Autor: admin

SAMOTNOŚĆ KSIĘCIA – „JEZIORO ŁABĘDZIE” – THE AUSTRALIAN BALLET W MELBOURNE

SAMOTNOŚĆ KSIĘCIA – „JEZIORO ŁABĘDZIE” – THE AUSTRALIAN BALLET W MELBOURNE

Choć w Polsce mamy nadal nieformalny bojkot sztuki rosyjskiej to i tak nie da się wymazać z kart historii ikonicznych dokonań w przestrzeni baletu twórców pochodzących z tegoż kraju. Mowa głównie o kompozytorach i niekwestionowanym mistrzu gatunku – Piotrze Czajkowskim. Jego Jezioro łabędzie pozostaje najważniejszym klasycznym dokonaniem tańca i wpisane jest na wieki w repertuary wszystkich scen na świecie. Zastanawiam się, że może warto zrobić szczególny konkurs tychże realizacji i wykonań oceniany przez wytrawnych znawców. Wynik określiłby palmę pierwszeństwa dla zespołu mistrzowskiego baletu klasycznego.

NIE MA RZECZY NIEMOŻLIWYCH – RECENZJA FILMU „LES PETITES VICTOIRES”

NIE MA RZECZY NIEMOŻLIWYCH – RECENZJA FILMU „LES PETITES VICTOIRES”

Małe miasteczka, wsie mają swój wyjątkowy klimat. Są urokliwe, często malowniczo położone, ciche i kameralne. Bardzo często zapomniane, niemal zagubione gdzieś w przestrzeni między wielkimi metropoliami. Do tego wszyscy mieszkańcy takich miejscowości się znają, wszystko o sobie wiedzą, co czasami staje się przekleństwem, ale to sprawa na inną historię. Poza urokiem i wielkim kapitałem cichego piękna takie miejsca kryją niezwykłe tajemnice.
Do jednego z takich miejsc – niewielkiej wioski Kerguen w Bretanii przenosimy się w obrazie Les petites victories, gdzie poznajemy Alice Le Guennic (Julia Piaton) młodą, energiczną kobietę, która jest zarówno burmistrzem, dyrektorką szkoły, jak i nauczycielką.

NAMALOWAĆ TAŃCEM – „ECHOS OF VAN GOGH” – WEST AUSTRALIAN BALLET W PERTH

NAMALOWAĆ TAŃCEM – „ECHOS OF VAN GOGH” – WEST AUSTRALIAN BALLET W PERTH

Kolejka. Czekanie. Coś mi to przypomina. Przed oczami wracają wspomnienia z dziecięcych lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku. Niekończący się ogonek po kostkę masła. A dziś na nowo czekanie, jak utrapienie. I to w jakim celu?! Aby wymienić pieniądze! Jedyny kantor w mieście. Przede mną dwóch Etiopczyków. Ucinamy sobie pogawędkę. O życiu, teraźniejszości i tejże dziwnej metropolii. Moi interlokutorzy stwierdzają – to duża wieś! I nie ma w tym kpiny czy przesady, a mowa o stolicy Zachodniej Australii – Perth. Każdy, kto odwiedzi to miejsce, przeżyje szok kulturowy. Niska zabudowa, kilka drapaczy chmur zbudowanych w ostatnich dziesięciu latach, o siedemnastej zamknięte sklepy, wyludnione ulice, które ledwo zapełniają się w weekend. Restauracji kilka, owszem z bardzo dobrym jedzeniem, ale bez rezerwacji nie ma co szukać miejsca. Dziwny świat. I waśnie tu funkcjonuje niezwykle sprawnie West Australian Ballet kierowany od dziesięciu lat przez Aureliena Scannellę, który z końcem 2023 roku kończy swoją misję. Kolejny rok ma przygotować, jako tajemniczo brzmiący gościnny dyrektor, David McAllister, który przez dwadzieścia lat prowadził The Australian Ballet. Jednak ostatnia dekada w Perth była niezwykle owocna dla naszych, polskich artystów. Z West Australian Ballet pracowali Krzysztof Pastor i Robert Bondara, odnosząc spektakularne sukcesy. To właśnie w tym miejscu miał swoją pierwszą prezentację Dracula w układzie dyrektora Polskiego Baletu Narodowego. I rzeczywiście paleta zapraszanych realizatorów była szeroka, a europejska czołówka stała się stałym gościem miejsca. Ostatnią premierę przygotowała Wubkje Kuindersma. Niderlandzka artystka młodego pokolenia, która ma kilka udanych prac na swoim koncie w uznanych miejscach naszego kontynentu. W swojej twórczości skupia się na jednostce, płci i kwestiach tożsamościowych. Również wykorzystuje inne sztuki dla ukazania własnego myślenia o świecie, historii czy też osobach. Tematem ostatniej pracy stał się Vincent van Gogh. Trochę oryginalnie. Niderlandzki postimpresjonista w odmiennym świecie kulturowym. Wyzwanie i oczekiwanie.

Przedstawienie wykonywane jest w majestatycznym His Majesty’s Theatre, który przypomina czasy kolonialne. Wygląd zewnętrzny jest zniewalający, a wnętrze urokliwe. W tego typu próbach interpretacji zawsze należy zadać pytanie jak pokazać malarstwo czy też odmienne sztuki tańcem? Są dwie drogi. Pierwszą parę miesięcy temu ukazał Russell Maliphant. Jego zjawiskowy Vortex to podróż do twórczości Jacksona Pollocka, ale odarta z chęci ukazania życia. Skupienie się na artystycznym eksperymencie poprzez wykorzystanie światła, piasku, a przede wszystkim ruchu. Zbudowana została zjawiskowa przestrzeń nie tyle tańca, ale malarskiej wizji malowanej ekspresją ciała. Inną drogę obrała Annabelle Lopez Ochoa, która dwukrotnie podjęła próbę zmierzenia się z mitem i życiem Fridy Kahlo. Broken Wings stanowiło odwzorowanie twórczości, co miało niebagatelny wizualny sens, a już Frida przygotowana dla Het Nationale Ballet ukazywała życie, związki, relacje i niestety na drugim planie artystyczną stronę egzystencji meksykańskiej artystki. Kuindersma poszła tropem Ochoa i można zauważyć bardzo dużo inspiracji w konstrukcji dramaturgicznej. Podział na dwie części, początek skupiony na relacji rodzinnej i budowaniu pozycji artysty, a druga będąca już ekspresją, wybuchem ekspresji twórczej, przetkana życiowymi więziami oraz rozterkami. Już ich nazwy są niezwykle znaczące: Żyjąc dla sztuki, Żyjąc wiecznie (Nieśmiertelność), układają się w dwie postępujące, ale odmienne narracje jednego życia. Van Gogh zaczął tworzyć późno, ale z pasją i zatraceniem. Choreografka czyta jego życie dość zdawkowo, omija dziwne przygody z kobietami, ale pozostawia znaki zapytania, co do związków z mężczyznami. Najbardziej trudna wydaje się relacja z bratem Theo, a także niespełnione uczucie, fascynacja, niezrozumienie z Paulem Gauguinem. To wszystko implikuje szał twórczy, ekspresję namiętności pędzla i ołówka. Mimo pewnego przekombinowania i poruszenia zbyt wielu wątków pomysł realizacyjny jest interesujący. Kuindersma zestawia dwadzieścia jeden obrazów mistrza z jego życiem. Tworzą one świetne tło dla tańca. Początki w pracy nad Jedzącymi kartofle zestawione są z sekwencją obserwacji tanecznej konsumpcji strawy przez chłopów. I dalej przez Paryż do łanów słoneczników, zboża i natury. Tworzy się z owego obrazu żywa konstrukcja ruchu wsparta obrazami, których zbliżenia i powiększenia ukazują kreskę nakładania farby i sztukę tworzenia dzieła. Są jak soczewki, które nie tylko penetrują płótno, ale i wnętrze jednostki. Bowiem balet jest właśnie swoistą paletą w ręku mistrza, którego życie wspiera proces kształtowania dzieła jako konsekwencja egzystencji. Wielka zasługa, w zbudowaniu owego niesamowitego wizualnego świata, należy się Tatyanie Van Walsum, autorce projekcji, scenografii i kostiumów. Co ciekawe także niderlandzkiej artystce, która wielokrotnie współpracowała z Pastorem również w Warszawie.

Najważniejszym punktem przedstawienia pozostanie muzyka. Oryginalna kompozycja Anthony’ego Fiumara, związanego ze sceną elektroniczną, przywołuje znane, powtarzane, minimalistyczne kawałki Michaela Nymana, a także Johna Williamsa. To świetny utwór, który dopełnia myśl inscenizacyjną. Wykonanie na żywo przez West Australian Symphony Orchestra pod kierunkiem Jessiki Gethin dopełnia artystycznego wyrazu. Jednak sam układ tańca nie jest skomplikowany, można powiedzieć, że banalny, w którym brakuje między innymi podnoszeń i technicznych innowacji. Nie wiadomo dlaczego każda scena zespołowa przypomina poprzednią, zlewają się obrazy szczególnie te ukazujące radość natury. Niektóre postaci pojawiają się na chwilę nie budują głębi, są jak muśnięcia, ale zbyt delikatne, aby odcisnęły się farbą na tanecznym płótnie. Najlepiej wypadają duety Vincenta (Ludovico Di Ubaldo) i Theo (Juan Carlos Osma), w których skupienie i zawiła więź odnajduje dojrzałych interpretatorów. Sam zespół posiada wiele braków i musi mocno ćwiczyć nad koordynacją i synchronizacją wspólnego układu.

Australia to niesamowity kraj. Każdy marzy o misiu koala i kangurze z maleństwem w swojej kieszonce. A jednak to również miejsce otwarte dla kultury. Balet odnajduje się w owym kalejdoskopie niezwykle ciekawie, a poszukiwania są inspirujące i stawiają nowe znaki zapytania. Co prawda praca Kuindersmy może nie jest wyżynami sztuki tańca, ale stanowi ciekawy punkt ukazania twórczości artysty. Wielkiego malarza, który nie tylko pozostawił ogromną spuściznę, ale zawsze pozostanie echem w życiu każdego kochającego piękno. A balet w Perth przybliża ten świat – ziemniaków, łanów zbóż, twarzy, ulic, zaułków i wiecznych słoneczników.

Echos of van Gogh, Anthony Fiumara, choreografia Wubkje Kuindersma, West Australian Ballet, Perth, premiera: wrzesień 2023.

[Benjamin Paschalski]

 
Foto: Bradbury Photography 

DWADZIEŚCIA I PIĘĆ PREMIER SEZONU 2023/24, NA KTÓRE CZEKAMY

DWADZIEŚCIA I PIĘĆ PREMIER SEZONU 2023/24, NA KTÓRE CZEKAMY

Nastał wrzesień. Teatry, nawet odmiennie niż dotychczas, chętnie informują o swoich planach repertuarowych na kolejne miesiące. Zapowiedzi są interesujące, nie o wszystkich napiszemy bowiem nieznane są tytuły, co tyczy na przykład nowego spektaklu Krzysztofa Warlikowskiego w Nowym Teatrze, gdzie premiera planowana jest w kwietniu 2024 roku. Również nie będzie o premierach w niektórych teatrach, np. Żydowskim w Warszawie, bowiem nie otrzymaliśmy informacji o planach repertuarowych. To oczywiście subiektywny wybór, który zawsze pozostanie trudny, gdyż na mojej liście znalazło się więcej spektakli niż tylko owe zaprezentowane. Czekamy na wzruszenia, obyczajowe wzloty, tragedie, romantyczne tchnienia i wiele scenicznych objawień.

LEKCJA MUZYKI W KLASIE PIĄTEJ – „FAUSTUS” – TEATR POLSKI W POZNANIU

LEKCJA MUZYKI W KLASIE PIĄTEJ – „FAUSTUS” – TEATR POLSKI W POZNANIU

Nie znosiłem lekcji muzyki w szkole podstawowej. Niczego się nie dowiedziałem o historii tejże dziedziny życia społecznego, ale nieustannie nauczycielka maltretowała nas ćwiczeniem gry na flecie. Bezsens kompletny. Czasem dochodził trójkąt, bo na inne instrumenty nie było pieniędzy. To samo tyczyło plastyki, gdy każdy musiał obowiązkowo tworzyć pejzaże, a wiedzy nikt nie miał choćby o artystach niderlandzkich. Mam nadzieję, że te czasy minęły, ktoś poszedł po rozum do głowy, że czasem lepiej ukazać wiedzę, a nie tylko kształtować umiejętności. Bo raczej codziennie Beethoven i Picasso się nie rodzą. Ta dygresja łączy się z ostatnią premierą sceny poznańskiej. Uwielbiam architekturę Teatru Polskiego.

NIE ODKŁADAJ NA PÓŹNIEJ, TYLKO ŻYJ TU I TERAZ – RECENZJA FILMU „LIVING”

NIE ODKŁADAJ NA PÓŹNIEJ, TYLKO ŻYJ TU I TERAZ – RECENZJA FILMU „LIVING”

Biurokrację trudno zmienić. Charakteryzuje ją przede wszystkim to, że rozrasta się w szybkim tempie w każdych warunkach. Bez względu na szerokość geograficzną i czasy w zasadzie jej tryby działają bardzo podobnie, rzec można nawet – tak samo. Podobnie jej charakter – jest bezduszna i choć stworzona przez i dla człowieka, tego traci z pola widzenia. Czy biurokrata może mieć serce? Tak, jest to możliwe, ale jedynie wówczas, kiedy umiera… Co robić, kiedy pozostało człowiekowi zaledwie kilka miesięcy życia? Jak wykorzystać czas, kiedy dowiadujemy się, że liczba naszych oddechów i uderzeń serca zostały już policzone? Co załatwić pilnie? Co odłożyć na zawsze, o czym zapomnieć? Czy starać się wykorzystać pozostały czas i zrobić coś, co będzie miało znaczenie, czy to na co nie miało się odwagi, czasu, szkoda było pieniędzy przez całe życie? Czy żyć normalnie, zwykłym, codziennym tempem? Jak powiedzieć o nadchodzącej śmierci najbliższym? W czym szukać sensu naszego życia?  Jeśli nie zastanawialiście się nad tym wszystkim – to odpowiedzi na te pytania znajdziemy w najnowszym filmie Living reżysera Olivera Hermanusa.

Obraz ten przenosi nas do Londynu z lat 50. XX w. Miasto podnosi się właśnie z powojennego kryzysu, otrzepując się z opadłego pyłu wojennych zmagań. W pierwszych ujęciach towarzyszymy piątkowej rutynie grupy pracowników z jednego działu urzędu miejskiego, którzy spotykają się na peronie dworca kolejowego i wspólnie podróżują do pracy. Na jednej ze stacji dołącza do nich szef – Pan Williams (Bill Nighy). Wśród tej grupy jest również nowy członek zespołu – Peter Wakeling (Alex Sharp), który dopiero wdraża się, poznaje tajniki pracy w biurze i nie zna jeszcze utartych zwyczajów zgranej ekipy. Jest niezwykle optymistyczny i nie może pohamować swojego entuzjazmu, nawet wówczas, kiedy spotyka swojego zamkniętego i niedostępnego kierownika działu. Przełożony zbudował ogromny dystans, ale i szacunek wobec siebie. Wydaje się bezrefleksyjny i nieczuły na krzywdy przeciętnego człowieka. Nic bardziej mylnego. Pod skorupą przyjętej bezdusznej, urzędowej codzienności kryje się czuły i dobry człowiek, którego praca w biurokracji zmieniła w trybik beznamiętnej machiny.

Pewnego dnia Pan Williams udaje się do lekarza, gdzie otrzymuje złowieszczą diagnozę – to nowotwór, który wyznaczył już kres jego życia. Ten moment jest punktem zwrotnym i wywraca do góry nogami całe życie, w tym jego codzienną rutynę. Od tej pory niezmiennie tkwiący za biurkiem, nie pojawia się w pracy, znika bez uprzedzenia i usprawiedliwienia. Był dotąd uosobieniem perfekcyjnie bezrefleksyjnego, niemal zaprogramowanego na nieokazywanie emocji urzędnika, wykonującego swoje obowiązki zawsze zgodnie z paragrafem i nigdy ponad to, co się od niego oczekuje. Stał się niedoścignionym wzorem dla współpracowników, którzy w oczekiwaniu na awans chcieli być taki jak on – niezawodni i niezłomni. A przecież za każdym wnioskiem, każdą petycją, dokumentem, który trafia do rąk urzędnika są ludzie, ich problemy, plany, które mogą pomóc osobom w potrzebie, zmienić czyjeś życie, poprawić los wspólnot.

Living jest z pewnością popisem gry aktorskiej Billa Nighy. Jego niezwykła, naturalna powściągliwość wspaniale wpisuje się w charakter granej przez niego postaci. Jako ojciec swojego syna (w tej roli Barney Fishwick) nie wie jak, nie umie powiedzieć ani jemu, ani jego żonie (Patsy Ferran) o swojej chorobie. Tę skrywaną tajemnicę powierza lekkoduchowi Sutherlandowi (Tom Burke), z którym oddaje się w wir zabaw i uciech w czasie długich wieczorów sucie zakrapianych trunkami wszelkiego rodzaju. To jednak nie zagłuszy rzeczywistości. Ale pozwala odkryć to, na co nie było dotąd czasu. Pan Williams zwierza się również ze stanu swojego zdrowia najmłodszej, pracownicy swojego działu Margaret (Aimee Lou Wood), której – jak się wydaje – do tej pory nie dostrzegał. Dopiero teraz odkrywa jej ciepło, prostolinijność, urok i piękno w drobnych gestach, w jej zwyczajności i szczerości. Czy to charakter urzędniczej pracy oraz genetyczna bezduszność biurokratycznego savoir-vivre nie pozwalała mu okazać więcej serdeczności, tej młodej osobie, którą polubił mimo różnicy wieku? W tym, jakże trudnym momencie Margaret staje się mu bliższa od najbliższych.

Okropna diagnoza odmienia wszystko. Bo nie tak powinno wyglądać nasze życie. Jak się okazuje nigdy nie jest za późno na zmianę. Przerzucający dotąd papiery i wyćwiczony w odraczaniu spraw ważnych dla ludzi, acz trudnych i niewygodnych dla władz lokalnych, w krytycznym momencie swojego życia nagle kończy z tą regułą i pewnego dnia podejmuje się rozwiązać długo odkładany problem. W tym celu stawia na szali swój autorytet i angażuje się na rzecz rozwiązania jednej ze spychanych na dalszy plan sprawy, niezwykle ważnej dla mieszkańców. Czy to może się udać? Jakże może się nie udać!?! Bowiem, kiedy urzędnik staje się człowiekiem, zdolny jest góry przenosić. A po Panu Williamsie pozostaną nie tylko wspomnienie – przetrwa coś więcej.

Obraz czterdziestoletniego, południowoafrykańskiego reżysera Olivera Hermanusa to wyjątkowo delikatna, wielowymiarowa produkcja, okraszona jeszcze londyńską atmosferą z połowy wieku XX. Ten brytyjski charakter filmu dostrzeżono na festiwalu Camerimage i nagrodzono Brązową Żabą. Poza wyśmianiem charakteru rasowych biurokratów, bezdusznych urzędników oraz pokazaniem jak kształtuje się taka osobowość, w filmie dostrzeżemy jak bliskość końca życia jest w stanie obudzić w ludziach człowieczeństwo. Pojawia się bowiem drażniące pytanie: co sprawia, co jest w nas takiego, co przeszkadza i blokuje naszą wrażliwość oraz uwagę wobec innych na co dzień? To taka przestroga dla skupionych tylko na pracy, codziennej rutynie i paragrafach. To również wiwisekcja procesu „kształtowania” biurokratycznego sznytu, jak i przegląd wszelkich odcieni urzędniczych charakterów. Ale jest to także pochwała dla swoistego „nawrócenia” i „odkupienia win”, do których każdy z nas ma prawo w każdym momencie swojego życia. To ponadto ukłon w stronę młodości, której natura i energia, pozwalają osiągnąć upragniony cel.

Ten film przywołał we mnie wspomnienia innego obrazu, tym razem produkcji izraelskiej, 92 Minuty Pana Bauma (The 92 Minute of Mr. Baum, 1997, Izrael) w reżyserii Assi Dayana, który obejrzałem swego czasu podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego (którego kolejna edycja – w 2023 roku już trzydziesta dziewiąta – zbliża się wielkimi krokami). W nim, Pan Baum otrzymuje przerażającą i paraliżującą diagnozę od swojego lekarza, iż jest tak ciężko chory, że umrze w ciągu najbliższych 92 minut… Co można zrobić w czasie 92 minut tak, by było to ważne, istotne, miało znaczenie? Co można załatwić, co komu powiedzieć, czego się nie powiedziało, bo brakowało czasu lub odwagi?

Niezwykle uniwersalna historia, którą Hermanus nam przedstawia, unikając jednocześnie oceniania, w swojej uniwersalności jest niesamowicie ponadczasowa. Nieważne, kiedy i gdzie się wydarzy, zawsze w obliczu ostateczności następuje refleksja, której nierzadko towarzyszy jakaś odmiana. Warto jednak zastanowić się nad nimi wcześniej niż tylko wówczas, kiedy zegar życia tyka coraz głośniej.

Living, 2022, Wielka Brytania/Japonia/Szwecja, reż. Oliver Hermanus


[Marcel z Kraśnika]

Foto: Materiały prasowe

Najlepsza Zupa Pho w Warszawie – Gdzie zjeść Pho w Warszawie?

Najlepsza Zupa Pho w Warszawie – Gdzie zjeść Pho w Warszawie?

Zupa Pho to moja miłość. Uśmierza ból, daje energię, leczy schorzenia. Przez ostatnie 10 lat przelałem przez siebie pewnie setki litrów tego aromatycznego eliksiru. Skosztowałem wielu wyśmienitych porcji, ale większa ich część była raczej przeciętna. Serwowana w miejscach tylko stylizowanych na wietnamskie, gdzie autentyczność ustępuje 

NIEZAPOMNIENIE – „KSIĘGA RAJU” – TEATR ŻYDOWSKI IM. ESTERY RACHEL I IDY KAMIŃSKICH W WARSZAWIE

NIEZAPOMNIENIE – „KSIĘGA RAJU” – TEATR ŻYDOWSKI IM. ESTERY RACHEL I IDY KAMIŃSKICH W WARSZAWIE

Chyba każdego dnia mijam warszawski plac Grzybowski. Miejsce szczególne w historii stolicy. Tu przez lata początek miał pochód pierwszomajowy. Jedna z ulic, która graniczy z miejscem to Próżna – szczycąca się przedwojenną, oryginalną zabudową miasta. Ale kluczowy pozostaje dziś pusty, duży kwartał. Wypalona trawa, przestrzeń nicości. Każdego dnia w myślach powraca obraz z lat Drugiej Wojny Światowej. A przecież jeszcze nie tak dawno było to miejsce tętniące życiem – siedziba Teatru Żydowskiego. Funkcjonował od 1970 roku jako jedno z ważniejszych ośrodków Śródmieścia i osiedla „Za Żelazną Bramą”, jedyny na świecie zespół grający w języku jidysz. Tradycja przedwojennych kompanii żydowskich odbijała się echem w tym niesamowitym miejscu. Odwiedzający, mogli pobrać słuchawki i zanurzyć się w świat mowy nieistniejącego świata.