Autor: admin

ŚMIESZNOŚĆ Z TATAREM – „POLOWANIE NA OSY. HISTORIA NA ŚMIERĆ I ŻYCIE” – TEATRGALERIA STUDIO W WARSZAWIE

ŚMIESZNOŚĆ Z TATAREM – „POLOWANIE NA OSY. HISTORIA NA ŚMIERĆ I ŻYCIE” – TEATRGALERIA STUDIO W WARSZAWIE

Historie kryminalne to atrakcyjny temat dla teatru i filmu. W okresie PRL istniała seria Teatru Telewizji ochrzczona mianem Kobry, gdzie zbrodnia i detektywistyczna intryga przyciągała przed ekrany szerokie masy odbiorców. Kultowy serial 07 zgłoś się bił rekordy popularności. Porucznik Borewicz nie jawił się tylko jako niezłomny as Milicji Obywatelskiej, ale również jego historie ukazywały tło obyczajowe półświatka i egzystencji lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku. Z owego specyficznego zainteresowania Polaków tematyką kryminalną zrodził się Magazyn Kryminalny 997, w którym rekonstrukcje zbrodni, poszukiwania przestępców ukazywały czarne strony ponoć epoki bez przemocy.

FROMBORK KICZ – „UKŁAD SPLĄTANY. KOPERNIK I INNI” – TEATR IM. WILAMA HORZYCY W TORUNIU

FROMBORK KICZ – „UKŁAD SPLĄTANY. KOPERNIK I INNI” – TEATR IM. WILAMA HORZYCY W TORUNIU

Niezwykle cenię sobie opowieści biograficzne w teatrze czy też filmie. Co prawda przyprawione fantazją, lekko a może nawet i daleko odbiegają od prawdy historycznej, to stanowią ciekawy obrazek pewnej epoki, środowiska, społeczności, elity. Bowiem to nie tylko rys indywidualny, ale szeroka możliwa panorama określonego wycinka czasu, w którym kosmos ludzki jest świetnym materiałem literackim, ale i prezentacyjnym na scenie czy też taśmie filmowej. Takowym polskim twórcą teatralnym, który wielokrotnie powraca do życiorysów, nieoczywistych tajemnych spotkań, które ukazują ludzkie charaktery artystycznej śmietanki, jest Maciej Wojtyszko.

WĄŻ I ŻMIJA – „O DWÓCH TAKICH, CO UKRADLI KSIĘŻYC” – TEATR LALKA W WARSZAWIE

WĄŻ I ŻMIJA – „O DWÓCH TAKICH, CO UKRADLI KSIĘŻYC” – TEATR LALKA W WARSZAWIE

Mam olbrzymi sentyment dla teatru dedykowanego dziecięcemu i młodemu odbiorcy. Trudno go nazwać sceną lalkową, gdyż odczuwam olbrzymi deficyt tej formy artystycznej, ale odwołuję się do całego kalejdoskopu widowisk adresowanych do naszych małoletnich widzów. Bowiem właśnie w tym wieku kształtuje się gust, ale również zwyczaj bywania w teatrze. Dla mnie pierwszym doświadczeniem teatralnym stał się Teatr Lalka w Warszawie. Chyba miałem  trzy lata, gdy przyprowadzony przez mamę zakochałem się w tym miejscu. Pierwszy spektakl w życiu – Urodziny słonia, oglądałem sześć razy. A gąbkowy kawałek tortu, który wręczano dzieciom podczas uroczystości zwierzęcia, przechowywałem przez długie lata w dziecięcym pokoju magii. To w nim kształtowały się widowiska wsparte dwoma krzesłami, sznurkiem i kocem oraz setką moich ukochanych pacynek. Szaleństwo było przednie, a kolejne wymyślone historie niesamowite. Pamięć zawodzi, ale ten świat pozostanie zawsze w sercu. Miałem szansę spotkać wspaniałych przewodników artystycznych, gdy podziwiałem prace w Teatrze Baj Krzysztofa Niesiołowskiego, a przede wszystkim wspominam podróże na ulicę Różaną do niesamowitego Guliwera prowadzonego przez Monikę Snarską. Gdzież są te czasy, gdy kolejne spektakle to poszukiwania formy. Chyba jestem jednym z nielicznych, którzy pamiętają baletowego z kukłami Pana Twardowskiego do muzyki Ludomira Różyckiego, marionetkowego Pinokia i świetnego, w quasi maskach Detektywa lisa prowadzącego śledztwo. Nie można także nie wracać do świetnych bajek wywiedzionych z baśni z tysiąca i jednej nocy wspartych geniuszem plastycznym Ali Bunscha. To były piękne czasy. Faktycznie trzy lalkowe sceny miały swoich wieloletnich gospodarzy, oprócz wspomnianych, to w Lalce owym łącznikiem, przy zmieniających się dyrekcjach, pozostał Adam Kilian. Uwielbiałem jego plastykę, połączenie ludowości z oryginalnością. Nie ma owych czasów, pamięć jest ulotna, niedługo już zapomnimy o owych chwilach, posiłkując się jedynie publikacjami wspomnień.

Jednak warszawski Teatr Lalka ma swój niebagatelny urok. I choć ulega modom, co też jest związane z percepcją widzów, od czysto lalkowych pokazów na rzecz żywego planu, to pozostaje w nim nuta dawnego czasu. Gabloty wypełnione historycznymi postaciami, piernikowe figury pokrywające ściany, fotele pamiętające czasy przeszłe, ale już tylko znajdujące się w foyer jako nostalgia minionego. I jeszcze bufet, w którym zajadało się galaretkę oraz popijało mleczne koktajle. Dawne, a jakże bliskie, gdy patrzy się na te same stoliki pokryte małymi kafelkami porcelany. W tym miejscu, zlokalizowanym w Pałacu Kultury i Nauki, jest jeszcze jedna nierozerwalna nić – nazwisko Kilian. Sięga ono czasów powstania sceny w Samarkandzie, gdy budowała ją Janina Kilian-Stanisławska, następnie wspomniany Adam, a dziś Jarosław. Można powiedzieć, że mimo zmieniających się czasów, to rodzinne przedsiębiorstwo, podobnej, uniwersalnej stylistyki, gdzie najważniejszym jest dobro dziecka. Wychowanie przez sztukę wsparte geniuszem literatury, sprawnej reżyserii i piękna scenografii.

Ostatnia praca w Lalce to O dwóch takich, co ukradli księżyc na podstawie Kornela Makuszyńskiego. I gdy zobaczyłem w repertuarze owe zamierzenie – pomyślałem muszę to zobaczyć! Powodów było kilka. Pierwszy, o dziwo – polityczny. Bowiem w roku wyborczym, chwilę po elekcji parlamentarnej sięgać po ów tytuł ma posmak małej sensacji. Przecież bracia Jarosław i Lech Kaczyńscy grali w wersji filmowej i skojarzenia zawsze będą występowały. Warto przypomnieć, że w roku 2005, gdy premiera miała miejsce w Słupsku, w reżyserii Ireny Dragan, to niektórym lalkowi bohaterowie przypominali twarze polityków, a sprawa miała szeroki zasięg medialny i lokalny. Niektórzy nazywali wystawienie prowokacją i kpiną z nowo obranej głowy państwa i lidera partii Prawo i Sprawiedliwość. Do tytułu podchodzono z ostrożnością. W ostatnim dwudziestoleciu pojawił się on w naszym kraju zaledwie pięciokrotnie. Owe fatum filmowe chyba zaszkodziło teatralnej karierze. Myślałem sobie, że Jarosław Kilian mrugnie okiem do dorosłych, pozostawiając fraszkę dla dzieci. Niestety, nie tędy droga. Drugi aspekt, to fantazja reżysera. Cenię sobie jego prace, szczególnie lubię pomysły na Shakespeare’a oraz Słowackiego, gdy z powagi wydobywa ludyczność i śmieszność. To ważne umiejętnie przekuć balon napuszenia na rzecz krotochwili i odmiennego spojrzenia. Nie wszystko co jest w Lalce cenię. Nie tak dawno ze swoimi koleżankami uciekaliśmy, gdzie pieprz rośnie z fatalnych Dzieci w Bullerbyn, naprawdę rozpacz. Ale ciekawie obserwuje się dzieci. Czy się nudzą, a może włączają w opowieść. O dwóch takich… zatem ma też swoją tajemnicę. 

Jarosław Kilian przygotował widowisko sprawne, przede wszystkim cieszące oko. To świetna praca ilustratorki książek i graficzki Joanny Rusinek, która niebagatelną własną fantazję pięknie odtwarza na scenie. Pod powiekami nadal mam wspaniałe abstrakcyjne miasteczko, z figurami wziętymi niczym z kart geometrycznych, a pszczoły to małe drony, które zagospodarowują całą przestrzeń sceny i widowni ku uciesze młodych widzów. Świat cieni, wzmaga niesamowitość i zaciekawienie. Świetna jest również scena maskowa ze zbójnikami, która pokazuje magię innego teatru, niekoniecznie żywego, ludzkiego planu. To właśnie owa sekwencja pobudza wyobraźnię, wyzwala poczucie wykorzystania zmysłów, a także ukazuje tajemnicę teatru. Drugim pozytywem jest muzyka Grzegorza Turnaua, która jest ważnym nośnikiem owego przedstawienia, a także ruch sceniczny Emila Wesołowskiego. W ten sposób buduje się dobra, sprawna opowieść – historia drogi. Bowiem reżyser tworzy narrację dwóch chłopców jako poszukiwanie nie tyle przygód, co odnalezienia siebie, sensu tego czym jest życie. Ma w tym dopomóc postać Anioła. Wydaje się to w dzisiejszym czasie zupełnie chybione. Część widzów w ogóle nie rozumie metafory chrześcijańskiej, jest od niej oderwana, gdyż edukacja w domu, wielokrotnie daleka jest od wiary katolickiej. Symbolika zatroskanej, zapracowanej i mimo wszystko kochającej matki wydaje się jedynie trafna. Każde dziecko jest świadome, że może liczyć na rodzicielkę, mimo krzywd, które nawet nieświadomie jej wyrządza. Kilian ponosi w tym zakresie sromotną klęskę, bowiem biała postać opiekuna odbiega od myślenia współczesności. Kto wie czy Batman, a może Supermen byłby bardziej trafiony. Jacek i Placek, niesforni chłopcy, mieszkańcy Zapiecka, opuszczają własny świat, aby poznać siebie. To właśnie jest istotą człowieczeństwa, a nie siła nadprzyrodzona. Podobny problem jest z tytułowym księżycem. Co prawda pojawia się w drugiej części jako magiczna kula, ale wcześniej go nie ma. Szkoda. Skoro jest tematem opowieści, winien być niezmiennym towarzyszem przygód i zwad młodych bohaterów. W głównych rolach obsadzono dwie młode aktorki Hannę Turnau i Magdalenę Pamułę. Już ów zabieg jest wątpliwy. Czyżby chęć odwrócenia uwagi od filmowych aktorów? Zresztą inna ekspresja jest dziewczyn a odmienna chłopaków. I to można zauważyć. Nie wierzy się tym postaciom, jasnym jest, że odtwarzają „ciała obce”, a nie są prawdziwym Jackiem i Plackiem. Zresztą reżyser zlecił im tyle zadań, że obie panie dostają zadyszki, co śmieszy starszego widza, który nieustannie wywijał koziołki na trzepaku, nigdy nie odczuwając choćby małej niedyspozycji.

Opowieść w Teatrze Lalka to podróż, poszukiwanie siebie, odkrywanie tajemnicy dlaczego warto być dobrym. To z jednej strony wizja węża i żmii, które zmieniają ubarwienie stając się łagodnym i dorosłym człowiekiem. Wiele w tym spektaklu mankamentów, które nużą odbiorcę, przeszkadza również dziwnie ciemna aura sceny. Jednak jest i kilka punktów udanych – choćby obraz zatroskanej, zapracowanej matki wierzącej w dobro swoich dzieci. Jednak w tym wszystkim za dużo pozoru, powagi. Chwile radości – choćby wyścig biegowy, gdy jeden z bohaterów ze smakiem zajada popcorn, to perełka poczucia humoru. Jednak takowych momentów jest niewiele. Jakoś atmosfera smutku i ciężkiego moralitetu z aniołem w tle przyćmiewa jasne strony owego widowiska.

I nie pomogą ciekawe piosenki, zjawiskowa scenografia, ruch sceniczny, gdy koncepcja nie do końca współgra z oczekiwaniami młodego widza. Ufałbym bardziej w jego wyobraźnię, bowiem filmy rysunkowe przeżywają swój renesans, a forma teatru lalkowego jest przebogata i różnorodna. Warto jej w pełni zaufać, bo wydaje się, że dzieci przychodzą po to do teatru, aby oderwać się od telewizora i katechetycznej narracji w szkole, z której coraz częściej rejterują.

O dwóch takich, co ukradli księżyc, Kornel Makuszyński, reżyseria Jarosław Kilian, Teatr Lalka w Warszawie, premiera: grudzień 2023.

[Benjamin Paschalski]


Foto: M.Ankiersztejn

PROFESOR WILCZUR ŻYJE! – RECENZJA FILMU „ZNACHOR”

PROFESOR WILCZUR ŻYJE! – RECENZJA FILMU „ZNACHOR”

Na świecie są pewne stałe, cyklicznie powtarzające się wydarzenia. Nie ma w Polsce osoby, która w swoim życiu choć raz nie widziałaby Znachora w reżyserii Jerzego Hoffmana z 1981 roku. Najczęściej w czasie Świąt Wielkanocnych czy Bożego Narodzenia nadchodzi rytualny niemal w kraju nad Wisłą czas oglądania ekranizacji powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza z 1937 roku. To niezwykły fenomen kulturowy, niepisana tradycja, międzypokoleniowy zwyczaj, w którym na wyścigi członkowie rodziny cytują fragmenty dialogów tej produkcji.

ZMORY – „NACHTTRAUME” – BALLET ZURICH

ZMORY – „NACHTTRAUME” – BALLET ZURICH

W życiu każdego teatromana pozostają widowiska niezapomniane. Takie, do których powraca się w myślach mimo upływu lat, dziesięcioleci. W mojej pamięci jest kilka takowych zdarzeń. Oczywiście nie czas przypominać dziecięce wzruszenia, ale raczej skupić się na wieku dojrzałym. Gdy zamykam powieki widzę świat Tadeusza Kantora w jego spektaklu wykonywanym już bez niego w stołecznym Teatrze Polskim przez jego zespół Cricot2. Podczas Warszawskich Spotkań Teatralnych w roku 1992 prezentowano Dziś są moje urodziny. Cóż to był za spektakl!

ŻYĆ RÓWNOCZEŚNIE – RECENZJA FILMU „DOPPELGÄNGER. SOBOWTÓR”

ŻYĆ RÓWNOCZEŚNIE – RECENZJA FILMU „DOPPELGÄNGER. SOBOWTÓR”

Kiedy przypominam sobie, jakie miałem marzenia z dzieciństwa, to bycie szpiegiem zaraz po strażaku i piromanie plasowało się na jednym z najwyższych miejsc. Chciałem być taki sprytny, zawsze dobrze ubrany, nieujawniający do końca kim jestem. Dziś wiem, że bycie szpiegiem wcale nie jest takie proste, bezproblemowe i wspaniałe, jak kiedyś myślałem. Zawsze też wydawało mi się, że jestem niepowtarzalny i wyjątkowy. I nie ma drugiego takiego jak ja. Spotkałem się jednak w moim życiu z uwagą, że ktoś mnie skądś zna i kogoś komuś przypominam. Czasami zastanawiam się, a niekiedy mam też wrażenie, że ktoś podobny do mnie żyje gdzieś na świecie. Czy tak jest naprawdę? Podobno są na ziemi ludzie, niespokrewnieni z nami, ale bardzo do nas podobni fizycznie. Świadczyłoby to o tym, że być może każdy z nas ma takiego sobowtóra, a kto wie czy niejednego.

Najnowszy film Doppelgänger, w reżyserii Jana Holoubka to świetny thriller polityczny, a jednocześnie psychologiczny kryminał, który od pierwszej minuty ogląda się z zapartym tchem. Zgrabny scenariusz Andrzeja Gołdy sprawia, że wsiąka się w opowieść na dwie godziny, bez zerkania na zegarek. Obraz przenosi widza w czas podzielonej Żelazną Kutyną Europy, przełomu lat 70-tych i 80-tych XX w. Reżyser obrazu nie raz w swojej karierze pokazał, że wspaniale potrafi imitować przeszłość. Tym razem w historii rozpiętej między Strasbourgiem a Gdańskiem, towarzyszą echa komunistycznej Polski, która jest w czasie przesilenia związanego z „Solidarnością”. Nie jest to jednak opowieść o martyrologii solidarnościowego pokolenia. Zgrzebna rzeczywistość kraju pod wpływem Związku Radzieckiego zestawiona zostaje z „zachodnią” codziennością Francji. Główny bohater Hans (Jakub Gierszał) mieszka na Zachodzie ówczesnej Europy, w Strasbourgu. Bardzo szybko integruje się z tamtejszą społecznością. Na co dzień jest ułożonym człowiekiem, który w rzeczywistości jest zupełnie kimś innym. Jako agent służb Polski Ludowej, by swobodnie prowadzić działalność szpiegowską, przejmuje tożsamość innej osoby – dziecka, pozostawionego przez matkę Niemkę z pochodzenia. Pod koniec II wojny światowej musiała ona uciekać z terenów Polski i nie mogła zabrać ze sobą syna. Z czasem bohater zostaje zatrudniony w urzędzie imigracyjnym w Strasbourgu, co pozwala mu dostarczać do Polski cenne informacje wywiadowcze. Udaje mu się również odnaleźć kobietę, matkę dziecka, którego tożsamość przyjął.

Rzeczywistość powojenna płynnie miesza się w tym filmie z czasem ostatnich lat rządów Gierka, potem przesilenia solidarnościowego, stanu wojennego. Lecz to nie wydarzenia historyczne odgrywają tu główną rolę. Są jedynie tłem, choć istotnym i silnie wpływającym na losy postaci. Drugi bohater opowieści – stoczniowiec, Jan Bitner (Tomasz Schuchardt) mieszka w Gdańsku. W końcu II wojny światowej został oddany przez matkę i znalazł się w domu dziecka w Grudziądzu. Wydaje się, że na pierwszy rzut oka nic obu mężczyzn nie łączy. A jednak tajemnica tkwi w przeszłości. Prawda wychodzi na jaw po śmierci jego, jak się okazuje, przybranej matki.

Dwie rzeczy są w tym filmie niezwykle ciekawe. Obie dotyczą ludzkiego wymiaru rzeczywistości, która jest najważniejsza dla reżysera. Pierwsza, to charakter i natura życia, pracy, losów, przeznaczenia człowieka, który decyduje się by zostać szpiegiem. Hans jest synem apodyktycznego ojca (Andrzej Seweryn) i jednocześnie byłego agenta służb PRL. I jak często między synem a ojcem czuje się pewnego rodzaju napięcie. Hans zechce w pewnym momencie, mimo swojej służby, żyć normalnie. Niespodziewanie – i jak się wydaje również ku jego zaskoczeniu – zakochuje się w dziewczynie, córce nieprawdziwego wuja z Alzacji. Niestety ani oficer prowadząca (Katarzyna Herman), ani jej zwierzchnicy w strukturze wywiadu ówczesnego PRL nie zgadzają się na ten przedłużający się romans ich agenta. Namawiają Hansa do jego zakończenia. Grozi to bowiem przerodzeniem się w trwały związek, co w przyszłości mógłby ograniczyć swobodę działania, dyspozycyjność i elastyczność Hansa. Szpieg po prostu skazany jest na samotność. Nie dane mu jest być szczęśliwym szczęściem przeciętnego, zwykłego człowieka. Druga sprawa, to poszukiwanie własnej tożsamości i pytania o to: kim jestem, czego szukam i czy jestem szczęśliwy. Przed odpowiedzią na nie staną w zasadzie obaj bohaterowie. Odpowiedź zarówno Hansa, tak jak Jana nie jest ani łatwa, ani jednoznaczna.

Pewne jest, że Doppelgänger jest filmem nieprzeciętnym i bardzo dobrze skrojonym. To wspaniała rozrywka. Znajdziemy tu wszystkie atrybuty świetnej opowieści kryminalnej, od napięcia, tajnych skrytek, służby specjalne po tajemnicę, zaskoczenie, niejednoznaczność, która nie pozwala zapomnieć o tym, co zobaczyliśmy. Całość dopełniają dynamiczne zdjęcia Bartłomieja Kaczmarka. I choć domysły pozwalają nam dość prosto odkryć co jest czym, to wybaczam. Film jest świetny i z pewnością wart polecenia. A do tego, zaskoczyć może fakt, że choć jego akcja dzieje się zarówno we Francji, jak i w komunistycznym kraju na wschodzie, to wszystkie zdjęcia kręcone były w Polsce.

Na koniec dodam tylko, że na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni w 2023 r. Doppelgänger otrzymałaż 5 nagród, w tym za reżyserię dla Jana Holoubka, za rolę drugoplanową dla Tomasza Schuchardta, za zdjęcia dla Bartłomieja Kaczmarka. Jury doceniło również scenografię Marka Warszewskiego oraz kostiumy Weroniki Orlińskiej.   

Doppelgänger. Sobowtór (2023), Polska, reż. Jan Holoubek

[Marcel z Kraśnika]


Foto: Materiały prasowe

WRÓŻBA ULRYKI – „BAL MASKOWY” – OPERA ŚLĄSKA W BYTOMIU

WRÓŻBA ULRYKI – „BAL MASKOWY” – OPERA ŚLĄSKA W BYTOMIU

Trwający sezon przejdzie bez wątpienia, do almanachów opisujących dzieje budynków operowych, jako jeden z najbardziej ciekawych. Bowiem dwie przestrzenie architektoniczne historycznych budowli: w Poznaniu i Bytomiu przeszły metamorfozę i po kilku latach przerwy oraz rewitalizacji powitały na nowo publiczność spragnioną sztuki operowej i baletowej. O ile w stolicy Wielkopolski w przestrzeni foyer i szatni nie widać wielkich zmian, o tyle technika i zaplecze sceniczne przeszły olbrzymią przemianę. Prawie analogicznie jest w śląskim mieście, z tą różnicą, że można zauważyć przebudowę, która dla widzów ma negatywne skutki.

KOLOROWANKA – „KARNAWAŁ ZWIERZĄT” – OPERA BAŁTYCKA W GDAŃSKU

KOLOROWANKA – „KARNAWAŁ ZWIERZĄT” – OPERA BAŁTYCKA W GDAŃSKU

Agresja Rosji wobec Ukrainy posiada różnorodne konsekwencje. Nie stała się obojętna również wobec kultury. Polska, jako jedno z niewielu państw w Europie, chyba oprócz nas tylko Litwa, zdecydowała się wyeliminować repertuar muzyczny najeźdźcy ze scen operowych, baletowych i sal koncertowych. Dla wielu owa decyzja jest nie tylko bolesna, ale chyba raczej niezrozumiała. Cóż bowiem wspólnego z dzisiejszą polityką Rosji mają dawne dzieła Piotra Czajkowskiego? Niektórzy bronią takiego stanowiska, ukazując że kultura to istotny czynnik w dyplomacji agresora i tym samym służy wspieraniu tegoż kraju. Trochę to pokrętna teza.