Autor: admin

MIŁOŚĆ NA DZIKIM ZACHODZIE – „DZIEWCZYNA Z DZIKIEGO ZACHODU” – TEATR WIELKI W ŁODZI

MIŁOŚĆ NA DZIKIM ZACHODZIE – „DZIEWCZYNA Z DZIKIEGO ZACHODU” – TEATR WIELKI W ŁODZI

Dzieła operowe Giacomo Pucciniego to istna podróż geograficzna. Z jednej strony japońska tradycja (Madame Butterfly), chińska bezwzględność (Turandot) czy też włoska historia (Tosca). Na tym tle szczególne miejsce zajmuje kompozycja, która niezwykle rzadko pojawia się na naszych scenach – La fanciulla del West. Utwór, który przebojem pojawił się na deskach nowojorskiej Metropolitan Opera w roku 1910, po czasie głębokiej fascynacji, został zapomniany i porzucony. Obecnie coraz częściej pojawia się w teatrach muzycznych. Powodów może być kilka owego długotrwałego pominięcia. Ważnym wydaje się warstwa muzyczna.

ZIMA WASZA, WIOSNA NASZA… A LATO MUMINKÓW – „1989” – TEATR IM. JULIUSZA SŁOWACKIEGO W KRAKOWIE

ZIMA WASZA, WIOSNA NASZA… A LATO MUMINKÓW – „1989” – TEATR IM. JULIUSZA SŁOWACKIEGO W KRAKOWIE

Chyba każdy, kto chociaż był dzieckiem w latach osiemdziesiątych XX wieku, pamięta to powiedzenie. Było ich więcej. Ze szkoły wracało się z całą litanią sloganów opowiadających o bieżącej sytuacji. Było „Wrona orła nie pokona” czy wcześniejsze „Chcesz cukierka? Idź do Gierka!”. Wracają wspomnienia. Ale dzieciństwo 

NA CZERWONEJ ZIEMI – „KSIĄŻE NIEZŁOMNY” – NARODOWY STARY TEATR IM. HELENY MODRZEJEWSKIEJ W KRAKOWIE

NA CZERWONEJ ZIEMI – „KSIĄŻE NIEZŁOMNY” – NARODOWY STARY TEATR IM. HELENY MODRZEJEWSKIEJ W KRAKOWIE

Znów Słowacki! To istny festiwal jego twórczości na polskich scenach. Nie jest to przypadek. Jego utwory to genialne metafory obecnej sytuacji międzynarodowej. Sfera konfliktu, walki, porażek idealnie wpisuje się w klimat wojny. Po dwóch spektaklach (w Legnicy i Wrocławiu) odnoszących się bezpośrednio do ziemi ukraińskiej, Stary Teatr w Krakowie przygotował premierę Księcia Niezłomnego Juliusza Słowackiego, który dramat wywiódł, spolszczył, będąc wiernym jego literze, z Calderona de la Barca. Praca katorżnicza bowiem romantyk pozostawił ośmiozgłoskowiec zastosowany w oryginale. Również akcja rozpisana na trzy gwałtowne dni wierna jest tekstowi źródłowemu. To walka i poświęcenie Don Fernanda, infanta portugalskiego, który stojąc na czele wojsk katolickich ma wydrzeć z rąk innowierców Tanger. Ponosi porażkę. Mimo oferty wykupu pozostaje niewzruszony. Ginie, umiera, odchodzi. Za wiarę, ideę, wartości. Postać symboliczna, mistyczna, tragiczna. W historii polskiego teatru utwór nie miał szczególnego powodzenia. Ale jak już się pojawił trafił od razu na zaszczytne karty wybitnych inscenizacji. Juliusz Osterwa w roku 1926 przygotował premierę na dziedzińcu Piotra Skargi Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. To plenerowe widowisko z udziałem całego zespołu Reduty, statystów, orkiestry przy sztucznych ogniach i pochodniach stało się zaczynem objazdu po Polsce. Prezentowano je na placach, w naturalnej przestrzeni architektonicznej. Metafora w rodzącej się Rzeczpospolitej była klarowna – walka o niepodległość, ale również niesienie słowa. W roli Don Fernanda występował Osterwa. W latach sześćdziesiątych XX wieku do utworu powrócił Jerzy Grotowski we wrocławskim Laboratorium. Tu kluczowa stała się rola Ryszarda Cieślaka, który nie tylko odtwarzał, ale stawał się bohaterem, z przeżyciami i głębią. Metoda Grotowskiego w pełni się urzeczywistniła, zmaterializowała. Co prawda to tylko dwa znamienne zdarzenia, ale jakaż legenda naszego teatru.

Obecna inscenizacja krakowska podąża odmiennymi tropami. Reżyserka Małgorzata Warsicka wraz z zespołem realizatorów zabiera nas w abstrakcyjne miejsce piachu spalonego słońcem, czerwonej ziemi, gdzie krew miesza się z potem i znojem walki. Wierna literze dramatu buduje wielogłosowy wywód o agresji, poświęceniu i miłości. Nieodłącznym elementem widowiska jest muzyka skomponowana przez Karola Napelskiego, a wykonywana na żywo przez chór, bacznego uczestnika zdarzeń, a także instrumenty arabskie. Dźwięk ud, lutni arabskiej, jest złowieszczy, dosadny, zjawiskowy. Wassim Ibrahim prowadzi narrację muzyczną niezwykle precyzyjnie. Należy zauważyć, że cała warstwa dźwiękowa jest świetnie pomyślana i zrealizowana. Drugi istotny element przedstawienia to sfera wizualna. Scenografia i światła Katarzyny Borkowskiej tworzą piękne obrazy, świetnie kontrastują pola gry. Opowieść zaczyna się w sposób nieoczywisty. To wołanie Muezina do modlitwy. Jest jasnym, że znajdujemy się w świecie muzułmańskim, tym który za chwile zostanie zaatakowany przez wiarę katolicką. Jednak akcenty religii nie są pierwszoplanowe. To tło do ukazania pożogi wojny i potencjalnego zniszczenia. W sposób symboliczny – głosem i gwałtowną choreografią – Warsicka buduje pierwsze starcie przeciwników. Trup pokrywa ziemię. W tym gąszczu zawiłości i walki o pięść ziemi na karcie mapy świata, zaczyna się spór. Don Fernand staje się zakładnikiem nie w imię wartości pozaziemskich, ale realnych. Jego motywacje są z naszego świata. Poświęcenie ma sens polityczny i rzeczywisty. Reżyserka odziera wątek wiary wyłuszczając odmienności kulturowe, mentalne, etyczne.  To ciekawe ujęcie gdyż uniwersalizuje wojnę, ich ofiary, jeńców, którzy giną bo wierzą w abstrakcyjną, acz rzeczywistą ojczyznę. Poświęcenie Fernanda jest symboliczne, ale uświadamia co znaczy wierzyć w słuszną sprawę.

Mimo jasno określanego zamysłu inscenizacyjnego należy zwrócić uwagę, że spektakl jest niezwykle nierówny. Waga narracyjna przechyla się na rzecz Maurów. Bowiem ich obóz jest wewnętrznie skontrastowany, ciekawszy aktorsko i bardziej wyrazisty. Jest to dziwne, gdyż widz bardziej ufa i wierzy owej wspólnocie, niż tym, z którymi winien się utożsamiać. Król w interpretacji Edwarda Linde-Lubaszenko jest potężnym władcą, który nie znosi sprzeciwu. Niby wydaje się niedołężnym starcem, satrapą, ale jest świadomy swojej pozycji i miejsca. Gotowy do samodzielnego oręża w imię własnej sprawy. To rola niesłychanie świadoma i dojrzała. Jego najwierniejszy sługa Mulej (Maciej Charyton) jest zjawiskowy. Walczy, kocha, wspiera. Po prostu jest. Jego siła otacza koronę i chwałę władcy. Trudno zaliczyć do adekwatnych obsadzenie w roli Feniksany Natalię Kaję Chmielewską. Ani nie umie być ponętna, ani wyrachowana. Tekst podaje bez przekonania jak deklamacyjny wiersz podczas akademii szkolnej. Na przeciwległym biegunie, w obozie portugalskim, na pierwszy plan wysuwa się Don Henryk Szymona Czackiego, który świadomy jest niebezpieczeństw, ale równie zażarty w walce jak Mulej. Niestety ani jednego dobrego słowa nie można powiedzieć o roli Don Fernanda w wykonaniu Jana Hrynkiewicza. To chłopiec, niedojrzały, jakby pierwszy raz zobaczył co to wojna oraz nie rozumiał jej prawideł. Jest absolutnie obojętny, a jego pozy i zachowania zbliżają do potyczek spod trzepaka. To totalne nieporozumienie. Jest to bezsilny bohater, złamany i od pierwszej sceny wiadomo, że przegrany. Jednak światło sceny rozświetla się wraz pojawieniem Anny Polony. Obsadzenie jej w roli króla portugalskiego Alfonsa, posłańca o wyzwolenie księcia, buduje nowy dramat. Jej rola choć statyczna, to barwa głosu, rytm i sens wypowiedzi jest jaskrawym przykładem mistrzostwa. Dwójka protagonistów, wielkich przywódców w osobach Polony i Linde-Lubaszenko, buduje świat wzniosłych emocji i zwady o racje. To jak spotkanie głów państw w blasku fleszy aparatów fotograficznych i kamer telewizyjnych.

Doświadczenie ze Starego Teatru pokazuje wielkość polskiego romantyka. Jego pokłady interpretacyjne faktycznie są nie do wyczerpania. Dziś Warsicka ukazała krwisty, głównie poprzez warstwę wizualną i dźwiękową, obraz wojny. Dwie strony, dwie racje, dwie prawdy. Dyskretnie wpłata również wątek miłosny relacji Muleja i Feniksany, który też jest motorem napędowym relacji wewnątrz dworu. Rysuje się z tego zjawiskowa, demoniczna i pełna niepokoju opowieść o wojnie. Tylko co najdziwniejsze tytułowy bohater gdzieś w tym zaginął – Książę Niezłomny został zmieniony na jaskrawe pole walki. Indywidualizm przegrał z wieloma racjami bohaterów. Przez to dramat lekko pobladł, ale inscenizacja stała się zjawiskowym obrazem czynu zbrojnego.

Książę Niezłomny, Juliusz Słowacki z Calderona de la Barca, reżyseria Małgorzata Warsicka, Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie, premiera: grudzień 2022.

[Benjamin Paschalski]


FOTO: NARODOWY STARY TEATR

Nieokreślona podróż z winem w ręku – Grono Mokotowska

Nieokreślona podróż z winem w ręku – Grono Mokotowska

Niewiele chwil w życiu daje tyle przyjemności i odprężenia, co spotkanie z przyjaciółmi przy kieliszku dobrze dobranego wina. W Warszawie takich miejsc jest coraz więcej, wśród tych świetnych i mniej cudownych, mam jedno wyjątkowe. To Grono na Mokotowskiej! Od dawna marzyłem o miejscu, które będę 

W ŁUPINIE WŁOSKIEGO ORZECHA – „DZIADEK DO ORZECHÓW” – DAS STUTTGARTER BALLETT

W ŁUPINIE WŁOSKIEGO ORZECHA – „DZIADEK DO ORZECHÓW” – DAS STUTTGARTER BALLETT

Świat baletowy pełen jest postaci ikonicznych, ważnych dla rozwoju tejże sztuki, również istnieją kompanie taneczne, które złotymi zgłoskami zapisały się w historii. To bez tych zespołów nie mogliby tworzyć wybitni choreografowie.

IMIONA WOJNY – „KSIĄDZ MAREK” – TEATR POLSKI WE WROCŁAWIU

IMIONA WOJNY – „KSIĄDZ MAREK” – TEATR POLSKI WE WROCŁAWIU

W tym sezonie dramaty Juliusza Słowackiego przeżywają szczególny renesans. I co ciekawe to nie utwory najbardziej znane pojawiają się na naszych scenach. Nie tak dawno w Legnicy Sen Srebrny Salomei, za chwilę Książę Niezłomny w Krakowie, a obecnie Ksiądz Marek we Wrocławiu. Gdzie upatrywać owego zainteresowania utworami wieszcza? Wydaje się, że problematyka sporu, kontrastu społecznego, wojny jest nad wyraz aktualna. Nie tyle mistycyzm, ale właśnie analogia do konfliktu, który toczy się za naszą wschodnią granicą, staje się motywacją wprowadzania do teatrów utworów romantyka. I można powiedzieć, że jest to droga jak najbardziej słuszna. Z jednej strony daje nam to możliwość poznania interpretacyjnej głębi utworów, metaforycznego obrazowania naszej rzeczywistości, z drugiej wartością jest sprawność realizatorów. Bogactwo wyobraźni, pomysłowość w utworach z dziewiętnastego wieku, jest niczym potęga twórczości Shakespeare’a. Jednak losy sceniczne Księdza Marka są bardzo skromne. Niechęci do utworu można doszukiwać się w losach Polski Ludowej. Już sam tytuł wydaje się podejrzany, a dodatkowo sens dramatu nie przystawał do funkcji i znaczenia wiary. Bowiem tytułowy bohater to mentor, przywódca walki. Przypisujący sobie cechy nadprzyrodzone stawał się niekwestionowanym wzorcem moralnym w walce o wspólną sprawę. Najbardziej znaczącą, w historii polskiego teatru, stała się inscenizacja Krzysztofa Zaleskiego przygotowana w Teatrze Dramatycznym w Warszawie, w trudnym momencie stanu wojennego. Jakaż musiała być reakcja publiczności, gdy przeciw sobie staje duch Polski i siła rosyjska, a nad wszystkim powiewa sztandar niesiony przez Księdza Marka. I właśnie owe metafory, a nawet aluzje, stały się jasnym przesłaniem najnowszej premiery Teatru Polskiego we Wrocławiu.

Z dzisiejszej perspektywy utwór Słowackiego jest niezwykle dyskusyjny. Ukazanie Żydów jako zdrajców zakrawa o antysemityzm. Jednowymiarowe zobrazowanie konfederacji barskiej stanowi również polemiczne w ocenie zdarzenie historyczne. I znając naszą współczesność, umiejscowienie księdza jako centralnej figury utworu może być uznane za co najmniej prowokacyjne. Ale gdy odrzucimy owe wszelkie uprzedzenia rodzi się krwisty dramat wojny. Tę szansę wykorzystał Jacek Bunsch. Dawno nierealizujący przedstawienia na polskich scenach powraca do teatru triumfalnie. Jego zaproszenie do Polskiego nie jest przypadkowe, bowiem artysta prowadził ten teatr w latach 1985-89. Obecnie zmienił Scenę na Świebodzkim w pole walki, sporu, konfliktu. Niepokojąca atmosfera, duszny klimat towarzyszy od wejścia na widownię. Muzyka Piotra Klimka, będąca nieodłącznym elementem spektaklu, jest świetnym dźwiękowym komentarzem grozy. Gdy światło gaśnie przenosimy się do współczesnego grodu. Nie jest on określony, wskazany, umiejscowiony. Choć w słowie pobrzmiewa Bar, to jasnym jest, że opowieść, choć dąży do uniwersalizacji, to znajdujemy się na Ukrainie. Towarzyszące projekcje autorstwa Piotra Wyrzykowskiego to jak kalki materiałów programów informacyjnych. Zniszczone domy, fabryki, miasta. To Chersoń, Bucza, Mariupol, przedpola Kijowa i inne zbombardowane miasta Ukrainy. Słyszymy Polska, jasno myślimy Ukraina. Prostym zabiegiem reżyser przenosi nas do kraju naszego sąsiada. Buduje niesamowitą atmosferę trwogi. Odziera mistycyzm na rzecz sporu. Jest on wielowymiarowy. Zarówno wewnętrzny między obrońcami miasta, gdy uciekają dowódcy a pozostaje Ksiądz Marek. Na polu jest Kosakowski wataszka i samozwaniec. Judyta z ojcem jako figura zdrady, a także rosyjscy okupanci, którzy wykorzystują ślepych i egoistycznych, w imię własnego zwycięstwa. Przedstawienie to nieustanna walka – o konkretne miejsce, przywództwo, posłannictwo, wiktorię. Ksiądz Marek jawi się jak święta ikona, w którą wierzą i rozumieją masy. Dla romantyków to postać symboliczna i prawdziwa, unikalna. Dziś może dziwić oczarowanie, ale jest jednym z tych bohaterów, który na polu walki pozostaje do końca, wierząc w słuszność swoich racji. Przez scenę przewija się gąszcz kreatur, które myślą tylko o własnym powodzeniu, nie zwracając uwagi na kolejne niewinne ofiary.

Niezwykłym bohaterem przedstawienia jest jego warstwa wizualna. Scenograf Robert Rumas zbudował zbombardowany świat pewnej ulicy miasta. Gruz, pył, szarość. Również wrak samochodu, który mrocznie spogląda na relacje i spór militarny. Dopełnieniem są projekcje oraz ścieżka dźwiękowa. Niesamowity jest kurz, który znika w snopie światła. Jego barwa jest siwą mgłą wojennej pożogi.

Romantyczna opowieść wpisana w naszą teraźniejszość wymaga świetnego aktorstwa. Brutalnego, dosadnego, demonicznego. Maciej Tomaszewski, związany z zespołem Wrocławskiego Teatru Współczesnego, gościnnie występujący w roli Księdza Marka, może zaliczyć ją do udanych. Bowiem jego słowo jest dosadne i dojrzałe. Jasny przekaz, szczególnie w scenie z Regimentarzem oraz Marszałkiem i wadzeniu się z Papieżem, ukazuje jego moc i demonizm. Zostaje sam, w imię własnego poglądu i koncepcji walki. Jednak z biegiem widowiska jego siła gaśnie. A szkoda, bo poprowadzenie roli jako świadomego lidera byłoby jasnym sygnałem o znaczeniu przywódców w dniach walki. Oczarowanie i siła charakteru stanowią bowiem moc działania. Ernest Nita jako Kosakowski jest demoniczny i brawurowy, ale zbyt wiele wygrywa tylko ciałem, a nie sprytem i zrozumiałym słowem. Niestety porażką jest obsadzenie w roli Judyty Magdaleny Różańskiej. Gra na jednej nucie krzyku nie buduje roli wieszczki, zdradzieckiej innowierczyni. Blado wypadają gracze wojenni Rosji. Ubranie ich we współczesne mundury to za mało, aby ukazać ich moc, siłę i zwyrodnienie. Szkoda, że Bunsch nie odnalazł w pełni godnych wykonawców oryginalnego konceptu przedstawienia.

Czyżby spektakl stał się przełomem w artystycznym marazmie Teatru Polskiego we Wrocławiu? Na pewno jest krokiem w dobrym kierunku, aby znaleźć artystyczny zamysł do dialogu nie tylko z publicznością, ale również z naszą rzeczywistością. Księdza Marka ogląda się z zaciekawieniem i bólem, słowo trafia nad wyraz dobrze, co obecnie jest rzadkością. Jednak to nadal zbyt mało, gdyż nie może to być wyjątek, ale reguła artystycznej aktywności. Życzę aby dramat wojny stał się nadzieją na nowy rozdział dolnośląskiej placówki.

Ksiądz Marek, Juliusz Słowacki, reżyseria Jacek Bunsch, Teatr Polski we Wrocławiu, premiera: listopad 2022.

[Benjamin Paschalski]

fot. Mikołaj Pływacz

WESELNE (WY)BRYKI – „WESELE” – TEATR NOWY IM. TADEUSZA ŁOMNICKIEGO W POZNANIU

WESELNE (WY)BRYKI – „WESELE” – TEATR NOWY IM. TADEUSZA ŁOMNICKIEGO W POZNANIU

Dramat Wyspiańskiego to szczególny utwór w dziejach naszego teatru. Gdy pojawia się na scenie to znak, że zespół artystyczny jest dojrzałym ciałem wspólnoty aktorskiej. To również pole dialogu z publicznością, bowiem treść może być barometrem społecznym i politycznym. Nieustanny sen, brak poczucia wzięcia odpowiedzialności za sprawy ogółu, diagnoza zachowań ludzkich – ile możliwości interpretacji.

BŁĘKITNA LANDRYNKA – „BŁĘKITNY ZAMEK” – MAZOWIECKI TEATR MUZYCZNY IM. JANA KIEPURY W WARSZAWIE

BŁĘKITNA LANDRYNKA – „BŁĘKITNY ZAMEK” – MAZOWIECKI TEATR MUZYCZNY IM. JANA KIEPURY W WARSZAWIE

W naszym kraju mamy blisko dziesięć teatrów muzycznych, nie wliczając do nich scen operowych, które co prawda sięgają po klasyczne operetki i musicale, ale w odmienny sposób kształtują repertuar. Te miejsca rozrywki dedykowane dla szerokiego widza, wymagają odmiennego omówienia, ale są ciekawym przykładem poszukiwań własnej