Autor: admin

SEN O WOJNIE – „SEN SREBRNY SALOMEI” – TEATR MODRZEJEWSKIEJ W LEGNICY

SEN O WOJNIE – „SEN SREBRNY SALOMEI” – TEATR MODRZEJEWSKIEJ W LEGNICY

Piotr Cieplak, w swoim bogatym dorobku artystycznym, posiada również inscenizacje dzieł Juliusza Słowackiego. Szczególnym, oryginalnym konceptem był Fantazy w Teatrze Miejskim w Gdyni. Spektakl w formie słuchowiska radiowego, z całą aparaturą profesjonalnego studia, przedstawiał kuchnię teatru wyobraźni. Dźwięki, modulacja głosu, odgłosy zewnętrznej przestrzeni – oczarowywały. 

PANOWIE GRAJĄ PANIE – „POSKROMIENIE ZŁOŚNICY” – TEATR ZAGŁĘBIA W SOSNOWCU

PANOWIE GRAJĄ PANIE – „POSKROMIENIE ZŁOŚNICY” – TEATR ZAGŁĘBIA W SOSNOWCU

Shakespeare jest wielki! To oczywiste stwierdzenie, wyrażone w językowym czasie teraźniejszym, ma swoje wielkie znaczenie. Bowiem dramaty Stradfordczyka są niezwykle aktualne w każdym okresie. Cóż, że minęły setki lat od momentu ich powstania, ale nad wyraz dobrze korespondują ze współczesnością. Nie tylko dramaty królewskie, będące 

Muzeum – „Giselle” – Polski Balet Narodowy, Teatr Wielki-Opera Narodowa w Warszawie

Muzeum – „Giselle” – Polski Balet Narodowy, Teatr Wielki-Opera Narodowa w Warszawie

Niezapomniana polska badaczka i popularyzatorka tańca Irena Turska, pisała: „Giselle jest jedynym baletem z okresu 1830-1845, który posiada nieprzerwaną niemal tradycję. Jest to więc zabytek muzealny, który jednak, w odróżnieniu od dzieł rzeźby czy malarstwa, ożywa za każdym razem na scenie w interpretacji coraz to nowego pokolenia artystów, wychowanych w odmiennych ideałach artystycznych”. To niezwykle ważne i trafne słowa. Ukazują bowiem, że balet jest sztuką żywą, która mimo swojego historycznego doświadczenia – konkretnego tytułu – winna korespondować ze współczesnością. Wielokrotnie mamy tego przykłady. Matthew Bourne nieustannie eksperymentuje z klasycznymi baletami do oryginalnej muzyki, przygotowując niesamowite, wyraziste, nowatorskie widowiska. Jego zjawiskowe Jezioro łabędzie, Dziadka do orzechów czy w tym sezonie Śpiącą królewnę można oglądać w Londynie. Giselle też miała niepowtarzalne szczęście. Genialny układ dla English National Ballet zrealizował Akram Khan, a spektakl objechał praktycznie cały glob, zdobywając serca widzów. Zabieg był niezwykle prosty. Historia została uwspółcześniona, jasna choreografia ożywiała statyczność przekazu, a wykonanie i ekspresja sięgały wyżyn możliwości tanecznych. Mimo owych zabiegów, to klasyczne wykonania cieszą się niezwykłą popularnością. Szefowie zespołów baletowych sięgają do owego układu, aby zapełnić repertuar ikonicznymi prezentacjami. I może to słuszna droga, gdyż publiczność chętnie ogląda owe staroświeckie spojrzenie na sztukę tańca, delektując się kunsztem i gracją tanecznej prezentacji. Pozostaje jednak mały znak zapytania. Czy przez to rozwija się sztuka baletowa, a może dochodzi do jej wyhamowania i osadzenia w swoistym miejscu pamięci – muzeum tradycji? I po premierze Polskiego Baletu Narodowego należy skłonić się ku owej konstatacji. Przedstawienie nie stało się reformatorskim i zaburzającym nasz stan wiedzy przeżyciem artystycznym, wzbudzając w niektórych fragmentach nawet politowanie. Bowiem można odnieść wrażenie, że znajdujemy się w dawnym pałacu, ale niestety zaniedbanym i pełnym kurzu, który pokrywa swoim siwym blaskiem zapach naftaliny i zatęchłe meble.

Realizację w Warszawie powierzono ważnej damie baletu Mainie Gielgud, która kilkukrotnie przygotowywała Giselle na deskach światowych. Jej praca, wierna pierwowzorowi, jest w wielu fragmentach nieznośna dla odbiorcy. Wydłużone do granic możliwości sceny pantomimiczne, które mają na celu sprecyzować akcję, są śmieszne i niestety trywialne. Historia do muzyki Adolphe-Charles Adama jest prostą opowieścią o wiejskiej dziewczynie, w której zakochuje się przebrany młodzieniec, w rzeczywistości będący księciem Albertem przyrzeczony zaślubić inną. Gdy prawda wychodzi na jaw Giselle, cierpiąca na serce, umiera. Akt drugi to już świat Willid, pozaziemski, mar i czarów, gdy oboje kochankowie spotykają się pomiędzy tym co realne i nierzeczywiste. I owa prawie bajkowa historia, opowiedziana tańcem, posiada swoje niekwestionowane plusy, ale również wiele mankamentów. Największym atutem, który wpisuje się do kręgu dobrego muzeum, było wykorzystanie scenograficznych projektów Andrzeja Kreutz Majewskiego. Jego bajkowe, a jednocześnie abstrakcyjne dekoracje i kostiumy, ukazują poezję romantycznego malarstwa. Jest nostalgicznie i urokliwie. Jednak już układ taneczny, mimo wielkiej precyzji i dokładności, nie jest niczym odkrywczym i nadzwyczajnym. Statyczność, wielokrotnie pusta scena bez akcji i powtarzalne gesty usypiają i wzbudzają irytację. Z wielką zadumą obserwowałem choreografię ławki, która raz się pojawiała, a raz znikała. Niektóre sceny są przygotowane z aptekarską dokładnością i szczegółowością, a inne z totalną nonszalancją – tyczy to wejścia dworu Księcia Kurlandii, gdzie dworzanie ruszają się jakby dopiero odeszli od kielicha wypełnionego winem. W drugiej części nie było jasnym po co kurtyna się podniosła jak przez długi fragment, w prawie całkowitej ciemności, mogliśmy obserwować prześwit księżyca. Takowych niewypałów jest więcej. Co gorsza można odnieść wrażenie, że taniec jest zmarginalizowany na rzecz klarowności pantomimicznego wywodu. To błąd. Bowiem klasa Polskiego Baletu Narodowego wymaga większego zaufania artystycznym możliwościom.

Choreografka tak stworzyła układ, że najwięcej uwagi poświęciła głównym bohaterom. Zarówno Giselle (Mai Kageyama) jak i Książę Albert (Patryk Walczak) mają świetne sekwencje taneczne, układ jest skomplikowany, a wykonanie precyzyjne. Należy podkreślić świetne skoki Walczaka, a także jego solo „do utraty tchu” w akcie drugim. Olbrzymim nieporozumieniem jest postać Hilariona. Czarny charakter, konkurent o miłość Giselle, faktycznie jest niezauważalny. Jego rola jest pełna gestów, ale nie tańca. Obsadzenie w tej partii Gregora Giselbrechta to olbrzymie nieporozumienie. Nie ma charyzmy, siły i potęgi. Jego taniec jest zdawkowy i ułomny. Starannością wykazała się Oliwia Górecka jako Mirta, królowa Willid, ale choć jej ruch był precyzyjny, to osobowości postaci nie uświadczyłem. Drugim atutem układu jest realizacja aktu drugiego. Ten „biały” fragment wymaga dokładności i zespołowości. I widać ciężką pracę ponad dwudziestu tancerek, które z poświęceniem odtwarzają niezwykle trudne figury klasycznego tańca. Jednak owe pozytywne elementy nie mogą przysłonić, że znajdujemy się w muzeum, gdzie dotknięcie jednego, delikatnego elementu może zniweczyć i ukruszyć całe przedstawienie. Myślę, że widzom należało jeszcze udostępnić filcowe kapcie, aby nie uszkodzili tej teatralnej machiny. Cały problem w tym, że w wielu fragmentach nie jest finezyjnie i perfekcyjnie, co spłaszcza idealizm spektaklu, który miał być piękną wystawą, a staje się karykaturą.

Olbrzymim atutem jest orkiestra Teatru Wielkiego – Opery Narodowej pod kierunkiem dyrektora muzycznego Patricka Fournilliera. Nie tylko akompaniował, ale współtworzył wieczór baletowy. Muzyka Adama jest prosta, powtarzalna, nieskomplikowana. Jednak praca francuskiego kapelmistrza godna jest podkreślenia, gdyż dźwięki współgrają, współtworzą, a nie są obok tego, co widzimy na scenie.

Sławomir Pietras, nie tak dawno, pisał o Giselle: „romantyczna trupiarnia” oraz „cmentarny” balet „który bardziej lubią tańczyć tancerki niż oglądać publiczność”. I z pierwszą częścią można się zgodzić, ale mimo wszystko druga nie przystaje do rzeczywistości. Spektakl będzie cieszył się olbrzymim powodzeniem. Bowiem warszawska publiczność głodna jest klasycznego baletu. Cóż, że posiada on wiele dziwnych rozwiązań, ale jest ukłonem w stronę tradycji tańca. Bowiem nasz konserwatyzm społeczny unaocznia się nawet w tej sztuce. Szanujemy to, co dawne i sprawdzone, a odrzucamy eksperyment i nowatorstwo. A przecież w życiu korzystamy z telefonów komórkowych, a nie gołębi pocztowych. Może test z pokazaniem inscenizacji Akrama Khana byłby dobrym krokiem do zmiany przyzwyczajeń widowni. Tego się nie dowiemy, bowiem nadal pozostajemy ze starymi rozwiązaniami w muzeum baletowej przeszłości.

Giselle, Adolphe-Charles Adam, realizacja: Maina Gielgud, Polski Balet Narodowy, Teatr Wielki-Opera Narodowa, premiera: listopad 2022.

                                                                               [Benjamin Paschalski]

MANIFESTY – „MARAT/SADE” – WROCŁAWSKI TEATR WSPÓŁCZESNY</strong>

MANIFESTY – „MARAT/SADE” – WROCŁAWSKI TEATR WSPÓŁCZESNY

Temat Wielkiej Rewolucji Francuskiej powraca do naszego współczesnego teatru z zadziwiającą częstotliwością. To, jak swoiste tchnienia, oddechy, które korespondują z dniem bieżącym. W duchu zrywu znad Sekwany dostrzec można mechanizmy władzy, spory ideowe, a także apoteozę wolności, wielokrotnie zbrukaną w kałuży krwi paryskiej ulicy. Niekwestionowaną ikoniczną postacią, dla naszej sceny, która obrała ową problematykę jako życiową powinność i pasję, była Stanisława Przybyszewska. Ukochała Robespierre’a, a deprecjonowała Dantona. Jej trzy dramaty, to faktyczny, nieustanny spór o racje rewolucji: Sprawa Dantona, Dziewięćdziesiąty trzeci i Thermidor. Dla teatru jej dramatopisarstwo jest tym, czym dla nauki polskiej prace Jana Baszkiewicza.

DŹWIĘKI TAŃCA – „TRIPLE BILL” – KOREAN NATIONAL BALLET W SEULU

DŹWIĘKI TAŃCA – „TRIPLE BILL” – KOREAN NATIONAL BALLET W SEULU

Wieczory baletowe, złożone z kilku samodzielnych prac choreograficznych, nastręczają zawsze wielu problemów. Bowiem wielokrotnie trudno doszukać się idei zbudowania owego programu. W tym sezonie w Europie odbędą się premiery baletowe, w których linią przewodnią będzie muzyka Igora Strawińskiego. W naszym kraju kilkanaście dni temu w 

FRANEK W IMAXIE – „Księgi Jakubowe” – Teatr Narodowy w Warszawie

FRANEK W IMAXIE – „Księgi Jakubowe” – Teatr Narodowy w Warszawie

Świat filmu jest pełen inspiracji dla sztuki teatralnej. Nowe technologie wkradają się do do każdej dziedziny twórczości kulturalnej. Imax, który zrewolucjonizował świat żywych obrazów, to z jednej strony większa rozdzielczość taśmy filmowej i odmienne ustawienie kadru – nie pionowo a poziomo. Nieodłącznym elementem jest wielki ekran do wyświetlania produkcji filmowej wsparty najnowocześniejszym systemem dźwiękowym. Oglądając najnowszą premierę Teatru Narodowego – Księgi Jakubowe na podstawie Olgi Tokarczuk w reżyserii Michała Zadary, miałem nieodparte wrażenie, że pomysł inscenizacyjny powstał z fascynacji nową technologią i techniką filmową. Reżyser skonstruował spektakl posiłkując się formatem scenariusza X Muzy, gdzie cięcia są niezwykle szybkie, kolejne sekwencje postępują po sobie, a akcja rozpisana jest na krótkie epizody z życia bohatera. Do tego, jak przystało na wytrawny seans filmowy, towarzyszy niepokojąca kompozycja muzyczna przygotowana i wykonywana, zjawiskowo, na żywo przez Justynę Skoczek. Tylko wychodząc po seansie kinowym w Imaxie można być oczarowanym techniką i efektami specjalnymi, ale wnętrze pozostaje puste i nijakie. Niestety podobne wrażenia można odnieść po obejrzeniu widowiska teatralnego.

Reżyser podejmuje podobny trop opowieści jak we wcześniejszej adaptacji książki noblistki, Biegunach, w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Analogicznie narrator to kobieta i jest to ponownie Barbara Wysocka. Podobne chwyty opowieści, komentarza, narratora. Na warszawskiej Pradze byliśmy w poczekalni dworcowej, teraz to również czas podróży – po chmurach, po górach. Jenta Wysockiej to lewitująca – dosłownie i w przenośni – bohaterka, która będąc w kabalistycznym letargu, ogląda świat zawieszona pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. Jest i jej nie ma. Krąży wśród bohaterów, komentuje, wspiera, widzi więcej. Z rozwianym siwym włosem, pełna zadumy i refleksji. Jej postać jest jak wiatr, który dotyka historii i niesie jej prawdę dalej, dalej, dalej. To postać spełniona, jasna i klarowna w gąszczu snujących się osobowości wywiedzionych z kart powieści. Zadara tworzy historię wielowątkową o bohaterze, który jest tu i teraz. Wydaje się, że ma on własny plan i świadomość postępowania w imię powodzenia żydowskiej wspólnoty, która zmieniając wyznanie ma stać się poważnym partnerem w życiu społecznym, politycznym i ekonomicznym. Reżyser kolejny raz odziera ducha metafizyki na rzecz racjonalności czynu. Tak jak Konrad z jego Dziadów bez skreśleń, był realnym człowiekiem, z krwi i kości, nie postacią zesłaną z innego świata do czynu, ponownie Jakub Frank to realny gracz, który swoją ukrytą, tajemną sztuką buduje potęgę możliwości. To hochsztapler i zawadiaka, który oczarowuje słowem i działaniem. Gromadzi wspólnotę nie czytając tory, czy rozprawiając o prawidłach żydowskiej egzystencji w Jesziwie, ale jest realnym mocodawcą i liderem. Na myśl przywodzi innego, realnego bohatera z polskiego pogranicza, który w imię nowej wiary zebrał lud dla własnego interesu i pomyślności. Mowa o Eliaszu Klimowiczu i jego sekcie Wierszalin. Budując w początkach dwudziestego wieku Nowe Jeruzalem nie patrzył tylko na litery Pisma Świętego, ale kształtował odmienne życie, nie stroniąc od pieniądza i powodzenia. Bliskość bohaterów jest niezwykle interesująca i warta głębszego namysłu w przyszłości. Jednak takowe ujęcie powoduje, że opowieść zbliża się do gry łotrzykowskiej, a nie metafizycznej, natchnionej przypowieści. Mimo przystępności i jasnego wywodu ulatuje duch emocji i żydowskiego świata. A przecież ta problematyka zawsze Michała Zadarę interesowała. Przez takowe ujęcie może to być opowieść o każdym, który dla własnego dobrego statusu, wykorzystując cechy charakteru i osobowości, poprzez uwiedzenie ludu, staje się jego liderem i przywódcą. Nie ma w tym spektaklu owego klimatu uduchowienia, erotycznego uwiedzenia, pożądania, sekciarstwa, tajemnych więzi. Jest wydestylowana tkanka pożądania, ale nie cielesnego, lecz społecznego. To bardziej obyczajowy epos niż mistyczny trans.

Przedstawienie to wieloobsadowa podróż przez świat Jakuba Franka zamknięta w nazwanych sześciu księgach. I tu kolejny znak zapytania. Dlaczego reżyser, mimo częstego wykorzystania, odchodzi od podpisania wyświetlanymi napisami, poszczególnych sekwencji spektaklu? Te klamry opowieści dałyby widzowi jasny sygnał przejścia do kolejnego fragmentu losów bohaterów. Niektóre fragmenty wypadają lepiej, inne są chybione. Najgorzej wygląda początek spektaklu, który jest jasnym nawiązaniem do montażu filmowego. W ciasnej przestrzeni proscenium, przez scenę przewija się masa bohaterów. Słabo oświetleni, ni to w pokoju Jenty, ni to izbie karczmy, dokonują prezentacji postaci. To nieznośny fragment, który gmatwa a nie wyjaśnia. Gdy otwiera się przestrzeń sceny jest już lepiej, luźniej i logiczniej. Elementy scenografii, to również nawiązanie do Dziadów, bowiem Robert Rumas stworzył kilka horyzontów w barwach nieba, które posiadają wycięte elementy tworzące przestrzeń gry. Odrealnione bardziej uosabiają świat Jenty i jej postrzeganie pola gry, niż realizm akcji życia Jakuba Franka. Na samym szczycie sceny zawisł ekran znany z kinowego Imaxa i to jest sedno spektaklu. Bowiem jest on niezbędny do wyświetlania projekcji. To właśnie one najpełniej dookreślają nieuchwytność świata – błękitu nieba. Jednak zderzenie z pragmatyzmem adaptacji burzy ową magię i czar. Dopełnieniem owego świata miała być wykonywana na żywo muzyka. Dźwięki to jak bicie serca Jenty, powolne, stłumione, wyciszone. Nadają szczególny rytm akcji, ale analogicznie jak projekcje są jakby nie z tej opowieści.

Aktorstwo, jak to w Teatrze Narodowym, jest wyrównane. Ta epicka opowieść wymaga dużego zespołu aktorskiego i takowy reżyser otrzymał. Ciężko wyróżnić kogokolwiek, oprócz wspomnianej Barbary Wysockiej, bowiem jest to praca wspólna, wspólnotowa – jak koncept Jakuba Franka. Każdy z aktorów ma do odegrania kilka postaci i owszem można dostać zawrotu głowy z tego korowodu, ale niektórzy świetnie sobie radzą z zamianą ról. Niestety nie przekonuje w roli Jakuba Franka Henryk Simon, a Jerzy Radziwiłowicz jako dojrzały bohater, poprzez swoją manieryczność jest wręcz nieznośny w odbiorze.

Spektakl Michała Zadary to kolejny trop poszukiwań w jego pracy twórczej. Tym razem fascynacja filmowym światem udała się połowicznie. Widać rękę sprawnego twórcy, nieźle wypadają poszczególne sceny, ale koncept ideowy wywiedziony z powieści Tokarczuk rozbił się na drobne monety potrzebne Jakubowi Frankowi dla własnego powodzenia i perwersji. To trochę za mało jak na twórcę, który wielokrotnie mówił i tworzył na rzecz kształtowania wspólnoty, a także pamięci tych, którzy żyli obok nas przez wiele lat, a dziś pozostała tylko ulotna pamięć.

Księgi Jakubowe, Olga Tokarczuk, reżyseria Michał Zadara, Teatr Narodowy w Warszawie, premiera: listopad 2022.

[Benjamin Paschalski]


Fot. Krzysztof Bieliński

Gdzie na mecz w Warszawie? Mistrzostw świata 2022?

Gdzie na mecz w Warszawie? Mistrzostw świata 2022?

Dziś startuje mundial. Już o 17:00 w meczu otwarcia gospodarze turnieju (Katar) zmierzą się z Ekwadorem. Gdzie obejrzeć ten mecz? W jakim miejscu w Warszawie warto pójść na mecze Polaków? Wszystkie odpowiedzi znajdziecie w tym tekście. Te mistrzostwa będą zupełnie inne niż wszystkie. Nie będzie 

Dzieci są najważniejsze – „Dekalog” – Teatr Narodowy w Warszawie

Dzieci są najważniejsze – „Dekalog” – Teatr Narodowy w Warszawie

Twórczość Krzysztofa Kieślowskiego zawsze wzbudzała mój podziw, ale również w jakiś dziwny sposób odrzucała. Doceniam jego filmy okresu „Kina moralnego niepokoju”, szczególnie Amatora, a Przypadek stanowił fantastyczny obraz możliwego wyboru, a także ślepego losu decydującego o naszym życiu. Jednak na przeciwległym biegunie znajduje się Dekalog.