Najnowsze

ROMSKA BALLADA – „JAWNUTA ALBO ROMSKIE HISTORIE NA PODSTAWIE OPERY STANISŁAWA MONIUSZKI” – TEATR WIELKI IM. STANISŁAWA MONIUSZKI W POZNANIU

ROMSKA BALLADA – „JAWNUTA ALBO ROMSKIE HISTORIE NA PODSTAWIE OPERY STANISŁAWA MONIUSZKI” – TEATR WIELKI IM. STANISŁAWA MONIUSZKI W POZNANIU

Szacowna poznańska scena pod Pegazem nosi zaszczytne miano ojca polskiej opery Stanisława Moniuszki. I w ostatnich latach nie jest to tylko symboliczny, przypadkowy patron, ale jego kompozycje poczęły zajmować istotne miejsce w repertuarze placówki. Nie są to sztampowe wykonania, ale odkrywcze i ciekawe interpretacje. Przypomniała o tym, w programie do ostatniej premiery (niestety z błędami dat nowych inscenizacji: Halki nie w 2019 a w 2015 roku oraz opery Paria, nie w roku 2020 a 2019) dyrektorka sceny Renata Borowska-Juszczyńska. Jeżeli prześledzić premiery, polskiego kompozytora, to rzeczywiście były to odmienne spojrzenia, ciekawe obcowanie nie tylko z muzyką, ale wartościowymi projektami artystycznymi.

WSTYD W LESIE – „DEKALOG, CZYLI LOKALNA WOJNA ŚWIATOWA” – TEATR POLSKI IM. ARNOLDA SZYFMANA W WARSZAWIE

WSTYD W LESIE – „DEKALOG, CZYLI LOKALNA WOJNA ŚWIATOWA” – TEATR POLSKI IM. ARNOLDA SZYFMANA W WARSZAWIE

Wielokrotnie zastanawiam się czemu służy sztuka, w tym teatr. Na pewno to refleksja, własna interpretacja, namysł i oczywiście rozrywka. Lubię, gdy wychodzę z instytucji kultury, a myśli moje krążą, wirują oraz zastanawiam się nad pokładami interpretacji tego, co zobaczyłem. Ale zdarza się, że niby w słusznej sprawie, teatr przybiera formę propagandowej agitacji. Nie metafory, ale taniej aluzji, puszczania oka do widza, a także silnego narzucania jednej narracji. Sądzę, że tak musiał wyglądać teatr w stanie wojennym. Wówczas wiersz, utwór sceniczny wskazywał trwanie w oporze, ale wielokrotnie nie posiadał głębszego przesłania. I niestety historia się powtarza. Na scenie Teatru Polskiego w Warszawie, miała miejsce premiera, która nigdy nie powinna się odbyć. Jest wstydliwym przykładem jak dla wsparcia ukraińskiego narodu powstał spektakl ułomny i niedojrzały.

MIŁOŚĆ NA DZIKIM ZACHODZIE – „DZIEWCZYNA Z DZIKIEGO ZACHODU” – TEATR WIELKI W ŁODZI

MIŁOŚĆ NA DZIKIM ZACHODZIE – „DZIEWCZYNA Z DZIKIEGO ZACHODU” – TEATR WIELKI W ŁODZI

Dzieła operowe Giacomo Pucciniego to istna podróż geograficzna. Z jednej strony japońska tradycja (Madame Butterfly), chińska bezwzględność (Turandot) czy też włoska historia (Tosca). Na tym tle szczególne miejsce zajmuje kompozycja, która niezwykle rzadko pojawia się na naszych scenach – La fanciulla del West. Utwór, który przebojem pojawił się na deskach nowojorskiej Metropolitan Opera w roku 1910, po czasie głębokiej fascynacji, został zapomniany i porzucony. Obecnie coraz częściej pojawia się w teatrach muzycznych. Powodów może być kilka owego długotrwałego pominięcia. Ważnym wydaje się warstwa muzyczna. Niezwykle ciekawa, gdzie pobrzmiewają dźwięki amerykańskiego świata, ale nie posiadająca szlagierów i wstrząsających arii. To raczej przepełniona dramatyzmem opowieść. Co ważne kończąca się happy endem. Libretto wzorowane na sztuce Davida Belasco jest klasyczną narracją o trójkącie miłosnym. Pewnej siebie, walecznej Minnie, zakochanym w niej szeryfie Jacku Rance i tym pojawiającym się nieoczekiwanie, czarnym charakterze, bandycie, który pod wpływem uczucia zmienia własne życie – Dicku Johnsonie vel Ramerrez. Jednak istnieje jeszcze dwóch bohaterów. Geograficzny – Kalifornia i świat poszukiwaczy złota, a także zbiorowy – górnicy walczący o szczęście. Bowiem opera Pucciniego, mimo jasno nakreślonej struktury, będącej romansem uczuć, posiada niesłychany potencjał ukazania tęsknoty i walki o samego siebie w gromadzie robotników. Rzuceni w daleki świat, stają się zindywidualizowaną masą różnych charakterów. Kompozytor świetnie je skontrastował, chcąc ukazać niuansowość różnorodnej ziemi, która dla wielu stawała się mekką szczęścia i dobrobytu, a dla innych tragicznym finałem egzystencji.

Teatr Wielki w Łodzi powrócił do utworu, który przybrał tytuł Dziewczyna z Dzikiego Zachodu. Reżyserię powierzono Karolinie Sofulak, która bardzo dobrze radzi sobie w europejskim muzycznym świecie, również przygotowując udane produkcje w naszym kraju, między innymi w Poznaniu. W materiałach prasowych zapowiadano, że będzie to swoisty „spaghetti western”. Jednak oprócz łączącego języka z krajem pasty – czyli włoskim oraz tematyką kowbojską, trudno doszukać się więcej analogii. Ani nie ma brutalności, upadku moralnego czy też charakterystycznego czarnego humoru, co było wyróżnikiem filmów Sergio Leone. Sofulak oferuje dobrze skomponowaną historię miłosną. Co ciekawe najlepiej konstruuje, pełen emocji, ale kameralny akt drugi, gdzie faktycznie mamy obecnych na scenie tylko trójkę protagonistów. Ta rywalizacja o uczucie i życie jest pełna niepokoju i zmysłowości. Właśnie ten fragment jest niezwykle wciągający, frapujący niczym wcześniejsze (z roku 2018) dokonanie łódzkiej sceny Tramwaj zwany pożądaniem Andre Previna w reżyserii Macieja Prusa. Widać świetną pracę reżyserki, która prowadzi solistów z wyczuciem, nie zostawiając ich samym sobie, ale dopracowując każdy detal poszczególnych scen. Niestety akt pierwszy i trzeci wyłamują się z tego pozytywnego obrazu. Bowiem cały kalejdoskop postaci pobocznych jest co najmniej chybiony albo głosowo niedojrzały. Soliści i chórzyści, obsadzeni w rolach licznej braci górniczej, wyglądają na tak zmęczonych życiem i pracą jakby już nie mieli siły śpiewać. A przecież przychodzą do lokalu prowadzonego przez Minnie odpocząć, zrelaksować się. Smutek na ich twarzach jest przytłaczający. Jeszcze gorzej jest w akcie trzecim, który winien być pełen werwy, bowiem złapany bandyta Ramerrez ma za chwilę zawisnąć na stryczku. A jest blado i przeraźliwie smutno. Zapał ginie nim się zapali. Drugi plan nieświadomie już współczuje skazanemu. I śmieszność goni śmieszność. Jako ciekawostka: mamy jeszcze wprowadzenie psa w pięknej arii Jacka Wallace’a (Arkadiusz Anyszka). Jako miejscowy trubadur i samotnik przychodzi ze swoim kompanem-zwierzakiem. Tylko nikt nie pomyślał, że pies może szczekać i trochę zaburzyć wykonanie nostalgicznej pieśni. Jeszcze gorzej jest z wartością wokalną drugiego planu. Części solistów nie słychać, a chór rozjeżdża się w niejednym fragmencie, że aż uszy bolą. Reżyserka chyba nie wiedziała co zrobić z tą masą męską i pozostawiła im zbyt wiele wolnej ręki. Niestety skończyło się bladym obrazem społeczności. Ów świat wspólnoty rekompensuje relacja głównych bohaterów, która jest bardzo uczciwie i precyzyjnie ukazana.

Całość opery to trzy różne plany wizualne. Pierwszy drewniany saloon, gdzie poznajemy świat dawnej Kalifornii – oczywiście z wahadłowymi drzwiami, barem i atrybutami miejsca. Drugi fragment to dom Minnie, bardzo symboliczny i delikatnie zarysowany z dwoma przestrzeniami gry, a ostatni to metaforyczny las skonstruowany z owalnych elementów dekoracji. Dopełnieniem mają być, niestety niewidoczne, projekcje. I dochodzi do dziwnej nielogicznej inscenizacyjnej wpadki. Bowiem scenografia ma formułę nierealną, abstrakcyjną, lokującą akcję w każdym miejscu i czasie. Jednak kostiumy autorstwa Zuzanny Markiewicz są nad wyraz dosadne i jednoznaczne, jasno określające czas zdarzeń. To jakby reżyserka nie mogła się zdecydować czy jest to wariacja o Ameryce, czy może rzeczywista opowieść o tym miejscu.

Dramatycznej opowieści nie byłoby bez głównych bohaterów. Szczególne uznanie należy się Oldze Mykytenko, która gościnnie objęła partię Minnie. To nie jej pierwsze spotkanie z tą rolą, bowiem wciela się w nią również w Tallinie i może dzięki temu jest niezwykle świadoma tego, co czyni i jak śpiewa. To bardzo dobre wystawienie zarówno wokalnie jak i aktorsko, co buduje jej pozycję jako walczącej o miłość dziewczyny rzuconej na skraj świata. Posiada energię i zapał, ale także łagodność i szczerość. Jej wybranek Dick Johnson (Ramerrez), w tej partii Dominik Sutowicz, jak na bandytę zbyt delikatny i wycofany. Owszem głos solisty jest ładny i nośny, ale cóż z tego jak aktorsko pozostaje daleko w tyle za swoją wybranką serca. Ten trzeci to Jack Rance, szeryf w wykonaniu Łukasza Motkowicza. Wygrywa rolę skwaszoną miną i zaciśniętą szczęką. To trochę mało. Ale barwa jego barytonu jest godna pochwały. Orkiestra pod kierunkiem, powracającego do łódzkiej sceny, Wojciecha Rodka brzmiała równo, a nuty, szczególnie te oddające klimat kontynentu i relacji bohaterów, podkreślały dramatyzm akcji.

Premiera w Łodzi posiada wiele walorów. Najważniejszym jest przywrócenie mało znanego utworu Pucciniego. Otrzymujemy ciekawy, prosty i przemyślany koncept inscenizacyjny z dobrymi partiami wokalnymi głównych postaci. Jednak dopełnienie, z udziałem zespołu Teatru Wielkiego, jest trudne do pozytywnej oceny. Dziewczyna z Dzikiego Zachodu powinna uciekać z wybrankiem serca, ale na koniec podłożyć dynamit pod placem Dąbrowskiego. Miłość zwycięży, ale sztuki nie da się oszukać.

Dziewczyna  z Dzikiego Zachodu, Giacomo Puccini, reżyseria Karolina Sofulak, Teatr Wielki w Łodzi, premiera: grudzień 2022.

[Benjamin Paschalski]


fot. Joanna Miklaszewska

ZIMA WASZA, WIOSNA NASZA… A LATO MUMINKÓW – „1989” – TEATR IM. JULIUSZA SŁOWACKIEGO W KRAKOWIE

ZIMA WASZA, WIOSNA NASZA… A LATO MUMINKÓW – „1989” – TEATR IM. JULIUSZA SŁOWACKIEGO W KRAKOWIE

Chyba każdy, kto chociaż był dzieckiem w latach osiemdziesiątych XX wieku, pamięta to powiedzenie. Było ich więcej. Ze szkoły wracało się z całą litanią sloganów opowiadających o bieżącej sytuacji. Było „Wrona orła nie pokona” czy wcześniejsze „Chcesz cukierka? Idź do Gierka!”. Wracają wspomnienia. Ale dzieciństwo 

NA CZERWONEJ ZIEMI – „KSIĄŻE NIEZŁOMNY” – NARODOWY STARY TEATR IM. HELENY MODRZEJEWSKIEJ W KRAKOWIE

NA CZERWONEJ ZIEMI – „KSIĄŻE NIEZŁOMNY” – NARODOWY STARY TEATR IM. HELENY MODRZEJEWSKIEJ W KRAKOWIE

Znów Słowacki! To istny festiwal jego twórczości na polskich scenach. Nie jest to przypadek. Jego utwory to genialne metafory obecnej sytuacji międzynarodowej. Sfera konfliktu, walki, porażek idealnie wpisuje się w klimat wojny. Po dwóch spektaklach (w Legnicy i Wrocławiu) odnoszących się bezpośrednio do ziemi ukraińskiej, Stary Teatr w Krakowie przygotował premierę Księcia Niezłomnego Juliusza Słowackiego, który dramat wywiódł, spolszczył, będąc wiernym jego literze, z Calderona de la Barca. Praca katorżnicza bowiem romantyk pozostawił ośmiozgłoskowiec zastosowany w oryginale. Również akcja rozpisana na trzy gwałtowne dni wierna jest tekstowi źródłowemu.

Nieokreślona podróż z winem w ręku – Grono Mokotowska

Nieokreślona podróż z winem w ręku – Grono Mokotowska

Niewiele chwil w życiu daje tyle przyjemności i odprężenia, co spotkanie z przyjaciółmi przy kieliszku dobrze dobranego wina. W Warszawie takich miejsc jest coraz więcej, wśród tych świetnych i mniej cudownych, mam jedno wyjątkowe. To Grono na Mokotowskiej!

Od dawna marzyłem o miejscu, które będę traktował jak „swoje”. O lokalu, w którym poczuję się jak w odwiedzinach u starych, dobrych przyjaciół. Znalazłem! Wizyta w Grono to zawsze przyjemna i zaskakująca podróż, która zaczyna się niewinnie, a kończy niezobowiązującą satysfakcją. Na Mokotowskiej 54 ogarnie Cię obezwładniająca chęć poznawania, powrotu do klasycznych bukietów i do skosztowania kolejnej kropli wspaniałego trunku.

Nieokreślona podróż z winem w ręku – Grono Mokotowska

Wino to podróż, droga w mniej lub bardziej znane smaki i aromaty. Przy wielu wyborach tułamy się nie wiedząc w którym kierunku iść. W Grono wędrówka będzie przemyślana, choć obfitująca w niezwykłe przygody. Wszystko to dzięki pomocy wspaniałych i doświadczonych sommelierów. Często mówi się, że miejsca mają duszę – Grono bezapelacyjnie ją posiada. Jest ona złożona z cząstek osób tworzących ten lokal, dlatego to jeden z najwspanialszych adresów w Warszawie.

Nieokreślona podróż z winem w ręku – Grono Mokotowska

Grono to nowoczesna, ale kameralna „winiarnia”, w której poczujesz się wolny. Wnętrze to połączenie sklepu z winami i miejsca do jego degustacji. Lokal to otwarta przestrzeń ozdobiona nieregularnymi kształtami, które mają nawiązywać do winogronowych gron. Pastelowa, ceramiczna podłoga budzi ciekawość i nadaje nietuzinkowego charakteru. Uwagę przykuwają również motywy łuków, które nawiązują do kolebkowych piwnicznych sklepień.

Niebagatelną rolę w Grono odgrywa dobór win, których podstawą jest jakość. Selekcja oparta jest na panujących trendach, dlatego w Grono znajdziesz klasyczne pozycje oraz wina, o których nigdy wcześniej mogłeś nie słyszeć. To idealne miejsce na wiele okazji. Sprawdzajcie koniecznie!

W okresie świątecznym Grono prowadzi sprzedaż pięknych prezentów, które możecie skomponować indywidualnie. Znajdziecie tam pyszne słodkości, najlepsze wina, tematyczne książki i inne cudne rzeczy!

 

Grono_Mokotowska

W ŁUPINIE WŁOSKIEGO ORZECHA – „DZIADEK DO ORZECHÓW” – DAS STUTTGARTER BALLETT

W ŁUPINIE WŁOSKIEGO ORZECHA – „DZIADEK DO ORZECHÓW” – DAS STUTTGARTER BALLETT

Świat baletowy pełen jest postaci ikonicznych, ważnych dla rozwoju tejże sztuki, również istnieją kompanie taneczne, które złotymi zgłoskami zapisały się w historii. To bez tych zespołów nie mogliby tworzyć wybitni choreografowie.

IMIONA WOJNY – „KSIĄDZ MAREK” – TEATR POLSKI WE WROCŁAWIU

IMIONA WOJNY – „KSIĄDZ MAREK” – TEATR POLSKI WE WROCŁAWIU

W tym sezonie dramaty Juliusza Słowackiego przeżywają szczególny renesans. I co ciekawe to nie utwory najbardziej znane pojawiają się na naszych scenach. Nie tak dawno w Legnicy Sen Srebrny Salomei, za chwilę Książę Niezłomny w Krakowie, a obecnie Ksiądz Marek we Wrocławiu. Gdzie upatrywać owego