RENESANSOWA MIŁOŚĆ – „ROMEO I JULIA” – AMERICAN BALLET THEATRE W NOWYM JORKU

RENESANSOWA MIŁOŚĆ – „ROMEO I JULIA” – AMERICAN BALLET THEATRE W NOWYM JORKU

Dla melomanów i teatromanów istnieją miejsca magiczne. Jednym z nich jest nowojorska siedziba Metropolitan Opera. Centralny punkt siedliska kulturalnego – Lincoln Center, jest mekką dla wszelkich znawców, ale i turystów odwiedzających amerykańską metropolię. Wielkie okna, przez które przebłyskują liczne dekoracyjne obrazy, w tym dzieła Marca Chagalla, a na zewnętrznym balkonie dominuje złote, abstrakcyjne popiersie, które przyciąga spragnionych widzów. Jednak najbardziej imponująca jest wielka widownia mogąca pomieścić cztery tysiące osób, oświetlona przez dwadzieścia jeden zjawiskowych żyrandoli, ze wspaniałą żółtą kurtyną zakrywającą scenę. Sezon składa się faktycznie z dwóch części: operowego, a także użyczenia gościny miesięcznym, letnim pokazom American Ballet Theatre. Jednego z dwóch wspaniałych zespołów rezydujących na Manhattanie. Tuż obok w David H. Koch Theatre ma siedzibę – New York City Ballet, którego rangę wyznacza tradycja taneczna George’a Balanchine’a. Będzie jeszcze czas, aby powrócić do owej kompanii, ale dziś miejsce dla American Ballet Theatre. Przed spektaklem spotykam się z wielką baleriną – Susan Jaffe, obecną szefową artystyczną, sprawującą tę funkcję zaledwie od ośmiu miesięcy. W pobliskiej restauracji rozmawiamy o zespole, wyzwaniach i tradycji. Jedną z największych bolączek pozostaje brak stałej siedziby prezentacji przedstawień. Pokazy odbywają się w gościnie nowojorskich przestrzeni, objazd krajowy, a także tournée zagraniczne. Łącznie to blisko dwieście spektakli każdego sezonu. Tradycja zespołu sięga 1939 roku. Do dnia dzisiejszego kompanię prowadziło zaledwie pięciu dyrektorów. Wśród nich był Michaił Barysznikow, a ostatnie trzydzieści lat należało do Kevina McKenzie. Dziś ster objęła kobieta, której pasją jest praca pedagogiczna i dążenie do mistrzowskiego wykonawstwa tańca klasycznego. Jedną z próbek możliwości grupy stała się prezentacja Romeo i Julii do muzyki Siergieja Prokofiewa w choreografii Kennetha MacMillana. Owa produkcja przeżywa obecnie swój renesans i uznaje się ją za jedną z najlepszych w historii interpretacji, konkurującą ze stuttgarcką wersją Johna Cranko. Dużo w tym prawdy, ale mimo pozytywnego odbioru pojawiają się również znaki zapytania.

MacMillan to ikoniczna postać brytyjskiego baletu. Ten zmarły trzydzieści jeden lat temu artysta pozostaje żywą legendą, a jego prace baletowe są nadal obecne w repertuarze wielu scen na świecie. Romeo i Julia miało swoją premierę w 1965 roku i znalazło się w repertuarze Royal Ballet i właśnie American Ballet Theatre. Właśnie ów upływający czas jest zauważalny. Owszem pozostają prace, gdzie owych mijających lat nie widać, tu niestety nie da się ukryć, że kolejne lata nie zatrzymały świeżości i oryginalności. Nie ulega wątpliwości, że widać niezwykłą odmienność wobec radzieckich wzorców, gdzie wielokrotnie siermiężność i pompatyczność zabija lekkość i zwiewność, ale to za mało, aby mówić o pełnym spełnieniu artystycznym. MacMillan jest niezwykle wierny opowieści Shakespeare’a. Trochę można odnieść wrażenie, że stara się nie uszczknąć ni wiersza z dramatu Stratfordczyka. Osadza akcję właśnie w odrodzeniowej przestrzeni, w której scenografia autorstwa Nicholasa Georgiadisa, pełna przepychu i obrazowej naśladowności, oczarowuje. Krużganki, schody, atrybuty dziedzińca miasta i komnat renesansowego pałacu urzekają i zaciekawiają. Również kostiumy, wykreowane przez tegoż samego artystę, są pełne przepychu i dokładności. Jednak niekiedy utrudniają one ruchy, a nie wspomagają tańca. Całość to forma teatru epoki, gdzie kolejne sceny oddziela opuszczenie symbolicznej, dodatkowej kurtyny. Układ jest niezwykle dostojny, pod powiekami przywołać można odrodzeniowe obrazy, które przedstawiają panny rozpustne i cnotliwe, a także kawalerów biednych i bogatych. Ów puls codziennego miasta, różnorodności, stara się ukazać choreograf. Bowiem konflikt dwóch zwaśnionych rodów nie jest oderwany od rzeczywistości. To tak naprawdę pokazanie pulsującej wspólnoty, która ma swoje emocje, dramaty, niechęć i nienawiść. To mocny punkt układu. Właśnie sceny grupowe, choć może nie perfekcyjne, nadają dobry rytm przedstawieniu. Niestety MacMillan, ale to chyba znak czasów, nie ucieka od pantomimicznych gestów, które może i wspierają opowieść o wiecznych kochankach, ale z drugiej strony nudzą i śmieszą. Choreografia, typowa klasyczna forma, jest trudna, naszpikowana ewolucjami, skokami i piruetami. Urzeka. Jednak owa historia, którą początkują zaloty Romeo do Rozelindy, następnie uliczna walka przedstawicieli rodów, bal, pierwsze spotkanie chłopaka i Julii, scena balkonowa, przymus ożenku dziewczyny, intryga z trucizną, śmierć w pojedynku Benvolio i Tybalta, wieńczy ostatni akt. I to jest istna trauma dla odbiorców. Po dwóch dobrych fragmentach przesiąkniętych scenami zbiorowymi, udanymi duetami, nadchodzi część niesłychanie nudna. Tu pseudo psychologia zajmuje miejsce tańca. Tegoż jest jak na lekarstwo. I widz wie, że dramat jest bliski, i liczy sekundy, aby jak najszybciej przyszła śmierć bohaterów, bo stanie się wybawieniem. Niestety ten niesłychanie pasywny fragment odbija się na reakcji publiczności. Oklaski są nad wyraz oszczędne, by nie powiedzieć chłodne. Choć obowiązkowo publiczność wstaje z miejsc, to chyba raczej to pusty gest akceptacji, a nie ukoronowanie finału romansowej opowieści. Szkoda. Ostatni akt unieważnia bardzo dobrą, logiczną, spójną historię przesyconą dobrym układem tanecznym.

Kształtowanie różnorodnego obrazu Werony to również skonstruowanie kilku ciekawych ról. W owym kalejdoskopie świetny epizod Niani stworzyła Nancy Raffa. Dojrzała tancerka, jest pełna naturalnego uroku, a jej pojawienie się na scenie jest pełne dobroci i ciepła. Główna para to gwiazdy American Ballet Theatre. Romeo w wykonaniu Hermana Cornejo jest całkowicie nietrafiony. Artysta niezwykle doświadczony i dojrzały pozbawiony jest radości i świeżości tańca. Owszem posiada świetną technikę, co ukazuje wraz z partnerką w scenie balkonowej i w sypialni, ale to za mało dla zbudowania młodzieńczej, krwistej, pełnej wigoru postaci bohatera gotowego do pokonania każdej przeszkody dla ukoronowania pierwszej, prawdziwej miłości. Nieco lepiej wypada Cassandra Trenary jako Julia. Też brakuje jej prawdy wieku, a technika nie ukrywa emocji, które gdzieś wyparowały i znikły. Całe show wieczoru i to w najlepszym amerykańskim wydaniu, kradnie Jake Roxander. Jego Benvolio jest zjawiskowy. Można odnieść wrażenie, że MacMillan, choć blisko sześćdziesiąt lat temu, zbudował układ właśnie dla niego. To, co prezentuje zaledwie członek zespołu, jest niesamowite. Wspaniała technika, charyzma, perfekcyjnie wykonywane skoki i inne popisy, zniewalają. Jego taniec z mandoliną to prawdziwa uczta dla oka. To, co zadziwia w tancerzu, to poczucie, że wszystkie układy wykonuje jakby od niechcenia – wszedł na scenę i zatańczył. Nonszalancja unosi jego rolę i wykonanie. Z niecierpliwością oczekuje się, kiedy ukaże swój talent i zjawiskowe możliwości. Niestety, zgodnie z literą dramatu Shakespeare’a, ginie w części drugiej, a trzecia to już schodzenie po drabinie do ciemności bez tańca. Różnorodnie wypada zespół, który jest nieodłącznym kompanem większości scen przedstawienia. Nie do końca jest on zgrany, a różnice w przygotowaniu uderzają nawet niewytrawne oko widza. Artystom towarzyszyła orkiestra zespołu baletowego pod kierunkiem Charlesa Barkera. Podkład brzmiał poprawnie, zniuansowanie, a niekiedy to bardzo ważne ze względu na zmiany dekoracji i organizacji przestrzeni.

Zawsze interesujące są zachowania publiczności. Dużo analogii można odnaleźć do reakcji widzów baletów w Rosji. Pierwsze wejścia solistów – oklaski. Finał spektaklu, wyjścia przed kurtynę – oklaski. I oczywiście kumulowanie się fanów tuż przy orkiestronie, aby oddać hołd ulubionym wykonawcom. Ciekawe doświadczenie. Pierwsze w życiu spotkanie z American Ballet Theatre nie rzuciło na kolana. W obiegowej opinii to jeden z najlepszych zespołów wykonujących klasyczne układy. W moim odczuciu daleko było do perfekcji, z drobnymi wyjątkami, szczególnie popisami Jake Roxandera. Przed Susan Jaffe bardzo dużo pracy. Ale mogąc poznać jej zapał do uczenia i pracy pedagogicznej, efekty mogą być niesamowite, aby kompania powróciła do czołówki zespołów na świecie.

Romeo i Julia, Siergiej Prokofiew, choreografia Kenneth MacMillan, American Ballet Theatre, pokazy w Nowym Jorku, lipiec 2023.

[Benjamin Paschalski]

Foto: Emma Zordan.



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *