowały z rzeczywistością drugiej połowy dwudziestego wieku, nadal pozostają żywe i atrakcyjne. Można je, tak jak całą klasykę, wystawiać na różne sposoby. Zarówno w formie pełnej tradycyjnego sztafażu i układzie, a także przepisane i uwspółcześnione wedle wizji inscenizatora. Ale zawsze nadrzędnym winno być, aby dzieła stanowiły istotną refleksję intelektualną dla widza, a także ukazywały zarówno świat przeszły, a najlepiej odpowiadały na pytania naszej rzeczywistości.

OWADY I WOLNOŚĆ – „EXODUS/BIEGUNI HARNASIE” – POLSKI BALET NARODOWY, TEATR WIELKI-OPERA NARODOWA W WARSZAWIE

OWADY I WOLNOŚĆ – „EXODUS/BIEGUNI HARNASIE” – POLSKI BALET NARODOWY, TEATR WIELKI-OPERA NARODOWA W WARSZAWIE

Każdorazowe spotkanie z polską sztuką choreograficzną należy uznać za święto. Współcześnie, w tej materii, na tle innych państw, jesteśmy pustynią. Na palcach jednej ręki możemy policzyć aktywnych twórców sztuki tanecznej – Krzysztof Pastor, Robert Bondara, Jacek Przybyłowicz. Wśród owej grupy znajdują się również dwa kobiece, ciekawe, nazwiska. Izadora Weiss to twórczyni, nieistniejącego już, Bałtyckiego Teatru Tańca, będącego częścią Opery Bałtyckiej, gdy instytucję prowadził Marek Weiss-Grzesiński. Jej kreska twórcza jest rozpoznawalna, markowa, oryginalna. Łączy w swoich pracach narrację z pełnym pasji, własnym językiem wypowiedzi tanecznej. Drugą postacią jest Anna Hop, tancerka Polskiego Baletu Narodowego, która dała poznać się jako ciekawa interpretatorka w wieczorach choreograficznych Kreacje, w krótkich, pełnych humoru sekwencjach. Jej Mąż i żona, wzorowany na utworze Aleksandra Fredry, oglądało się z zaciekawieniem i zadowoleniem. Obecnie połączył artystki jeden wieczór baletowy przygotowany w Warszawie. I choć od premiery minęło czternaście miesięcy, to dopiero obecnie, poprzez zawirowania covidowe, zobaczyłem ów dyptyk baletowy. Wspólnym mianownikiem nie jest tylko realizacja choreograficzna kobiet, ale również muzyka polska – Wojciecha Kilara i Karola Szymanowskiego. Artystki otrzymały olbrzymią przestrzeń Sali Moniuszki Opery Narodowej i wykorzystały ją w pełni dla prezentacji swoich opowieści. Jednak to prace w pół drogi. W jednym i drugim przypadku można dostrzec zjawiskowe chwile, ale również nurzące i irytujące fragmenty, które winny zostać wyeliminowane.

Anna Hop przygotowała choreografię do muzyki Wojciecha Kilara. Wybrała nie tylko tytułowy Exodus, ale również dwa fragmenty z II koncertu fortepianowego oraz Bogurodzicę. Tym samym ten fragment rozpada się na trzy fragmenty: szybki-wolny-szybki. Niczym klasyczny układ koncertu symfonicznego. Exodus, którego prapremiera miała miejsce w 1981 roku, w interpretacji kompozytora, był odpowiedzią na zryw Solidarnościowy. Jego narastająca konstrukcja, pełna dynamiki i napięcia, pierwszy raz zaistniała na scenie w interpretacji baletowej Teresy Kujawy. Wówczas osią było wypędzenie z raju i personifikacja Adama i Ewy. Tym razem Hop pozostaje wierna swoim fascynacjom ruchem. Bowiem można odczytywać jej choreografię jako nieustanne budowanie, kształtowanie wspólnoty, właśnie poprzez ruch, gest, poruszenie. Początek jest niezwykle znaczący, przywołuje na myśl pracę Damiana Jaleta Skid, który na ukośnej platformie umieszcza tancerzy grawitujących w tej nieoczywistej przestrzeni dla ciała człowieka. W wersji warszawskiej zespół znajduje się na pionowej płycie, niczym ściance górskiej i rozpoczyna pulsować, oddychać, żyć. Następnie przybiera postać roju pszczół, owadów, budujących swoją wspólnotę, miejsce egzystencji. Ten żywiołowy, grupowy ruch jest niesamowity. Zespół tańczy synchroniczny układ jak zatracony. To najlepszy fragment tej części. Niestety. Wraz z zakończeniem pierwszego utworu muzycznego następuje nieznośna, wolna część druga, przesiąknięta duetami i solowymi popisami. Wygląda ona tak jakby należało dać odpocząć tancerzom przed żywiołowym finałem. Element scenografii jest jak duży plaster miodu, który przypomina okna mieszkań w dużym bloku, gdzie toczą się małe tragedie i miłości. Finał to niszczenie natury i jej zagłada. Dwójka dzieci odrywa płatki z łodyg kwiatów, a przestrzeń zalewa betonowa, w kształcie cegieł, masa. Życie zostało zabite, unicestwione. Anna Hop, posiłkując się życiem świata zewnętrznego, konstruuje opowieść o nas samych, zarówno w warstwie metaforycznej jak i dosłownej. Największym mankamentem jej pracy pozostaje bardzo szybkie zużycie formy i estetyki ruchu. Bowiem po pierwszych, dobrych fragmentach, przychodzi czas jakby artystka nie miała pomysłu na własną pracę. Może należało pozostać na Exodusie, który w żywiołowej formule i przemyślany sposób ukazywał pewną wspólnotę naszego środowiska. Następnie ekstazę zajmuje wyciszenie, które poprzez użycie farby, przypomina zabawę w paintball i wywołuje uśmiech, a nie wzruszenie i przejęcie historią. Praca Anny Hop to wielki hołd dla tańca zespołowego i ten egzamin Polski Balet Narodowy zdaje bardzo dobrze. Widać świetne wyczucie w technice współczesnej, współgranie i koncentrację na wykonaniu zadania.

Część druga to Bieguni-Harnasie. Izadora Weiss wykorzystując, dedykowaną do ikonicznego naszego baletu, muzykę wzbogaca go o dwa fragmenty z IV Symfonii Karola Szymanowskiego. Te utwory nie są od siebie oderwane, korespondują ze sobą, współgrają. Drugim istotnym elementem jest sięgnięcie do powieści naszej noblistki Olgi Tokarczuk. Opowieść jest osadzona tu i teraz. W naszym świecie i rzeczywistości. Skrajny realizm mieszkania i blokowiska jest zbyt nachalny. Anuszka całkowicie zawiedziona swoim życiem, niekochającym mężem, zaborczą, konserwatywną rodziną, wyrusza w podróż marzeń, a może realnego życia do innej przestrzeni, miejsca wolności i niezależności. Harnasie to odmieńcy, żyjący w innym świecie, jak wagabundzi w nieustannym ruchu, poszukujący nowych doznań. Wkraczając w ten świat bohaterka staje się elementem specyficznego trójkąta z Galiną i Harnasiem. Poszukiwanie miłości nie do końca jest określone, ukształtowane. Z jednej strony wydaje się proste i jednowymiarowe, jednak zazdrości budują możliwe inne związki i relacje. Anuszka powraca do świata własnego ślubu i ukształtowanego wzorca przymusowego związku i rytuału wesela. Przeciwstawia się, a tęcza na bloku ma jasny wymiar poszukiwania miłości, wolności i szczęścia. Mankamentem tej części jest właśnie przytłaczająca narracja, dosadność i zbędna symbolika. Wyrazistość tańca nie potrzebuje jednowymiarowych dopowiedzeń. Symbolika ruchu jest wystraczającym tropem dla publiczności, aby odkryć sensy i znaczenia. Krzyż w ręku matki męża Anuszki jest jak kwiatek do kożucha – całkowicie rozbija ulotną atmosferę relacji, niechęci i poszukiwania prawdziwej miłości. Jednak to czym wygrywa Izadora Weiss to taniec. Jest on oryginalny, dopracowany i świetnie wykonany. Artystka znalazła również rozwiązania choreograficzne dla chóru, który idealnie współgra z tancerzami. W tejże opowieści istotni są soliści. Na szczególne wyróżnienie zasługuje Natalia Pasiut jako Anuszka, której skupienie i siła w tańcu, wyraża się również w emocjach i przeżyciu własnego życia. Klasą samą dla siebie jest dwójka azjatyckich tancerzy Jaeeun Jung (Galina) i Ryota Kitai (Harnaś). Ale ów zapał i ekspresja wykonania udziela się całemu zespołowi. I łącząc obie części jest to wieczór Polskiego Baletu Narodowego. Grupy, wspólnoty, miejsca. A towarzysząca orkiestra pod kierunkiem Marty Kluczyńskiej dopełnia artystyczny wyraz. Bowiem muzyka płynie zjawiskowo. Największym mankamentem pozostanie wykonanie fragmentów chóru. W części pierwszej śpiewał nierówno, a w drugiej całkowicie niezrozumiale.

Dyptyk baletowy zrealizowany przez dwie choreografki jest świętem polskiego tańca. Bowiem, mimo pewnych uchybień, te nowe prace zasługują na uznanie. Są wypowiedziami artystek o naszej współczesności, a nie odtwarzaniem utartych obrazów z klasyki baletu. Świadczą również o dojrzałości kierowanego przez Krzysztofa Pastora zespołu, że nie tylko tradycja, ale i nowoczesna forma odnajduje miejsce na warszawskiej scenie. Aby owych eksperymentów i uznania dla tańca dzisiejszego było więcej. Gdyż tego potrzebuje publiczność i chyba tancerze, którzy świetnie odnaleźli swoje miejsce w zespołowej grze z polską nutą i kobiecą choreografią.

Exodus, Wojciech Kilar, choreografia Anna Hop, Bieguni-Harnasie, Karol Szymanowski, choreografia Izadora Weiss, dyrygentka Marta Kluczyńska, Polski Balet Narodowy, Teatr Wielki-Opera Narodowa w Warszawie, premiera: listopad 2021.

[Benjamin Paschalski]


fot. Ewa Krasucka

EKOLOGICZNY PACYFIZM – „JUNGLE BOOK. REIMAGINED” – AKRAM KHAN COMPANY W LONDYNIE

EKOLOGICZNY PACYFIZM – „JUNGLE BOOK. REIMAGINED” – AKRAM KHAN COMPANY W LONDYNIE

Jednym z najważniejszych pisarzy, dla pokolenia przełomu i zmiany lat osiemdziesiątych, był bez wątpienia George Orwell. Jego Rok 1984, zarówno w wersji drukowanej, jak i interpretacji filmowej, stanowił wizję skrajnego reżimu niedemokratycznego, w którym jednostka została całkowicie podporządkowana nowemu państwu i społeczeństwu. Równie mocnym utworem był Folwark zwierzęcy, też w dwóch formach – książkowej i filmu animowanego. Zwierzęta pewnego gospodarstwa wiejskiego przeciwstawiają się gospodarzowi. Rewolucja przynosi zmianę, zaczyna się upragniona wolność, ale pojawia się grupa dominująca, podporządkowująca innych. Świnie stały się nową arystokracją, zmieniając farmę w niewolniczy obóz pracy. Wieprzowa burżuazja wykorzystywała, dla własnego alkoholowego zysku, drób, krowy i innych mieszkańców rolniczego siedliska.

A STATEK PŁYNIE – „Z RĘKĄ NA GARDLE. PIOSENKI Z REPERTUARU EWY DEMARCZYK” – TEATR WSPÓŁCZESNY W WARSZAWIE

A STATEK PŁYNIE – „Z RĘKĄ NA GARDLE. PIOSENKI Z REPERTUARU EWY DEMARCZYK” – TEATR WSPÓŁCZESNY W WARSZAWIE

Każda dziedzina życia artystycznego posiada swoje ikoniczne postaci. Bohaterów i bohaterki, którzy wycofali się dawno z życia publicznego lub odeszli do krainy ciemności, ale są w naszych sercach, umysłach, wspomnieniach. Co najważniejsze pozostała z nami ich twórczość. Niebagatelna, wyłamująca się konwenansom i powierzchowności. W świecie poezji śpiewanej, piosenki, a dziś powiedzielibyśmy piosenki aktorskiej, takową wielką damą pozostanie Ewa Demarczyk. Ikoniczna postać Piwnicy pod Baranami, „Czarny Anioł” muzyki wywiedziony ze słów pieśni autorstwa Wiesława Dymnego, charyzmatyczna i niepowtarzalna. Jej głęboki głos, choć znany tylko z nagrań, bowiem koncerty pamiętają nieliczni, pobrzmiewa w uszach frazą emocji, wzruszenia i nostalgii.

MOC OKRUCIEŃSTWA – „MOC PRZEZNACZENIA” – TEATR WIELKI-OPERA NARODOWA W WARSZAWIE

MOC OKRUCIEŃSTWA – „MOC PRZEZNACZENIA” – TEATR WIELKI-OPERA NARODOWA W WARSZAWIE

Antonin Artaud, francuski aktor, dramaturg i reformator teatru, wpłynął zasadniczo na formę artystycznego wyrazu widowisk scenicznych. Jego koncepcja teatru okrucieństwa zawarta w manifeście z roku 1932 stanowiła, że oddziaływanie na widza możliwe jest nie poprzez realizm, ale silnymi bodźcami i drastycznymi scenami. Owe emocje, do dnia dzisiejszego, wyzwala film Męczeństwo Joanny d’Arc w reżyserii Carla Theodora Dreyera. Owa niema produkcja z roku 1928 wzbudzała wstrząs i zgrozę. Nie bez powodu twórca w roli Jeana Massieu obsadził Artaud. Siła przekazu, cierpienia i poświęcenia bohaterki oddziaływuje do dnia dzisiejszego. Finał, spalenia na stosie, z niewinną twarzą umierającej kobiety, jest nie tyle bólem fizycznym, ale również wyznaniem pojednania z Bogiem. Ta scena pięknych oczu Renee Falconetti z cierniem na czole, jak Chrystusa na Krzyżu, jest nie tyle analogią, ale również pełnym emocji wyznaniem własnej wartości, świadomości, prawdy. Owe wrażenia i porównania powróciły podczas premiery Mocy przeznaczenia Giuseppe Verdiego w warszawskiej Operze Narodowej. Scena zawierzenia Bogu przez Leonorę i oddania się w świat ciszy i samotności – pustelni dalszego życia, ma wymiar duchowej ekstazy. Z jednej strony męskiej przemocy i przymusu, z drugiej – niewinności i prawdy wobec samej siebie.

Kompozycja włoskiego mistrza nie często gości na deskach polskich oper. Prezentacja w stolicy połączona jest z koprodukcją z Metropolitan Opera i bardzo dobrze, że padło na ten tytuł. Można narzekać, że nie ma arii i fragmentów na miarę Nabucco, Aidy czy Traviaty, ale skala muzycznych emocji jest naprawdę duża. Drugi zarzut to długość opery. Co prawda nie jest powszechne spędzić cztery godziny podczas widowiska, ale przecież to jeszcze nie wagnerowska tetralogia. Fraza Verdiego pięknie płynie i naprawdę warto, aby powracała do repertuaru Teatru Wielkiego w kolejnych sezonach. Reżyserii podjął się dyrektor artystyczny Mariusz Treliński i pozostał wierny stylistyce swoich ostatnich produkcji. Analogicznie jak w Halce wykorzystuje scenę obrotową. Ten zabieg ma swoje plusy, ale i niebagatelne wady. Największą zaletą jest możliwość prezentacji akcji od miejsca do miejsca. Czasem również ukazywać stany równoległe. To wielki walor. Mankamentem jest technika, bowiem leciwa scena skrzypi niemiłosiernie, zakłócając dźwięki muzyki.

Inscenizator umieszcza akcję tu i teraz. Świat zagłady, sceny jak z metra w Kijowie, gdzie kłębią się tłumy uciekające przed bombardowaniem rosyjskiego agresora, nasuwają się samoczynnie. Treliński we współpracy (pierwszy raz) z dramaturgiem Marcinem Cecko konstruuje opowieść nie tyle o woli przeznaczenia, ale okrucieństwa i przemocy. Ukazuje świat, zarówno rodzinny, jak i publiczny, jako pełen zła i bólu. Nie do końca może jest to dobry trop, ale wart analizy i uzasadnienia. Przekleństwem bohaterki są mężczyźni – czy to ojciec, brat, narzeczony czy przeor. To oni popychają ją w wir tragedii i samotności. A gdy już ma nadejść szczęście, śmierć wygrywa z życiem. Jednak są to fragmenty dopowiedziane, dopisane, zinterpretowane. Ciekawą postacią, którą można umieścić w centralnym punkcie opowieści jest Preziosilla. W oryginale Cyganka, w obecnej wizji artystka klubów nocnych, a także dusza wojska, ktoś na kształt frontowej Marleny Dietrich. To ona napędza akcję, to ona definiuje zbrodnie i czyny. Towarzyszą jej króliczki, niczym demony „Playboya” wykorzystane jak zabawki przez mężczyzn, są tajemnicą kolejnej wróżby i owego przeznaczenia.

Przedstawienie Trelińskiego ogląda się bardzo dobrze. Akcja wciąga, choć jej zawiłość naprawdę ciężko zrozumieć. To opowieść o miłości niemożliwej, prześladowaniu, ujarzmieniu i śmierci. Ludzie, którzy nie widzieli się latami, kochali, tęsknili, pragnęli, nie mogą zaznać szczęścia. Przekleństwo ojca wisi nad światem. Nie ma wybawienia, bowiem sami, jako ludzie gotujemy sobie ten los. Okrucieństwo Artaud spotyka się z wizją Trelińskiego. Ta unifikacja buduje sprawne widowisko, wciągające, nowoczesne i pasjonujące. Należy zwrócić uwagę, że inscenizator zmienił układ scen w akcie trzecim, aby wydobyć dramatyzm akcji. Jest to jednak ze szkodą dla muzyki. Fanfara końca wybrzmiewa w innym miejscu niż powinna, a scena walki Alvaro, zakochanego w Leonorze, z jej bratem Carlo wypada jak sztucznie dopisana i na siłę wstawiona. Nielogiczna jest również zmiana w akcie pierwszym. Rodzeństwo nie poznaje się, gdyż Carlo to narkoman i jest w swoim świecie wizji. W oryginale Leonora jest w przebraniu i ma to większy sens dla dalszej opowieści, szczególnie obecności w męskim klasztorze. Jasnym jest, że współczesny przekaz wymaga dopasowania do naszych realiów, ale nie mogą być aż tak naciągane i sztuczne. Drugi problem to rozpraszająca uwagę i skupienie na muzyce scena obrotowa. Doprowadza ona do zaburzenia koncentracji na samej opowieści.

Klasą samą dla siebie są dekoracje Borisa Kudlicki. Pola sceny obrotowej – zjawiskowy dom Calatravy, pole bitwy, stacja zdegradowanego metra, a przede wszystkim rozbity samochód jak z filmu Zgubiona autostrada Davida Lyncha, świadczą o świetnej komunikacji artystów. Ale, jak niesie wieść operowa, to przedostatnia praca tandemu. Ciekawe co będzie dalej, w kolejnych pracach Trelińskiego. Artysta wywodzi się ze świata filmu, te wzorce świetnie widać w obecnej premierze. Akcja to jak montaż filmowy, szybkie sceny, przejścia. Również żonglowanie cytatami filmowymi jest godne pozazdroszczenia, bowiem to nie tylko obraz, ale powrót do przeżyć i ducha z ekranu kinowego.

Opera to przede wszystkim muzyka. Ta wybrzmiała w Teatrze Wielkim-Operze Narodowej znakomicie. Orkiestra brzmiała przejmująco i zjawiskowo pod wprawną ręką Patricka Fournillier, dyrektora muzycznego sceny. Jednak największy atut to ansambl śpiewaków. Od lat pierwszy raz to nasi krajowi artyści i to jakie głosy, jakie aktorstwo! Na pierwszy plan wysuwa się sopranistka Izabela Matuła. Jej głos jest delikatny, spokojny, a jej spojrzenie jak w niemym filmie, pełne bólu i cierpienia. Mężczyźni wokół tworzą zjawiskowe trio – Tomasz Konieczny, choć to nie Wagner, równie dobrze się odnajduje oraz Tadeusz Szlenkier i Krzysztof Szumański. Klasą samą dla siebie jest Monika Ledzion-Porczyńska, która regularnie wykonuje partię Carmen, a będąc Preziosillą zbliża się do konwencji zalotnej i ponętnej kobiety. Ten wybór solistów był świetny i należy pogratulować idealnego zebrania polskich artystów na narodowej scenie.

Moc przeznaczenia Trelińskiego jest wielką pasją opery. Pasją nie tylko jako zainteresowaniem, ale również lamentem nad losem i śmiercią. Bowiem okrucieństwo świata jest blisko, a sztuką możemy tylko ukazywać jego opłakane skutki. Piękno i tragizm jednostek spotykają się w tej tragedii muzycznej, ale dobrze, aby było ich mniej wokół nas.

Moc przeznaczenia, Giuseppe Verdi, reżyseria Mariusz Treliński, dyrygent Patrick Fournillier, Teatr Wielki-Opera Narodowa w Warszawie, premiera: styczeń 2023.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Teatr Wielki-Opera Narodowa w Warszawie

ZRODZONA Z DYMU I KART – „CARMEN” – OOPERA I BALETTI W HELSINKACH

ZRODZONA Z DYMU I KART – „CARMEN” – OOPERA I BALETTI W HELSINKACH

Ta historia zachwyca scenę operową od paryskiej premiery w roku 1875. To wszystko za sprawą zjawiskowej muzyki Georgesa Bizeta, której kolejne fragmenty utworu są pełnymi emocji i werwy przebojami, rysującymi narrację miłosnego trójkąta. Co ciekawe trzydzieści lat wcześniej wersję baletową przygotował, dla sceny madryckiej – 

SZEŚĆ AKTOREK W POSZUKIWANIU AKTORA – „POLA NEGRI. FABRYKA SNÓW” – TEATR IM. WILAMA HORZYCY W TORUNIU

SZEŚĆ AKTOREK W POSZUKIWANIU AKTORA – „POLA NEGRI. FABRYKA SNÓW” – TEATR IM. WILAMA HORZYCY W TORUNIU

Zawsze wyzwaniem są spektakle, które mają opowiedzieć historię znanej postaci. Albo trzeba mieć oryginalny pomysł, dla owego projektu, a gdy się go nie ma, to lepiej zarzucić i nie podejmować rękawicy. Gorzej, gdy nie tak dawno ktoś inny już zrealizował podobny koncept i trzeba z