Czy Giacomo Casanova był nudny? Na pewno nie. Jego życie przepełnione wyuzdaniem, zdobywaniem niewieścich serc, zdradą, ucieczką i podróżą pełne było wyzwań, które mogą stanowić kanwę nie jednej opowieści. W świecie baletu dał temu wyraz kilka lat temu Krzysztof Pastor, który z Polskim Baletem Narodowym …
To jest hit! Nie boję się tego słowa użyć. W ostatnich latach dwukrotnie miałem poczucie, że muszę wstać do oklasków. Pierwszy raz po Klątwie Olivera Frljica w warszawskim Teatrze Powszechnym, a dokładnie tydzień temu po musicalu Priscilla, królowa pustyni w Teatrze Muzycznym Capitol we Wrocławiu. Nie ma drugiego, w naszym kraju, przedstawienia tak optymistycznego, spontanicznego, żywiołowego.
Sklep ze słodyczami na jednej z ulic Dubaju. Żartuję ze sprzedawcą, on pyta skąd jestem. Odpowiadam z Polski. On się uśmiecha i mówi – Lewandowski! Odmieniane przez wszystkie przypadki nazwisko polskiego napastnika na całym Świecie świadczy nie tylko o rozpoznawalnej marce świetnego piłkarza jakim jest bez wątpienia Robert Lewandowski, ale również o fenomenie samego footballu. Jak Świat szeroki, na każdym kontynencie piłka nożna wzbudza emocje, integruje, wytwarza specyficzną atmosferę wspólnoty, buduje lokalne historie, ale również dzieli i ukazuje animozje międzyludzkie. Ale co najważniejsze wzbudza emocje. Żadna inna sfera życia społecznego, nieświadomie, nie zrobiła więcej dla budowania więzi narodowej i państwowej, gdy mówimy o reprezentacjach narodowych, a także lokalnych relacjach, odwołując się do klubów piłkarskich rozsianych po najmniejszych miejscowościach całego Świata. To wdzięczny temat dla sceny i teatru. Z wielu powodów performatywne zachowania kibiców, ale i aktorów-piłkarzy na murawie dają nam płaszczyznę porównań do widowiska teatralnego. Tylko z jedną różnicą. Publiczność na meczach piłkarskich też odgrywa swoje role jest komponentem pełnego spektaklu piłkarskiego. W teatrze jest oddzielona od sceny, rozgranicza ją rampa. Jest obserwatorem tego, co może zobaczyć na scenie. Ale czy zawsze tak jest?
Śląsk i Zagłębie to kuźnia talentów, mekka wielu klubów piłkarskich. Nie bez powodu tematyką własnego, lokalnego zespołu zajął się Teatr Nowy w Zabrzu. Do współpracy zaprosił specjalistę od regionalnych historii – dyrektora legnickiej sceny Jacka Głomba. Reżyser wykorzystując tekst Katarzyny Knychalskiej zainspirowany książką Pawła Czado o złotych latach Górnika Zabrze, zbudował wielowątkowy epos o drużynie śląskiej. Przedstawienie to swoista wędrówka w przeszłość, świat nie tyle zapomniany, co istniejący jako legenda a teraz przywracany z zakamarków pamięci. Historie prawdziwe mieszają się z fikcyjnymi. Postacie nie są wielokrotnie nazwane i przypisane, ale nie staje się to problemem, gdyż narracja ukazuje nie konkretne przypadki, ale coś ulotnego – wspólnotę. Bowiem Głomb szatkuje opowieść jak kapustę modrą do rolady śląskiej. Nie jest ważna chronologia, opowieść, zwięzłość. Ale mikroscenki ukazujące więzi wewnątrz klubu i wokół niego.
Zaczyna się niewinnie od podwórka, gdy w bala tną młodzi, nieświadomi. Zapaleńcy, którzy tylko z własnych umiejętności budowali potęgę klubową ponad dziesięciokrotnego mistrza Polski. Bez wielkich honorariów i apanaży zdobywali to, co najcenniejsze – sukcesy i uznanie. Jednak ta opowieść jest gorzka. Nie przesłodzona, ale też nie dokumentalna. Podszyta ironią śląskiej zwady. Bowiem sukcesy na boisku to życiowe porażki – alkoholizm, strach przed zesłaniem do kopalni, niemoc wyjazdu i wielokrotnie niespełnienie. Twórcy ukazują losy nie tylko piłkarzy, ale również ich rodziny, miksują znaczenie prezesów, najwierniejszych kibiców. Najbardziej wzruszająca scena to historyczne nagranie foniczne komentatora Jana Ciszewskiego z meczu Górnika Zabrze z AS Roma, gdy o awansie decydował rzut monetą. Los sprzyjał Polakom. Ciszewski wypowiedział znamienne zdanie: „Sprawiedliwości stało się zadość”. Minęło kilkadziesiąt lat, a scena z największego triumfu klubowego w naszym kraju daje wiele do myślenia. Bowiem wówczas nie było prawie nic, getry były na wagę złota, ale duch walki i zapał budował jakość drużyny. Ta opowieść ma swoich mniejszych i większych bohaterów. Radości mieszają się ze smutkiem śmierci i trudnych wyborów trenowania w Afryce Środkowej, aby godnie żyć. Ta śląska opowieść jest znacząca dla nas wszystkich, tych którzy znają piłkę lepiej lub pobieżnie. Bowiem ukazuje ile znaczy bal w małym mieście, jaką unię społeczną może wytworzyć, ile dać ludziom nadziei, a także zbudować sprawne przedsiębiorstwo dla wielu zaangażowanych. Niestety pesymizm ostatnich lat przebija jako przegrana klubu. Ale nie ma co się dziwić. W życiu są wzloty i upadki oraz zawsze jest nadzieja na odrodzenie Górnika Zabrze.
W tym spektaklu jest szczególna moc. Bowiem tak jak na stadionie istnieje dodatkowy aktor – lokalna publiczność. Część widzów zawitała w klubowych barwach, szalikach Górnika Zabrze. Gdy rozbrzmiewają sloganowe przyśpiewki wszyscy wtórują i biją brawo. Niektórzy żywo komentują – „to o Lubańskim”, „to o Edmundzie Kowalu”. Ze zdumieniem stwierdzałem, że jestem laikiem w tym gronie zapaleńców kochających swojego Górnika. Przedstawienie oglądałem razem z przyjacielem – znawcą footballu. Co chwile tłumaczył mi zawiłości z historii klubu co świadczy o żywej lokalnej tradycji.
Mimo świetnego pomysłu, to historia w wielu miejscach gubi się. Dramaturgia nie jest najmocniejszą stroną widowiska. Trudno jest w nią się wgryźć. Następuje to po czterdziestu pięciu minutach, gdy druga połowa wymaga większego zaangażowania, aby dobry wynik dotrzymać do końca. Scenografia to horyzonty kamiennego węgla. Niby jesteśmy w środku kopalni z szybami, a z drugiej strony na normalnym osiedlowym placu zabaw z niezawodnym trzepakiem, który służy za bramkę. W tej przestrzeni nie najgorzej odnajdują się aktorzy, którzy czasem mówią śląską gwarą, co podkreśla miejsce akcji. Najciekawiej wypada Maciej Kaczor, który świetnie operuje piłką. Przez chwilę myślałem, że to zawodowy piłkarz. Zawsze warto wykorzystać umiejętności, a w tym przypadku to pełne pole możliwości. Pozostali aktorzy odtwarzają paletę postaci od liderów klubu, piłkarzy, matek, córek i zagorzałych kibiców. To raczej gra zespołowa – jak na murawie piłkarskiej.
Zabrzańska historia to ciekawa lekcja. Mimo spektaklu z zastrzeżeniami to wytwarza on specyficzną symbiozę. Wspólnotę jak na stadionie piłkarskim. Widzowie sekundują aktorom tak jak piłkarskim jedenastkom. Jest rubasznie, swojsko. Klimat ubarwiają przyśpiewki stadionowe. Nie ma przemocy. A to bardzo ważne. Jest symbioza. Jak rzadko. Sztuka i sport. Niemożliwe stało się realne.
Chłopcy z Roosevelta, Katarzyna Knychalska, reżyseria Jacek Głomb, Teatr Nowy w Zabrzu, premiera: październik 2022.
Niedawne tygodnie na świecie skupione były w głównej mierze na ostatnim pożegnaniu brytyjskiej królowej Elżbiety II. Co chwile byliśmy bombardowani informacjami czy wnuczęta przyjechały, czy nie przyjechały, czy książę Karol to będzie dobry władca czy zły.
Aruba – Sophisticated Ribs Bar to ulokowana na śródmieściu stolica żeberek. Restauracja specjalizuje się w ich pieczonej wersji, jak sami piszą „Nasze żeberka swój obłędny smak i aromat zawdzięczają marynowaniu przez 48h i pieczeniu w żywym ogniu”. Trzeba przyznać Arubie rację, mięso jest wyśmienite, upajające, a dodatki dopełniają dania. Na Hożej 61 spodziewajcie się prawdziwej uczty, porcję są olbrzymie, a jedzenie przepyszne.
Większość widzów odwiedzających sale teatralne poszukuje rozrywki, oddechu od codzienności. Ale równie chętnie oglądamy widowiska korespondujące z dniem dzisiejszym, gdy niby z przymrużeniem oka widzimy nasz obraz społeczny, może wyjaskrawiony i przeszyty cyniczną kreską wyrazistości, ale pełen dosadnego komentarza do współczesności. Takim tekstem, który świetnie ukazuje mechanizmy relacji międzyludzkich, rolę wiary w życiu, a nawet szerzej kościoła w państwie jest Tartuffe francuskiego mistrza Moliera. Można go wystawiać w kostiumie odwołując się do tradycji i spuścizny teatralnej, ale również podjąć próbę wpisania komedii w dzisiejszy czas i opowiedzieć rzecz o nas, Polakach wieku dwudziestego pierwszego. I właśnie takowego uwspółcześnienia dokonał Jarosław Tumidajski w radomskim Teatrze Powszechnym. Ryzyko się udało. Choć mimo niektórych nietrafionych scen i zgrzytu pomiędzy wierszem a akcją sceniczną to publiczność otrzymuje garść dobrej rozrywki przy równoczesnym lustrze naszej rzeczywistości. Moja sąsiadka w teatralnym fotelu co chwilę przytakiwała słowom padającym ze sceny. To trochę jak na kościelnym kazaniu, gdy wszyscy kiwają głowami, a jeden wierny rozumie i milczy. Tu odwrotnie reakcje są spontaniczne, a treści nad podziw aktualne i trafne. A skojarzenia, choć pisane grubą kreską – jednoznaczne.
Całość spektaklu definiuje jeden prosty zabieg. Przed jego rozpoczęciem, klasyczne ostrzeżenie o nieużywaniu telefonów komórkowych, ale wplecenie dwóch powiedzonek powiązanych z kościołem określa problematykę spektaklu. „Alleluja i do przodu” – to najlepsze motto radomskiego wieczoru. Bowiem jest to opowieść jak wiarą można uwieść drugiego człowieka. Jak prosty cwaniak, intelektualne zero, wykorzystując proste mechanizmy manipulacji z krzyżem w tle, może zbałamucić naiwnego i łatwowiernego człowieka, który oddaje mu całe własne dobro duchowe i materialne, a na koniec staje się nędzarzem. Spektakl jest na swój sposób, w komediowym tonie, moralitetem o uwiedzeniu, gdzie oczy zasłania jedna idea, jedna wartość dla której poświęcamy rodzinę oraz najbliższych.
Tumidajski osadza molierowską opowieść w dniu dzisiejszym. Dom nuworysza Orgona, kochającego męża i ojca nawiedza niczym Kaszpirowski – Tartuffe. Człowiek o marnym charakterze, bigot, lis farbowany, który pod płaszczem świętości, okręca wokół palca pana domu. Na nic zdają się zabiegi żony, służącej, dzieci o wybudzenie się z religijnego omamienia. Chytry Tartuffe jest nieokiełznany. Prostacki mechanizm użycia słów i gestów jednych oczarowuje, innych odrzuca. Jest w tym zabiegu wiele z naszej codzienności. Aluzja reżysera zestawienia postaci z redemptorystą z Torunia jest bardzo jasna do odczytania. Nie bez powodu Orgon wjeżdża na scenę Mercedesem, którego logo na frontonie zostanie zmienione na krzyż w momencie przejęcia majątku. No przecież bohater z Pomorza też otrzymał samochód od bezdomnego. Tartuffe nie cofa się przed niczym jest jak szantażysta, terrorysta, który demoluje mir domowy w imię własnej korzyści. Otrzeźwienie Pana domu przychodzi zbyt późno. Z bogacza staje się nędzarzem, zerem wykpionym i zdradzonym. Rodzina mimo zabiegów otrzeźwienia staje się niemym znakiem ostrzegawczym, bowiem zaślepienie jest silniejsze. To przestroga dla wszystkich, bo skutki i następstwa zaślepienia w każdej wierze mogą być katastrofalne.
Przedstawienie rozgrywa się tu i teraz. Scenografia Michała Dracza jest prosta i funkcjonalna, ale nie pozbawiona kiczu charakterystycznego dla domów nowobogackich właścicieli. Zabrakło jedynie krasnali ogrodowych, ale sztuczne kwiaty to i tak wystarczająca ironia. Na obrotowej scenie pokój z podstawowymi sprzętami. A na proscenium pojawia się figura Jana Pawła II, bo przecież jak wierzyć to nie tylko dla siebie, ale i na pokaz. Kostiumy to kolekcja salonu mody, a na tym tle wyróżnia się Tartuffe w dresie lub skromnym ubraniu. Bowiem jest inny, odmienny od domostwa Orgona. Należy podkreślić dobry zespół aktorski. Choć pierwsze fragmenty nie należą do najlepszych, można odnieść wrażenie, że spektakl zmierza w złym kierunku, to przebija wszystko scena córki Orgona Marianny (Aleksandra Bogulewska) z jej narzeczonym Walerym (gościnnie Piotr Gawron-Jedlikowski), gdy kłótnia przeradza się w bitwę na części garderoby jak pojedynek na miny w Ferdydurke Gombrowicza. Dalej akcja nabiera dobrego przyspieszenia. Osobą napędzającą zdarzenia jest służącą Doryna (Maria Gudejko), która jako pierwsza rozszyfrowała kłamliwego Tartuffa. Pewna siebie, wygadana i zaradna. Jednak kluczową rolę odgrywa tytułowy bohater. Jakub Kamieński łączy w sobie prostego cwaniaka z przebiegłym i wyrachowanym udawanym dewotą. Okręcił wokół palca pana domu, który nie wierzy nikomu tylko farbowanemu lisowi.
Spektakl w Radomiu to swoista przestroga, że słowa Moliera sprzed czterech wieków są nadal aktualne. Czasy się zmieniły, ale ludzie nada popełniają identyczne błędy. Wokół nas pełno łatwowiernych i zagubionych, którzy w imię dobrej sprawy, w tym przypadku wiary, są w stanie oddać cały swój majątek. Otrzeźwienie przychodzi gdy już jest zbyt późno. A przecież warto ufać najbliższym a nie medialnym manipulatorom i napotkanym kaznodziejom niby dobrej sprawy. A przecież chodzi tylko o egoistyczne wykorzystanie bliźniego, bo Alleluja i do przodu!
Tartuffe czyli Świętoszek, Moliere, reżyseria Jarosław Tumidajski, Teatr Powszechny im. J. Kochanowskiego w Radomiu, premiera: maj 2022.
[Benjamin Paschalski]
Foto: Teatr Powszechny im. Jana Kochanowskiego w Radomiu / FB
Kilkanaście lat temu nieistniejący już, budapeszteński Kretakor Szinhaz prowadzony przez Arpada Schillinga, przygotował premierę jednego z najważniejszych spektakli ostatnich lat. Był on również prezentowany podczas wrocławskiego festiwalu Dialog, gdzie stał się dyskutowaną wypowiedzią polityczną i społeczną. Mowa o Blackland. Genialnym przedstawieniu, gdzie grupa aktorów ubrana w nienaganne kreacje: smokingi i suknie wizytowe w idealnej przestrzeni pokoju pokrytego różowym atłasem, szlakiem dziecięcym, krzyżem oraz niekończącą się liczbą drzwi, odgrywała krótkie scenki jak wiadomości sms o rzeczywistości i dniu codziennym Węgier.
Toskania to prawdziwy cud natury i wytworów ludzkości. Ten włoski region to bliskość Apenin oraz Morza Liguryjskiego i Tyreńskiego. Kraina ta od zawsze budziła zachwyt. Piękno górzystych krajobrazów owijanych zachodzącym słońcem, niesamowita przestrzeń, poczucie wolności i braku ingerencji człowieka. Połączone z klimatycznymi miasteczkami, w których …