Autor: admin

Wielorybia siła nadziei – Recenzja filmu „WIELORYB” („The Whale”)

Wielorybia siła nadziei – Recenzja filmu „WIELORYB” („The Whale”)

Filmy najlepiej ogląda się w czasie opadów atmosferycznych. Dlatego też i tym razem, w przedoskarowej jeszcze marcowej, atmosferze przyjechałem do chłodnej i stalowo-szarej Warszawy, by wtopić się w równie szarą i do tego deszczową rzeczywistość filmu Wieloryb. Przyznam, że do pewnego momentu omijałem tę produkcję 

ZATAŃCZ ZE MNĄ – „DANCE ME” – BALLETS JAZZ MONTREAL

ZATAŃCZ ZE MNĄ – „DANCE ME” – BALLETS JAZZ MONTREAL

Eksperyment w tańcu, jego innowacyjność jest siłą napędową tejże sztuki. Klasyka ukazuje techniczne możliwości tancerzy i zespołów oraz jest studnią, z której jak kolejne wiadra wody, wyłaniają się przetworzenia i odkrycia artystyczne, które wpisują się na trwałe do almanachów historii baletu. Jednym z nich było pojawienie się tańca jazzowego na przełomie wieku dziewiętnastego i dwudziestego. Ukształtowany w świecie Afroamerykanów łączy w sobie technikę klasyczną, modern oraz akrobatykę. Wymaga od artystów świetnego przygotowania fizycznego, siły oraz werwy. Rytm, będący jego podstawowym elementem, zmusza do doskonałego współgrania z muzyką, a także może czegoś niezauważalnego – charyzmy i uwiedzenia publiczności, która pragnie oddechu, a także nowatorskiej, odkrywczej formy.

UZALEŻNIENI – „TELEFON”, „MEDIUM” – WARSZAWSKA OPERA KAMERALNA

UZALEŻNIENI – „TELEFON”, „MEDIUM” – WARSZAWSKA OPERA KAMERALNA

Warszawska Opera Kameralna to specyficzne miejsce. Mam wrażenie, że pod kierunkiem Alicji Węgorzewskiej, nadal poszukuje pomysłu na siebie, znaku rozpoznawczego, artystycznego wyróżnika. Repertuar wielokrotnie wydaje się przypadkowy i pogubiony. Z jednej strony istnieje tradycja Festiwalu Mozartowskiego, który przez lata kształtuje letni krajobraz miasta, ale jego program jest coraz bardziej schematyczny i powierzchowny, niewykraczający dalej niż kilka najbardziej znanych tytułów operowych Salzburczyka. Dalej niby jest Festiwal Oper Barokowych, ale przynosi on niedostatek i posiłkuje się utartymi przez lata tytułami. Jedną z nowinek instytucji, już od kilku lat, jest posiadanie drugiej sceny w dawnym budynku YMCA przy ulicy Konopnickiej. Do końca to dla mnie zabieg niezrozumiały, skoro scena przy al. Solidarności nie jest w pełni eksploatowana, to czemu służy drugie miejsce? Można przyjąć, że tu prezentowane są lżejsze formy i współczesne dokonania muzyczne. Ale brak odpowiedniego zaplecza, słaba akustyka z koniecznością wsparcia techniki, powoduje kuriozalność projektu. Widownia długa jak wagon tramwajowy zaburza możliwość dobrego śledzenia zdarzeń na scenie bowiem i odległość, a także słabe ustawienie foteli powoduje nieustanne wzajemne zasłanianie. Nasuwa się scena z teatru z nieśmiertelnego Misia, w której główny bohater proponował pójście do lekarza „od oczu”, gdy się nie widzi. Ale to chyba jest drugorzędne, choć ważne, bowiem najbardziej znaczące jest to, co można zobaczyć na scenie. Dyrektorka nie ukrywa, że dedykuje scenę do konkretnego odbiorcy – z jednej strony melomanów, a z drugiej również eleganckiego, modnego towarzystwa, które „lubi bywać” w atrakcyjnych miejscach. Ostatni wieczór premierowy był właśnie takim pływaniem w „złotym basenie”, co ciekawe treść spektaklu idealnie korespondowała z tym, co można było zobaczyć na widowni. Luksusy, modne stroje, nazwiska, ekstrawagancja. Po drugiej stronie swoiste lustro. Ciekawy zabieg, chyba nawet niezamierzony.

Kompozycje Gian Carlo Menottiego praktycznie, nam współczesnym, są nieznane. Do twórczości tegoż amerykańskiego kompozytora, włoskiego pochodzenia, sięgają nasze sceny niezwykle rzadko, by nie powiedzieć w ogóle. A to dorobek imponujący. Kilkanaście oper, w których pobrzmiewa twórczość Verdiego i Pucciniego, są pełne żarliwości, głębi, dwuznaczności z ciekawą nutą opowieści. Co ważne twórca prawie zawsze pisał libretta do swoich oper. Na deskach Basenu Artystycznego przedstawiono dwie ikoniczne jednoaktówki: Telefon oraz Medium. Pochodzące z jednego okresu (odpowiednio 1947 i 1946) są przykładem amerykańskiego czasu artysty, początku bogatej kariery, która odcisnęła trwały ślad w historii opery. Leonard Bernstein prowadził pierwsze wykonania Telefonu, co również wpłynęło na ówczesny odbiór dzieła, które święciło triumfy na Broadwayu. Do przygotowania produkcji w Warszawskiej Operze Kameralnej zaproszono znanego aktora, ale również reżysera, choć debiutującego w teatrze muzycznym, Jakuba Przebindowskiego. I pomysł okazał się ciekawy. Bowiem doświadczenie inscenizacyjne wywiedzione ze sceny komediowej, lekkiej, bulwarowej, skutkuje interesującą, choć prostą opowieścią. Nie jest nudno, a należy powiedzieć, że intrygująco.

Kontrasty dwóch prac są jasne – pierwsza utrzymana w lżejszej formie, druga w ciemnych barwach. Jednak łączy je jeden zamysł, który sugeruje wykorzystanie materiałów filmowych przygotowanych przez Hektora Weriosa. To narracje o uzależnieniach, które są non stop w naszym życiu. Dotykają one zarówno biednych, jak i bogatych – o których jest spektakl. Życie z komórką, jako drugim światem, alternatywnym, a może jedynym, stało się naszą codziennością. Nie możemy oderwać oczu od ekranu – a może ktoś napisze, zadzwoni, trzeba dodać lajki, folowersować po Insta i tak dalej. Opera Menottiego była prorocza. Co może w momencie jej powstania było nowym, dziś jest codziennością. Stworzona dla dwójki solistów praca jest sprawnym dialogiem zakochanego Bena i trywialnej Lucy, dla której świat ogranicza się do aparatu telefonicznego. Chłopak, przychodząc się oświadczyć, nie jest w stanie tego uczynić, bo telefon cały czas dzwoni, a dziewczyna nie umie oprzeć się pokusie jego odebrania. Ostatecznie akt zaręczyn dokonuje się przez telefon. Czy tak będzie wyglądała nasza przyszłość, a może to już jest codzienność i teraźniejszość? Medium jest bardziej szczegółowe i złożone. Bowiem Przebindowski pragnie również ukazać uzależnienie od nowinek, seansów spirytystycznych jako formy spędzania czasu, za którą trzeba zapłacić krocie. Co prawda to ważny element, w którym bierze udział młode, bogate towarzystwo, ale dramat rozgrywa się gdzie indziej. To opowieść domowa – o szaleństwie, pijaństwie, własnej samozagładzie. Do czego może doprowadzić hochsztaplerstwo, cwaniactwo ale też bezmyślne pławienie się w dobrobycie. Główna bohaterka Madame Flora organizująca seanse z duchami, fałszując i zakłamując rzeczywistość, popada w zadręczenie, a także tragedię – morderstwo niewinnego. Ten dom, który żyje światem dla innych, skrywa wewnętrzną tragedię bólu niemego chłopca i zakochanej w nim córki Flory – Moniki. Śmierć jest nieunikniona, ale czy z nią przyjdzie otrzeźwienie? Reżyser udanie zniuansował te dwa obrazy, używając prostych środków, głównie wspomnianych wizualizacji, ograniczonej realistycznej dekoracji, a także modnych, ekstrawaganckich kostiumów. Jego praca jest przykładem przemyślanego podejścia do problematyki, z którą zmagał się Menotti, ale osadził ją w czasach nam bliskich – współczesności. To swoiste przeglądanie się w lustrze – bawi, ale i smuci. Bowiem możemy śmiać się z gadulstwa telefonicznego Lucy czy też obłędu Madame Flory, ale my widzowie jesteśmy kalkami scen. Żyjemy z komórkami w dłoni, nie zwracamy uwagi na innych, otaczający świat, a rozbicie i chaos wewnętrzny towarzyszy nam również – zmaganie się z trudnościami, niespełnienie, niedowartościowanie to przecież dzisiejsze tematy rozmów.

W operze najważniejszym pozostaje muzyka i śpiew. Nie do końca trafionym jest wykonywanie utworów w języku polskim. Owszem tłumaczenie autorstwa Michała Wojnarowskiego jest ciekawe, iskrzy się dowcipem, ale ulatuje rytm angielskiego. Co gorsza odmienna treść jest w oryginale, a inna w naszej mowie, a oba wyświetlane są jako napisy. Choć to zabieg konieczny, dla zrozumienia sensów, to jednak wywołuje uśmiech nieprecyzyjności. Wśród wykonawców na szczególne wyróżnienie zasługuje Damian Wilma jako Ben w części pierwszej. Jego baryton jest czysty, a gra aktorska sprawna i komunikatywna. Jednak największym odkryciem pozostanie Natalia Rubiś jako Monica w Medium. To postać dramatyczna rozdarta pomiędzy miłość do Tobyego, a powinności wobec matki. Świetna wokalnie daje temu wyraz w dwóch ariach przepełnionych bólem i nadzieją uczucia. Przed oczami pojawiają się bohaterki włoskich mistrzów, które tęsknią, kochają i wspierają. Świetne umiejętności zbudowały krwistą postać. Mniejsze brawa należą się Aleksandrze Borkiewicz-Cłapińskiej jako Lucy, która nie przekonała mnie w roli uwiedzionej telefonem, nie wychodząc dalej niż schematyczność i powierzchowność, a najgorzej wypadła Roksana Wardenga jako Madame Flora – ani obłędu, ani alkoholowego transu, ani rozczarowania życiem. Prosta rola zaśpiewana. Solistom towarzyszy zespół muzyczny nazwany Orkiestrą Projektową Warszawskiej Opery Kameralnej. I rodzi się pytanie na cóż było, jakiś czas temu, likwidować skład muzyków jak okazuje się konieczny? Kilkunastoosobowy ansambl, raczej artystów grających pierwszy raz wspólnie, nie rzucił na kolana. Muzyka Menottiego, choć prosta to wymaga wybrzmienia i klarowności. Niestety tego zabrakło. Dyrygent Kuba Wnuk, nie pomaga instrumentalistom i solistom, raczej skupia się na sobie i własnym, trudnym do określenia, sposobie prowadzenia przedstawienia. Wykonanie muzyczne nie wykracza dalej niż przeciętność, z kilkoma wspomnianymi wcześniej wokalnymi perłami.

Ten lustrzany wieczór w Warszawskiej Operze Kameralnej jest udaną próbą, choć niekoniecznie muzycznie, spotkania z twórczością Menottiego. Ale przede wszystkim to obraz nas samych, w dzisiejszym czasie. Jakub Przebindowski zadebiutował godnie, a jego ręka mieszczańskiego teatru świetnie odnajduje się w kompozycjach amerykańskich. Ten spektakl winien wyznaczać rolę Basenu Artystycznego, jeżeli ma trwać jako scena Warszawskiej Opery Kameralnej. Odkrywanie współczesności, jej wartości i znaczeń. Czekamy na kolejną kompozytorską wizytówkę, która może znów opowie nam coś o nas samych.

Telefon, Medium, Gian Carlo Menotti, reżyseria Jakub Przebindowski, kierownictwo muzyczne Kuba Wnuk, Warszawska Opera Kameralna, premiera: marzec 2023.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Warszawska Opera Kameralna

MISTRZOWSKIE KROKI – „GIANT STEPS” – DET KONGELIGE TEATER W KOPENHADZE

MISTRZOWSKIE KROKI – „GIANT STEPS” – DET KONGELIGE TEATER W KOPENHADZE

To jeden z moich ulubionych zespołów baletowych w Europie. Jest blisko naszego kraju, choć dzieli nas morze. Kopenhaga – to również moje wymarzone do egzystencji miasto. Spokój codzienności, morska bryza, wolno płynące życie, a mimo to – metropolia. I właśnie tu ukształtowała się jedna z tradycji tańca pisana dorobkiem Augusta Bournonvilla. Dziewiętnastowiecznego tancerza i choreografa, którego twórczość oczarowywała wówczas, ale i dziś stanowi istotny element repertuarów scen na świecie. Den Kongelige Ballet od kilku sezonów prowadzi Nikolaj Hubbe, który kształtuje program niezwykle różnorodnie. Zespół prezentuje cały wachlarz przedstawień, a w ostatnich latach – te, które udało mi się zobaczyć – są ikonicznymi osiągnięciami.

MARZENIA KSIĘCIA – „KOPCIUSZEK” – JUNIOR BALLET ANTWERP

MARZENIA KSIĘCIA – „KOPCIUSZEK” – JUNIOR BALLET ANTWERP

Jakiś czas temu, na łamach tygodnika „Angora” w tekście Karolu, weź się do roboty! wywołał mnie do odpowiedzi i a może polemiki, Sławomir Pietras. Lubię jego teksty, szczypta soli, szczypta cukru. Dlatego, chętnie to czynię, bowiem dyskusja dotycząca naszego baletu winna posiadać jak najszersze kręgi, a nie tylko odbywać się w zaciszu gabinetów. Czas rozmawiać, projektować, aby zmieniać w gronie tych, którym jeszcze zależy. I może ten tekst przeczyta dwadzieścia osób, ale to i tak nie najgorzej, gdyż ktoś się zainteresuje życiem tańca. Trochę przypomina to przedwojenne dysputy na szpaltach poczytnych periodyków, ale mam nadzieję, że nie skończy się wyzwaniem na pojedynek, ale połączy nas praca i stojące wyzwania.

KONFORMIŚCI I REALIŚCI – „ŻYCIE TOWARZYSKIE I UCZUCIOWE” – TEATR OCHOTY W WARSZAWIE 

KONFORMIŚCI I REALIŚCI – „ŻYCIE TOWARZYSKIE I UCZUCIOWE” – TEATR OCHOTY W WARSZAWIE 

Powróciły wspomnienia. To miejsce pamiętam z lat dzieciństwa, gdy funkcjonował tutaj ośrodek kultury teatralnej, a ognisko prowadziła Halina Machulska. Może był to krótki epizod życia, ale zawsze pierwsze szlify, w świecie sztuki, pozostały do dnia dzisiejszego. Pamiętam jedną sytuację. Zapukałem jako kilkulatek do jednego pokoju a tam, w środku zamyślony – Kwinto z Vabank! Spojrzał na mnie uprzejmym wzrokiem, z drobnym uśmiechem na ustach. Wyszedłem zawstydzony. Ale w pamięci scena utkwiła. Długo nie wracałem do miejsca przy ulicy Reja w Warszawie. Aż nastał moment, aby zawitać do owej sceny i sprawdzić co ma do zaoferowania. Z jednej strony instytucjonalna zmiana na lepsze. Pokaźny dobudowany pawilon, mieszczący kawiarnię oraz szatnię. Ważne miejsce dla życia dzielnicy. Teatr Ochoty bowiem jest jednym z lokalnych miejsc stolicy, który oferuje zdarzenia teatralne, ale również formę spędzana czasu z otwartym wyszynkiem niezależnie od pracy sceny. Bardzo dobre rozwiązanie i ciekawy koncept, który zapewne przyciąga użytkowników. Kto wie czy nie bardziej niż oferta artystyczna, którą należy zakwalifikować do średnich i niestety przewidywalnych.

Ostatnia premiera to powrót do Leopolda Tyrmanda. Autor przeżywa istny renesans w naszej kulturze. A to powracające inscenizacje Złego – między innymi w Bielsku-Białej czy też filmowa opowieść Pan T., która także, choć nie wprost odnosiła się do życia oraz twórczości publicysty i pisarza. Ociekająca alkoholem, historia w barwach noir, ukazywała stolicę lat pięćdziesiątych XX wieku z głównym bohaterem niegodzącym się na życie w skostniałych realiach rodzącej się Polski Ludowej. Film w reżyserii Marcina Krzyształowicza próbował pokazać samotnika, autsajdera, ale także człowieka walczącego o siebie i swoją wolność. Podobnym tropem podążają twórcy w Teatrze Ochoty. Tym razem jednak na scenie interpretacja Życia towarzyskiego i uczuciowego. Analogicznie wpisana rzecz w początek słusznie minionej epoki, wydobywającej się ze zgliszcz wojny Warszawy, ale przede wszystkim widoczek ówczesnego czasu. Relacji międzyludzkich, więzi, małości i niedostatków. Główny bohater, dziennikarz Andrzej Felak, próbujący ułożyć sobie normalne życie, lawiruje pomiędzy tym, co publiczne a prywatne. Z kogoś, kto stara się być wolnym, wpisuje się w schemat zależności i układów. Jego opowieść o młodości, rodzącej się kariery jest narracją adekwatną dla każdego młodego – czy to wówczas, czy też w dzisiejszych czasach. Godne życie, to chyba najlepsza maksyma egzystencji. Przejść przez kolejne lata nie narażając się na potencjalne nieprzyjemności i odpowiedzialności. Przez życie bohatera, dokładnie jak w Na czworakach Tadeusza Różewicza, przetacza się kalejdoskop postaci – poznanych na chwilę lub na dłużej. Mamy przyjaciela, który stara się być wolny i niezależny – Mikołaja Planka, żonę Elżbietę, która niby nic nie może, a jednak wszystko od niej zależy. A także Kostkowskiego, który niczym Kobieta Pracująca z Czterdziestolatka zmienia zawody jak rękawiczki, aby tylko ułożyć się w nowych realiach i postępującej rzeczywistości. Ów obrazek twórców i artystów jest kalejdoskopem możliwych zachowań. Ale niestety pobrzmiewa w nim nuta schematyczności. Owszem ciekawym jest zobaczyć jak dawnej bawiono w Zakopanem i w litrach wódki trwała zimowa feria, czy też tańczono w Stodole, a ponownie wieczorami pito na placu Trzech Krzyży. Stary Warszawiak rozszyfruje bezproblemowo wszelkie zagadki, niuanse i przywoła wspomnienia. Ale to wszystko jest możliwe po przeczytaniu książki. Nie trzeba do tego spektaklu, który oprócz sprawnej obyczajowej historii nie wnosi niczego więcej. Staje się sentymentalnym obrazkiem miejsca i postaw ludzi. Ale niestety nieprawdziwych charakterów, a odtwarzanych postaci. Bowiem aktorstwo i minimalna ręka reżyserska to największe mankamenty przedstawienia.

Igor Gorzkowski tworzy opowieść niezwykle schematycznie. Osadza ją w dużej otwartej przestrzeni gry, z ograniczoną liczbą dekoracji i rekwizytów. Kostiumy dodatkowo nie pomagają w usytuowaniu akcji w konkretnym czasie oraz ją uniwersalizują. Inscenizator stara się czytać historię dokładnie, ale popełnia dziwaczne błędy. Sceny w sypialni, gdy Andrzej spędza namiętne chwile z kolejnymi swoimi partnerkami, komentuje i podgląda Mikołaj. Rodzi to uśmiech zawstydzenia o przewodniku w świecie miłości. Scena w stolicy Tatr jest tak uboga jak najtańsze piwo marki górskiej, bowiem nie ma zaśpiewu, hucznej zabawy, a nawet symbolicznego kuligu. Cała opowieść wypada niezwykle biednie i można zadać sobie pytanie, że już ciekawiej było w Wojnie domowej – kultowym serialu o dwóch rodzinach z ulicy Senatorskiej. Co interesujące myśli krążą właśnie wokół tej sagi nieustannie, a to z powodu wykorzystania podobnego podkładu muzycznego. I co najgorsze, nie ma jasno ukazujących akcentów postaw politycznych i społecznych. Skoro miał to być spektakl o roli oraz znaczeniu inteligencji – to się niestety nie udało. Wyszło z tego sentymentalne opowiadanie o człowieku w pewnym świecie. Kilka klisz z życia. Ale nie ma mowy o jasnym obrazie konformistów czy też realistów.

Co gorsza w owym dążeniu do skonstruowania historii z tezą nie pomagają aktorzy. Młodość to ważna sprawa – siła, nadzieja, zaangażowanie. Ale wielokrotnie należy mierzyć siły na zamiary. Konrad Żygadło jako Andrzej Felak jest niesłychanie niewyrazisty. Sączy monologi, które wiją się jak tasiemce, ale treści i sensu, do widza, nie dociera absolutnie nic. Jeszcze gorzej jest z Filipem Orlińskim (Mikołaj Plank) – ubrany w modny sweter oraz tęczowe skarpetki ma stać się przykładem nonkonformizmu. No, może wygląd to jakiś trop, ale w teatrze to tylko jeden z elementów. Aktorskie możliwości są ograniczone, a deklamacyjność zbliża narrację do akademii szkolnej. Panie, w kilku rolach, Agata Łabno i Martyna Czarnecka, starają się być oryginalne, ale cóż jak schematyzm wygrywa z pomysłowością. Najlepiej w tym zespole odnalazł się Jan Litvinovtch, też odtwarzający kilka postaci, ale każda z nich odróżnia bohatera od siebie. Śmieszność Kostkowskiego kontrastuje z safandułowatością Redaktora i hegemonią Pachnącego. Ciekawy kalejdoskop możliwości współgra z interesującym emploi aktora.

Wizyta w Teatrze Ochoty nie wykroczyła dalej niż przeciętność. Faktycznie reżyser nie miał pomysłu, no – przeczytał książkę. Miała być historia o dzisiejszym czasie, ale jakoś trudno w to uwierzyć. Siła młodych artystów nie przekonuje, a raczej uwiera i stawia znaki zapytania. To nie jest udany wieczór, ale próba opowieści o dawnym świecie. Ale po co? Mamy seriale, filmy i książki Tyrmanda. Lepiej nastawić płytę, z głośników niech płynie jazz, lektura sama płynie do ucha, a wyobraźnia ukaże ciekawszy świat niż przy Reja w Warszawie.

Życie towarzyskie i uczuciowe, Leopold Tyrmand, reżyseria Igor Gorzkowski, Teatr Ochoty w Warszawie, premiera: luty 2023.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Artur Wesłowski

NA XANAKSIE – „MÓJ ROK RELAKSU I ODPOCZYNKU” – TEATR DRAMATYCZNY M.ST. WARSZAWY

NA XANAKSIE – „MÓJ ROK RELAKSU I ODPOCZYNKU” – TEATR DRAMATYCZNY M.ST. WARSZAWY

Ta recenzja miała mieć inny tytuł. Ale jakiś czas temu, poświęcając wiersze dla londyńskiego Rambert, miała ona takowy nagłówek – Lustra. Odbicie rzeczywistości, nas samych, tego kim jesteśmy, ale także pewne miejsce w Śródmieściu Warszawy. Kultowe i unikatowe, tam mieszał się, może nadal ma to miejsce, dzień z nocą, świt ze zmierzchem. Stare dzieje. Te wspomnienia powróciły podczas niezwykle udanego spektaklu w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Mój rok relaksu i odpoczynku, na podstawie książki amerykańskiej autorki Otessy Moshfegh, to przewrotna opowieść o pewnym pokoleniu, które przygląda się samemu sobie.

BALET PASTERSKI – „CÓRKA ŹLE STRZEŻONA” – BALET SLOVENSKE NARODNE DIVADLO W BRATYSŁAWIE

BALET PASTERSKI – „CÓRKA ŹLE STRZEŻONA” – BALET SLOVENSKE NARODNE DIVADLO W BRATYSŁAWIE

Istnieją klasyczne balety, które nie są dramatycznymi opowieściami naszpikowanymi technicznymi trudnościami, ale służą rozrywce i zabawie. To parodie, które mają wywoływać uśmiech i zadowolenie wśród różnorodnej publiczności. Z takich pobudek powstał Bal kadetów do muzyki Johanna Straussa, w choreografii Davida Lichine, a także nieśmiertelna, żyjąca nadal swoim scenicznym życiem, Córka źle strzeżona do muzyki francuskiego kompozytora Louisa Josepha Ferdinanda Herolda, żyjącego na przełomie wieku osiemnastego i dziewiętnastego, w aranżacji Johna Lanchbery.