Najnowsze

ZRODZONA Z DYMU I KART – „CARMEN” – OOPERA I BALETTI W HELSINKACH

ZRODZONA Z DYMU I KART – „CARMEN” – OOPERA I BALETTI W HELSINKACH

Ta historia zachwyca scenę operową od paryskiej premiery w roku 1875. To wszystko za sprawą zjawiskowej muzyki Georgesa Bizeta, której kolejne fragmenty utworu są pełnymi emocji i werwy przebojami, rysującymi narrację miłosnego trójkąta. Co ciekawe trzydzieści lat wcześniej wersję baletową przygotował, dla sceny madryckiej – 

SZEŚĆ AKTOREK W POSZUKIWANIU AKTORA – „POLA NEGRI. FABRYKA SNÓW” – TEATR IM. WILAMA HORZYCY W TORUNIU

SZEŚĆ AKTOREK W POSZUKIWANIU AKTORA – „POLA NEGRI. FABRYKA SNÓW” – TEATR IM. WILAMA HORZYCY W TORUNIU

Zawsze wyzwaniem są spektakle, które mają opowiedzieć historię znanej postaci. Albo trzeba mieć oryginalny pomysł, dla owego projektu, a gdy się go nie ma, to lepiej zarzucić i nie podejmować rękawicy. Gorzej, gdy nie tak dawno ktoś inny już zrealizował podobny koncept i trzeba z 

ZDRADZENI I UPOKORZENI – „GISELLE” – BALLET DE L’OPERA NATIONAL DU RHIN W STRASBURGU

ZDRADZENI I UPOKORZENI – „GISELLE” – BALLET DE L’OPERA NATIONAL DU RHIN W STRASBURGU

To miasto jest kwintesencją Europy. Faktyczna stolica naszego kontynentu. Małe, urokliwe, zjawiskowe. Strasburg. Jego Stare Miasto to perła i mieszanka prądów kulturowych. Lekko na obrzeżach, jego historycznej części, znajduje się teatr operowy – Opera National du Rhin, oczywiście z dopełnieniem – Opera d’Europe! A jakże – owa europejskość, w tym mieście, na granicy między Francją a Niemcami, przesiąknięta jest kosmopolityzmem i różnorodnością. Regionalizm Alzacji konkuruje, w pozytywnym sensie, z uniwersalizmem Europy. Piękna to równowaga i różnorodność. W strukturze sceny muzycznej funkcjonuje zespół baletowy prowadzony przez Bruno Bouche. Kompania liczy ledwo trzydziestu tancerzy i jest klasycznym przykładem poszukiwań artystycznych poza głównym nurtem wielkich ośrodków miejskich. To początek porównań do naszego życia baletowego, a owych komparatystyk będzie więcej. W ostatnim roku życie taneczne Francji rozpoczęło nowy etap. W nie do końca jasnych okolicznościach, z funkcją kierowniczą w Operze Paryskiej, pożegnała się Aurelie Dupont. Jej miejsce zajął hiszpański tancerz, choreograf i były szef artystyczny Compania Nacional de Danza – Jose Martinez. Równie ciekawa zmiana dokonała się w biennale tanecznym w Cannes, gdzie Brigitte Lefevre zastąpił Didier Deschamps dyrektor Chaillot – Theatre National de la Danse. Co ciekawe, mimo interesujących i gorących nazwisk twórców, nad Sekwaną można zauważyć stagnację. Co prawda w Europie przebojem stała się choreografia Pokoju z widokiem, triumwiratu (La)Horde w wykonaniu Baletu Narodowego w Marsylii, jednak ciężko doszukać się więcej interesujących prac, w innych częściach Francji. Dlatego niezwykle ciekawa stała się podróż do kraju, kolebki tańca i to nie do metropolii, ale do małego ośrodka, który przygotowuje zaledwie kilka prac w sezonie. I mogę stwierdzić, że było to doświadczenie co najmniej interesujące.

Do przygotowania najnowszej premiery zaproszono Martina Chaix. Choreografa w Polsce praktycznie nieznanego i anonimowego. Twórca urodzony w 1980 roku we Francji, praktykował w zespole Opery Paryskiej, a także w kompaniach niemieckich, a od 2015 roku przygotowuje własne prace. W Strasburgu przedstawił oryginalną inscenizację Giselle. Przedstawienie złożone z dwóch części odchodzi od klasycznej formuły lukrowanej opowieści. Nie ma niewinnej, chorej na serce dziewczyny, zakochanego w niej, obłudnego księcia, a także pełnego niesamowitości aktu drugiego. Choreograf pierwowzór traktuje luźno. To swego rodzaju impresja o dziewczynie. I co ważne, nie jest to narracja o jednej zdradzonej, oszukanej i porzuconej, ale o splocie nieszczęścia miłości. Giselle to marzycielka, żyjąca poszukiwaniem własnego, indywidualnego szczęścia. Świat wokół to zakochani, cierpiący i radośni. I jest ta, która w niej się kocha. To Hilarion(a). Choreograf obsadza w tej partii tancerkę. I jest to ciekawy ruch ukazujący związek, niemożliwy, homoseksualny. To dyskretna opowieść, jak muśnięcie motyla. Więcej w nim metafory i platonicznych wyobrażeń niż rzeczywistej relacji. Ale ma ów związek walor szczególny, nieoczywisty. Akcja osadzona jest bowiem w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, o czym świadczą, plakaty w dekoracjach, czyli czasie dopiero wychodzenia z nieśmiałości i wstydu, miłości do tej samej płci. Giselle, płocha i niepewna, zauroczona jest Albrechtem. Ale ten to istny podrywacz, przebiera w kobietach jak w koszyku pełnym jabłek, tu dwie, tu jedna i życie ma toczyć się w podrywie. Bowiem każda jego. I nagle dochodzi do przełomu. Druga część to świat odrzuconych, porzuconych, zdradzonych. Przewodzi mu Myrtha. Owi autsajderzy od życia, miłości, pogodzeni z samotnością, ale nie odrzucający wspólnotowości „wolnego” świata, stają się nadzieją na szczęście, na stanie się kimś ważnym i potrzebnym. Giselle daje ostatnią szansę wybrankowi. Mężczyzna nie umie się zmienić, przegrywa. Bohaterka zostaje sama. Ale na jej twarzy rysuje się uśmiech. Jest sobą. Zwyciężyła. Wygrała siebie. Co ważne Chaix buduje pełną opowieść taneczną, nie ma zbędnej, pustej pantomimy. Co prawda ruch, posiadający technikę neoklasyczną, w wielu miejscach jest wtórny i nudny, ale artysta buduje klarowne i spójne widowisko. Najgorzej wypadają sceny zbiorowe w akcie pierwszym. Są bardzo szkolne i schematyczne. Dużo lepiej jest po przerwie, gdy dynamika i dobre tchnienie, niweluje niekiedy niedobory techniczne zespołu.

Niezwykle ciekawa jest warstwa muzyczna przedstawienia. Jej wyboru dokonał choreograf. Do fragmentów, poprzestawianych i nieodwzorowujących układu kompozycji pierwowzoru, dzieła Adolphe Adama dokooptowano dwie symfonie, w naszym kraju również nieznanej, Louise Farrenc. Te utwory dziewiętnastowiecznej francuskiej pianistki i kompozytorki, tworzącej w duchu romantycznym, stały się świetnym uzupełnieniem. Ich podkład towarzyszy głównie sekwencjom zbiorowym, a werwa i wewnętrzne sprzeczności w muzyce idealnie współgrają z treścią opowieści. Ten zabieg oczywiście nie był przypadkowy. Bowiem Chaix, poświęcając balet kobietom, nie zapomniał również o hołdzie dla żeńskiej przedstawicielki świata muzyki. Orkiestrę symfoniczną Miluzy prowadziła Sora Elisabeth Lee. Niestety zespół muzyczny wielokrotnie rozjeżdżał się, grał nierówno, nieprecyzyjnie. A szkoda. Bo pierwszy raz wysłuchanie symfoniki Farrenc wymagało lepszego zespołu i kapelmistrzyni.

To co do końca nie udawało się w orkiestronie, zrekompensowali wykonawcy głównych ról. Na szczególne i wielkie oklaski zasługuje Avery Reiners odtwarzający Albrechta. Niesłychanie precyzyjny, skoczny, posiadający dobre warunki, błyszczy na scenie. Wariacja w akcie pierwszym jest perełką choreograficzną, której autor baletu nie podarował już Giselle – Ana Enriquez. Mimo to jej nostalgia i bijąca niewinność emanują ze sceny. Jednym z najważniejszych elementów jest scenografia, symboliczna i umowna. Jej autor Thomas Mika świetnie zróżnicował obrazy. Część pierwsza to przestrzeń zamknięta, klaustrofobiczna, ograniczona, a druga będąca lasem, z dwoma latarniami, stanowi dopełnienie myśli choreografa, świata wolności i wyzwolenia.

Wieczór z Giselle w Strasburgu to z jednej strony przemyślany koncept artystyczny, świetny, z odkryciem, dobór muzyki i warstwa wizualna. Jednak pozostaje mankamentem wykonanie, szczególnie partii grupowych i przygotowanie orkiestry. Mimo owych niedociągnięć to wizyta w małej „stolicy Europy” posiada niebagatelny walor artystyczny. Poszukiwania własnego repertuaru, oryginalnej produkcji to droga dla zespołów z małym zasobem kadrowym i ograniczonymi możliwościami technicznymi. Nie ma korowodu białych tancerek, jest pomysł i koncept na miarę możliwości. Warto odkrywać takie miejsca, nie na szlaku wielkich miast ze znanymi instytucjami kultury, bo mimo pewnych słabości, może być ciekawie i odkrywczo.

Giselle, muzyka Adolphe Adam, Louise Farrenc, choreografia Martin Chaix, dyrygent Sora Elisabeth Lee, Ballet de l’Opera National du Rhin w Strasburgu, premiera: styczeń 2023.

[Benjamin Paschalski]


Foto: Agathe Poupeney 

Liche miejsce z dobrym tatarem – Syty Chmiel

Liche miejsce z dobrym tatarem – Syty Chmiel

Kilka dni temu wybrałem się wraz z kumplem na klasycznego dla nas spotkanie przy piwie i tatarze. Szukałem nowego miejsca, by odejść od sztampowych pozycji. Wybór padł na Syty Chmiel przy Marszałkowskiej 10/18. Świetne opinie w Google i Facebook, ładne zdjęcie dań i szeroki wybór piw skłonił do tej lokalizacji. Miło zapowiadający się wieczór niestety nie był idealny…

ROMANS GROZY – „SLEEPING BEAUTY” – NEW ADVENTURES W LONDYNIE

ROMANS GROZY – „SLEEPING BEAUTY” – NEW ADVENTURES W LONDYNIE

Londyn to nie tylko miasto przesiąknięte zabytkami Anglii, różnorodnością i ofertą rozrywkową. To również istotny gospodarz życia baletowego w Europie. Z jednej strony swoją siedzibę mają w tym mieście Royal Ballet i English National Ballet, ale również istnieje scena tańca, która gości na swoich deskach szeroki kalejdoskop kompanii baletowych. Mowa o zasłużonej i historycznie doświadczonej placówce Sadlers’s Wells, która dziś posiada już szóstą swoją scenę w niezmiennym miejscu Londynu. Od przełomu wieków prowadzi działalność impresaryjną, zapraszając znamienite formacje taneczne, których część to stali rezydenci. Do nich należy New Adventures prowadzony przez Matthew Bourne’a.

DZIESIĘĆ I PÓŁ OPOWIEŚCI Z KOBIETAMI W TLE – „DEKAMERON” – TEATR DRAMATYCZNY IM. ALEKSANDRA WĘGIERKI W BIAŁYMSTOKU

DZIESIĘĆ I PÓŁ OPOWIEŚCI Z KOBIETAMI W TLE – „DEKAMERON” – TEATR DRAMATYCZNY IM. ALEKSANDRA WĘGIERKI W BIAŁYMSTOKU

Nie tak dawny czas pandemii przywrócił do polskiego teatru Dekamerona  Giovanniego Boccaccio. W Legnicy pod opieką szefa Teatru Modrzejewskiej, Jacka Głomba, powstał spektakl online Nowy Dekameron. Miał on wielki walor, bowiem wpisywał się idealnie w czas zarazy, zarówno tematyką jak i formą realizacji. Przygotowane w izolacji poszczególne sceny stawały się namiastką teatru, ale także korespondowały z rzeczywistością. Obecnie trzeba nie lada odwagi, aby sięgnąć po ów utwór, który powstał ponad sześćset pięćdziesiąt lat temu. W oryginale bowiem to sto nowel, które stały się kanwą opowieści podczas dziesięciu dni izolacji dziesięciorga florentczyków uciekających przed epidemią dżumy. Wśród kalejdoskopu postaci mamy różne stany społeczne, od wysoce urodzonych do mieszczaństwa i pospólstwa. To swoista „szkoła obmowy” postaci znanych i rozpoznawalnych dla ówczesnej socjety miasta i Italii. Rubaszność i komizm, a także przestroga i realizm przeplatały się w poszczególnych tematach. Bowiem na wokandzie każdego dnia znajdywały się aspekty: miłości, zdrady, kleru, skąpstwa, uciech, nieprawdopodobnych zdarzeń i podbojów. Aby zrealizować przedstawienie dotykające i adresowane do współczesnego widza, należy znaleźć jednak odpowiedni klucz. Przed takim wyzwaniem stanął ostatnio w białostockim Teatrze Dramatycznym Igor Gorzkowski. I należy zauważyć, że jest to historia udana połowicznie. Bowiem nawet nie najgorzej śledzi się losy poszczególnych dziesięciu i pół historii, jednak z czasem one nużą, gdyż niekonsekwencja inscenizatora wprowadza monotonię, a także można zauważyć ułomność i niedopracowanie poszczególnych fragmentów.

Opowieść białostocka jest w miarę komplementarna z intencją Boccaccia. Mamy dokładnie dziesięć postaci – siedem niewiast i trzech kawalerów, którzy co prawda nie mają dziesięciu dni, a ledwo ponad dwie godziny. Punktem odniesienia staje się kobieta. Jej rola i umiejscowienie. Z tekstu włoskiego pisarza, wieków średniowiecza, bije większa otwartość i zrozumienie dla znaczenia kobiet, niż w dniu dzisiejszym. Trudno nazwać spektakl feministycznym manifestem, bo daleko mu do programowej wypowiedzi, ale jest to głos o sprawie żon, kochanek, niewiast. Walczących o swoje prawa i to te publiczne jak prywatne w poszczególnych domach. Panowie stanowią raczej tło, wykorzystane lalki, ale także naiwne safanduły lub rubaszni bohaterowie z obfitym brzuszkiem. To właśnie kobiety są osią i spiralą opowieści. A ostatnia – o Gryzeldzie, po ferii śmiechu i dosadności, staje się krzywym zwierciadłem fałszywego traktowania kobiet jako dodatku do męskiego powodzenia. Gorzkowski, wybierając historie, dokonał świadomego zabiegu, wskazując na pierwszym planie płeć piękną. I owe rodzajowe scenki to najmocniejsza strona przedstawienia. Są nie najgorzej skomponowane. Przyświeca im duch komedii dell’arte, a wykonanie jest naprawdę śmieszne i porywające. Szczególne uznanie należy się sprawdzonym w rolach komediowych Justynie Godlewskiej-Kruczkowskiej, Agnieszce Możejko-Szekowskiej, Arlecie Godziszewskiej, a także Katarzynie Siergiej. Wśród panów palmę pierwszeństwa dzierży Dawid Malec, który oczarowuje głosem, postawą ale i różnorodnością charakterów bohaterów. Pozostała część zespołu to tło, mimo kilku wybijających się ról. I owe komplementy można zakończyć w tym miejscu, bowiem dalsza praca reżysera jest nieznośna dla odbiorcy. Pierwszym pytaniem staje się dlaczego nie ma wspólnej opowieści. Owszem mamy zespołowe odtwarzanie, ale jakże ciekawym zabiegiem stałoby się jej wysłuchanie i komentowanie, wzbogacanie, dopełnianie. Widz ma nieodparte wrażenie, że jest w teatrze, a nie w pod florenckiej wsi, gdzie w zaciszu domu uczestniczy w seansie plotki i spowiedzi. Drugi zarzut to przesadna maniera grania do widza i angażowanie go do odpowiedzi oraz uczestnictwa. Naprawdę owa nachalność nie działa pozytywnie dla przedstawienia. Przeciwnie odbiorca czuje się zmęczony tym „puszczaniem oka” i potwierdzaniem, że jest bardzo fajnie i świetnie się bawimy. I ostatni wyraźny mankament to brak pełnego wykorzystania podkładu muzycznego. Tło dźwiękowe niosłoby spektakl, jego rytm byłby lepszy i bardziej przyswajalny dla widzów. Ciekawe, że scenki z kompozycjami lepiej wypadają artystycznie. Są ciekawsze w odbiorze i zrozumieniu.

Scenografia przedstawienia jest skromna, acz funkcjonalna. Honza Polivka skorzystał jednak z materiałów, które bliższe są sklepom Ikea niż pracowniom teatralnym. Dlatego przesuwane elementy dekoracji biją po oczach jasnym kolorem drewna, a blado białe kostiumy Joanny Walisiak zlewają się w jedno tło. Dobrym zabiegiem było wprowadzenie błękitnych i czerwonych rekwizytów, podkreślających atrybuty postaci. Inscenizacja dąży do uniwersalizacji utworu. Nie umiejscowienia go w konkretnym czasie i przestrzeni. Ten zabieg podkreśla aktorstwo, ale niestety niweczy to potencjalną myśl, że może to być historia o nas dziś, tu i teraz. Nie tak dawny „strajk kobiet” miał miejsce w tym kraju i tyczył praw nadrzędnych nas wszystkich. Szkoda, że nie wyłuszczono owego aspektu, bowiem ukazanie analogii do dnia dzisiejszego samo się nasuwało.

Wieczór w Białymstoku to wyprawa do teatru środka. Nie ma inscenizacyjnego fajerwerku, ale jest opowieść na miarę możliwości. Dziesięć i pół historii opowiedzianych, kto chciał zrozumiał, a jak nie, to chociaż się pośmiał. Mimo wszystko warto sięgnąć ponownie po Boccaccia, gdyż z jego utworu bije prawda o naszej rzeczywistości, a dawniej choć nie było znaku błyskawicy to kobiety walczyły i wygrywały swoje prawa! I aby nie trzeba było ciągle walczyć, ale pojąć, co znaczy równość.

Dekameron, Giovanni Boccaccio, reżyseria Igor Gorzkowski, Teatr Dramatyczny im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku, premiera: listopad 2022.

[Benjamin Paschalski]

Foto: Bartek Warzecha

NA DEJMKOWĄ NUTĘ – „PASTORAŁKI STAROPOLSKIE” – POLSKA OPERA KRÓLEWSKA W WARSZAWIE

NA DEJMKOWĄ NUTĘ – „PASTORAŁKI STAROPOLSKIE” – POLSKA OPERA KRÓLEWSKA W WARSZAWIE

Kazimierz Dejmek, ikoniczna, mityczna postać polskiej sceny. Nie tak dawno przypomniana, a może nawet odkryta na nowo, na kartach monografii Dejmek autorstwa Magdaleny Raszewskiej. To nie tylko wspaniały, legendarny inscenizator, reżyser, ale również dyrektor teatru, który co istotne przywrócił na sceny dramat staropolski, stając się jego wyjątkowym interpretatorem. Historyja o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim, Żywot Jozepha, Dialogus de Passione, powtarzane i realizowane wielokrotnie, stały się znakami rozpoznawczymi ręki mistrza. Pamiętam spektakl na podstawie Mikołaja Reja w warszawskim Teatrze Polskim. Był rok 1985.

BERLIŃSKI KIT – „BERLIN BERLIN” – TEATR WSPÓŁCZESNY W WARSZAWIE

BERLIŃSKI KIT – „BERLIN BERLIN” – TEATR WSPÓŁCZESNY W WARSZAWIE

W końcowym okresie, słusznie minionej epoki, istniało takie powiedzenie o naszym zachodnim sąsiedzie: „Jakby wyłączono prąd, to wszyscy by uciekli z NRD na Zachód, a ostatni gasiłby światło przywódca Erich Honecker”. I mimo budowania kraju idealnego socjalizmu nie udało się przekonać obywateli do wielkiej miłości