Najnowsze

WYKŁAD W CZERWONEJ RAMIE – „PANI KA PATRZY NA MORZE” – TEATR POLSKI WE WROCŁAWIU

WYKŁAD W CZERWONEJ RAMIE – „PANI KA PATRZY NA MORZE” – TEATR POLSKI WE WROCŁAWIU

W historii teatru istnieją spektakle, które pozostały legendą. Mówimy o nich: mistrzowskie, niepowtarzalne. Mając kilkanaście lat, dokładnie w samym początku lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku, chłonąc wszystko co było do zobaczenia, przeżyłem niesamowite spotkanie artystyczne w warszawskim Teatrze Współczesnym. Na scenie prapremiera dramatu Thomasa Bernharda Komediant. W roli tytułowej Tadeusz Łomnicki, a gospodarza odtwarzał Krzysztof Kowalewski. W ówczesnym czasie, kto wiedział, że dwa lata przed śmiercią, Łomnicki występował w teatrze niezwykle rzadko.

POSIEDZIELI, POGADALI, POSPALI – „KOŁO SPRAWY BOŻEJ” – TEATR WYBRZEŻE W GDAŃSKU

POSIEDZIELI, POGADALI, POSPALI – „KOŁO SPRAWY BOŻEJ” – TEATR WYBRZEŻE W GDAŃSKU

Romantyzm – piękny nurt kultury, który tak jak zachwyca to równocześnie wzbudza niezliczoną ilość problemów uczniom szkół każdego szczebla. Nawet mistrz teatralnej sceny, Kazimierz Dejmek, nie przepadał za Adamem Mickiewiczem. A realizując znamienne Dziady, które przeszły do legendy kultury i polityki za sprawą roku 1968, wykrzykiwał ponoć zza stołu reżyserskiego: „Co ten kudłaty Litwin powypisywał”. Utwór wieszcza nadal wzbudza wiele emocji. Tegoż przykład mieliśmy w zeszłym sezonie w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Prawie każdy z nas jest w stanie wymienić co najmniej jeden romantyczny utwór, nasi rodzice na pamięć „wykuwali” poezje Słowackiego.

GRZECHY CASANOVY – „CASANOVA” – TEATR WIELKI W ŁODZI

GRZECHY CASANOVY – „CASANOVA” – TEATR WIELKI W ŁODZI

Czy Giacomo Casanova był nudny? Na pewno nie. Jego życie przepełnione wyuzdaniem, zdobywaniem niewieścich serc, zdradą, ucieczką i podróżą pełne było wyzwań, które mogą stanowić kanwę nie jednej opowieści. W świecie baletu dał temu wyraz kilka lat temu Krzysztof Pastor, który z Polskim Baletem Narodowym przygotował Casanovę w Warszawie wybierając jeden wątek z bogatego kalejdoskopu podbojów weneckiego kawalera. Klasyczna, stylowa opowieść taneczna idealnie współgrała z postacią tytułowego bohatera. Było dostojnie i co najważniejsze baletowo, gdzie taniec stanowił najważniejszy element widowiska. Do postaci Casanovy powrócił łódzki Teatr Wielki wieńcząc tegoroczne spotkania baletowe przedstawieniem jemu poświęconym. I niestety to co zobaczyliśmy na scenie przy placu Dąbrowskiego jest tragicznym zetknięciem z rzeczywistością zespołu łódzkiego. Przykre to doświadczenie, gdy sto dwadzieścia minut ciągnie się w nieskończoność, a skala niekonsekwencji jest przerażająca.

Realizację baletu powierzono stałemu gościowi Łodzi Grayowi Veredonowi. Biogram w programie do przedstawienia zawiera znamienne zdanie: „Do połowy lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku życie artystyczne Graya Veredona wypełniały taniec i choreografia”. I chyba należało godnie zejść ze senny. Świadczą o tym wcześniejsze prace artysty w Łodzi, kompletnie nieudane: Kobro i Kolor żółty. Trzeba było poprzestać na tych dwóch niewypałach, aby nie kontynuować blamażu artysty. Niestety. Casanova to gwóźdź do trumny, nie tylko choreografa, ale całego zespołu. Grzechy, które mnożą się w spektaklu, można porównać z występkami bohatera. Pierwszą pomyłką jest brak zespołu akompaniującego, bowiem muzyka odtwarzana jest z taśmy. Gdyby balet przygotowany został do jednego, stanowiącego całość, utworu muzycznego, może nie stanowiłoby to problemu. Jednak Veredon wybrał jako podkład trzydzieści jeden fragmentów Antonio Vivaldiego. Są to utwory bardzo odmienne, a odtwarzanie ich z aparatury dźwiękowej powoduje, że między nimi mamy nieznośne pauzy, które na siłę wypełniają drobne brawa publiczności. Gubi się zwięzłość dramaturgiczna, klarowność wypowiedzi. We współczesnym świecie baletu rzadkością już jest wykorzystanie taśmy, bowiem barwa naturalnego dźwięku, współgranie tańca, szczególnie z muzyką barokową, jest czymś naturalnym i wręcz koniecznym. Tu niestety tego nie doświadczyliśmy.

Libretto, w programie spektaklu, zajmuje dziesięć stron! Skala szczegółowości opisu Veredona jest przerażająca. Twórca zadbał abyśmy dokładnie zrozumieli to co chciał nam przekazać. Niestety ten zapis jest ciekawszy niż to co widzimy na scenie. Z każdą sekwencją wyparowują emocje i uczucia. Historia jest w miarę prosta. Jesteśmy w Wenecji, rodzi się Casanova, który rozpoczyna życie uwodziciela. Posiada swojego prześladowcę Cospetto, stojącego na straży moralności. Wokół bohatera krążą niezliczone roje panien gotowe do uwiedzenia. Ostatecznie Casanova trafia do więzienia. Ucieka. Odwiedza Paryż i Londyn. Na końcu powraca do rodzinnego miasta, w którym socjeta go odrzuca. Umiera w samotności. I niestety jest to opowieść bardzo powierzchowna i niezrozumiała. Choreograf nie może zdecydować się o czym jest ta historia – Casanovie? Ściganiu zła? Uwiedzeniu? Zdominowaniu kobiet? I te pytania można mnożyć. W tym gąszczu bohater jest zepchnięty na drugi plan. Wielokrotnie jest trudny do zauważenia. Masa pobocznych postaci zasłania główny wątek baletu. Choreograf wskazuje błędne tropy. Można odnieść wrażenie, że to kobiety nieustannie uwodzą Casanovę, są rozwiązłe i prowokujące. Sam bohater nie wiadomo kim jest – czy szarmanckim szlachcicem, a może perwersyjnym podrywaczem, któremu bliżej do Markiza de Sade. Absolutnie z tej opowieści nie wynika nic. A postaci snują się po scenie w poszukiwaniu autora.

Scenografia jest również trudna do interpretacji. Stanowią ją kostiumy stylizowane oraz projekcje. Jednak są tak nieczytelne, że można pomylić bale dla cumujących gondoli z lasem, a wykorzystanie nieznanej przestrzeni operowej a nie widowni Teatro La Fenice jest totalnym kuriozum, a przecież jesteśmy w Wenecji.

Jednak w świecie baletu najważniejszy jest ruch. I w Łodzi mamy do czynienia z największym grzechem spektaklu tanecznego. Tegoż faktycznie jest jak na lekarstwo. Jeden z widzów, mijany po zakończeniu spektaklu, wzbudził mój śmiech. Powiedział: „Balet ładny, tylko nie miał baletu”. W tych słowach jest kwintesencja wieczoru. Wiejąca nuda i grzech nadrzędny to – brak baletu. Więcej w tym przedstawieniu pantomimy, przejść, a nie tańca. Jeżeli już się on pojawi jest bardzo prosty, niedoskonały, wtórny, nieoryginalny. Sceny zespołowe budzą uśmiech politowania. Bowiem bieg z lewej kulisy do prawej to podstawa choreografii. Casanova nie ma ani jednego solowego układu, który byłby wizytówką postaci. Duety z kolejnymi podrywanymi kandydatkami do uwiedzenia są nijakie. A scena z siostrami Teresy może raczej służyć jako instruktaż poczynań w alkowie, a nie przykład dobrego baletu. Drugi akt to już szczyt niemocy. Kolejne sceny są tak skonstruowane jakby powstały podczas prób generalnych. A sekwencja paryska z Voltairem, który odtwarza dziwaczne pozy jest nijaka i żadna. Przecież Paryż to siedlisko rozwiązłości, a w układzie Veredona to salonowa gra. Tych pomyłek i chybionych rozwiązań jest wiele, aż za wiele.

Zespół tańczył nierówno, bez przekonania. W drugiej obsadzie Casanovę odtwarzał Joshua Legge. Jest bezbarwny, faktycznie nie można powiedzieć nic o jego technice i umiejętnościach. To samo tyczy jego partnerek. Jedyną iskrą, choć czarną, jest Nazar Botsiy w roli Cospetto. Rola jest przemyślana, tancerz jest świadomy swojego demonicznego, przesiąkniętego złem charakteru. Jego ruch jest wyrazisty, gwałtowny i klarowny. Gdyby opowieść została zbudowana w całości jako ściganie zła byłoby to oryginalne ujęcie historii niezmordowanego kochanka. Jednak pozostała niezrozumiała chęć opowiedzenia wszystkiego, o wszystkim. Ta droga okazała się ślepa i skazana na niepowodzenie.

Kryzys w balecie Teatru Wielkiego w Łodzi jest poważny. Bowiem dobór choreografa obnażył również słabości zespołu. Brakuje w nim indywidualności, ale i zespołowości. Nie ma ducha tańca, tego co jest istotne dla zarażenia odbiorców tym co dzieje się na scenie. Grzechów Casanovy nie ujrzeliśmy, ale totalna niemoc artystyczna tnie żyletkami po oczach.

Casanova, muzyka Antonio Vivaldi, choreografia Gray Veredon, Teatr Wielki w Łodzi, premiera: październik 2022

                                                                                               [Benjamin Paschalski]

Materiały prasowe/Joanna Miklaszewska

TĘCZOWA PODRÓŻ – „PRISCILLA, KRÓLOWA PUSTYNI. MUSICAL” – TEATR MUZYCZNY CAPITOL WE WROCŁAWIU

TĘCZOWA PODRÓŻ – „PRISCILLA, KRÓLOWA PUSTYNI. MUSICAL” – TEATR MUZYCZNY CAPITOL WE WROCŁAWIU

To jest hit! Nie boję się tego słowa użyć. W ostatnich latach dwukrotnie miałem poczucie, że muszę wstać do oklasków. Pierwszy raz po Klątwie Olivera Frljica w warszawskim Teatrze Powszechnym, a dokładnie tydzień temu po musicalu Priscilla, królowa pustyni w Teatrze Muzycznym Capitol we Wrocławiu. Nie ma drugiego, w naszym kraju, przedstawienia tak optymistycznego, spontanicznego, żywiołowego.

BAL, CZYLI PIŁKA NOŻNA PO ŚLĄSKU – „CHŁOPCY Z ROOSEVELTA” – TEATR NOWY W ZABRZU

BAL, CZYLI PIŁKA NOŻNA PO ŚLĄSKU – „CHŁOPCY Z ROOSEVELTA” – TEATR NOWY W ZABRZU

Sklep ze słodyczami na jednej z ulic Dubaju. Żartuję ze sprzedawcą, on pyta skąd jestem. Odpowiadam z Polski. On się uśmiecha i mówi – Lewandowski! Odmieniane przez wszystkie przypadki nazwisko polskiego napastnika na całym Świecie świadczy nie tylko o rozpoznawalnej marce świetnego piłkarza jakim jest bez wątpienia Robert Lewandowski, ale również o fenomenie samego footballu. Jak Świat szeroki, na każdym kontynencie piłka nożna wzbudza emocje, integruje, wytwarza specyficzną atmosferę wspólnoty, buduje lokalne historie, ale również dzieli i ukazuje animozje międzyludzkie.

SCENY Z ŻYCIA DWORU – „DYDONA I ENEASZ” – WARSZAWSKA OPERA KAMERALNA

SCENY Z ŻYCIA DWORU – „DYDONA I ENEASZ” – WARSZAWSKA OPERA KAMERALNA

Niedawne tygodnie na świecie skupione były w głównej mierze na ostatnim pożegnaniu brytyjskiej królowej Elżbiety II. Co chwile byliśmy bombardowani informacjami czy wnuczęta przyjechały, czy nie przyjechały, czy książę Karol to będzie dobry władca czy zły. Glob zamarł z informacjami o wojnie w Ukrainie. A nasze oczy zwróciły się na Wyspy. I chyba z tego ślepego zapatrzenia, bo nie da się inaczej wytłumaczyć, powstała koncepcja inscenizacyjna najnowszej premiery Warszawskiej Opery Kameralnej. Dydona i Eneasz Henry’ego Purcella, choć należy do epoki renesansu to daleko jej do stylu Monteverdiego. Jak pisał Józef Kański w niezawodnym Przewodniku operowym odmienność dzieła Londyńczyka, co zgodne jest z tradycją Anglii, polega na wykorzystaniu chóru jako istotnego elementu wykonawczego kosztem recytatywów. I rzeczywiście jedna epoka a dwie odmienne formy operowe. Styl Purcella zbliża do baroku jest swoistym światłem nadchodzącego nurtu artystycznego. Nie bez powodu to właśnie ten utwór zapoczątkował kolejny Festiwal Oper Barokowych WOK. Oprócz warstwy muzycznej nic więcej w utworze nie pozostało. Reżyser przenosi nas w inny czas. Kostium lokuje akcję w latach pięćdziesiątych-sześćdzieisątych XX wieku. I nie jest to przypadek. Bowiem młoda królowa poszukuje ostatniego, możliwego uczucia. Gdy powinności wobec królestwa są na dalszym planie, a serce wygrywa z rozumem.

Przedstawienie rozpoczyna się od powitalnych mów i powitań. Następnie przechodzi do właściwego utworu muzycznego. Dydona jest wyniosła i dostojna, ale również rozedrgana i niepewna. Jej najbliższa powiernica Belinda, wspiera ją w duchowych rozterkach i niepewnościach. Eneasz to kapitan żeglugi w nienagannym granatowym mundurze. Uczucie narasta i może być szczęśliwe. Ale nie będzie radosnego finału. Bowiem w inscenizacji Tomasza Cyza pojawia się ta trzecia. To nie siły nadprzyrodzone, ale konkurentka Czarownica, która niweczy plany i nadzieje miłości. Ten realistyczny wątek jest z korzyścią dla akcji scenicznej. Bowiem wiara w działania sił nieczystych są w dzisiejszych czasach zgubne. W programie do przedstawienia, reżyser tłumaczy ów zabieg porównując go do dzisiejszej sytuacji wojennej i realnych ludzkich namiętności. Ku wyjaśnieniu. Na tym polega polityka. Bowiem to sztuka zdobywania, sprawowania i utrzymywania władzy. Naprawdę nie trzeba wszędzie włączać pierwiastka agresji rosyjskiej w Ukrainie. Jest to zbędne. A świat zawsze taki był i będzie.

Akcja sceniczna podzielona jest na trzy plany. Dwa na bocznym proscenium – buduar królowej i port z linami żeglarskimi. Sama scena to miejsca zawodów w golfa, celebry i pożegnania. Niestety reżyser tak skonstruował akcję, że więcej dzieje po bokach i na samej widowni, gdy chór współgra z wykonawcami niż w centralnym punkcie sceny. Zawsze te zabiegi stają się śmieszne i irytujące. Czy inscenizator nie ma pomysłu jak ograć scenę i zmieścić w niej akcję sceniczną prostymi elementami rekwizytu? Jednak chybionych pomysłów jest więcej. Najbardziej nieudany to wykorzystanie aktorów, performerów, którzy również wykonują elementy taneczne w układzie Weroniki Bartold. Nie do końca zrozumiałym jest co nimi było, bo jest tychże scen ruchowych jak na lekarstwo. A jak się pojawią absolutnie nie mają żadnego sensu. Proste przejście, wygięcie, zejście. Szkoła opery barokowej to również wspaniałe sekwencje baletowe. W tym samym miejscu Deda Cristina Collona w Armidzie pokazała co to znaczy historyczny taniec. W operze Purcella są fragmenty muzyczne, które wymagają jasnej roli inscenizatora. W WOK mamy pustą przestrzeń, lukę na myśli widzów co można byłoby pokazać. Reżyser operuje najprostszymi schematami. Jak marynarze – to wszyscy pijani. I już nasuwa się pytanie. To po co intrygi Czarownicy skoro i tak się potopią z upojenia alkoholowego? Scena golfa. To raczej nie jest sport współzawodnictwa a spędzania czasu. I te przykłady chybionych pomysłów można mnożyć.

Do muzycznego przygotowania premiery zaproszono Dirka Vermeulena, belgijskiego kapelmistrza specjalizującego się w wykonywaniu muzyki dawnej. Niestety orkiestra grała blado, dźwięki nie poruszały. Najlepiej wypadł chór jako komentator i jasny uczestnik zdarzeń. W partiach tytułowych w premierowym wieczorze wystąpili Margarita Slepakova i Artur Janda. Tu też pojawiają się kolejne znaki zapytania. Solistka może za kilka lat, gdy doszlifuje warsztat, który dziś jest imponujący, wyjdzie dalej niż technika i ukaże świat emocji. Baryton jest dojrzały, mocny i precyzyjny, ale nie ma możliwości pełnego spełnienia w roli, która wymaga wyciszenia i uczucia. Niby wszystko wspaniale, ale nie tak jak być powinno. Największe rozczarowanie to Czarownica Wandy Franek. Jej mezzosopran jest blady i nie spełnia wymagań roli. Niestety nie był to spełniony spektakl muzycznie i wokalnie.

Wieczór w Warszawskiej Operze Kameralnej to trochę jak zakupy w discouncie. Towar pięknie opakowany a w środku duże rozczarowanie. Reżyser Tomasz Cyz silił się aby było efektownie, nowocześnie, aktualnie. A wyszły nieprzemyślane sceny niby o dworze i wzruszająca historii o miłości królowej. Czasem warto nie sprzyjać gustom kolorowego czasopisma gdyż lepiej wyjdzie to dla utworu muzycznego i widzów opery.

Dydona i Eneasz, Henry Purcell, reżyseria Tomasz Cyz, Warszawska Opera Kameralna, premiera: październik 2022.

                                                                                                 [Benjamin Paschalski]

Restauracja Aruba – Żeberkowe serce Warszawy

Restauracja Aruba – Żeberkowe serce Warszawy

Aruba – Sophisticated Ribs Bar to ulokowana na śródmieściu stolica żeberek. Restauracja specjalizuje się w ich pieczonej wersji, jak sami piszą „Nasze żeberka swój obłędny smak i aromat zawdzięczają marynowaniu przez 48h i pieczeniu w żywym ogniu”. Trzeba przyznać Arubie rację, mięso jest wyśmienite, upajające, a dodatki dopełniają dania. Na Hożej 61 spodziewajcie się prawdziwej uczty, porcję są olbrzymie, a jedzenie przepyszne.

ALLELUJA I DO PRZODU! – „Tartuffe czyli Świętoszek” – Teatr Powszechny W Radomiu

ALLELUJA I DO PRZODU! – „Tartuffe czyli Świętoszek” – Teatr Powszechny W Radomiu

Większość widzów odwiedzających sale teatralne poszukuje rozrywki, oddechu od codzienności. Ale równie chętnie oglądamy widowiska korespondujące z dniem dzisiejszym, gdy niby z przymrużeniem oka widzimy nasz obraz społeczny, może wyjaskrawiony i przeszyty cyniczną kreską wyrazistości, ale pełen dosadnego komentarza do współczesności.