PROFESOR WILCZUR ŻYJE! – RECENZJA FILMU „ZNACHOR”

PROFESOR WILCZUR ŻYJE! – RECENZJA FILMU „ZNACHOR”

Na świecie są pewne stałe, cyklicznie powtarzające się wydarzenia. Nie ma w Polsce osoby, która w swoim życiu choć raz nie widziałaby Znachora w reżyserii Jerzego Hoffmana z 1981 roku. Najczęściej w czasie Świąt Wielkanocnych czy Bożego Narodzenia nadchodzi rytualny niemal w kraju nad Wisłą czas oglądania ekranizacji powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza z 1937 roku. To niezwykły fenomen kulturowy, niepisana tradycja, międzypokoleniowy zwyczaj, w którym na wyścigi członkowie rodziny cytują fragmenty dialogów tej produkcji.

Cud niepamięci. Kto z nas czasami nie chciałby zapomnieć o wszystkim co wokół. Ale jakież to musi być równocześnie trudne, gdy nie potrafisz sobie przypomnieć kim byłeś i co robiłeś kiedyś. Nagle uświadamiasz sobie, że coś potrafisz i po prostu wiesz, ale nie pamiętasz, gdzie uzyskałeś taką wiedzę czy umiejętności.

Szanowany chirurg profesor Rafał Wilczur (Leszek Lichota) w jednym dniu wraz z odejściem żony z córką musi pożegnać się ze wszystkim, co było dla niego najważniejsze – rodziną. Następnie w wyniku nieszczęśliwych wypadków traci pamięć, czyli cały swój dotychczasowy świat. Wiele lat później, z przybranym imieniem Antoniego Kosiby zatrudnia się jako parobek i staje się znanym lokalnie znachorem, leczącym rożnego rodzaju dolegliwości ludności z okolicznych wiosek. Po jakimś czasie już nie jako znany pan profesor, lecz biedny nieświadomy spotyka swoją córkę, pracująca w karczmie, we wsi, w której mieszkają. Po jakimś czasie jego los się odmienia.  

I choć tragiczna historia znanego chirurga to idealny scenariusz na przebój filmowy, wzruszający, z elementami grozy, to kiedy usłyszałem, że powstaje kolejna ekranizacja międzywojennej powieści, byłem przerażony. I nie ma znaczenia to, czy podoba się nam produkcja z początku lat 80. XX w. czy nie, to po prostu trudne zadanie, by doścignąć kultowy wzorzec. Bowiem kto może dorównać kreacji Jerzego Bińczyckiego jako Wilczura/Kosiby czy Annie Dymnej, jako Marii Jolancie Wilczur? Cóż nowego można wnieść jeszcze do tej opowieści? Czym jeszcze zaskoczyć i zachwycić widza? I muszę przyznać, że choć niedowierzałem, to reżyser Michał Gazda sprostał temu niezmiernie trudnemu wyzwaniu z sukcesem. W wielkiej mierze to przede wszystkim zasługa scenariusza autorstwa Marcina Baczyńskiego oraz Mariusza Kuczewskiego, – który w istotnych szczegółach odbiega – i bardzo dobrze – od adaptacji z 1981 roku. Oglądając „nowego” Znachora nie sposób uciec od porównań. Jest wiele podobieństw, ale w tym wypadku z radością obserwowałem liczne, ale też istotne różnice wobec wcześniejszej adaptacji. Przede wszystkim nie usłyszymy kultowej kwestii: „Proszę Państwa! To jest profesor Rafał Wilczur”. Przyznać trzeba, że ciężar odpowiedzialności za główną rolę we wspaniałym stylu udźwignął Leszek Lichota. I to on w ogromnej mierze zasługuje na fanfary. Bowiem jak zmierzyć się ikonicznym wręcz obrazem głównej postaci wykreowanym przez jego poprzednika? Okazuje się jednak, że jego Profesor Wilczur i Antoni Kosiba są niezwykle przekonywający. Choć podobni do pierwowzoru Bińczyckiego, to jednocześnie bardzo inni. I nie boję się tu napisać, że są to wyjątkowo udane kreacje. To była świetna decyzja twórcy filmu, by po raz kolejny w swojej produkcji (po „Watasze”) postawić właśnie na Lichotę.

Nie tylko o nim jednak warto przy tej okazji wspomnieć. Anna Szymańczyk wspaniale wpisała się w charakter Zośki. I jest to niezwykle odmienna rola od jej wzoru autorstwa Bożeny Dykiel. Zaskoczyć może również puenta jej relacji z Antonim Kosibą. Ponadto Marysia Jolanta Wilczurówna w kreacji Marii Kowalskiej jest po prostu świetna: wdzięczna, acz z charakterem. Stanowi uwspółcześnioną wersję młodej, osieroconej kobiety, którą „wzbogaca” sprytnie wykorzystany i uwypuklony w jej charakterze silny element emancypacji. Szczególnie wyraźnie widoczny staje się w relacji z młodym hrabią Leszkiem Czyńskim (w tej roli Ignacy Liss). Izabela Kuna brawurowo odnalazła się w roli bezwzględnej, wyniosłej i oschłej matki – hrabiny Eleonory Czyńskiej. To rola skrojona w sam raz dla tej aktorki. Z Mikołajem Grabowskim (w roli Hrabiego Stanisława Czyńskiego) sugestywnie, acz bezskutecznie starają się uchronić swojego syna przed przykrym mezaliansem. W obsadzie znalazł się również znany z ekranizacji Hoffmana Artur Barciś, który wówczas grał Wasylkę, tym razem w roli kamerdynera u hrabiostwa Czyńskich.

Wspomnieć w tym miejscu warto kilka słów wspomnieć o scenografii, oświetleniu i muzyce. Oczywiście, bez nich film nie byłby kompletny. Zdjęcia ta adaptacja zawdzięcza pracy Tomasza Augustynka. Scenografia z ciepłym światłem nadają filmowi pogodnego charakteru. Czasem może zbyt łagodnego i zbyt uporządkowanego. Ale zarówno szpital, mieszczański dom, podobnie jak pałac czy wiejską chałupę odtworzono z wielką pieczołowitością. Może tylko ta filmowa wieś wydaje się zbyt uporządkowana i schludna. Muzyka Pawła Lucewicza czasami zbyt dosadnie sugeruje widzowi to, co w danej chwili poczuć powinien. Ale sama w sobie jest poprawna.

Kończąc oglądanie tego filmu odetchnąłem. Czy warto było ponownie zmierzyć się z tym materiałem. Odpowiem bez wahania – w tym wypadku tak! Jeśli zatem ktoś jeszcze waha się czy obejrzeć najnowszą produkcję produkcji Netflixa, czyli ekranizację powieści Dołęgi-Mostowicza niech decyduje się jak najszybciej na tę wspaniałą przygodę z polską klasyką. Kolejny czas świąteczno-noworoczny trwa w najlepsze – a zatem to najlepszy moment na Znachora. Bo przecież Nowy Rok bez tego filmu, to żadne świętowanie…

ZNACHOR, 2023, Polska, reż. Michał Gazda

[Marcel z Kraśnika]


Foto: Materiały prasowe



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *