Najnowsze

OBŁUDA WSPÓLNOTY – „PETER GRIMES” – TEATR WIELKI-OPERA NARODOWA W WARSZAWIE

OBŁUDA WSPÓLNOTY – „PETER GRIMES” – TEATR WIELKI-OPERA NARODOWA W WARSZAWIE

Wielbicielom sceny operowej wielokrotnie nie wystarcza wizyta w teatrze. Często lubią powracać do wymarzonych wykonań i prezentacji. Kiedyś były płyty gramofonowe, potem zapisy magnetowidowe, aż doszliśmy do sztuki muzycznej na wyciągnięcie ręki – platform streamingowych. Na naszym kontynencie, od kilku dobrych lat, wypełnia to pole OperaVision. Projekt, w którym uczestniczy blisko dwadzieścia państw z trzydziestoma zespołami operowymi, ma służyć rozpowszechnianiu i promowaniu twórczości operowej właśnie za pomocą nowoczesnej technologii. Kiedyś mieliśmy telewizję edukacyjną, dziś pełną dostępność twórczości muzycznej. W projekcie koordynowanym przez stowarzyszenie Opera Europa uczestniczą dwie nasze, krajowe sceny – Teatr Wielki-Opera Narodowa oraz Teatr Wielki im. S. Moniuszki w Poznaniu.

„[…] Gott weiss, ich will kein Engel sein” – RECENZJA KONCERTU RAMMSTEIN

„[…] Gott weiss, ich will kein Engel sein” – RECENZJA KONCERTU RAMMSTEIN

W niedzielę 30 lipca słynna niemiecka grupa industrial metalowa RAMMSTEIN kolejny raz przyjechała do Polski. Tym razem dwa koncerty odbyły się w Chorzowie (30-31.07), na Stadionie Śląskim. Od 2019 roku trwa z przerwami trasa koncertowa Rammstein, grana na największych stadionach. W lipcu 2022 roku zespół wystąpił w Warszawie na Stadionie Narodowym. Tym razem deszcz nie padał. Jest to kluczowa informacja, gdyż ma on znaczący wpływ na jakość odbioru widowiska prezentowanego przez niemieckich muzyków. W tak zwanym międzyczasie wydali kolejną, już 8 studyjną płytę Zeit (2022), a ta została dobrze przyjęta zarówno na rynku muzycznym, jak i koncertach.

RENESANSOWA MIŁOŚĆ – „ROMEO I JULIA” – AMERICAN BALLET THEATRE W NOWYM JORKU

RENESANSOWA MIŁOŚĆ – „ROMEO I JULIA” – AMERICAN BALLET THEATRE W NOWYM JORKU

Dla melomanów i teatromanów istnieją miejsca magiczne. Jednym z nich jest nowojorska siedziba Metropolitan Opera. Centralny punkt siedliska kulturalnego – Lincoln Center, jest mekką dla wszelkich znawców, ale i turystów odwiedzających amerykańską metropolię. Wielkie okna, przez które przebłyskują liczne dekoracyjne obrazy, w tym dzieła Marca Chagalla, a na zewnętrznym balkonie dominuje złote, abstrakcyjne popiersie, które przyciąga spragnionych widzów. Jednak najbardziej imponująca jest wielka widownia mogąca pomieścić cztery tysiące osób, oświetlona przez dwadzieścia jeden zjawiskowych żyrandoli, ze wspaniałą żółtą kurtyną zakrywającą scenę. Sezon składa się faktycznie z dwóch części: operowego, a także użyczenia gościny miesięcznym, letnim pokazom American Ballet Theatre. Jednego z dwóch wspaniałych zespołów rezydujących na Manhattanie. Tuż obok w David H. Koch Theatre ma siedzibę – New York City Ballet, którego rangę wyznacza tradycja taneczna George’a Balanchine’a. Będzie jeszcze czas, aby powrócić do owej kompanii, ale dziś miejsce dla American Ballet Theatre. Przed spektaklem spotykam się z wielką baleriną – Susan Jaffe, obecną szefową artystyczną, sprawującą tę funkcję zaledwie od ośmiu miesięcy. W pobliskiej restauracji rozmawiamy o zespole, wyzwaniach i tradycji. Jedną z największych bolączek pozostaje brak stałej siedziby prezentacji przedstawień. Pokazy odbywają się w gościnie nowojorskich przestrzeni, objazd krajowy, a także tournée zagraniczne. Łącznie to blisko dwieście spektakli każdego sezonu. Tradycja zespołu sięga 1939 roku. Do dnia dzisiejszego kompanię prowadziło zaledwie pięciu dyrektorów. Wśród nich był Michaił Barysznikow, a ostatnie trzydzieści lat należało do Kevina McKenzie. Dziś ster objęła kobieta, której pasją jest praca pedagogiczna i dążenie do mistrzowskiego wykonawstwa tańca klasycznego. Jedną z próbek możliwości grupy stała się prezentacja Romeo i Julii do muzyki Siergieja Prokofiewa w choreografii Kennetha MacMillana. Owa produkcja przeżywa obecnie swój renesans i uznaje się ją za jedną z najlepszych w historii interpretacji, konkurującą ze stuttgarcką wersją Johna Cranko. Dużo w tym prawdy, ale mimo pozytywnego odbioru pojawiają się również znaki zapytania.

MacMillan to ikoniczna postać brytyjskiego baletu. Ten zmarły trzydzieści jeden lat temu artysta pozostaje żywą legendą, a jego prace baletowe są nadal obecne w repertuarze wielu scen na świecie. Romeo i Julia miało swoją premierę w 1965 roku i znalazło się w repertuarze Royal Ballet i właśnie American Ballet Theatre. Właśnie ów upływający czas jest zauważalny. Owszem pozostają prace, gdzie owych mijających lat nie widać, tu niestety nie da się ukryć, że kolejne lata nie zatrzymały świeżości i oryginalności. Nie ulega wątpliwości, że widać niezwykłą odmienność wobec radzieckich wzorców, gdzie wielokrotnie siermiężność i pompatyczność zabija lekkość i zwiewność, ale to za mało, aby mówić o pełnym spełnieniu artystycznym. MacMillan jest niezwykle wierny opowieści Shakespeare’a. Trochę można odnieść wrażenie, że stara się nie uszczknąć ni wiersza z dramatu Stratfordczyka. Osadza akcję właśnie w odrodzeniowej przestrzeni, w której scenografia autorstwa Nicholasa Georgiadisa, pełna przepychu i obrazowej naśladowności, oczarowuje. Krużganki, schody, atrybuty dziedzińca miasta i komnat renesansowego pałacu urzekają i zaciekawiają. Również kostiumy, wykreowane przez tegoż samego artystę, są pełne przepychu i dokładności. Jednak niekiedy utrudniają one ruchy, a nie wspomagają tańca. Całość to forma teatru epoki, gdzie kolejne sceny oddziela opuszczenie symbolicznej, dodatkowej kurtyny. Układ jest niezwykle dostojny, pod powiekami przywołać można odrodzeniowe obrazy, które przedstawiają panny rozpustne i cnotliwe, a także kawalerów biednych i bogatych. Ów puls codziennego miasta, różnorodności, stara się ukazać choreograf. Bowiem konflikt dwóch zwaśnionych rodów nie jest oderwany od rzeczywistości. To tak naprawdę pokazanie pulsującej wspólnoty, która ma swoje emocje, dramaty, niechęć i nienawiść. To mocny punkt układu. Właśnie sceny grupowe, choć może nie perfekcyjne, nadają dobry rytm przedstawieniu. Niestety MacMillan, ale to chyba znak czasów, nie ucieka od pantomimicznych gestów, które może i wspierają opowieść o wiecznych kochankach, ale z drugiej strony nudzą i śmieszą. Choreografia, typowa klasyczna forma, jest trudna, naszpikowana ewolucjami, skokami i piruetami. Urzeka. Jednak owa historia, którą początkują zaloty Romeo do Rozelindy, następnie uliczna walka przedstawicieli rodów, bal, pierwsze spotkanie chłopaka i Julii, scena balkonowa, przymus ożenku dziewczyny, intryga z trucizną, śmierć w pojedynku Benvolio i Tybalta, wieńczy ostatni akt. I to jest istna trauma dla odbiorców. Po dwóch dobrych fragmentach przesiąkniętych scenami zbiorowymi, udanymi duetami, nadchodzi część niesłychanie nudna. Tu pseudo psychologia zajmuje miejsce tańca. Tegoż jest jak na lekarstwo. I widz wie, że dramat jest bliski, i liczy sekundy, aby jak najszybciej przyszła śmierć bohaterów, bo stanie się wybawieniem. Niestety ten niesłychanie pasywny fragment odbija się na reakcji publiczności. Oklaski są nad wyraz oszczędne, by nie powiedzieć chłodne. Choć obowiązkowo publiczność wstaje z miejsc, to chyba raczej to pusty gest akceptacji, a nie ukoronowanie finału romansowej opowieści. Szkoda. Ostatni akt unieważnia bardzo dobrą, logiczną, spójną historię przesyconą dobrym układem tanecznym.

Kształtowanie różnorodnego obrazu Werony to również skonstruowanie kilku ciekawych ról. W owym kalejdoskopie świetny epizod Niani stworzyła Nancy Raffa. Dojrzała tancerka, jest pełna naturalnego uroku, a jej pojawienie się na scenie jest pełne dobroci i ciepła. Główna para to gwiazdy American Ballet Theatre. Romeo w wykonaniu Hermana Cornejo jest całkowicie nietrafiony. Artysta niezwykle doświadczony i dojrzały pozbawiony jest radości i świeżości tańca. Owszem posiada świetną technikę, co ukazuje wraz z partnerką w scenie balkonowej i w sypialni, ale to za mało dla zbudowania młodzieńczej, krwistej, pełnej wigoru postaci bohatera gotowego do pokonania każdej przeszkody dla ukoronowania pierwszej, prawdziwej miłości. Nieco lepiej wypada Cassandra Trenary jako Julia. Też brakuje jej prawdy wieku, a technika nie ukrywa emocji, które gdzieś wyparowały i znikły. Całe show wieczoru i to w najlepszym amerykańskim wydaniu, kradnie Jake Roxander. Jego Benvolio jest zjawiskowy. Można odnieść wrażenie, że MacMillan, choć blisko sześćdziesiąt lat temu, zbudował układ właśnie dla niego. To, co prezentuje zaledwie członek zespołu, jest niesamowite. Wspaniała technika, charyzma, perfekcyjnie wykonywane skoki i inne popisy, zniewalają. Jego taniec z mandoliną to prawdziwa uczta dla oka. To, co zadziwia w tancerzu, to poczucie, że wszystkie układy wykonuje jakby od niechcenia – wszedł na scenę i zatańczył. Nonszalancja unosi jego rolę i wykonanie. Z niecierpliwością oczekuje się, kiedy ukaże swój talent i zjawiskowe możliwości. Niestety, zgodnie z literą dramatu Shakespeare’a, ginie w części drugiej, a trzecia to już schodzenie po drabinie do ciemności bez tańca. Różnorodnie wypada zespół, który jest nieodłącznym kompanem większości scen przedstawienia. Nie do końca jest on zgrany, a różnice w przygotowaniu uderzają nawet niewytrawne oko widza. Artystom towarzyszyła orkiestra zespołu baletowego pod kierunkiem Charlesa Barkera. Podkład brzmiał poprawnie, zniuansowanie, a niekiedy to bardzo ważne ze względu na zmiany dekoracji i organizacji przestrzeni.

Zawsze interesujące są zachowania publiczności. Dużo analogii można odnaleźć do reakcji widzów baletów w Rosji. Pierwsze wejścia solistów – oklaski. Finał spektaklu, wyjścia przed kurtynę – oklaski. I oczywiście kumulowanie się fanów tuż przy orkiestronie, aby oddać hołd ulubionym wykonawcom. Ciekawe doświadczenie. Pierwsze w życiu spotkanie z American Ballet Theatre nie rzuciło na kolana. W obiegowej opinii to jeden z najlepszych zespołów wykonujących klasyczne układy. W moim odczuciu daleko było do perfekcji, z drobnymi wyjątkami, szczególnie popisami Jake Roxandera. Przed Susan Jaffe bardzo dużo pracy. Ale mogąc poznać jej zapał do uczenia i pracy pedagogicznej, efekty mogą być niesamowite, aby kompania powróciła do czołówki zespołów na świecie.

Romeo i Julia, Siergiej Prokofiew, choreografia Kenneth MacMillan, American Ballet Theatre, pokazy w Nowym Jorku, lipiec 2023.

[Benjamin Paschalski]

Foto: Emma Zordan.

ZIMNE NÓŻKI Z HASZTAGIEM – „ROMEO I JULIA IS NOT DEAT” – TEATR WYBRZEŻE W GDAŃSKU

ZIMNE NÓŻKI Z HASZTAGIEM – „ROMEO I JULIA IS NOT DEAT” – TEATR WYBRZEŻE W GDAŃSKU

Dużo można pisać o czasie lata i teatralnych konotacjach. Ale nie ulega wątpliwości, że jedną z najważniejszych imprez, tej pory roku, pozostaje Festiwal Szekspirowski w Gdańsku, choć tak naprawdę odbywał się i nadal trwa we wszystkich lokalizacjach scenicznych Trójmiasta. Przez kolejne edycje bywało lepiej, bądź gorzej, ale mimo tego – się pielgrzymowało. Przed południem plażowało, potem obowiązkowy halibut w kultowym barze „Przystań”, a następnie od popołudnia do wieczora eskapada Szybką Koleją Miejską od Teatru Muzycznego w Gdyni, do nowej budowli Teatru Szekspirowskiego w Gdańsku. Piękne czasy.

POD BIAŁYM ŻAGLEM – „LATAJĄCY HOLENDER” – BALTIC OPERA FESTIVAL

POD BIAŁYM ŻAGLEM – „LATAJĄCY HOLENDER” – BALTIC OPERA FESTIVAL

Widowiska operowe w plenerze to jedno z ciekawszych doświadczeń dla rozwoju tejże sztuki. Zazwyczaj wyjście do tegoż przybytku kultury kojarzy się większości z nas z elegancją, wytwornymi toaletami, a wielokrotnie również z artystyczną nieprzystępnością. Ale miesiące letnie zmieniają ten obraz. To muzyka wychodzi na spotkanie z publicznością. W innej formie – otwartej przestrzeni demokratyzuje niby dostępne tylko wąskiej grupie artystyczne doznania. Dostojne ubiory zastępują ciepłe okrycia oraz koce. Bo niby pora upalna, ale noce zimne. Tuż po zachodzie słońca, w różnych miejscach świata odbywają się uczty dla uszu i wzroku. Zazwyczaj to wielkie, spektakularne widowiska, które oczarowują i zachęcają do częstszego odwiedzania muzycznych instytucji.

ZAGŁADA JEZIORA – „JEZIORO ŁABĘDZIE” – BALLET PRELJOCAJ

ZAGŁADA JEZIORA – „JEZIORO ŁABĘDZIE” – BALLET PRELJOCAJ

Nieśmiertelność to jeden z wyróżników baletów klasycznych. Istnieje kilka kanonicznych prac, które na stałe weszły do leksykonu tańca. Większość tytułów, o których mowa, powstała do muzyki geniusza gatunku – Piotra Czajkowskiego. Niepowtarzalność kompozycji ukazuje ich aktualność do dnia dzisiejszego, bowiem frazy muzyczne dodają charakteru wypowiedzi tanecznej, niosą opowieść, a także ukazują uniwersalność historii. Jezioro łabędzie to bez wątpienia najbardziej rozpoznawalny balet na świecie. Posiadają go w repertuarze prawie wszystkie sceny świata. Z jednej strony króluje układ klasyczny Mariusa Petipy oraz Lwa Iwanowa. Tu publiczność zachwyca się tradycyjną formą baletową naszpikowaną trudnościami technicznymi, skokami, piruetami na tle burzliwej historii miłości dziewczyny-łabędzia i księcia. Jednak świat tańca ewoluuje, zmienia się. W konsekwencji ostatnie dziesięciolecia to kolejne nowe prace choreograficzne, które odbiły się szerokim echem wśród znawców i miłośników tejże sztuki. Chyba najbardziej przełomową stała się inscenizacja Matthew Bourne’a z 1995 roku. Głównym bohaterem stał się książę, ale łabędziami nie były zaklęte dziewczęta, lecz mężczyźni. Wydźwięk i odbiór nabierał nowych znaczeń, ukazując miłość homoseksualną jako prawdziwą, żarliwą i możliwą. Dodatkowo popularności widowiska przysporzył film Billy Elliot w reżyserii Stephena Daldry’ego. Obraz, który ukazywał pasję chłopca do tańca, walkę z uprzedzeniami o marzenia, wieńczył fragment układu Bourne’a. To zapewniło realizacji nieśmiertelność i trwałe wpisanie nie tylko do almanachów baletowych, ale także historii kina. Z pobudek innowacyjności, również poruszenia problemu społecznego, powstała kolejna już ikoniczna praca. Tym razem choreografem jest Francuz, albańskiego pochodzenia Angelin Preljocaj. Ten ponad sześćdziesięcioletni choreograf, jest jednym z najważniejszych przedstawicieli swojej generacji. Wykorzystujący tradycję europejską, a także silne wzorce amerykańskiego „modern dance”, będąc zainspirowanym i praktykującym technikę Merce Cunninghama, tworzy sugestywne widowiska, które czerpią z klasyki baletowej, ale również muzyka staje się istotną inspiracją powstania nowych prac. Dziś, posiadając własny zespół w Aix-en-Provence jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy tańca naszego kontynentu. Tę pozycję zawdzięcza właśnie przetworzeniom klasyki, wpisując je w teraźniejszość. Ale nie jest to uwspółcześnienie dla samego siebie, ale świadomy koncept poparty głębszą ideą. Jedną z jego najważniejszych prac stanowi Romeo i Julia do muzyki Siergieja Prokofiewa z 1990 roku. Ukazując bogatą elitę społeczną, świat dobrobytu rodziny Julii i zestawiając ją z biedą i nizinami Romeo, twórca zbudował kontrasty podobnie jak Jerome Robbins w West Side Story. Preljocaj ma dwóch swoich idoli, o czym otwarcie mówi, obaj o tym samym imieniu: Jerome – wspomniany Robbins i Bel. Trzy lata temu przygotował pełnospektaklowy balet, który mocno koresponduje z ideami zawartymi w Romeo i Julii. Sięgając po kompozycję Piotra Czajkowskiego z wykorzystaniem muzyki elektronicznej formacji 79D, artysta stworzył niezwykle sugestywną, a w finale wręcz wstrząsającą, przeszywającą bólem, opowieść pewnego akwenu wodnego – Jeziora łabędziego. To niepowtarzalne spotkanie, w którym wygrywa głęboka myśl, ciekawy kolaż muzyczny, a przede wszystkim zjawiskowy taniec.

Po raz kolejny akcja osadzona została w dniu dzisiejszym, świecie wielkiej finansjery i bogactwa. Rotbart – w oryginale czarnoksiężnik, to właściciel terenu, na którym znajduje się jezioro. Głównym działaniem jest zrobienie dobrego interesu z ojcem Zygfryda, bogatym przedsiębiorcą, który w tym miejscu planuje zbudowanie fabryki. Problemem jest syn, który jako miłośnik natury, współczesny Werter – romantyk i idealista, nie może sobie wyobrazić świata bez bliskości krainy spokoju i oazy – wody oraz zieleni. Jezioro, miejsce bytu łabędzi, posiada magię, oczarowuje młodzieńca, który żyje własnym życiem, odmiennością, wycofaniem. Jego bolączki najlepiej rozumie matka, w której objęciach znajduje wytchnienie. Jednak oczarowanie białym ptakiem – Odettą pryska, gdy podczas uroczystego balu pojawia się urzekająco podobna – czarny charakter, inspirowana zakusami Rotbarta – Odylia. Tym samym zagłada jeziora zostaje przypieczętowana. Pochopna decyzja o zaręczynach, uśmierca ptaki. Buldożery, ciężki sprzęt niszczą krainę spokoju. Złowieszczy dźwięk silników zabija łabędzie. Ostatni krzyk Zygfryda jest pustym gestem. Próba ratowania życia, odchodzącej oazy spokoju jest porażką. Śmierć konwulsyjna, powolna, tragiczna wkracza w przestrzeń coraz bardziej wyschniętej krainy. Nie ma już łabędziej przygody, otaczającej przyrody, pozostaje samotność we współczesnym świecie dobrobytu. Preljocaj tworzy widowisko ekologiczne, które wypisuje się we współczesny dyskurs o ochronie środowiska. Daje ku temu świetną maskę miłosnej opowieści wywiedzioną z wielkiej baletowej tradycji. Faktycznie libretto jest spójne z oryginałem, jedynie przetworzone dla lepszej komunikacji z publicznością. Kontrastowanie muzyką jest jak impuls dla odbiorców, którzy śledząc historię wkraczają nagle w transowy klimat imprezy. Kolorem, który dominuje w spektaklu jest czerń – to nie tylko barwa elegancji, ale właśnie ciemnych interesów i charakterów. Kontrapunktem jest biel łabędzi – niewinności i łagodności. Zygfryd również jest w takowym kostiumie w części pierwszej, następnie poprzez zapomnienie i krótkowzroczność staje się jak familia – czarnym charakterem zdarzeń. Przypieczętowuje zbrodnię, choć jest jej nieświadomy. Naiwność chłopaka przegrywa ze światem finansjery oraz interesów. Pieniądz wygra we współczesnym świecie z marzeniami i najpiękniejszymi wartościami.

Siłą baletu Preljocaja jest taniec. Zjawiskowy, oryginalny i nieoczywisty. Precyzja wykonania synchronicznego, zauważalna w scenach zespołowych, jest jak w pokazach ulicznych w Korei Północnej. Ta niewyobrażalna dokładność imponuje oraz zachwyca. Kreska tańca artysty jest symetryczna, niezwykle precyzyjna niczym geometria w czasach szkolnych matematyki. Dodatkowym atutem jest niesamowite tempo, które porywa i wzbudza wielką chęć śledzenia kolejnych scen. Choreograf, wykorzystując strukturę klasyczną, wprowadza własne, oryginalne rozwiązania. Świetne jest pas de quatre białych łabędzi, a także innowacyjne przygotowanie tańców narodowych. To perły tańca, minimalistyczne ujęcia własnego wyobrażenia o komunikatywności tejże sztuki. Zygfryd w wykonaniu Leonardo Cremaschi jest niezwykle sprawny technicznie, wszystkie figury wykonuje perfekcyjnie i zjawiskowo. Świetnie odnajduje się w inspirowanych formach klasycznych, duetach z zaklętą dziewczyną, a także współczesnym tańcu jako lider imprezowej, transowej eksplozji podczas przyjęcia u ojca. Postać Odetty/Odylii w wykonaniu Isabel Garcia Lopez to zerwanie z dotychczasowymi wyobrażeniami odnośnie wykonawczyń tejże roli. Zazwyczaj widzimy w tej partii idealną balerinę. Tym razem to dziewczyna z sąsiedztwa. I ta zmiana również wpływa na korzyść, gdyż miłość staje się realna, rzeczywista, a nie fantastyczna i abstrakcyjna. Niezwykle udaną parę rodziców Zygfryda budują Beatrice La Fata wraz z Elliotem Bussinet. To nie statyczne figury, ale pełnokrwiste postaci świetnie tańczone w rytmie ostrym i wyrazistym Angelina Preljocaja. Jednak największe brawa należą się całemu zespołowi, który wcielając się w niezliczoną liczbę postaci świetnie wykonuje układ, będący kompilacją ukłonu dla przeszłości, a także współczesnej formy tańca.

Przetwarzanie klasyki ma swój niebagatelny walor. To szukanie, w tym przypadku z bardzo dobrym efektem, ścieżek zwrócenia uwagi na współczesny świat, ale także komunikacji z „nowym” widzem. Preljocaj łączy zjawiskową technikę z klasycznym Czajkowskim oraz nutą transowej muzyki. To wszystko wsparte nurtującą, ale i tragiczną historią, tworzy świetną interpretację Jeziora łabędziego. Widowiska, które pozostawia w pamięci żywy ślad. To jak natura wpływająca na nasze życie oraz drżenie serca i drganie uczuć pierwszej miłości i utraconych nadziei.

Jezioro łabędzie, Piotr Czajkowski, 79D, choreografia Angelin Preljocaj, Ballet Preljocaj, pokazy w Ludwigsburgu, lipiec 2023.

[Benjamin Paschalski]

Foto: ludwigsburg.de

Z MIŁOŚCI – „GŁOWA W PIASEK” – TEATR POLONIA W WARSZAWIE

Z MIŁOŚCI – „GŁOWA W PIASEK” – TEATR POLONIA W WARSZAWIE

Od samego momentu powstania śledzę losy tego miejsca, choć nie jestem stałym widzem, ale z przyjemnością je odwiedzam. Teatr Polonia Krystyny Jandy, a także Och-Teatr to dobre teatry bulwarowe. Mieszczańskie formy spędzania czasu. Koncept jest prosty. Mówimy wprost – ma być dobry spektakl, precyzyjnie skonstruowany, a jeszcze lepiej zagrany. To nie pole artystycznego eksperymentu, lecz rozrywka z refleksją. Widz odwiedzający miejsca ma czuć się dobrze i komfortowo. Jeżeli płaci za bilet, to świadomie uczestniczy w dobrym przedsięwzięciu artystycznym. Aktorka oddaje całe serce swoim teatralnym dzieciom. Sceny pracują prężnie, prezentując kilka spektakli dziennie. Wakacje to absolutnie nie pauza, gdyż nie można sobie na to pozwolić.

Owoce morza w Warszawie – Restauracja Czarnomorka

Owoce morza w Warszawie – Restauracja Czarnomorka

Warszawa to miasto pełne restauracji, knajp i knajpeczek, ale ciężko znaleźć tutaj lokal wyspecjalizowany w owocach morza, który oferuje przystępność cenową, luz i dobrą jakość produktów. Mamy Der Elefant, który ma cudne smaki, jednak ceny i styl restauracji lekko usztywniają. Inaczej jest w bohaterce tego