Najnowsze

W STRONĘ KLASYKI – PLANY BALETOWE 2024/25

W STRONĘ KLASYKI – PLANY BALETOWE 2024/25

Już za chwile wakacje! W teatrach operowych i baletowych na całym świecie, początek wiosny, to moment prezentacji planów repertuarowych kolejnego sezonu, tym razem 2024/25. Ów czas zbiega się z Międzynarodowym Dniem Tańca, który corocznie obchodzimy 29 kwietnia. To dobry moment aby zaprezentować dziesięć przedstawień baletowych, 

MELUZYNY BRAK – RECENZJA FILMU „AKADEMIA PANA KLEKSA”

MELUZYNY BRAK – RECENZJA FILMU „AKADEMIA PANA KLEKSA”

Rozczarowanie to, podobnie jak smutek, mało przyjemne uczucie. Przychodzi w najmniej spodziewanym momencie. Wówczas, kiedy oczekujemy radości, zaskoczenia, gdy kipi w nas wulkan nadziei. I wtedy nagle pojawia się ten przykry stan, kiedy czegoś zabrakło, a miało być. Takie doświadczenie jest chyba gorsze od samego smutku … bo ma konsekwencje. Wraz z nim tracimy wiarę w dobre zakończenia.

BANDA – „PUPO” – KOMOCO

BANDA – „PUPO” – KOMOCO

Każdy kolejny sezon artystyczny przynosi nowe odkrycia, ale i oczekiwania czegoś nieoczywistego w życiu teatromana. Wielką nadzieją, dla europejskiego świata tańca, stała się najnowsza produkcja włoskiej formacji Komoco. Początkowo był to duet sióstr Nappi – Sofii, tancerki, choreografki i performerki oraz Alice – skrzypaczki i kompozytorki. Dziś to jedna z najciekawszych kompanii, które poszukują w tańcu oryginalnej formy wypowiedzi. Sama nazwa nawiązuje do połączenia słów ukazujących promienie słońca przebijające się przez liście drzew, tworzące taniec światła oraz współdziałanie grupy zaangażowanych osób. Tym samym już w tej konstrukcji buduje się coś ożywczego i spontanicznego. Ową oczekiwaną, tegoroczną pracą jest Pupo, a jego żywot jest niezwykle interesujący, gdyż w najbliższym czasie odwiedzi kilka miejsc w Europie, gdzie jest wyczekiwany w dużym napięciu jako jedno z gorących zjawisk w tanecznym ruchu artystycznym. Wśród miejsc znajduje się Poznań i nowy festiwal „Przedwiośnie Baletowe”. I niestety to spektakl pełen dwuznaczności i nieoczywistości, ale dla znawców tańca nie będzie on niczym nowym i rzucającym na kolana. Dla stawiających pierwsze kroki, w poszukiwaniach artystycznych wrażeń, zapewne stanie się niesamowitym przeżyciem, ale owym debiutantom mogę powiedzieć jasno – ale to już było. Sofia Nappi, wykształcona w nowojorskim Alvin Ailey American Dance Theatre czerpie szeroko z owych doświadczeń, głównie z pracy z Hofeshem Shechterem, ale także wzoruje się na stylu Gagi Ohada Naharina. Co więcej, można wyczuć stylistykę Amita Lahava. Niczym kalki pojawiają się sekwencje grupowe, które osadzone są w technice przykurczonych nóg, wirowania, specyficznego, technicznego, powtarzalnego ruchu. Z jednej strony owe wykonanie zachwyca, ale równocześnie odrzuca, gdyż nie jest to żadne nowatorskie odkrycie, ale powielanie już znanych strategii i technik. Taniec potrzebuje wytworzenia własnego języka wypowiedzi. Tego brakuje w najnowszej pracy, która zatem jest osiągnięciem w pół drogi.

Pupo to odwołanie do włoskiego słowa, które może jednocześnie oznaczać zdrobniały zwrot do dziecka, jak również lalkę, kukiełkę, ożywioną sztuczną postać. Dla artystki punktem wyjścia stała się bajka Pinokio, gdzie drewniany chłopiec jest nie tylko martwym eksponatem, ale żywym dzieckiem, które przysparza wielu problemów swojemu przybranemu ojcu. Jednak to nie tylko ta opowieść, ale analogie do commedii dell’arte, w której postaci w swoich gagach, odwołując się do formy wykonawczej, prześcigają się w technicznych możliwościach. Każdy bohater owej tradycyjnej sztuki włoskiej pełen był własnego, indywidualnego wyrazu, który miał wzbudzić w odbiorcy uśmiech i zaciekawienie. Nappi podąża tą ścieżką. Dla każdej postaci stworzyła oryginalny ruch, który w zespołowym ujęciu tworzy ciekawą formę tańca, ale niestety jakby już gdzieś widzianego i znanego. Nie ma linearnej opowieści, to raczej seria tanecznych lazzi, które mają wzbudzić zainteresowanie i zauroczenie. Rzeczywiście wciągają również poprzez wykorzystanie zrytmizowanej, sentymentalnej i ckliwej muzyki, która jest wielkim atutem spektaklu. Choreografka wykorzystuje różne formy tańca jest i tango, są elementy sztuk walki. A na końcu także nieznośny Fryderyk Chopin, pompatyczny i niezrozumiały, ale najważniejsza jest formuła ruchu lalki. Forma owego tańca została dopracowana do perfekcji, gdyż tancerze wyglądają jak animowane postaci w ręku sprawnego lalkarza. Ich ruchy są ostre i wyraziste, a jednocześnie pełne poezji i gracji. Jednak w owym radosnym korowodzie wkrada się pewna nieścisłość. Bowiem lalki są nieme, otrzymują głos od swojego animatora, który podkłada frazy w życie bohaterów. W wykonaniu Komoco jest nieznośna maniera grymasu, tworzenia mimiki, która wzbudza odrzucenie. To dziwny zabieg, owszem służy wydobyciu komizmu, ale w starej szkole weneckiej opowieści kluczowe postaci były ukryte pod maskami, co dawało szansę lepszego odczytania treści. Największym mankamentem pozostanie jednak dramaturgia, której faktycznie nie ma. To historia od numeru do numeru, zmiany świateł, wejść i wyjść. Forma podróży poprzez pewien świat, okoliczności, zdarzenia, ale niestety nuży się to niemiłosiernie po piętnastu minutach. I zawiedziony widz myśli – co dalej? To już znam, widziałem. Przewidywalność i brak przełamania jest nieznośnym towarzyszem owego wieczoru. Przedstawienie zmierza ku finałowi, ale jego akcent z polskim kompozytorem jest jasnym sygnałem, że czas umierać. Wygląda to jak wyczerpanie pomysłów, które przecież i tak są wtórne i powtarzalne.

Świat tańca Sofii Nappi jest ciekawy, ale jak kalka. Wytarty i zabrudzony. Tancerze silą się w opowieści, to zgrany zespół, ale nie wiadomo do czego zmierza owa historia. To sekwencje, refleksy pewnego świata. Zabawa, krotochwila zaczerpnięta z radosnego życia dawnej Italii. Pobrzmiewają marynarskie ruchy, gonitwy i domowa codzienność spowita mgłą nadmorskiego świata. Ale to wszystko wytwór indywidualnej wyobraźni. Spektakl jest bowiem tanecznym eposem, ale utkanym ze scen, które śmieszą, urzekają w swojej niewinnej i technicznej trudności, jednak to echa tego, co już kiedyś było. Można powiedzieć znamy, znamy. A od świeżego powiewu oczekiwać należy indywidualnego pomysłu, a co najważniejsze oryginalnej wypowiedzi. Może kolejnym razem doczekam się owej tajemnicy, dziś to na razie ładne opakowanie ze znaną pozytywką.

Pupo, choreografia Sofia Nappi, Komoco, pokazy w ramach Equilibrio il Festival di Danza Contemporanea w Rzymie, luty 2024.

[Benjamin Paschalski]


Foto. Thomas Schermer

ŚWIAT WEDŁUG KSIĘŻYCOWYCH – „LIZYSTRATA, CZYLI STRAJK KOBIET” – TEATR MIEJSKI IM. WITOLDA GOMBROWICZA W GDYNI

ŚWIAT WEDŁUG KSIĘŻYCOWYCH – „LIZYSTRATA, CZYLI STRAJK KOBIET” – TEATR MIEJSKI IM. WITOLDA GOMBROWICZA W GDYNI

Wielokrotnie zastanawiam się jak długo w teatrze będzie robiło się z widzów idiotów, gdy twórcy myślą – im będzie mniej zrozumiale, tym lepiej dla nas. Bo spektakl wielokrotnie tworzy się nie dla odbiorców, ale dla grona skupionego wokół reżysera/reżyserki, gdy tylko oni rozumieją idee oraz sensy przekazu. Dokładnie te myśli towarzyszyły mi podczas ostatniej premiery w Teatrze Miejskim im. Witolda Gombrowicza w Gdyni. I sobie myślałem, gdy coraz bardziej bolały mnie zęby z totalnej nudy i powiem szczerze – głupoty, która sączyła się ze sceny. Dlaczego ktoś zgadza się na ów bełkotliwy teatr, udając że czyni się arcydzieło?

LEK – „CURA” – COMPANHIA DE DANCA DEBORAH COLKER

LEK – „CURA” – COMPANHIA DE DANCA DEBORAH COLKER

Dla każdego teatromana najważniejsze jest odkrywanie nowego, nieznanego, czegoś nieoczywistego. Sztuki, która może zaskoczyć, a także ukazać wartościowe kierunki inspiracji. Wiele przed nami do zobaczenia w świecie tańca, bowiem polska scena nie ma do zaoferowania wiele, gdyż zamyka się w ograniczonym kręgu artystów. To pole wydaje się niezagospodarowane i jest niezbędnym, aby je ukazać szerokiemu kręgowi odbiorców. Jest ono bowiem niezwykle kreatywne i wzbogacające świat kultury. Na całym świecie funkcjonują kompanie, które szerokimi garściami czerpią z lokalnych doświadczeń, tożsamości. To formy antropologicznych poszukiwań i odkryć dla świata ruchu.

O CHCIWOŚCI – „NAWRÓCONY” – TEATR KLASYKI POLSKIEJ W WARSZAWIE

O CHCIWOŚCI – „NAWRÓCONY” – TEATR KLASYKI POLSKIEJ W WARSZAWIE

Polska scena teatralna pełna jest nowych, spontanicznych inicjatyw artystycznych. Jak grzyby po deszczu pojawiają się podmioty, firmy, fundacje przygotowujące przedstawienia i ruszające z nimi w objazd po całym kraju. Odwiedzają domy kultury, sale widowiskowe i inne przybytki, w których można zorganizować wydarzenie. Głównie to komedie i farsy wsparte kilkoma garniturami obsady, w której lśni nazwisko gwiazdy znanej z uczestnictwa w popularnym serialu, który święci triumfy w programie telewizyjnym. Bilety nie są tanie, ale chętnych do obejrzenia owego zjawiska nie brakuje. To specyficzny model objazdowej sceny, ale obecny, zauważalny i dobry dla analiz teatrologicznych. Jakiś czas temu na naszej mapie pojawił się również swoisty eksperyment, ale realizujący podobny koncept kulturowy. Początkowo działający jako fundacja, wsparty dofinansowaniami w ministerialnych konkursach, stał się nie tak dawno państwową instytucją kultury z Jarosławem Gajewskim na czele. Mowa o Teatrze Klasyki Polskiej. Oczko w głowie jeszcze nie tak odległego szefa resortu kultury Piotra Glińskiego. Scena nie posiada stałego miejsca, tuła się w objeździe poprzez różne miejscowości, a w Warszawie gości w Sali Laboratorium Centrum sztuki Współczesnej-Zamek Ujazdowski oraz w podziemiach kościoła Wszystkich Świętych na placu Grzybowskim. Już w tych lokalizacjach rodzi się pewna sprzeczność. Trudno nie mieć chociażby ambiwalentnych uczuć, gdy z jednej strony mówimy o klasyce w miejscu prezentacji sztuki nowoczesnej. Wykonania w Domu Bożym jakoś umiejscawiają myślowo spotkanie z teatrem w formacie kościelnego wydarzenia, dalekiego od wielkich interpretacji na rzecz formy ograniczonej, rapsodycznej. I owe dwuznaczności można mnożyć. Jednak największym problemem pozostaje ta niesamowita pewność siebie, prawdy objawionej na monopol wystawiania klasyki. Już brak sceny z prawdziwego zdarzenia wskazuje pewną ułomność, niedokładność oraz artystyczną ubogość. Niewiele widziałem spektakli sceny, ale to co mogłem zobaczyć utrwala mnie w przekonaniu, że to szkolne próby wadzenia się z utworami, a nie wielkie inscenizacje na miarę nazwy instytucji. W takim razie skąd owe zadęcie? Wydaje się całkowicie niepotrzebne. Podmiot winien ulec likwidacji, bo nie odgrywa żadnej dziś roli kulturotwórczej. Niech powróci do objazdu, bez wielomilionowego wsparcia rządowego, gdyż na nie, nie zasługuje. Nie ulega wątpliwości, że powstał on z pobudek ideowych, pewnego środowiska skupionego wokół dawnego obozu rządzącego. Wszak pierwszym liderem był Michał Chorosiński, dziś dyrektor Teatru im. S. Jaracza w Łodzi, który nie mogąc łączyć funkcji oddał stołek koledze aktorowi. I kręci się ten niby wielki koncept artystyczny podlany politycznym sosem. Dla teatru widzę jedną przyszłość. To przede wszystkim zmiana nazwy. Z pompatycznej i chyba chybionej uczynić coś adekwatnego – Teatr Lektur Szkolnych i ruszyć w objazd jak inne tego typu przedsięwzięcia, które wsparte reklamą i nazwiskami gwiazd zarabiają, prezentując spektakle teatralne. Może dla obecnego Teatru Klasyki Polskiej znajdzie się miejsce w szkołach, aby na ostatniej lekcji odegrać swoje dramaty, które nie mają siły wielkiego teatru, a są pogadankami o pewnych stanach, emocjach, znaczeniach.

W owym przekonaniu utwierdziła mnie ostatnia premiera instytucji. Na afiszu Nawrócony na podstawie dwóch opowiadań Bolesława Prusa. Reżyserował mało znany i w teatrze faktycznie nieobecny Piotr Gralak. Skoro mamy taki tytuł to warto zagrać w słówka i ja dodaję „stracony” – tak czas wybitnie stracony, bowiem nic z tego wieczoru nie wynika. To tak jakby przeczytać sobie nowele w domu, zamknąć oczy oraz pomarzyć i efekt byłby identyczny. Z jednym wyjątkiem – nie będzie ról rozpisanych na głosy. No tak. To wielka strata. To, że Prus wielkim pisarzem był wiemy nie od dziś. Jego epos warszawski – Lalka święcił powodzenie czytelnicze w momencie powstania, serialowe, a także teatralne. Chyba najciekawsze spotkanie, w ostatnich latach, zaserwował Wojciech Kościelniak muzyczną opowieścią w Gdyni. Świetnie się to oglądało, śledziło bohaterów, słuchało słów i piosenek. Moim osobistym, szczególnym, choć szeroko nie omawianym spektaklem, była interpretacja, kilka lat temu, prozy Prusa, w warszawskim Teatrze Powszechnym w reżyserii Wojciecha Klemma. Nieoczywiste, pełne szarości i brudu, pokazywało inny obraz dzisiejszej stolicy naszego kraju. I wydaje się, że autor jest nie do końca wykorzystany, bowiem jest kuźnią prawd o mieszkańcach tegoż miasta, a także świetnym obserwatorem zachowań społecznych. I chyba z owych idei zrodził się pomysł premiery w Teatrze Klasyki Polskiej. Opowiastka traktuje o pewnym bogaczu, który nie chce wyzbyć się własnych cech negatywnych. Żyjąc faktycznie samotnie, mając za jedyną rozrywkę spotkania z Adwokatem, Prokuratorem i Sędzią wydaje się straszliwym samolubem. Owe figury prawne dokonują osądu, polemik i wyroków. Bohater nie zważa na innych, nie ogląda się na rodzinne kolizje, brakuje mu życzliwości i serca. Zapada w sen. Śni piekło, w którym nie jest nawet do niego wpuszczony, bowiem nie jest w stanie dokonać skruchy i przekonać do poprawy. Gdy po przebudzeniu na chwilę stara się być dobrym, to jednak szybko mija to zapomnienie, a napędza go niepohamowana chciwość i chęć posiadania. Sam utwór nawiązuje w treści do Dziadów Adama Mickiewicza. Tak jak w trzeciej części klamrą jest dzień zaduszny, tak również tu jest pewnego rodzaju rozprawa ze śmiercią, tym co nieuniknione. Kara jest niepodważalnym elementem egzystencji i trudno jej uniknąć. Mamy czterdzieści i cztery, a także śmierć niczym ze sceny balu u Senatora, gdy jeden z gości ginie od pioruna. Mamy również kilka ckliwych, sentymentalnych scenek, które mają zmusić nas do refleksji i oczywiście morał.

Ale w owym spotkaniu teatralnym nie o treść idzie, ale o brak pomysłu na owe przedstawienie. To zbiór monologów i dialogów, które raz wpadają w ucho, a innym przechodzą obok. Jedynym elementem dekoracji jest wielka kanapa, która jest i łóżkiem, a także piekielnym kotłem. Wiją się postaci po owym pluszu przypominającym hotelowe lobby, a nie wnętrze mieszkania. Snuje się język. W marnej oprawie, bo jeszcze są nijakie, niewiadome projekcje, które są banalnym, pustym gestem nowoczesności. Zniesmacza statyczność, która wieje nudą. I nie pomaga senna muzyka wykonywana na żywo i obsadzony w rolki tytułowej Sławomir Orzechowski nie niesie owego spotkania z widownią. Współtowarzysze scenicznej wyprawy mówią tak monotonnym językiem, że trudno skupić się na słowie, bowiem dźwięki otulają i zmuszają do zamknięcia oczu, aby znaleźć się w objęciach Morfeusza. Najgorsze, że reżyser jeszcze wymyślił sekwencje ruchowe, które są wstydliwe i naprawdę rodem z koszmarnego snu-piekła i najlepiej o nich zapomnieć. Smutny to teatr, który mieni się wielką sztuką, a jest zaledwie pustym gestem o niczym, aby zaspokoić aspiracje wąskiej grupy twórców.

To teatr tragedii. Taki, co nie ma nic do powiedzenia, jest pewnym gestem, sztuką dla sztuki. Nudzi i zniesmacza. Najgorszym jest odliczanie minut do końca i zadawanie pytania – ile jeszcze można. Dlatego czas zakończyć ów chocholi taniec snu o Teatrze Klasyki Polskiej, gdyż w innych miejscach twórcy mają lepszy na nią pomysł niż w instytucji ponoć jej dedykowanej.

Nawrócony, Bolesław Prus, reżyseria Piotr Gralak, Teatr Klasyki Polskiej w Warszawie, premiera: styczeń 2024.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Anna Pławecka

POZDROWIENIA Z TBILISI – „MEDEA” – TEATR WIELKI-OPERA NARODOWA W WARSZAWIE

POZDROWIENIA Z TBILISI – „MEDEA” – TEATR WIELKI-OPERA NARODOWA W WARSZAWIE

Długo w Warszawie czekaliśmy na ten tytuł. Dobrych kilkanaście lat temu planowano wystawienie w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego, nie doszło jednak do niego. Obecnie prezentowana inscenizacja, choć swoje pierwsze wykonie miała na Festiwalu w Salzburgu w roku 2019, to dopiero po pięciu latach trafia do zacnego Teatru Wielkiego. Oczywiście powodów jest wiele. Najważniejszy to czas pandemii i inne zobowiązania produkcyjne. Ale Medea – bo o niej mowa – Luigiego Cherubiniego wreszcie zawitała do stolicy.

ŚMIETNIK HISTORII – „MAKBET” – TEATR LALEK „RABCIO” W RABCE-ZDROJU

ŚMIETNIK HISTORII – „MAKBET” – TEATR LALEK „RABCIO” W RABCE-ZDROJU

Podróż po krainie Małopolski trwa, gdyż zimowa aura nastraja do odwiedzania kolejnych miejsc. Aż wstyd się przyznać, że to pierwsza w życiu wizyta w Rabce. A przecież to miejscowość pełna uroków i specyficznego mikroklimatu, który poprawia zdrowie i wzmacnia organizm szczególnie w dziecięcym wieku. Tatrzańskie siedlisko to niestety przykład chaosu i architektonicznego miszmaszu. Najciekawiej prezentuje się Muzeum im. Władysława Orkana przedstawiające dawny świat górali zamieszkujących Beskidy. Znajduje się ono w zabytkowym drewnianym kościółku z pierwszej połowy XVII wieku i jest perłą dawnego stylu, okazałą ozdobą miejsca.